38 lat i 400000 na stronie
December 30th, 2009
Tak się jakoś złożyło. Od ostatniego wpisu strzeliło mi czterysta tysięcy wejść na stronę i równocześnie skończyłem 38 lat. Z tej okazji żadnych hucznych obchodów nie przewiduję, zauważam tylko, że większość powinszowań przeniosła się z smsów i maili na Facebook. Takie czasy.
Wczoraj w intencji obchodów troszkę update’owałem stronę. Wpisałem bieżące dane do strony z publicystyką i uzupełniłem dział z wydawnictwami z moim udziałem o tytuły z 2009 r. Zajrzałem też na Forum. Wy lepiej tego nie róbcie. Gdy zakładałem stronę, myślałem, że może to być jej fajne uzupełnienie (i może nawet kiedyś to faktycznie nastąpi), ale na razie zagnieździły się tam jakieś reklamy erotyczne - jest ich ponad 2500 tematów. Wezmę niedługo jakąś porządną miotłę i tam pozamiatam. Ale już nie dziś.
A tymczasem wracamy do starego dobrego wchłaniania z obrazkami:
DVD:

Star Trek - prezent podchoinkowy do użytku natychmiastowego. Obejrzałem sobie z przyjemnością i z córką tłumacząc jej zawiłości fabuły, teorii podróży w czasie, dziesiątki aluzji do klasycznego serialu i podobieństw do Star Wars. Chyba załapała. Mnie za drugim razem film Abramsa oglądało się równie dobrze i zdecydowanie twierdzę, że to ścisła czołówka tegorocznej rozrywki pełnometrażowej.
I znalazłem R2D2!

Birds of Prey 0 - serial już cały obejrzałem, a w ramach dodatków na ostatniej płycie była jeszcze wczesna wersja pilota. A w nim trochę dłuższa fabuła i spora podmianka obsadowa - w roli Harley Quinn zamiast Mia Sary obsadzono pierwotnie Sherilyn Fenn. Ja tam bym chyba nawet wolał. Ale panowie producenci uznali inaczej. Wszystko jedno - serial i tak wysmażyli słabiutki i szybko wylądował na śmietniku popkultury.

Prezydencki poker 4/14-16 - no i czas na drugą kadencję. A dokładniej jej inaugurację. Jak to w porządnym serialu krzyżuje się ona z kilkoma kryzysami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Jest więc o czym pogadać (a oni w tym serialu gadać umieją). No i oficjalnie dokonuje się (również w fabule) zmiana sztafetowa: Joshua Malina w miejsce Roba Love.
A, i nie pisałem o jeszcze jednym atucie WW - pojawia się w nim co jakiś czas jako siostra i pomocniczka Bailey’a (Maliny) niejaka Danica McKellar. To popularna w USA matematyczka i aktorka, której śliczność ledwie mieści się na skali, a jak ją sobie wyguglacie to na fotkach będzie się wydawać dziwnie znajoma. I bardzo słusznie. Bo to właśnie ona była przed laty obiektem westchnień sympatycznego Kevina Arnolda. A może ja już jestem emerytem i posługuję się nieaktualnym kluczem kulturowym? Kto pamięta kim był Kevin Arnold? Anybody?

Kochanek Lady Chatterley - czteroodcinkowy serial brytyjski w reżyserii Kena Russella. To chyba jeden z ostatnich wyrazistych, ostrych, rozpoznawalnych reżyserów, którzy jeszcze nie doczekali się w Polsce żadnego boxa DVD. A przecież “Diabły”, “Tommy”, “Lisztomania”, “Odmienne stany świadomości”, “Gotyk”! Na początku i końcu kariery Russell mocno siedział w telewizorze. I to właśnie już ten schyłek. Ale przecież to brytyjska telewizja więc może być ostro. I jest. Jak w literackim oryginale - erotycznie i rozwiąźle. Joely Richardson i Sean Bean rozbierają się i obściskowują przy każdej okazji. I zupełnie sympatycznie się to ogląda. A jakby z tych 210 minut wykroić 90 to byłby z tego naprawdę fajny film.
Komiks:

Angel #24-25 - a tu ciekawostka. Dwuzeszytowa historia wymyślona przez samą Juliet Landau, czyli serialową Drusillę. W końcu kto, jak nie ona zna najlepiej swoją bohaterkę? Oto więc Drusilla i jej przygody, w czasie gdy kończył się serial telewizyjny i zaczynał szósty komiksowy sezon “Angela”. Jest krwawo. Dodatek - w każdym z zeszytów kilka niezłych dużych fotek wampirzej córeczki Martina Landau’a.

Daredevil #500 i Dark Reign - The List: Daredevil - tu zaszła zmiana. A dokładniej te dwa zeszyty to moment przejęcia postaci DD przez nowego scenarzystę. W #500 serię opuścił Brubaker, który zakończył swój run jeszcze ostrzej niż zaczął. Doprowadził bowiem w logiczny sposób do sytuacji i decyzji jakiej byśmy się po Murdocku nie spodziewali. Uzupełnieniem zeszytu są preview, dodatkowy komiks Nocenti i Aji, pin-upy (m.in. Darrow, Mack, Quesada, Bendis, Maleev), reprint klasycznego #191 Franka Millera i galeria wszystkich 500 okładek.
