Kamil M. Śmiałkowski

Z wykrzyknikami dziś tytuł bo mam żal. Niby już przeprosili i w ogóle, ale krzywda została. Oto napisałem bowiem zupełnie sprawny i zabawny tekst do bieżącej Gazety Telewizyjnej (czyli tej, która ukazuje się wraz z Wyborczą w piątek 27 XI). Rzecz traktuje o kinie kopanym i okolicach od Chaplina przez Lee, Li, Seagala aż po Stathama. I wydrukowali. Tylko im jakoś umkło w drukarni moje nazwisko pod tekstem. I jest niepodpisane. Wojciech K. (szef Telewizyjnej) przynajmniej złapał mnie pierwszy (zanim poszło do kiosków) i od razu się kajał. I (wydarzenia bez związku) zamówił następny tekst o kinie katastroficznym (będzie za dwa tygodnie, bo za tydzień idzie moja sylwetka Patricka Swayze). Ale nie zmienia to faktu, że jak jutro, czy tam kiedyś w sieci ujrzycie tekst pod mało wymyślnym (acz zawsze) tytułem “Dziś prawdziwych kopniaków już nie ma” to mój Ci on jest! Mój! Bo w redakcjach bywa różnie…
Zresztą w jednej zacznę pracować od przyszłego tygodnia. Ale nie uprzedzajmy faktów.
A żeby nie było, że tylko GW daje ciała, to widziałem uroczą notkę w bieżącej Polityce. W krótkich zajawkach kulturalnych mój ulubieniec Janusz Wróblewski napisał coś o “Zdobyć Woodstock”. Nawet nie czytałem, co napisał, ale skoro mi się podobało (p. poprzednia notka) to jemu pewnie nie. Ale fajna jest fotka. Bo podpisana jest, że aktor Emile Hirsch. Na niedużej fotce nie ma jednak po nim ani śladu. Są za to (pewnie trochę mniej znani podpisującemu więc wpisał bardziej rozpoznawalnego Hirscha) Henry Goodman, Paul Dano i Kelli Garner. Ale kto by tam zwrócił uwagę. Znaczy, ja zwróciłem…
Tak jak zwróciłem na wyśmienitą promocję filmu “Dom zły”. Abstrahując już od tego, że mi się nie podobało, ale reklamowanie tego mrocznego, krwawego, deliriowanego thrillera hasłem “Jeśli dobrze bawiłeś się na “Weselu” zobacz nowy film Smarzowskiego” jest tak cudownym absurdem, że wybucham rechotem za każdym razem, gdy to słyszę w radiu. Powinni jeszcze dodać, że ten pan wyreżyserował sporo odcinków “BrzydUli” - abstrakcja porównania byłaby niewiele większa.
Z innego rodzaju fop, że przejdę ponownie do medialnego oddźwięku mojego bondowskiego leksykonu, kawałek swojego gościnnego eseju o jednym z bondfilmów umieścił na swym blogu grozowy pisarz Łukasz Orbitowski. I z wrodzoną sobie nonszalancją dla faktów możliwych do zweryfikowania od ręki, podpisał, że “Bond. Leksykon” to książka pod moją redakcją. Otóż, że sprostuję - redaktorem tomu (czyli właściwym człowiekiem na właściwym miejscu) był pan Roman Książek z Pascala. Ja to tylko napisałem.
A recenzja leksykonu (kolejna pozytywna) ukazała się właśnie w grudniowej “Nowej Fantastyce”. A ja nie wytrzymałem i podpytałem dziś w galeriomokotowskim Empiku jak się sprzedaje. Do tej pory poszło im 10 (z czego 7 w ostatnim tygodniu). Znaczy chyba nieźle…

To jeszcze o wchłanianiu:

DVD:
Prezydencki poker 3/7-8 - atomowy okręt podwodny nie odpowiada, Indianie nie chcą wyjść z holu Białego Domu, a prezydent dyskutuje ze wszystkimi o przyrządzaniu indyka na Thanksgiving. To jest serial!

Stawka większa niż życie 15-16 - “Oblężenie” to zawsze była jedna z moich ulubionych historii z Klossem. Frontowe zamieszanie, przebieranki, mina Brunnera, gdy Kloss mu się wreszcie ujawnia. Super. A potem troszkę gorsza “Akcja “Liść Dębu”" i zostały już tylko dwa ostatnie odcinki. Łech…

Gwiezdne wrota 8/1-4 - i zacząłem następny sezon. O’Neila awansowali i jak na razie jego borykanie się z większymi kompetencjami przysłoniły resztę wątków. Wszyscy mnie ostrzegają, że to początek zjazdu jakości serialu, ale ja tam mam na trzecie Tomasz i sam się muszę przekonać. A może akurat mi się spodoba…

Telewizja (choć w zasadzie DVD)
Bestia 1 i troszkę - to nowy serial Polsatu, ostatni nakręcony przez Swayze’go. Zaczyna się jakoś w tym tygodniu a ja dostałem przeglądówkę z dwoma odcinkami, na której był pilot i kwadrans drugiego. Obejrzałem. I może być - mroczna wersja “Miami Vice” z duetem stary gliniarz - młody gliniarz i lekkimi klimatami jak w “Hellblazerze”: agent Barker (stary zmęczony życiem Swayze) jest jak Constantine - jego przyjaciele, znajomi, koledzy raczej mają niewielkie szanse dożyć końca opowieści. W sumie - przyzwoite, acz wyraźnie drugoligowe.

