ależ miałem zaległości
January 20th, 2009
Aż wstyd przyznać, że niektóre z rzeczy ostatnio wchłoniętych oglądałem po raz pierwszy. Naprawdę pierwszy. Ale najważniejsze, że wreszcie obejrzałem.

No, bo to, że w kinie z rodziną byłem na pokazie prasowym filmu Opowieści na dobranoc to jeszcze normalne. Bo ten film jeszcze nie miał w Polsce premiery. A ja już. Taka praca. Obejrzeliśmy i było świetnie. Ja tam od lat jestem fanem Sandlera, ale nie spodziewałem się, że w tej dekadzie będę mógł już obejrzeć jakiś jego film z dziećmi. A tu proszę. Sandler gada głosem Adamczyka, fabuła w ogóle niewulgarna, w pełni przyswajalna dla milusińskich, ba dla nich wręcz atrakcyjna: od oczu świnki morskiej przez efekty specjalne po proste, acz równocześnie nie prostackie prowadzenie samej głównej osi fabuły. Sandler nie odchodzi daleko od swej standardowej postaci (uroczych, acz lekko przygłupawych, acz wcale nie tak do końca, acz jednak dość mocno i do tego pokrzywdzonych przez los, ale stających przed szansą everymanów, którzy w finale dostają jeszcze jako bonus piękną kobietę - tym razem Keri Russell), tyle że tym razem stara się powstrzymywać przez wulgarnymi żartami. I oczywiście mnie najbardziej kręcą te momenty, gdy powstrzymuje się ledwo-ledwo (jest kilka takich scen). Zupełnie jak Clive Barker piszący dla dzieci “Abarat” - momentami widać, że mimo najszczerszych chęci te pazurki nie do końca chcą się schować. Ale się chowają. I dzieci bawią się świetnie. A ja po prostu lubię patrzeć na te jego niespecjalnie intelektualne wyrazy twarzy. I zdecydowanie służy mu wymiana sidekicka (Roba Schneidera zastąpił Russell Brand - gwiazda rocka z “Chłopaki też płaczą”) - dobry film.

DVD: Godziny no i pierwsza zaległość. Czy wręcz wstyd. Bo jakoś się wcześniej nie złożyło. A film zacny. Dramat z trzema paniami o niełatwym żeńskim życiu. Wszystkie trzy wątki (przedzielone dekadami) bardzo zacnie prowadzone i ciekawie i w różny sposób to tu, to tam połączone. Kawał porządnej filmowej roboty. Jedno, co może wzbudzać wątpliwość, to Oscar dla Nicole Kidman. Bo z całym szacunkiem dla pobrzydzania się doklejonym nosem, to moim zdaniem dwie pozostałe panie (Meryl Streep i Julianne Moore) pokazały aktorstwo o klasę wyższe.

Harry Potter i komnata tajemnic - druga. Serio, jakoś przegapiłem w kinach, a na DVD leżało i czekało na swoją kolej. Bez pośpiechu, bo przecież fabułę znałem dokładnie z książki, więc nie miałem problemu z wchłanianiem kolejnych części. Aż tu Majka (podpuszczona przez koleżanki, które widziały już wszystko) zapragnęła Potterów. No to znalazłem na stercie i teraz obejrzeliśmy drugiego. I jak dla mnie było tak sobie. Jak przy pierwszym filmie detaliczna wierność książce wyszła bardzo dobrze, tak tu już zaczyna to, może nie zgrzytać, ale troszeczkę przeszkadzać. Chcąc nie uronić nic z akcji powoli zaczyna brakować miejsca na smaczki i scenki rodzajowe - i z filmu na film będzie coraz gorzej. Columbus zrobił w zasadzie wzorcowy sequel, wszystko pięknie się komponuje, ale już tu (jak powiedziałaby pewna krowa) książka była lepsza. I jakoś inaczej wyobrażałem sobie Lockharta - Kenneth to nie to.

Skowyt - no i trzecia zaległość. Z innej bajki, ale też zaległość, bo jakoś mam wrażenie, że powinienem zobaczyć to w swym życiu wcześniej. Bo to dość głośny skowyt, znaczy horror. Klasyczny film wilkołaczy sprzed ponad ćwierć wieku. Dante nakręcił go w 81 r. czyli na chwilę przed nastaniem Kina Nowej Przygody w które się nieźle wkręcił (”Gremliny”). Tu bawi się w starym, pełnym brutalności stylu, ale już z mnóstwem aluzji do tradycji horroru (zwłaszcza do filmów wilkołaczych) i żartów środowiskowych. No i jest ostra scena seksu, w której pan z panią płynnie (jak na 1981 r.) zmieniają się w wilkołaki w rui. Aż chce się skowyczeć.

Człowiek w żelaznej masce - a to już żadna zaległość (choć film starszy od wszystkich powyżej), to raczej zabawne kuriozum. Oto raptem kilka lat po zagraniu Aramisa w dylogii Lestera, Richard Chamberlain zagrał Ludwika XIV (i oczywiście jego brata bliźniaka) w dziejącej się kilkadziesiąt lat później finalmej opowieści o losach Dumasowskich muszkieterów. W wiekowego D’Artagniana wcielił się Louis Jordan (Arcade ze “Swamp Thinga”), a dodatkowo w obsadzie Ian Holm i niedawno zmarły Patrick McGoohan. Rzecz wyreżyserował na prawie 20 lat przed błyśnięciem “Czterema weselami i pogrzebem” Mike Newell a scenarzyści nie dość, że usunęli z fabuły większość wątków muszkieterskich (został jedynie D’Artagnian i gdzieś w tle Aramis, reszta sie w ogóle nie załapała) to jeszcze oczywiście nie potrafili się powstrzymać przed happy endem. To zresztą powtórzono po latach w filmie z Leonardo. Niestety ówczesny Newell to nie Lester i brak temu filmowi lekkości i swobody klasycznych obrazów “płaszcza i szpady”. Ale ponieważ wszystko co z dumasowskimi muszkieterami też łykam bez popijania - i to musiałem obejrzeć.

Kobieta samotna - ostatnia, czwarta odsłona boxu Hollandowej. Film kręcony trochę w poprzek - w losie tytułowej listonoszki nie pomogą ani partia ani Solidarność brylująca wtedy w najlepsze (1981). Ona po prostu ma źle. Dziś filmów o tym, że jest źle powstaje mnóstwo, wtedy to jednak była rzadkość. I dlatego chyba “Kobieta Samotna” tak kopie. Już w założeniach. Po poza tym kopie genialnym Lindą, który jednoznacznie udowadnia jakie z niego aktorskie zwierzę i że równie rewelacyjnie odnajduje się w roli miernego i mizernego rencisty. A dodatkowo zmroziła mnie myśl, że pomiatany i najbardziej w tym wszystkim mający przewalone syn głównej bohaterki to jakoś tak mój rocznik… Oj, różnie to w życiu mogło być, że zakończę dziś myślą dość banalną, ale czasem potrafiącą wywołać zaschnięcie w gardle.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)
January 20th, 2009 at 23:14
mnie tam w godzinach najbardziej pozamiatała kreacja Julianne Moore. No i Eda Harrisa