No a potem pierwszy zeszyt nowego scenarzysty Andy Diggle’a. I jest nieźle. Mrocznie i brutalnie jak trzeba z DD. Krwawo, rozdzierająco i bez łatwych wyjść z sytuacji. To uparcie jeden z moich ulubionych amerykańskich (super)bohaterów ever.

Dark Reign: Elektra #5 (z 5) - a tu jeszcze mroczniej i smutniej. I lepiej. Oryginalna Elektra powróciła i nie ma lekko. I świat z nią też nie ma lekko. Zeb Wells - następny pan, który dobrze pisze. Trzeba mu się przyglądać.

The Incredible Hercules #127 - i jeszcze jeden z tytułów pod marką “Dark Reign”. Hercules, Atena i Amadeus Cho vs wcale nie mityczne imperium Hery. Pak i Van Lente wpletli sobie całą grecką mitologię do uniwersum Marvela i okazało się, że pasuje jak ulał. A jeśli ktoś się spodziewał, że Hera i Osborn się jakoś racjonalnie dogadają i podzielą władzą nad światem to się może zdziwić.
I tyle w ten uroczy samotny urodzinowy wieczór.
alfabet reżyserów Bla-Blu
December 28th, 2009
No i ostatnia w tym roku trójka reżyserów z mojej półeczki. Tak jakoś w środku literki “B” przeskoczymy w 2010, ale udało się choć jedno. Rzutem na taśmę dociągnęliśmy do jednego z moich pięciu ulubionych reżyserów. Oto więc:
Shane Black - facet, który wyreżyserował tylko jeden film, za to tak idealnie wpisujący się w moje gusta, że od razu wpisałem pana B. do mojej prywatnej ekstraklasy. Tym bardziej, że przecież jego nazwisko znałem od lat. To gość, który swym pierwszym filmowym scenariuszem stworzył podwaliny pod jeden z najpopularniejszych gatunków kinowych końcowej ćwiartki XX wieku - buddy action movies. A rzecz nosiła tytuł “Zabójcza broń”. Kilka lat później Black stworzył (jak dla mnie) perfekcyjne widowisko w tym właśnie stylu - myślę o scenariuszu do “Ostatniego Scouta”. Gdy więc cztery lata temu zobaczyłem w rozpisce festiwalu w Cannes film nie tylko z jego scenariuszem, ale i w reżyserii Blacka poszedłem natychmiast. Tym bardziej, że główne role zagrali w nim moi ulubieńcy: Robert Downey jr i Michelle Monaghan. Rzecz się nazywa “Kiss Kiss Bang Bang” i jest jednym z najlepszych nowoczesnych opowieści wywodzących się z tradycji Chandlera. Tej oryginalnej i niepowtarzalnej. Jest mrocznie i sarkastycznie, z kilkupiętrową kryminalną intrygą i seksualnym napięciem, kilkoma trupami i bohaterem, który częściej dostaje łomot niż go daje. Świetnie wymyślone, świetnie zrealizowane, świetnie zagrane. Cudo! Niezależnie, czy Black coś jeszcze wyreżyseruje czy nie, ten film jest wielki. I jego twórca. Zobaczcie zresztą uroczy kawałeczek w którym Downey jr jest torturowany prądem. Jak myślicie gdzie mu przyczepili druciki?
William Peter Blatty - tu też bardziej pan od fabułek niż reżyser. Za swą najsłynniejszą dostał nawet Oscara. Zresztą jej pierwotna powieściowa wersja, też pod tytułem “Egzorcysta” to jeden z najbardziej sugestywnych horrorów jakie czytałem. Blatty sam przerobił go na scenariusz i zaliczył Oscara. Kilka lat później wyreżyserował ekranizację innej swojej książki “The Ninth Configuration”, a siedemnaście lat po “Egzorcyście” wrócił do tematu i sam wyreżyserował trzecią część cyklu (też na podstawie swojej prozy). Nawiązanie do poprzednich części E. jest trochę naciągane, ale w końcu pomysłodawcy całej sagi trochę można wybaczyć. Film wyszedł nieźle, a smaczku dodaje kilka fajnych cameo (m.in. Samuel L. Jackson, Larry King czy Fabio). A na youtubie można go zobaczyć w całości. Zaczyna się tak:
Don Bluth - a na koniec mistrz klasycznej animacji. To on rządził mainstreemową animacją pozadisneyową w latach 80. (po tym jak w 1979 r. opuścił imperium Walta). Bluth m.in. zainaugurował dwa popularne cykle animowane: “Amerykańska opowieść” i “Pradawny ląd”, nakręcił “Wszystkie psy idą do nieba” i “Anastazję”. Ostatnie jak na razie jego dzieło reżyserskie to “Titan - Nowa Ziemia”. Dziś w czasach komputerowego 3D nie jest już tak znany i popularny, ale nie sposób go pominąć w historii amerykańskiej animacji. Tym bardziej, że oprócz reżyserowania kupę fajnych rzeczy sam narysował, napisał, wyprodukował, a nawet stworzył do nich piosenki. Pełny przegląd filmów w jego reżyserii poniżej:
I tyle reżyserów na razie. Ciąg dalszy za rok.