Komiksy (cd zaległości)
Baby Blues 1 - ale zaczynam znowu od czegoś świeżego. Prościutko z Egmontu zbiór stripów o wychowywaniu niemowlaka. Po wstępie można by pomyśleć, że to wręcz wydarzenie epokowe na miarę “Fistaszków”, “Garfielda” czy “Dilberta”, ale nic mylniejszego. Co najwyżej średniej wody stripki, które opierają się na kilku grepsach i to dość oczywistych. Jak sobie przypomnę (choć lata lecą i powoli się to zaciera) swoje perypetie z niemowlakami to mógłbym równie dobrze, a może nawet lepiej. Serio, serio.

Star Wars Komiks 8-11/2009 - cztery zaległe numery. W pierwszym jakoś nic mnie nie urzekło, w drugim przede wszystkim przyzwoite podprowadzenie pod serię “Mroczne czasy” (jej jeszcze nie doczytałem), w trzecim słynny komiksowy pojedynek Darth Vader vs Darth Maul (przereklamowany), a w czwartym trzy niezłe dość równe poziomem historyjki (m.in. Kit Fisto, Han i Chewie oraz Vader niedługo po epizodzie III). W sumie w żadnym nic mnie nie zachwyciło, ale że będę się powtarzał - jak za 6 zł to i tak warto.

Star Wars: Dziedzictwo 4 - Sojusz - ten tomik to zbiór krótszych historyjek, które niespecjalnie popychają główny wątek, ale ogólnie dobrze robią - niezła space opera, trochę zagrywek z mocą, sithowe przepychanki. Jest OK.

Star Wars Komiks: Wydanie specjalne 2/2009 - Biggs Darklighter. Bohater rebelii - a to najfajniejsze. Epizod IV z punktu widzenia trzecioplanowej postaci. Inna perspektywa, porządna mięsista fabułka, kilka fajnie rozegranych scen znanych częściowo z ekranu. Dobre.

Daredevil: Born Again - ostatnia już chyba wielka klasyczna daredevilowa historia, której nigdy nie czytałem. No i pewnie te ponad 20 lat temu komiks Millera i Mazzucchelliego był czymś dobrym, a może nawet bardzo dobrym. Dziś to straszna ramotka. Ta fabuła zestarzała się znacznie bardziej niż “Batman: Year One” (tychże autorów) czy inne tytuły Millera z tamtej dekady. Ot Kinplin dowiaduje się, że Murdock do DD i robi mu kuku na wszystkich frontach. A jak Matt spada na dno to się odbija i wraca z nowymi siłami (a nawet trochę z brodą). Może to była pierwsza taka historia w ramach superbohaterskich komiksów i dlatego o niej do dziś głośno, ale dobre, mięsiste i klimatyczne to to już dawno przestało być.

House of Mystery - Room & Boredom TPB - nowe podejście do klasycznego tytułu, tym razem autorstwa panów od “Baśni” - Willinghama i Sturgesa. Nabyłem pierwszy tom na spróbowanie i to takie solidne przyzwoite Vertigo jest. Nastrojem nie odbiega mocno od “Fables”, choć nie ma takiego poweru. Ot dom na krawędzi snu (oczywiście gościnnie Kain i Abel) i towarzystwo w nim zamieszkujące. A w każdym zeszycie dodatkowo jedna dziwna opowieść (z gościnnym rysownikiem) - różne światy, różne problemy, różne brutalne, liryczne, sensualne i śmiesznawe osobiste wyznania. W sumie żadne tam “musisz mieć”, ale jak mi wpadnie w ręce kolejny tom to wciągnę z przyjemnością.

Japonia widziana oczyma 20 autorów - antologia japońsko/francuska z elementami polskimi. A wszystko o Japonii. Dziwne to i oczywiście nierówne, ale są i perełki (jak zwykle w wyd. Hanami). Kilka tygodni już minęło od dnia w którym to czytałem, więc nie będę pisał o wszystkich, ale tradycyjnie przynajmniej o tych co mi z różnych powodów zapadli: “Wrota wejściowe” Prudhomme - ciut pretensjonalna historyjka z butami; “Letnie niebo” Taniguchi - piękny kawałek japońskich obyczajów, egzotycznie i przejmująco; “A teraz już mogę umrzeć!” Aurira - super, lekkie, erotyczne, żeńskie, wyluzowane - niech ktoś wyda coś więcej tej pani; “Osaczańska robota” Babczyński & Bolałek - sorry, ale tego nie kupuję. Czyta się jak wymęczony pokaz erudycji; “Nowi Bogowie” De Crecy - rewelacja, dla tej historyjki warto mieć ten album. Idea międzykulturowej wymiany potraktowana zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Cudo; “Tokio według Oualterou” Sfar - mnóstwo fajnego gadania. Dobre; “Fałszywy trop” Śledziu - na poziomie “Wartości rodzinnych” czyli bardzo OK; “Sapporo Fiction” Davodeau - proste i fajne, ot, humorystyczny obyczaj z lekkim twistem w finale.

It’s a Bird… - Superman z Vertigo. Naprawdę. I to zgranego teamu Seagle/Kristiansen (ci panowie zrobili kilka lat temu cudną serię o innym mrocznym i tajemniczym vertigowskim domu - “House of Secrets”). Tym razem zaś machnęli większy (128 stron) one-shot o dylematach scenarzysty, który zabiera się za pisanie przygód Supermana. Tak autotematycznie. Ale wyśmienicie - kawał prawdy o życiu amerykańskiej branży komiksowej, kawał potężnych przemyśleń o postaci Supermana ubranych w zgrabne minihistoryjki, cudna osobista opowieść o traumach dzieciństwa i chorobach wieku dojrzałego. Oto na pograniczu komiksu superbohaterskiego powstała opowieść mająca równie prywatny charakter i mocny przekaz, co najlepsze komiksy amerykańskiego rynku niezależnego. Dla mnie jedno z największych i najsympatyczniejszych zaskoczeń ostatnich miesięcy w komiksie i kto wie, może nawet top ten tego roku. Oczywiście w sensie mojego prywatnego roku, bo to album wydany w 2004.

