rasiści
January 25th, 2009
Ja o szanownej Akademii. Bo mną trzęsie. Kilka lat temu było długo i głośno o tym, jak Oscary lekceważą czarnych. Że aktorzy z ciemniejszą skórą choćby się wysilali do wytrzeszczu gałek ocznych, to szans nie mają na statuetkę za główną rolę. Że ten jeden Poitier (1963) to listek figowy, a cała reszta to pieprzony rasizm. Gadali, gadali i gadali, aż tu zaczął się XXI wiek i pękło. DUP! Denzel i Halle - dwa Oscary za główne role na raz. Pełne zadośćuczynienie. I od tego czasu jest już w miarę normalnie: 2004 - Jamie Foxx, 2006 - Forest Whitaker. Gra i buczy.
No to teraz kto inny robi za czarnucha. A imię jego - kino popularne. W tym roku trudno było o lepszych kandydatów do Oscarów za najlepszy film niż “Mroczny Rycerz” czy “Wall*E”. Nie tylko publiczność, ale i krytycy, wreszcie i szeroko pojęty zdrowy rozsądek wskazywałby, że mają szansę, że powinny, że zasłużyły, że najwyższy czas, by Akademia zauważyła coś poza biografiami i dramatami o Holokauście. Ale nie. Bo nie. I pewnie jeszcze długo nie. A kto wie, czy w ogóle? Bo nauczyłem się na przykładzie polskiej krytyki filmowej, że nie w przemianie pokoleń rzecz. Bo to nie jest tak, że starsi wymrą, a młodzi będą bardziej elastyczni - zawsze znajdą się młodzi (np. Paweł Felis), którzy ledwie zaczną, już dadzą się poznać, jako jeszcze bardziej konserwatywni, sztywni, zasadniczy, słowem jeszcze starsi od swych poprzedników. Tam jest pewnie tak samo - staruszków zastępują młodzi, kórzy są jeszcze sztywniejsi od sztywniejących właśnie ciał ich poprzedników. No i mamy efekt: nominacje, w których “Mroczny rycerz” dostaje 8 szans na Oscara, ale jest pominięty w najistotniejszych kategoriach - film i reżyser. Również szansy nie dostaje “Wall*E” - film lepszy, mądrzejszy, a przede wszystkim odważniejszy formalnie i fabularnie od większości nominowanych. Superbohaterzy, fantastyka, groza, komedie - wyraziste kino gatunkowe może się załapać ew. na coś technicznego czy drugoplanowego. “Władca Pierścieni” robi więc tu chyba za Poitiera - a to oznacza, że może trzeba będzie czekać jeszcze kilka dekad. Ech… Pieprzeni rasiści.
Jedyna radość, że prawie pewny Oscar dla Kate Winslett za film o Holocauście ona sama przepowiedziała sobie już jakiś czas temu (posłuchajcie tak w czwartej minucie):
Kontynuując multimedialne przyjemności - tegotygodniowe pogaduchy z Onetu: “Obywatel Milk“, “Opór“, “Opowieści na dobranoc“.
I jeszcze ps. do poprzedniego wpisu - złamałem się i zaprenumerowałem kolekcję figurek. Ot, w pewnych kwestiach nienajlepiej u mnie z silną wolą…
A teraz już do wchłaniania:

Kino: Droga do szczęścia - miał być Oscarowy faworyt, skończyło sie na trzech mało ważnych nominacjach i jakoś się nie dziwię. Najnowszy Mendes w ogóle mnie nie przekonał. Ot, wtórne to i oczywiste. Trochę z “American Beauty”, trochę z “Małych Dzieci” wszystko w sosie “Daleko od nieba” - banał. Że już w latach pięćdziesiątych ludzie dusili się w konwenansach, sztywnych kołnierzykach, domkach z ogródkiem i dziećmi w ogródku. I że się miotali, ale często nie znajdowali wyjścia. Koniec filmu. Winslet i DiCaprio (i Bates) po raz pierwszy razem od zatopienia Titanica. Mendes w swoim czwartym filmie ostatecznie jak dla mnie udowadnia, że sukces i jakość “American Beauty” to jednak zasługa Alana Balla (p. dla odmiany jego dalsza droga twórcza).

DVD: Big Nothing - tytuł iście proroczy - nabrałem się na tą czarną komedię straszliwie. No bo obsada zapowiadała się intrygująco: Simon Pegg, David Schwimmer, a jeszcze Natasha McElhole na drugim planie. Efekt jednak okazał się po prostu żałosny - ot ktoś w Ameryce usiłuje bawić się w angolską czarną komedię i nie idzie mu strasznie. I to od słabego początku w którym poznaje się dwóch loserów, po finał po którym nie ma już nikogo (spojleruję, ale naprawdę nie warto tego oglądać). Faktycznie wielkie nic.