NIEzdrowe święta
December 27th, 2009
Sobota. Rodzinna epidemia rozszerza się. W zasadzie mniej lub bardziej, tak czy owak, każdy z nas jest już chory. A to gorączka, a to wymioty, a to ból brzucha, a to “ból czoła”, a to zapalenie gardła. Fajnie jest. To znaczy tak sobie. Ogólnie więc narzekamy, siedzimy, niedomagamy, w telewizorze na okrągło leci Disney Channel i trochę mdło jest.
W ramach poczucia obowiązku byłem dziś w radiu. Trzygodzinna audycja zleciała dość szybko, tym bardziej, że w ramach “raz się żyje” wziąłem z samochodu moją paczkę płyt podróżnych i raczyłem słuchaczy Roxy Weird Alem Yankovicem, Bukartykiem, Sealem czy Aerosmith. A co! W końcu zgodnie z nazwą audycji powinni być “gotowi na wszystko”.
Zgodnie z powyższym niewiele mam do powiedzenia na temat wchłaniania. No bo nie było jak i kiedy. To znaczy było trochę, acz z kłopotami:
Kino:
Avatar - niemalże obejrzałem. To znaczy na chwilę przed finałem wydzwnoniła mnie żona żebym wracał, bo do młodego trzeba wzywać lekarza. Więc zdjąłem okulary 3D i wyszedłem z sali. Acz na pewno jeszcze raz pójdę i obejrzę do końca. Bo pięknie jest. Wzorcowe przygodowe kino sf na miarę naszych czasów, potrzeb i możliwości. Siermiężne próby Zemeckisa można już odłożyć do lamusa a to właśnie cameronowy “Avatar” jest przełomową animacją 3D udającą rzeczywistość. Scenka opada. I się nie podnosi. Ani przez chwilę. Mówię o warstwie wizualnej. Bo fabularnie to po prostu sprawna rzemieślnicza fabułka jakich wiele chociażby (na ciut mniejszą skalę, acz równie wtórnych) w pełnometrażowych filmach telewizyjnych. Trochę “Pocahontas”, trochę “Tańczącego z wilkami”, trochę ekobełkotu, trochę aluzji do kapitalistycznego imperializmu itp. Wszystko już było, wszystko już widzieliśmy/czytaliśmy/słyszeliśmy (trochę jak w “Matrixie, acz nie tak dobrze wymieszane - widać grudki i przez to czerpanie jest bardziej widoczne), ale i tak ogląda się pysznie. A przy tym Cameron wie ile można poszaleć, a ile trzeba jak w “Star Treku” pójść w antropomorficzność kosmitów i obcych światów, by całość była maksymalnie wchłanialna dla wszystkich (w tym kobiet i dzieci). Piękny film. I na pewno finał też piękny, ale o tym się dopiero przekonam. A i bez finału jednak pierwsza dycha tegorocznych filmów bez najmniejszego problemu.
DVD:
Birds of Prey 13 - i koniec. Ostatni odcinek był trochę lepszy od niespecjalnie wysokiej średniej całego serialu, ale jak rozumiem próbowano skończyć w nim wszystkie wątki i skomasowano w 40 minutach pomysły na kilkanaście kolejnych. I wyszło poczciwie (nawet z tym jakże oczywistym rozpaczliwym clifhangerem w ostatniej scenie). Od serialu o Barbarze Gordon, Huntress i Harley Quinn należy jednak wymagać znacznie więcej. Sorry.