I na dziś tyle - stertka zaległości trochę zmalała, ale do jej zniknięcia jeszcze długa droga daleka przed nami (jak śpiewał poeta).

wszystko mi się dziś kojarzy

November 26th, 2009

Tak sobie pomyślałem, gdy przed chwilą zastanawiałem się co chcę zmieścić w dzisiejszej notce.
No bo tak - po pierwsze update sytuacji PR-owej mojej książki (dla przypomnienia książką nosi tytuł “Bond. Leksykon” i się ukazała nakładem wyd. Media Pascal). Oto pogadałem o niej kilka minut z Grażyną Torbicką (emisja tego odcinka “Kocham Kino” 8 XII), a nadzwyczaj sympatyczna notka ukazała się na łamach grudniowego “Playboy’a”. Po raz pierwszy od dawna miałem porządny pretekst, żeby sobie kupić - bo o mojej książce piszą. No bo tak normalnie to Playboy wiadomo jak się kojarzy…
Notkę leksykonowi poświęcił też na swoim, jakże poczytnym blogu jeden z eseistów (w książce obok mojego leksykonu są również eseje o każdym z filmów autorstwa 12 niegniewnych ludzi) - Michał Radomił Wiśniewski. Inny z nich - Konrad Wągrowski był na swoim blogu mniej wylewny, ale za to dwukrotnie. No i właśnie. Na blog Konrada zaglądam i owszem, ale jakoś tak widać, bez zrozumienia. Bo przecież jakbym zaglądał ze zrozumieniem to już wcześniej kliknąłbym link do jego drugiego bloga Aktoreczki. A tak kliknąłem dopiero teraz. I się zakochałem. O właśnie takie rzeczy żeśmy walczyli!!! Dobre, konkretne, merytoryczne, wizualnie obfite! Brawo ten pan! Od dziś to jeden z moich absolutnie ulubionych miejsc w polskiej sieci. Aktoreczki! No a aktoreczki to wiadomo z czym się kojarzą…

To ja już może przejdę do wchłaniania:

Kino
Zdobyć Woodstock - ja jestem zadowolony. Uroczy film (może nie do końca komedia, jak piszą w stopce, ale po prostu dobry obyczaj) o zapleczu słynnego festiwalu. Ot, młody sympatyczny Żydek, który ze wszystkich sił pomaga swoim starym żydowskim rodzicom prowadzić prowincjonalny motelik, ładuje się w coś wielkiego: nie w pełni rozumiejąc konsekwencje, oferuje siebie i swe okolice organizatorom bezdomnego wówczas festiwalu. No i zaczyna się. I narasta. I toczy się coraz więcej i mocniej. Nie będę więcej zdradzał, ale ogląda się to świetnie, fabuła mknie pięknie i na temat, obsada sprawdza się genialnie (zwłaszcza szarżujący Liev Schreiber jako Vilma, sympatyczny transwestyta ex-marine. Wyobrażacie sobie? Sabretooth w sukience i z blond lokami. Jak dla mnie przebija Johna Lithgowa w “Świecie według Garpa”). I nieśmiało dodam, że z głównym bohaterem Jake’m nie tylko się identyfikowałem, ale i momentami potrafiłem przypomnieć sobie to uczucie - gdy organizujesz coś, robisz jakąś imprezę i jak mała śnieżka zamienia się ona w wielką kulę toczącą się w dół i przestajesz ogarniać swoje dzieło - widzisz, że zaczyna żyć własnym życiem, turla się, płynie, jest wielkie i samodzielne. Nie do zatrzymania. Cudne uczucie!
A, bym zapomniał - jak łatwo się domyśleć sporo w tym filmie golizny. A golizna to wiadomo jak się kojarzy…

DVD
O piątej po południu - cóż… Nie przeczę to film irański rozgrywający się w Afganistanie i z tych nieśpiesznych. Ale obejrzałem. Trochę z obowiązku (w piątek zaproszono mnie do Ale Kino, gdzie mam rozmawiać z Gutkiem. Tak sobie wymyślili, że na 15-lecie Gutek Film pokażą tam 15 jego filmów, a przed każdym będzie rozmowa z innym filmowym krytykiem. No i jestem jednym z 15. Nie wiem kto i dlaczego mi tak złośliwie przyporządkował film, ale nie protestowałem w ramach poszerzania (nomen omen) horyzontów), acz ostatecznie bez bólu. Bo konstrukcyjnie ten film jednak próbuje przynajmniej imitować naszą cywilizację stosując jakąś w miarę zamkniętą konstrukcję fabularną i opowiadając o czymś konkretnym, czy raczej o kimś. O młodej dziewczynie, którą po rozgromieniu Talibów próbuje się pozbierać i wymyślić sobie życie w nowej rzeczywistości. Nie jest łatwo, bo z jednej strony zrujnowany kraj, z drugiej ojciec ortodoks, z trzeciej młody wyluzowany kolega - wszystko dość ekstremalne, nic łatwo i wprost. Nie jest to moja bajka kinowa, ale da się obejrzeć.

Prezydencki poker 3/5-6 - kolejne dwa odcinki. Przed administracją prezydenta Bartleta nowe wyzwania, że na przykład: uchwalenie budżetu, strzelanina w kościele w Teksasie, ustawa delegalizująca monety jednocentowe i międzynarodowy trybunał do spraw zbrodni wojennych (oj, bardzo antyamerykańska instytucja). Dobre.