Komora - ekranizacja jednej z powieści Grishama. Młody prawnik -wnuczek rasisty skazanego na śmierć za zabicie w zamachu żydowskich dzieci, robi co może by powstrzymać egzekucję. Gene Hackman jak zwykle szarżuje jako dziadek, a jak to u Grishama wszystko jest naczyniami połączonymi i coś, co może uratować dziadka może go również pogrążyć. Są lepsze Grishamy (książkowe i filmowe), ale są i gorsze.

Z archiwum X: Pokonać przyszłość - pięć sezonów obejrzanych, pora na film kinowy. Carter nakręcił go właśnie wtedy (jak się okazało po kilku latach mniej więcej w połowie całej zabawy). Film nie jest zły, ale mimo rozmachu (wybuchy, UFA itp) merytorycznie nie daje więcej niż podwójny odcinek serialu. U złych nastąpiła lekka zmiana warty (ktoś zginął, ktoś się pojawił), dalszy kawałek konspiracji został obnażony, zamkniete (nie wiem już który raz) Archiwum znowu zostaje otwarte - nihil novi. Ale trzeba było w tym momencie zobaczyć, by płynnie wejść za chwilę w sezon szósty.

(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 6: Dzidek, nie opuszczaj przewodu - antologia kabaretowych numerów telekomunikacyjnych z naciskiem na telefoniczne. Czyli już z założenia jest nieźle, bo zaczyna się od nieśmiertelnego “Sęka” z kabaretu Dudek. I od razu jest pięknie. I wszystko co młodsze od tego, a polega na człowieku na scenie trzymającym słuchawkę i mówiącym do niej jakoś musi się od tego odbijać - czasem bezpośrednio, jak kończący płytę “Duży sęk” również z Dudka (zupełnie niezły), a zwykle po prostu formą jak dobry Moralny Niepokój z “Imprezą u Bogdana”, przesadzony Pazura z “Cichym wielbicielem”, nudny Grabowski z “Nartami we Włoszech”, jeszcze dwa razy Dudek (udało się, więc szli za ciosem), czy Laskowik ze słynną “Mamuśką” (szkoda, że takie słabe nagranie). Ale na płycie też parę innych niezłych numerów, jak Grupa MoCarta z “Komórkami”, czy Grześ Halama jako “Józek o Internecie”. W sumie nie jest źle, ale poziomu poprzedniej płyty nie udało się utrzymać.

Spider-Woman 1-4 - kolejny animowany serial Marvela. Tym razem z tych starszych - “Spider-Woman” ma wszystkie zalety i wady trzydziestoletniego amerykańskiego serialu. Junior oczywiście bawi się zaletami, mnie ciut drażnią wady (powtarzalność schematów, jednopłaszczyznowość postaci). Fajne jest swobodne dłubanie w uniwersum - gościnny występ Spider-mana w pierwszym odcinku, marvelowskie nadprzyrodzone siły zła w kolejnym. Na razie machnęliśmy dopiero cztery odcinki, ale tego się w dużych porcjach nie da. Bo mdli nawet juniora.

Literatura: Robert Harris - Cycero - I zanim ostatnie DVD, najpierw napiszę o książce. Bo sprzężone są. Oto przeczytałem bowiem (i to błyskawicznie) nową powieść Harrisa (tego od “Vaterlandu” i “Enigmy”, który w tym stuleciu wziął się za antyczny Rzym - najpierw napisał “Pompeję”, a teraz to). “Cycero” to pierwszy tom trylogii mającą być lekką, acz bardzo ściśle trzymającą się faktów biografią Cycerona. I czyta się to genialnie. Już w “Pompei” Harris pokazał, jak można genialnie opisać tamten świat, by stał się zrozumiały z całą obyczajowością i strukturą społeczną. Tu jest jeszcze więcej i lepiej. Z jednej strony opowieść o młodości najsłynniejszego mówcy antycznego świata czyta się dosłownie jak najlepszego Grishama (kolejne wygrywane procesy i awans społeczny od drobnego adwokata do najwyższego honoru w Republice Rzymskiej - stanowiska konsula). Z drugiej Harris, jakby mimochodem, opisuje i tłumaczy zasady funkcjonowania Rzymu u schyłku Republiki (79-64 p.n.e.). Wreszcie rozumiem o co chodziło z tymi wyborami, konsulami, senatorami, pretorami, edylami, trybunami - to wszystko okazuje się proste i logiczne. A do tego jeszcze spore wiaderko faktów i ciekawostek o codziennym życiu nobili i zwykłej rzymskiej chołoty - super. Naprawdę świetna książka. Cyceron okazuje się postacią charyzmatyczną, ale i w ostateczności koniunkturalną do bólu. Niestety powieść kończy się dość nagle - Cezar dopiero zaczyna swoje podjazdowe wojenki, Pompejusz buszuje na wschodzie, a Katylina dopiero zaczyna dostawać do dupie. I od razu przypomniałem sobie, że przecież mam w kolejce serial:

Rzym 1/1 - 2/5 - pierwszy sezon widziałem już wcześniej, ale z radością sobie powtórzyłem, tym bardziej, że dzięki Harrisowi rozumiałem teraz o wiele więcej (od nazw funkcji bohaterów a za tym idąc dlaczego ktoś mógł w senacie coś zawetować a inny nie, po chociażby sens i pochodzenie kolekcji masek pośmiertnych w domach rzymskiej arystokracji). A jeszcze wszedłem w tę fabułę dość płynnie, bo przecież “Rzym” zaczyna się w roku 52 p.n.e. czyli raptem tuzin lat po zakończeniu książki. I nie tylko książkowy Cyceron, Cezar czy Pompejusz mają się tu świetnie, ale pojawia też spora gromadka postaci drugoplanowych (łącznie z narratorem książki - Tironem, osobistym sekretarzem Cycerona). W serial zaś wsiąkłem tak, że już jestem w połowie drugiego sezonu i pędzę jak głupi - powstrzymywany tylko przez żonę, która nie życzy sobie, bym w jej obecności oglądał coś tak brutalnego. Bo faktycznie mordują się, torturują, gwałcą, ucinają głowy i kończyny. Ostro jest. Czytaj wiarygodnie. Bo jakoś znacznie bardziej wierzę w taki Rzym niż ten z Sienkiewicza, czy nawet Gravesa. Marka zobowiązuje - “Rzym” to koprodukcja HBO i BBC, trudno o lepszą rekomendację dla serialu. Choć oczywiście fabularnie rzecz jest nieźle podkolorowane: para głównych bohaterów serialu, początkowo legioniści Luciusz Vorenus i Tytus Pullo (postacie historyczne wymienione w pismach Juliusza Cezara) co chwila nieźle mieszają w historii: to dzięki ich działaniom (zwykle czynionym niechcący) Cezar przekracza Rubikon, czy ginie w finale pierwszego sezonu. Że o ojcostwie dziecka Kleopatry nie wspomnę. Wszystko pięknie przekombinowane i pięknie pokazane - plan serialu kręconego w rzymskich studiach Cinecitta był największą scenografią na świecie (z tych wybudowanych poza halami produkcyjnymi). I ja na nim byłem. Naprawdę. W sierpniu 2006 r. HBO zaprosiło mnie na wycieczkę do Rzymu i na plan “Rzymu”. I był kolosalny. I nawet mam w komputerze jakieś zdjęcia. O, proszę:



Ech, wspomnienia mnie wzięły, to idę się im oddać, a o komiksach już innym razem.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)
January 25th, 2009 at 01:11
Co prawda nominacje czytałem jakiś czas temu, no ale na pamięć nie znałem, więc mogłeś ułatwić i zaoszczędzić googlowania i gdzieś dyskretnie podlinkować ;). To raz. O masz - doklej - http://www.oscar.com/nominees/?pn=nominees
A dwa: “WALL*E” jest filmem zacnym, owszem, ale sam nie wiem, czy należy roztrząsać, że nie dostał np. nominacji w kat. “najlepszy film”. Owszem, te nominacje, co dostał, to pipidówki takie (jak sound mixing) - oryginalny scenariusz i animację zgarnie raczej.
Mnie smuci tylko jedna nominacja dla “In Bruges”, bo to naprawdę była zajebista rzecz.
W kwestii czarnuchów… bo widzisz, to jest tak jak z wyborami Miss Świata… politycznie poprawnie, raz Azjatka, raz Europejka, raz Murzynka i tak dalej. I ta Azjatka musi wygrać raz na 10 lat, choćby brzydka była jak Ty na tej focie z planu “Rzymu” ;P. Kino popularne już się właśnie nachapało “Władcą” i starczy na parę lat. Zmiana warty, teraz Azjatka.
Jest też drugi aspekt, słowo wytrych - KRYZYS ;). No bo tak kombinując (tak pół żartem, pół serio) - na kino popularne ludzie i tak pójdą, a ponieważ jest kryzys, ludzie mniej chętnie kasę wydają, to na kino obyczajowe/dramaty/biografie tej kasy właśnie nie wydadzą. A Oscarami się rozreklamuje takie kino o Holocauście i będzie gitara.
Chociaż nienominowanie “Mrocznego Rycerza” do najlepszego filmu, to tak jakby na złość.
January 25th, 2009 at 02:08
Ale wiesz, że ja Ci do końca życia nie zapomnę stworzenia takiego monstrum, jak Felis? Miałeś młodego padawana i pozwoliłeś mu przejść na Ciemną Stronę Mocy. Wstyd.
January 25th, 2009 at 13:18
E tam, po zastanowieniu porównanie mnie do Obi-Wana jest w tej sytuacji przesadzone. Ja to co najwyżej Mace Windu, który był na Radzie Jedi nadającej Anakinowi status rycerza i głosował za - nie zauważając niebezpieczeństwa.