Prezydencki poker 4/13 - korzystając zaś z tego, że wszyscy posnęli udało mi się dziś wciągnąć jeden odcinek “West Winga”. Bardzo specyficzny. Bo tym razem nie w Białym Domu, a na prowincji, gdzie C.J. (rzecznik prasowa prezydenta) wraca na dwudziestolecie matury. I patrzy za siebie jak ten czas leci. I znika w niepamięci, bo jej ojciec ma pogłębiającego się Altzeimera. Nie jest lekko. Choć jak zwykle w takich opowieściach ja zazdroszczę, że jest w ogóle. Moje dwudziestolecie matury już za kilka miesięcy, a idea bycia dorosłym i posiadania żyjących rodziców zawsze mnie zadziwia i brzmi bajkowo. Cóż zrobić… Jeszcze jedno było ciekawe w tym odcinku - pięknie zakorespodnował z tym co rano było w telewizorze. Bo leciał tam (i siedząc w radiu jednym okiem zerkałem i nawet komentowałem na antenie - mówiłem np. o tym, że będąc nastolatkiem też podrywałem dziewczyny śpiewając, ale jednak za moich czasów przygrywało się na gitarze, a nie używało półplaybacków) “High School Musical”. Ten odcinek WW można też traktować jako swoisty epilog do HSM (mimo, że oczywiście powstał kilka lat wcześniej). Oto na 20-lecie całej fabuły główna para bohaterów spotyka się znowu na chwilę i z nostalgii idzie nawet do łóżka. Ona - mądra kujonka została w tym czasie jedną z najważniejszych osób w państwie, on - szkolny przystojniak, sportowiec i w ogóle (w wersji old gra go Matthew Modine) - miał własną rockową kapelę, siedział w więzieniu a teraz jest zegarmistrzem mieszkającym w Paryżu. Ot, życie…
Komiks:
DC: The New Frontier Absolute Edition - świąteczne chorowanie ma też swoje dobre strony. Np. miałem okazję dokończyć wielkiego komiksowego grubaska. Przepiękny komiks Darwyna Cooke’a o początkach współpracy superbohaterów z DC. Cudo. Wiem, różni bardziej doświadczeni koledzy mówili mi już od kilku lat bym to przeczytał, ale dopiero teraz się za wziąłem. I było zacnie, mądrze i fantastycznie. Cooke pięknie wkomponował debiuty znanych i zapomnianych dziś herosów w rzeczywistość USA lat 50. i 60. Dużo, gęsto i smacznie. Lekko podrasowane charaktery, dużo (bardzo dużo) aluzji i nawiązań, prosta i funkcjonalna kreska. Zdecydowanie jedna z najlepszych mainstreemowych komiksowych robót ostatniej dekady. A i wydanie godne swej ceny. Potężny format, dodatki, nawet klasyczna wstążka do zakładkowania. No, wypas!
1985 TP Fajna, nietypowa miniseria Marvela. Millar i Edwards w opowieści o naszym świecie (tym, w którym superbohaterowie występują jedynie w komiksach) do którego nagle zaczynają przenikać superzłoczyńcy z Marvela. Ale jak to? To właśnie tłumaczy ten komiks. Tłumaczy nieźle i inaczej niż wszyscy bawiący się ideą “jak komiksowe postacie zachowywałyby się w realnym świecie?”. W największym skrócie - oj, byłaby jatka. Lubię Millara w tych jego miniseryjnych autorskich pomysłach. I znowu jakoś łatwo mi się identyfikować z bohaterem - trzynastoletni Toby ma raptem rok mniej ode mnie. Ja w ‘85 miałem przecież lat 14. Niestety nie mogłem tak jak on zaczytywać się w superbohaterskich komiksach, bo ich u nas wówczas nie było. Ale komiksowego fioła już miałem. I w tamtym roku jeszcze bodajże harcerskiego. Ale to już zupełnie inna opowieść.
I jeszcze porcyjka zaległych zeszytów:
Halo: Helljumper #1-2 (z 5) - Peter David wg popularnej gry komputerowej. Może to kwestia nieznajomości kontekstu i samej gry, ale “Żołnierze kosmosu” to to nie są. I szkoda.
Angel: Blood & Trenches #1-2 (z 3) - początek i środek serii, o której zakończeniu pisałem już w czerwcu. To autorska historyjka Johna Byrne’a o przeszłości Angela. I Wojna Światowa i sporo wampirów w okolicach frontu. I formalnie najprościej jak się da - ot, kreska ołówkiem i krew na czerwono. Efekt zupełnie zadowalający.
Star Trek: Crew #1 - i zupełnie analogicznie. Początek serii, której resztę już znam. I znowu John Byrne, który widać zadomowił się w IDW. I trzeba przyznać, że do pokrywania takich białych plamek w ST, pan JB nadaje się świetnie. Tu bawi się w taki sympatyczny prequelek do TOSa.
Star Trek: Mission’s End #1-2 - do trzech razy sztuka. To z kolei otwarcie serii będącej po prostu kolejną przygodą Kirka i jego drużyny. Standard, acz wchłanialny.
Star Trek: Alien Spotlight - Klingons - z cyklu one-shotów o różnych rasach tym razem wychodząc od znanego z TOSa i DS9 Kanga, piękna i świetnie utrzymana w klimacie Klingonów opowieść o honorze wojownika. I do tego bardzo przekonująco namalowana przez J.K. Woodwarda.
Star Trek: Alien Spotlight - Tribbles - i drugi zeszyt z tej serii, a w nim jak łatwo się domyśleć inna zabawna konfrontacja Klingonów z miluśkimi Tribblami. Cute.
Angel #19 - i na koniec jeszcze powrót do Angela. Pierwotnie wymyślona przez Whedona i Lyncha fabuła na szósty komiksowy sezon serialu już się skończyła. Ale serii komiksowej tak łatwo się nie kończy. Oto więc kontynuacja trochę jakaś dziwna, nie w klimacie i “o co tu, kurwa, chodzi?”. A może ja się nie znam?