Dr House 4/1-2 - no i mamy czwarty sezon po polsku. Trochę krótszy niż zwykle, ale co tam. Ważne, że jest. I pięknie się zaczyna. House bez ekipy musi sobie radzić. Więc sobie radzi. Ekstremalnie. A w drugim odcinku zaczyna się wielki casting na nowy zespół. Oj, czuję duży potencjał w tym wątku - będzie się działo. Choć oczywiście patrząc na to z odrobiną dystansu, to po prostu próba wpisania tego serialu we wciąż popularny do bólu w USA klimat wszelkiego rodzaju show z eliminacją kolejnych zawodników i konkurencyjnością. Ale co tam - ważne, że House ma pole do popisu. I do seksistowskich uwag. A seksistowskie to wiadomo z czym się kojarzą…

Komiksy (kolejna piguła z zaległościami)
Pamiętam, jak… - zaczynając jednak od świeżynki najpierw nowy album do Timofa. Niemiecki (nawet dofinansowanym przez RFN), acz sensowny. Oto idealny dowód na to, że da się w formule w jakiej wykreowano u nas warszawski album Trusta i kolegów z GW stworzyć coś znacznie bardziej sensownego i uniwersalnego. Zachowując przy tym lokalność, personalizację wszystkich historii i analogiczną długość historyjki. Wszelkie parametry są bardzo zbliżone (nawet prasowy pierwodruk), a efekt o niebo lepszy. Oto wspomnienia o życiu w NRD/RFN i o upadku muru. Wielu osób. Z wielu miejsc. Z wielu perspektyw. Opowiedziane fajnie, sensownie, za każdym razem z jakimś pomysłem, anegdotą, rozwiązaniem formalnym - za każdym razem z jakimś fajnym haczykiem. I dzięki temu świetnie się to czyta. W innym kraju, w innej kulturze, w innym języku. Wciąż jest to dobry i interesujący komiks. Ale do tego trzeba mieć pomysł, a przede wszystkich skille tworzenia komiksowego scenariusza. Umiejętność wybrania z ludzkich wspomnień, opowieści, życia czegoś ciekawego, oryginalnego, niebanalnego i przekształcenia tego w kilka(naście) obrazków. Zestawienie tych dwóch komiksów to świetna lekcja rzemiosła (+/-). Polecam.

Maksym Osa - ależ się ten Baranko rozkręcił. Rysował zawsze zacnie, ale teraz jeszcze pokazał, że potrafi mistrzowsko machnąć sensowną, skomplikowaną fabułę, pełną punktów zwrotnych, zmyłek fabularnych i mięsistych postaci. A wszystko to w pięknie odtworzonych realiach kozackich XVII wieku. Rewelacja.

B.B.P.O. 1946 - uniwersum Hellboy’a jest pojemne. Tu to widać. Oto tytułowy 1946 r. okupowane Niemcy i rozgrywki pomiędzy Zachodem i Wschodem. Oczywiście rozgrywka paranormalna. Się mi podobało. Brak Hellboy’a w ogóle nie przeszkadza.

RG - Rijad nad Sekwaną - jak ktoś jest fanem “Gliny” czy “Pitbulla” to komiks dla niego. Ja jestem, więc ta ostra historia o francuskich gliniarzach weszła mi ze smakiem.

Skarga Utraconych Ziem - Gwinea Lord - szósty tom Skargi. Czyli drugi bez Rosińskiego. Klimat jest, niezła kreska jest, sensu większego nie ma. Ot, takie tam dark fantasy drugiego sortu wydawane u nas z rozpędu po patriotycznych sentymentach.

Halloween Blues - tu niby też głównie chodzi o patriotyzm, wszak to dzieło Kasprzaka, ale jakoś jestem bardziej przekonany. To nieźle przekombinowana komiksowa wariacja na mystery/czarny kryminał rozpisana na siedem historii. Nie, żeby była to ekstraklasa gatunku, ale to fabułki do przeczytania bez wstydu. Myślący detektyw po przejściach, dość wyrafinowane intrygi i rozseksualniony duch. A taki duch to wiadomo jak się kojarzy…

To najpierw kolejna porcja alfabetu:

Ryszard Ber - reżyser polski. Pan od serialowej “Lalki” i od rozerotyzowanego “Thais” - miałem 12 lat i strasznie mnie to kręciło. A z dzisiejszej perspektywy najbardziej go cenię za dwie telewizyjne adaptacje prozy Grabińskiego z lat 60. “Pożarowisko” i “Ślepy tor”. To jako przykładzik ten ostatni:

Bruce Beresford - reżyser australijski. Pan jest mocno związany z operą, ale jakoś tego w filmach mocno nie czuć. I dobrze. Cóż narobił? A m.in. “Pod czułą kontrolą”, “Zbrodnie serca”, “Wożąc panią Daisy”, “Czarną suknię”, “Dobrego człowieka w Afryce”, “Podwójne zagrożenie”… jeszcze kilka tytułów można by wymienić. Główna zaleta pana BB to to, że świetnie potrafi prowadzić aktorów - dwójka pod jego ręką zdobyła Oscary (sam załapywał się co najwyżej na nominacje). Mnie absolutnie urzekła Sarah Wynter w jego “Muzie” i spróbuję pokazać Wam dlaczego - chociaż trailer nie oddaje nawet w ułamku magii, jaką udało jej się w tym filmie rozniecić:

Peter Berg - reżyser nowojorski, z którym mam kłopot. No bo kręci filmy, które są prawie świetne. Bo zawsze coś sknoci, zawsze wychodzisz z jego filmu i masz wrażenie, że były szanse na olśnienie, ale coś nie halo… Za każdym razem. I po “Gorzej być nie może”, i po “Witajcie w dżungli”, i po “Światłach stadionów”, a zwłaszcza po “Hancocku”. Nie jest źle, ale mogło być świetnie. Z listy tej wyłączyłem “Królestwo”, jeden z najlepszych, najmądrzej poukładanych, najuczciwszych i najciekawszych filmów o wojnie z terroryzmem arabskim - ale i on okazuje się, że pasuje do mojego zestawienia. Bo, jak doczytałem, miał mieć on zupełnie inną, znacznie mocniejszą puentę. Ale się jej przestraszono i poszła ta bardziej lightowa. Gdyby dać ostrą - byłby to jeden z najlepszych dramatów sensacyjnych dekady. Tak jest po prostu kawał ostrej jazdy. Nie mam pojęcia, czy Berg kiedykolwiek się nauczy kręcić naprawdę dobrze, pewnie nie. Ale może mu się zdarzy niechcąco jakiś genialny kawałek. Czego oczywiście mu i sobie życzę. A jeśli jeszcze nie widzieliście “Królestwa” - to Wam powinno zachęcić:

A następnym razem już ani chybi Bergman.

A teraz już do “innych takich”.

O np. takie - ktoś miło napisał o moim leksykonie.
A we wtorek idę do “Kocham kino” Grażyny Torbickiej i też będę o nim mówił (w sensie, że o leksykonie). Dam znać, kiedy emisja.

A skoro weekend (oj, obijałem się w tym tygodniu na blogu) to są i nowe nasze wideopogaduchy z Mykiem na Onecie: “Opowieść wigilijna“, “Paranormal Activity“, “Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu“. Na Onecie także wciąż pisuję: w tym tygodniu było o moich 10 ulubionych duchach, a dziś poproszono mnie o wrażenia z bieżącego odcinka “Mam talent”.
I w ogóle rozmawiam sobie właśnie o lekkim (a może i cieższym) powrocie do pracy w prasie.
Poza tym tydzień był na ostatnią chwilę. Najmocniej się o tym przekonałem w piątkowy wieczór. Bo wtedy (już od kilku miesięcy) bywam w TVN Warszawa i gadamy na żywo w “Rytmach miasta” o trzech wybranych przeze mnie z tego tygodnia premierach kinowych. Zawsze to było zaraz po 18.30. Do tego razu. Bo w tym tygodniu przerzucili mnie na 21.04. Zdziwiłem się. Przyjąłem do wiadomości. I zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze o 18 coś mi się obijało po głowie, że dobrze, że nie jadę o tej porze do TVN-u, bo akurat coś tam w domu robiliśmy. Ale potem zaćma. Jeszcze szwagier przyniósł dzieciakom Wii więc zabawy i piskom było co nie miara. Aż tu za 20.50 dzwoni pani redaktorka i pyta gdzie jestem, bo już powinienem przecież być pudrowany. No to ja z asolutnym spokojem, że jestem w drodze i będę za 15 minut.
- Za ile? - w jej głosie usłyszałem lekkie przerażenie
- Za 10 - odpowiedziałem spokojnie, po czym narzuciłem marynarkę i popędziłem do windy. Na szczęście na trasie z Woronicza w okolicę stadionu Legii (tam się mieści obecnie studio TVN Warszawa) większość świateł była zielona. Wpadłem do budynku jakąś minutę przed wejściem na żywo - akurat tyle czasu by mnie machnąć pudrem i podłączyć mikrofon. Czyli wszystko w porządku. Acz było blisko…
W sobotę w radiu mieliśmy zaś kolegę pisarza Orbitowskiego - spotkałem go w pociągu wracając z grobów 1 XI i zaprosiłem. To przyszedł. Tośmy się pośmiali (głównie z niego). Np z tego, jak to się chłopina myli i o Batmanie pisze per “Barman”, a bohater Willa Eisnera ma wg niego na imię “Spiryt”. Gdy Myku wyciągnął to po raz szósty, czy siódmy pan pisarz zaczął powoli odczuwać żal, że to nas bardziej interesuje i bawi, niż jego spory wszak już dorobek, ale wytrzymał do końca ograniczając obrażanie się do pokazywania środkowego palca, bez odgłosów paszczą na antenie.
A właśnie zobaczyłem, że Wojewódzki zaprosił Olgę Frycz na wtorek. I znowu zrzyna - przecież u nas była tydzień temu…

No dobra, przechodząc do wchłaniania:

Kino:
Saga Zmierzch - Księżyc w nowiu - uśmiałem się jak norka. Naprawdę. Super. Ja wszystko rozumiem, dzisiejsze nastolatki biorą to na serio i się przejmują losem Belli rozdartej pomiędzy miłością do wampira i do wilkołaka. OK. Proszę bardzo. A ja rżę ze śmiechu. I jestem absolutnie przekonany, że Chris Weitz nakręcił to tak celowo: dla nastolatek uroczy, tkliwy, patetyczny film, a dla wszystkich, którzy potrafią spojrzeć na tę fabułę z odrobiną dystansu (czyli dla naprawdę sporej grupy społeczeństwa) rewelacyjna komedia, przy której co chwila wybuchasz niepohamowanym rechotem. Jeśli obejrzycie ten film i nie zaśmiejecie się nawet raz, to naprawdę kiepsko z Waszym poczuciem humoru. Sadze “Zmierzch” kudy do Pottera, czy do inszej dobrej fabuły, ale idealnie trafiła w swój moment. Trochę może przeraża, że Cullen dziś w USA jest bardziej rozpoznawalnym wampirem od Draculi, ale to minie. A Dracula poczeka - wszak jemu nigdzie się nie śpieszy. Wieczny jest.