I w zasadzie dogoniłem zaległości w komiksach. Czyli zgodnie z obietnicą pora znowu zacząć pokazywać okładki omawianych tytułów. No, dobra, spróbujemy. Znaczy ja spróbuję, a Wy sobie popatrzycie. Od następnego razu.
i po w.
December 25th, 2009
Pojedlim, poskładalim życzenia, połamalim i pootwieralim prezenty. Znaczy wieczór już. Biorę w tym wszystkim udział w ramach rodzinnego bezwładu, ale biorę. I pewnie brał będę. Choć w sporej części mnie to nie dotyczy - gdy pierwszy raz Robert Kasprzycki zażartował przy mnie, że co idzie do kościoła to akurat pasterka, to ja naprawdę nie wiedziałem o co chodzi. Dziś już wiem. I się łamię. Acz tylko opłatkiem.
A poza tym sporo się działo. Bo np. junior od trzeciej rano pawiuje. Złapał jakiś wirus i wpadł do naszej sypialni w nocy, że go brzuch boli. I po chwili pobiegliśmy do łazienki. No i przez następne godziny z różnych jego otworów wyłaniały się różnie niespecjalnie sympatyczne substancje. Ale w końcu moje dziecko, więc pocieszałem, przytulałem, sprzątałem itp. Potem bida raczej symbolicznie uczestniczył w kolacji ograniczając się do narzekania, tulenia do mamy i lekkiego ożywiania, gdy przyszło do prezentów. Ale nawet te go jakoś niespecjalnie ucieszyły - znaczy naprawdę jest chory.
Ten wirus to zresztą ukoronowanie kilkudniowego ciągu afer i problemów w ramach przygotowań przedświątecznych. Ot, np. wczoraj rano nie mogłem znaleźć kluczyka do auta. Wieczór wcześniej był - zamknąłem samochód, wjechałem z garażu na górę do mieszkania i tyle. A rano go nie było. Ani nigdzie w domu, ani (tym bardziej) na korytarzu czy w garażu. Zniknął. Mocno upośledziło to moje przedpołudnie. A po południu poszedłem szukać zapasowego. I po kilku godzinach znalazłem w pudle ze starymi dokumentami - jak to dobrze, że się znam na tyle i wiem w jak dziwnych miejscach mogłem coś zostawić.
A propos - miałem sen. Kilka dni temu. Śniło mi się, że dostałem w łeb i zaginąłem. A potem znowu ja (widać jakiś klon) prowadziłem śledztwo w sprawie własnego zaginięcia. I się odnalazłem. Pobitego, acz zdatnego do użytku. I spojrzałem na siebie. I zacząłem zastanawiać co dalej? Skoro jest oryginał, to co teraz będzie ze mną, z kopią? Ot, taki sen pomiędzy Waglewskim a Dickiem. Widać za dużo fantastyki.
A propos - od poniedziałku w kioskach pierwszy numer “Nowej Fantastyki” pod moimi sterami. Wyszło chyba nieźle. A będzie jeszcze lepiej. Właśnie pracujemy nad następnym, którego tematem przewodnim będzie fantastyka niemiecka a potem przyjdzie czas na wilkołaki. A w ogóle, ktoś z Was to czyta?
Cóż jeszcze. “Bond. Leksykon” wciąż sprzedaje się bardzo przyzwoicie (ploty od pań z Empików). Ostatnio dobrze o nim było w “Prime” (ale w końcu z nimi współpracuję, więc to trochę po znajomości), a w “Życiu Warszawy” i w czymś co się nazywa Zeberka polecają go pod choinkę. W zasadzie to już nieaktualne, ale i tak się chwalę. I jeszcze “Kocham Kino” w którym mówiłem o leksykonie. Cały program (więc i moja rozmowa z Grażyną Torbicką) jest dostępny w sieci. Tu. Warto popatrzeć. Chociażby na Grażynę.
I w zasadzie tyle rzeczy bieżących. To jeszcze może ciut wchłaniania:
DVD:
Co jest grane? - w ramach nadrabiania autotematyczny film Levisnona. Znaczy Hollywood o sobie i niby w krzywym zwierciadle a tak naprawdę upudrowane do bólu. Schemat pogania kliszę, a cała ekipa przed kamerą od Penna i Willisa grających niby samych siebie przez De Niro i Keener po Turturro i Wincotta “parodiujących” rozlicznych filmowych fachowców mocno przynudza. Serial “Ekipa” ma kilkunastokrotnie silniejsze uszczypnięcia, żarty i w ogóle wyższy poziom merytoryczny i intelektualny. Ot, kolejny dowód, że dziś seriale radzą sobie znacznie lepiej niż kino. A dla uberfan(atyk)ów “Zmierzchu” - w niewielkiej roli córki głównego bohatera Kristen Steward.
Birds of Prey 11-12 - i tak ten nieudany serial na motywach pomysłów z DC powoli dogasa. Tym razem odcinek o niespecjalnie udanym zlocie klasowym i drugi o Clayface (rżnący po równo z “Batmana” i “Milczenia owiec”. A z obu w sposób mocno żenujący). Powoli pora kończyć. Jeszcze tylko ostatni odcinek i dorzucona do boxa inna (pewnie jeszcze mniej udana) wersja pilota.
Gwiezdne wrota 9/5-8 - w tej porcji dokończenie pierwszego sześcioodcinkowej fabuły wprowadzającej nowego dużego wroga (Ori) i wypróbowującego Claudię Black jako członka teamu. Wyszło nieźle, ale ostatecznie w szóstym zgodnie z uparcie prezentowanymi napisami z czołówki wróciła Amanda Tapping. I zrobiło się nieomal jak dawniej. A jeszcze w siódmym odcinkiem wrócił jeden z fajniejszych dawnych przeciwników Ba’al. A jeszcze w ósmym gościnnie zjawili się Tony Todd (który pojawia się gościnnie wszędzie) i William B. Davis (rakowaty tatuś Muldera). Zaczynam się naprawdę wciągać w ten sezon.
Komiks:
Indiańska próba - krótka komiksowa ramotka przedrukowana ze “Świata Młodych” sprzed lat 17. Konrad T. Lewandowski i Szarlota Pawel - twórcy siebie warci. Jeśli ktoś ma wątpliwości - to nie był komplement.
I została jeszcze sterta bieżących amerykańskich zeszytów z ostatniego półrocza. Sporo ich. I zgodnie z zasadami powinienem tu o nich wspomnień po przeczytaniu. Więc powspominam. Ograniczając się do minimum. A gdy już i tu dogonię stan bieżący powrócę do uatrakcyjniania blogu okładkami, jak za dawnych przedwakacyjnych czasów. Słowo. No to zeszyty:
Hellblazer #253, 257-259 - run Milligana pięknie się rozkręca. Jest tak jak u zarania (za Delano czy Ennisa) - mrocznie, brutalnie, czarnoksięsko i śmiertelnie dla wszystkich wokół Johna. Do tego Bisley, najpierw na okładkach a w #259 też w środku. Nie do końca jego stylistyka pasuje mi do dziedzictwa H. Ale źle nie jest.
Die Hard Year One #1 - Howard Chaykin opowiada o 1976 r. gdy John McClane był początkującym nowojorskim krawężnikiem. Jak na wstęp do większej opowieści zupełnie niezłe. No i przynajmniej dwie dodatkowe gwiazdki za sam ultraabstrakcyjny pomysł komiksowego prequela do jednej z moich ulubionych filmowych serii.
Batman: The Widening Gyre #1-2 (z 6) kolejny komiks o Batmanie duetu Kevin Smith/Walter Flanagan. Zaczyna się mocarnie od ataku superprzestępców-nazistów na synagogę w Gotham. I poskramiają ich Batman i Robin w jarmułce. Serio. A potem jest jeszcze lepiej - napalona Poison Ivy, Demon przy posiłku (jak mu Smith pisze te kuplety to czapki z głów) i co najważniejsze nowy tajemniczy kooperant Gacka. A w drugim zeszycie jeszcze potężniejszy fabularny rollercoaster. Warto.
Freddy va Jason vs Ash: The Nightmare Warriors #2-4 (z 6) - druga seria z tą nieświętą trójcą. I znowu jest krwawiej, seksualniej i zabawniej niż w filmach. A przede wszystkim nawet ciut mniej przewidywalnie. I Necronomicon rządzi!
All New Savage She-Hulk #1, 4 (z 4) - początek i koniec miniserii o Lyrze, nowej SH, która przybywa do naszych czasów w dość nietypowych zamiarach. Ja oczywiście jestem przede wszystkim fanem Jennifer, ale jak każdemu z rodziny Sałaty i tej dam szansę na zagnieżdżenie się na moich półkach.
Daredevil: Noir #1 - kolejna wariacja na DD. Nie przekonało mnie.