DVD:
Bracie, gdzie jesteś? - ten film Coenów to z Odyseją ma tyle wspólnego co ze mną, ale nie zmienia to faktu, że dobrze się go ogląda. A Clooney, Turturro i Nelson świetnie pasują do przedwojennej stylizacji, w jaką się tu panowie C bawią. Dowcipne, sympatyczne i nieprzekombinowane, a przekombinowanie - jak dla mnie - ostatnio Coenom zdarza się dość często.

Generation Kill - Czas wojny - siedmioodcinkowy serial HBO o oddziale rekonesansu podczas wojny z Irakiem. Dobre, mocne, przekonujące. Początkowo miałem wrażenie, że to taka współczesna “Kompania Braci” (i słusznie), potem miałem wrażenie, że po dwóch odcinkach nic mnie już nie zaskoczy i będzie nudno (niesłusznie), w końcu obejrzałem całość z dużą uwagą i przyjemnością. Jest wiarygodnie, bez wygładzania, podlizywania się USARMY czy komukolwiek. Z całości najbardziej zapadła mi w pamięć jedna kwestia, gdy najspokojniejszy i najbardziej profesjonalny z żołnierzy o ksywie Iceman mówi podczas jednego z postojów: “My nie jesteśmy wojownikami, jesteśmy ludźmi obsługującymi maszyny.” I jeszcze jedna refleksja mnie naszła. Ta wojna, takie spojrzenie na zdobywany kraj, pełne niezrozumienia, odrealnienia, odczłowieczenia przeciwnika musi być bardzo bliskie wschodniemu frontowi II Wojny Światowej. Tak nas postrzegali Niemcy - jako podludzi. Front zachodni (ten z “Kompanii Braci”) wyglądał przecież zupełnie inaczej.

BrzydUla - i to się nazywa eklektyzm. Obejrzałem kilkanaście odcinków tego polskiego cuda na DVD (zostałem zmuszony do obietnicy, że nie rozwinę tematu w jakich okolicznościach obejrzałem) i mam kilka uwag. Po pierwsze - zadziwiająco dobre realizacyjnie. Jednak Smarzowski to kawał porządniego rzemieślnika. Po drugie - miejscami świetnie zagrane: Braciak i Socha rządzą. Po trzecie - ja już nie mogę takich fabuł. Ciągnię to się jak ciągutka i komplikuje w bezsensownych permutacjach komplikacji. Już od prawie dekady nawet takie seriale kręci się szybciej, mocniej i odważniej fabularnie. Ale nie u nas. A szkoda, bo mogło być zupełnie przyzwoicie. Bo ten serial na poziomie płynności opowiadania i jednolitości formy i przekazu stoi o kilka poziomów wyżej od takiego np. “Domu nad rozlewiskiem”.

Gwiezdne Wrota 7/21-22 - skończyłem siódmy sezon. Finał nawet niezły dobrze opisujący co się dzieje gdy politycy mieszają się do fantastyki. No to jeszcze tylko trzy sezony do końca.

Birds of Prey 3 - w świecie superbohaterów też się trafiają copycaty. W sensie, tacy co potrafią naśladować moce innych. I robić im krzywdę. Ale nasze panienki z Gotham dadzą radę. I dają. Całość wciąż jakaś taka nieprzekonująca.

Telewizja:
FlashForward 2 - i dalej: ogląda się to świetnie, a fabularnie niczym nie zaskakuje. Ale za tydzień znowu po “Mam talent” przełącze na AXN i zobaczę trzeci odcinek. Może poza rewelacyjnym pomysłem wyjściowym jeszcze coś w tym serialu się zdarzy.

Literatura:
Waldemar Łysiak - 4 - i jak co roku kupiłem nowego Łysiaka. I jak co roku się rozczarowałem. Ta powieść to praktycznie szósty tom cyklu rozpoczętego “Konkwistą”, tyle, że jak i poprzednio fabułę WŁ traktuje już czysto pretekstowo - on głównie naucza. Pokazuje swoją interpretację wydarzeń ostatnich lat i miesięcy, chwali się znajomością języków i anegdot, chce jak najwięcej przekazać zapominając (lub w dupie mając) proporcje. I dlatego w tej historii o amerykańskich superkomandosach i ich akcji w Meksyku sama akcja potraktowana jest po macoszemu. Liczy się bowiem wiedza i poglądy Łysiaka. Jego bohaterowie nie rozmawiają - oni głoszą. Swoje poglądy, swoją erudycję, swoje wyrafinowanie i oczytanie. Łysiak, który miał genialne ucho do języka i do dialogów odpuścił całkowicie jakość konwersacji na rzecz przeładowania go treścią. Nikt nie rozmawia w ten sposób. I to największa bolączka tej powieści, tak uwierająca, że co jakiś czas ma się ochotę tym tomem w twardej oprawie pierdyknąć o ścianę. Bo rozmowy w nim brzmią jak grafomańskie próby literackie oczytanego gimnazjalisty, u którego postacie mówią lekko tylko okraszonymi znakami przestankowymi definicjami z leksykonów. Szkoda, oj szkoda. Ale i tak pewnie, za rok następną książkę Łysiaka kupię. A w końcu po to on je pisze. Żeby ktoś kupił.