alfabet reżyserów Bil-Bix i nie tylko
December 21st, 2009
I już znowu niedziela. Jak te dzieci rosną. No to zaczynamy tradycyjnie od kolejnej trójki reżyserów. A dziś wypadli panowie dość niestereotypowi:
Enki Bilal - kultowy francuski (naturalizowany Jugosłowianin) komiksiarz, który ma filmowe aspiracje. I raz na dekadkę machnie se film. Jego komiksy to każdorazowo spore wydarzenia. Niektórzy czasem sarkają, ale wchłaniają wszyscy, co komiksami się ciut interesują. Filmy już takiej marki nie mają. Pierwszy “Bunkier Palace Hotel” kojarzą tylko ultrafani, ten z lat 90. - “Tykho Moon” był fantastyczną (w sensie gatunku) fantasmagorią w niezłej obsadzie, acz ja tam go traktuje bardziej jako twórczy kaprys niż dzieło. Ostatni “Immortal - Kobieta pułapka” to po prostu ekranizacja jednego z komiksów Bilala, acz tak poupraszczana i skrócona, że współczuję tym, co ją wchłaniają nie znając pierwowzoru. Bo komiks jest OK. A film niekoniecznie. I to zarówno w warstwie fabularnej, jak i ostatecznie w wizualnej. Kombinował, kombinował i przekombinował. A że nowa dekada już niedługo, więc pewnie i znowu coś nakręci. A oto kawałek tego, co wykombinował w 2004 r. - momentami sprawiało to już wtedy wrażenie jakiejś dziwnej, topornej alternatywnej metody animacji ekranowej. Nienajszczęśliwszej. Choć oczywiście tych kawałków w trailerze nie zobaczycie:
Brad Bird - bardzo sympatyczny pan reżyser z Pixara. Wiem, bo rozmawiałem. W Paryżu z okazji “Ratatuja”. Jedyny z pixarowej ekipy reżyserów, który dobił do niej po sporych wcześniejszych doświadczeniach gdzie indziej - on nawet fabułę kręcił. A potem “Simpsonów”, a potem “Stalowego giganta” a potem już w Pixarze “Iniemamocnych” i “Ratatuja”. Czyż to nie piękny zestaw? No piękny, że sobie odpowiem na pytanie retoryczne. Tu, w Polsce rzadko docenia się oryginalny casting głosów w animacjach. Mnie Bird, jeszcze zanim go wchłonął Pixar, urzekł pomysłem na zatrudnienie Vina Diesela jako Stalowego giganta. I oto filmik na ten temat:
Bill Bixby - Dr Banner we własnej osobie. Ten facet to legenda amerykańskiej telewizji. Ludzkie oblicze niesamowitego Hulka. W serialu z lat 70. i późniejszych filmach to Bixby właśnie grał Bannera, który w chwili stresu stawał się zielonym Hulkiem (wtedy rolę przejmował Lou Ferrigno). Jako aktor Bixby pojawiał się w dziesiątkach filmów i seriali (chociażby w niedawno wydanej u nas klasycznej “Pogodzie dla bogaczy”), jako reżyser też większość czasu spędził w telewizji. To zresztą on właśnie rządził pełnometrażowymi filmami z Hulkiem - “Powrotem”, “Procesem”, Śmiercią” - miało ich być więcej, ale Bixby zmarł w 93 r. A bez niego dalsze “Hulki” sensu nie miały. Nie żeby to jakiś ważny reżyser w historii kina, ale z sympatii do Sałaty wpisałem go na listę. A jak ktoś chciałby zobaczyć jak Bixby gra, produkuje i reżyseruje zarazem oto początek “Procesu niesamowitego Hulka”. A skoro proces to oczywiście gościnnie Daredevil (Rex Smith), a skoro Daredevil to oczywiście Kingpin (John Rhys-Davies. Naprawdę!). Popatrzcie:
Acz przecież nie samymi reżyserami człowiek żyje. Święta coraz bliżej - rodzinne przygotowania w toku. Juniorowi wyrwało się ostatnio, że bardzo tęskni za jedną panią z “Mam talent”. Tą, która tańczyła pośladkami - strasznie mu się podobała (chłopina ma 5 lat, ale się prawidłowo rozwija).
A z opowieści o tych, co niekoniecznie się rozwijają prawidłowo, zajrzałem na Naszą Klasę. To znaczy najpierw zajrzał Myku i mi pokazał wpis u niego. Sprawdziłem - u mnie był również ten sam (z jedną małą różnicą - zamiast “z tym grubasem” u mnie było “z tym drugim cwelem”). Zresztą przeczytajcie sami (albo omińcie jeśli jesteście co wrażliwsi na wulgaryzmy) - oto jak fani Michaela Jacksona reagują na jakąkolwiek krytykę. To efekt naszych wideopogaduch na Onecie o filmie “This is it”, jaki ktoś podpisujący się “anty pisowiec” zamieścił na naszych profilach w Naszej Klasie:
Ty pedale skąd ty się urwałeś twoja recenzja filmu “Michael Jackson’s This Is It” na onet.pl jest żałosna to co tam pierdolisz z tym drugim cwelem jest szczytem wszystkiego…kurwa “Michael Jackson’s nakręcił film” dojebałeś tym tekstem wszystkich… Naraziłeś się wiec patrz teraz na miescie za plecy!!!
No to patrzę.
A tymczasem junior zadaje przez Skype’a zagadki babci w Nowym Jorku. Właśnie usłyszałem: “Co to jest? Tato to ogląda i tam jest takie przejście?” Babcia się poddała. A junior na to “Gwiezdne wrota”.