Komiksy (zaległości ciąg dalszy):
Komiks 2009 - katalog wystawy konkursowej - przeczytałem z uwagą. Kilka miesięcy temu. I niewiele już pamiętam. Ale oto, co mi utkwiło: “Głód” Matys/Serwicka - sugestywne i z fajnym klimatem; “Ministranci” Gazda/Serkowski - fabularnie przerażająca żenada; “Ostra biel” Janusz/Frąś - klasa, ale od tych twórców trudno wymagać czegoś słabszego; “Stella” Sztybor/Sadłos - śliczne; “Jawa” Krótka - fajny pomysł i fabularny i formalny, trochę brak puenty. I to chyba tyle.

Jeż Jerzy musi umrzeć - tytuł jakby znajomy skądinąd, ale treść niczego sobie. Ja tam uparcie będę twierdził, że panowie TL i RS razem tworzą rzeczy najlepsze i nawzajem nakręcają się ku chwale dzieł wykreowanych. A różne skoki w bok im nie służą artystycznie. I oby film był równie dobry i równy jak ten album.

Dziadek Leon - Brzydki, biedny i chory oraz Módl się za nami - przerażająco dobre i mocne. Lektura zalecana z przekonaniem.

Broń Metabarona - i o to było to całe zamieszanie? Jeden z moich ulubionych rysowników, perfekcyjny Travis Charest na lata przeniósł się do Europy i w efekcie machnął w sumie 28 plansz komisku? Się narobił… Jodorowsky fabularnie jak zwykle kręci piruety z patosu i wrażeń po narkotykach, a całość do wchłonięcia w jedno posiedzenie na kibelku.

W poszukinwaniu Piotrusia Pana - a to urocze. Coś w połowie drogi pomiędzy komiksem europejskim (w najbardziej oczywistym sensie tego określenia), a coraz popularniejszym ostatnio komiksem (auto)biograficznym, osobistym, pełnym wrażeń i uchwytywania umijającej chwili. Mi się podobało.

Armada - Niestały świat - trzeba przyznać, że twórcy tej serii umiejętnie przekształcają na potrzeby swojej opowieści różne ziemskie kultury i obyczaje. Tym razem wyraźnie inspirują się Japonią sprzed wieków, ale podokładali do tego pomysłu jeszcze sporo fabularnych komplikacji, więc efekt jest bardzo sympatyczny. “Armada” okazuje się serią z wciąż wielkim potencjałem i tak pewnie będzie jeszcze przez lata. To trochę (zachowując proporcje i gatunki) taki “Valerian” naszych czasów. I ja nie mam nic przeciwko.

Ultimate Fantastic Four vol. 1 HC - przechodząc do tytułów angielskojęzycznych. Oto zaległy pierwszy tom FF w wersji Ultimate, zacnego autorstwa Bendisa, Millara i Ellisa. Jak się panowie wywiązali? Przyzwoicie. Wiadomo - pierwszy tom to wszelkiego rodzaju introdukcje, rozbiegi, rozpisanie miejsc, ról i zaczątki pomysłów na cd. ale kurczę miałem nadzieję na coś więcej. Może też dlatego, że znałem ów ciąg dalszy, gdzie ta seria naprawdę nabrała tempa. Ten tom z powstaniem FF, pierwszymi starciami z Mole Manem i Doomem jest w tym kontekście co najwyżej przyzwoity.

Final Crisis HC - a tu pan Morrison po prostu przekombinował. Miał być najważniejszy, największy, najostatniejszy wielki kryzys w historii DC Universe, a wyszła mdła papka. Widać, że potencjał był, że Morrison miał początkowo jakąś zacną ideę, ale po tym jak ją miał, to tak się napiął, że niestety popuścił. Srogi zawód. Oj srogi. Nawet nie będę próbował streszczać, bo szkoda czasu.

Trinity vol. 1-2 TPB - a z tą serią mam wrażenia dwojakie. To trzecia (po “52″ i “Countdown”) próba cotygodniowego komiksu w DC. Czyli przez rok co tydzień kolejny numer szybkiej, ostrej, ciągłej fabuły. Tym razem postawiono na największych graczy DC - Supermana, Batmana i Wonder Woman. Za całość odpowiada tandem Busiek/Bagley wspomagany w miarę potrzeby innymi twórcami. I tyle. I recenzji to dobrych nie miało. Poczekałem aż rzecz wyjdzie w grubaskach i zacząłem czytać. I muszę przyznać, że jedynka była słabiusieńka - mnóstwo magii (a jej w zestawieniu z Supermanem jakoś nie trawię. On zresztą też nie) i ogólnie nieprzekonująco. Ale już drugi tom wszedł mi z dużą przyjemnością. Może to dlatego, że tytułowej trójcy w zasadzie w nim nie ma. A akcja dość fajnie toczy się głównie z elseworldowym uniwersum, w którym ich w ogóle nie było - za wzór superbohaterów robi więc wciąż JSA. W efekcie aż sam jestem ciekawy jak rzecz się skończy i muszę przyznać, że w mojej ocenie “Trinity” już przeskoczyło “Countdown”, więc źle nie jest.