A w Krakowie było fajnie. Wyłożyłem o komiksach. Trzy godziny zleciały jak strzelił. Ale wciąż jeszcze nie mogę przyzwyczaić się do tego uczucia. To znaczy ja mówię, a setka ludzi słucha - OK. Ja mówię o komiksach - OK. Ale ja mówię np. “W latach sześćdziesiątych rozpoczął się boom Marvela, którego głównym sprawcą był Stan Lee”, a setka osób robi sobie z tego notatki. Dziwne… Z tą szkołą w ogóle może się niedługo coś dla mnie rozkręcić, ale (że znowu użyje tego stwierdzenia) nie uprzedzajmy faktów. Za to w sobotę w radiu było po krakowsku. To znaczy ja gadałem z Krakowa a Myku z Warszawy. I było OK. Zaprosiłem jako gościa Roberta Kasprzyckiego. Przyszedł. Wcześniej pan z Krakowa otworzył mi studio i poszedł, więc byliśmy sami z Robertem. I zorientowaliśmy się, że są tylko jedne słuchawki. Więc jak Adam chciał z Warszawy zapytać o coś Roberta to musiałem mu pożyczać. No a wtedy ja nie słyszałem co się działo w stolicy. Albo ja słyszałem, a Robert nie. I mógł rozmawiać tylko ze mną, a poza tym patrzeć jak ja przycinam sobie z Mykiem i z moich ripost domyślać się co tam się dzieje po drugiej stronie. No po prostu nie było w studiu drugich słuchawek! Jakże poczułem się w Krakowie.
Jeszcze z innej bajki. W czwartkowym “Dużym Formacie” Wojtek Orliński poświęcił swoją rubrykę mojej książce. To się cieszę. I chwalę.
To jeszcze ciut o bieżącym wchłanianiu:
DVD:
U Pana Boga za miedzą - no i mamy XXI-wieczną polską kinową trylogię. Co prawda mocno prowincjonalną (w najróżniejszych tego słowa znaczeniach) i Jacka Bromskiego, ale zawsze. Trzecia odsłona życia w Królowym Moście poraża trochę fabułą - to taka wymęczona próba przebicia “Rancza”. Bromski wrzucił wszystkie grzyby jakie mu przyszły do głowy w ten barszcz i lekko (nieprzesadnie) zamieszał. Efekt nie jest zły, ale nie ma w tym ani świeżości, ani lekkości, ani humoru. To znaczy humoru ciut jest, ale w tych 110 minutach mniej, niż w jednym przeciętnym odcinku wspomnianego wyżej “Rancza”. A to nienajlepiej świadczy o panu prezesie.
Literatura:
Andrzej Ziemiański - Toy Wars - w ramach uzupełniania fantastycznych zaległości wziąłem sobie tę cegłóweczkę do pociągu. I przeleciałem ją z przyjemnością. Te dwie krótsze nowele znałem już oczywiście wcześniej z gazety, ale finałowa (znacznie dłuższa niż tamte razem wzięte) trzyma poziom. Rzecz o sympatycznej prywatnej detektyw/zwiadowczyni grupy najemników/exprostytutce w niedalekiej acz technologicznie podrasowanej przyszłości. Dziś prawie każdy (co stwierdzam po przeczytaniu kilkunastu opowiadań szykowanych do druku w “Nowej Fantastyce”) stara się być taka “cwana gapa” - żartować sobie w co drugim akapicie, rzucać bonmocikami w każdym dialogu. A to wcale nie takie łatwe. Mało kto umie to naprawdę fajnie, lekko, nienatarczywie i nieprzesadnie. Ziemiański umie. Momentami troszkę go ponosi (podobnie zresztą było pod koniec “Achai”), ale to potrafiłby przystrzyć dobry redaktor. Widać go zabrakło. Ale i tak książka to świetna rozrywkowa sf w najlepszym poskim wydaniu. Więcej takich.
Komiks:
Star Wars Komiks 12/2009 - tak sobie. Duża historia o Yodzie (niby niegłupia, acz analogicznych w EU były już dziesiątki. I rysunek mi się nie podoba) i mała niby dowcipna, acz straszliwie przewidywalna o Hanie Solo. W sumie raczej nuda.
Star Wars Komiks: Wydanie Specjalne 3/2009 - Jango Fett. Łowy - tu lepiej. Origin Jango Fetta (czyli “tatusia” klonów i Boby). Nieźle wymyślone, nieźle wkomponowane w historię Lucasa, narysowane tak sobie, ale do przyjęcia. No i prawie 100 stron za prawie 10 zł. Jest OK.
Secret Invasion TPB - zeszłoroczny największy event Marvela w jednym tomie. Oto Ziemię najeżdżają Skrulle, zmiennokształtni z kosmosu, którzy infiltrowali nas od lat, a teraz wreszcie się ujawniają i nadlatują armadą. Bendis nieźle to przygotował (kombinując niektóre wątki od wielu miesięcy) i zaczął z pięknym rozmachem. A potem niestety ugrzązł w syndromie Mastertona. Czyli tak ostro namieszał, że nie potrafił wymyśleć zakończenia na miarę wypracowanego zagrożenia. Zbyt łatwo sobie potem w finale nasi radzą, zbyt szybko jest po robocie. Podobnie jak przy wcześniejszym “World War Hulk” okazuje się, że inwazja na skalę światową rozgrywa się finalnie li tylko w Nowym Jorku. I wystarczy tu im spuścić łomot, by było pozamiatane. Bendis świetnie wymyśla i zaczyna takie rzeczy, ale do zakończeń przydałby mu się ktoś do pomocy. Taki np. Rucka. Albo Johns.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)