Sleeper Season One, Two TPB - a na koniec dziś coś absolutnie godnego polecenia. Przed laty zupełnie przegapiłem tę serię więc bardzo mnie ucieszyło to nowe wydanie. W dwóch tomach komplet - oba roczniki opowieści o Holdenie Carverze, tajnym agencie, który miota się pomiędzy dobrem a złem, pomiędzy rządową agencją a przestępczym podziemiem, pomiędzy Johnem Lynchem a Tao. Łatwo więc się domyśleć, że rzecz się dzieje w Wildstorm, ale to jeden z tych komiksów, które choć osadzone w jakimś uniwersum, są całkowicie samodzielne. To po prostu kawał najwyższej próby historii szpiegowskiej autorstwa Brubakera i Phillipsa (tych samych, którzy ostatnio machają te fajne gangsterskie jazdy typu “Cryminal” czy “Incognito”). Świetny komiks z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Dwa tomy, które zsuwają ci buty i samodzielnie odnoszą je do przedpokoju. Idealny dowód na to co da się wycisnąć z superbohaterskiej sieczki. A da się (i uprzedzając komentarze - wiem, że istnieje świetny prolog tej historii, miniseria “Point Black” i ją też polecam).

I dobranoc.

pierwsza recenzja

November 18th, 2009

się ukazała. W sensie - mojej książki. W “Dzienniku”. Pióra Jakuba Demiańczuka. Tu sobie ją można przeczytać. Ja tylko napiszę, że bardzo mi się spodobał fragment “Śmiałkowski to popkulturowe zwierzę” i chciałem wyjaśnić sprawę z puenty tego tekstu. Wydawnictwo na poziomie niedoróbek w redakcji i korekcie nie zawiniło wcale. Jeśli ktokolwiek dał tu dupy czy też jak pisze recenzent wykazał się “brakiem szacunku” to tylko i wyłącznie ja. Oddałem ten tekst skandalicznie późno i cud, że w ogóle zdążyli go wydać w terminie. A wszelkie błędy, pomył(ecz)ki i niedociągnięcia są tylko i wyłącznie moją winą - zresztą przeczytałem już całość literka po literce, wszystkie odznaczyłem i przy (że będę optymistą) drugim wydaniu je poprawię. Słowo.
A tymczasem już niezobowiązująco rozmawiamy o kolejnej książce…

A poza tym nic dziś nie obejrzałem, za to planowałem kolejne telewizyjne przedsięwzięcia i przeprowadziłem wywiad w radiu. Na próźno, bo jak się okazało wcale się nie nagrał, więc powtórzymy go w czwartek (to zaczyna być taka nasza mała świecka tradycja). Tym razem jednak to nie moja wina. Naprawdę.

Doczytałem za to co nieco do końca. Przechodząc więc do wchłaniania:

Literatura:
Magdalena Samozwaniec - Z pamiętnika niemłodej już mężatki. Nowa książka nieżyjącej od prawie czterech dekad pisarki satyrycznej. Dobrej. I książka też dobra. Ot, młody, aktywny, nawet dość sympatyczny syn chrześniaczki Samozwaniec (Rafał Podraza - to z nim był ten dzisiejszy nienagrany wywiad) znalazł jeszcze trochę jej nieopublikowanych tekstów - felietonów, eseików, wspominek. Poukładał je, podredagował i pchnął do wydawnictwa. I wyszło bardzo smacznie - Samozwaniec opowiada tu z równą swadą i wyluzowaną sympatią o swoim krakowskim dzieciństwie, ojcu Wojciechu Kossaku, siostrze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Zielonym Baloniku i życiu w PRL-u. I ma styl jakiego pozazdrościć jej może większość dzisiejszych “satyryków”. Lekko, acz celnie, a co 2-3 strony taka szybka celna szpilka, że człowiek chichocze chcąc nie chcąc. Przykładzik? Oto, jak lat temu kilkadziesiąt Samozwaniec pięknie podsumowała problem homoseksualizmu: “coraz częściej trudno odróżnić dziewczynę od chłopaka i może dlatego panowie tak często się mylą…”

Aaron Alstron - Star Wars: Dziedzictwo mocy. Furia. I kolejna książka SW. Tym razem naprawdę dobra. Oto Han Solo orientuje się, że jest dziadkiem, jego syn staje się potworem na miarę swego dziadka, a Luke powoli zbiera się po śmierci żony. Losy bohaterów sagi i ich potomków zupełnie fajnie się snują i ciągną jak dobre ciągutki. Najbardziej urzekł mnie jednak wątek Jagged Fel vs Alema Rar: nie raz już widzieliśmy czy czytaliśmy o Jedi, którzy poradzą sobie z każdym przeciwnikiem, a tu wreszcie bohater bez mocy, który musi pokonać wredną mroczną Jedi. I znajduje na to sposób. Tak trzymać.

Komiksy (następna stertka):
Baśnie - Cztery pory roku - bajek dla dorosłych tom piąty. Po pierwszej dużej kulminacji w poprzednim albumie teraz lekkie wyciszenie i spokojne snucie opowieści. Ten tom (jak wynika z tytułu) to kolejny rok w świecie baśni. A w nim m.in. secret agent Kopciuszek, wspomnienia z WWII i narodziny dzieci Wilka i Śnieżki. Świetna fabuła. Świetna seria. Willingham rządzi.

52 vol. 1-4 TPB - pierwszy tygodnik DC w wersji albumowej. Kilka lat temu wyd. DC zrobiło sobie myk pod hasłem “One Year Later”, czyli przeskoczyło całym uniwersum o rok do przodu. Trochę to odświeżyło, trochę namieszało (niektórym scenarzystkom, którzy zaplanowali sobie coś poważniejszego), ale w sumie wyszło nieźle. Dodatkiem do zabawy okazała się seria “52″, gdzie opowiedziano te brakujące 52 tygodnie. Tyleż właśnie było zeszytów wychodzących co środa i napisanych przez świetny team (Johns, Morrison, Rucka, Waid), który wzorcowo się uzupełniał i przeplatał. Dziesiątki postaci, świetne pomysły, wszystkie poziomy uniwersum a do tego niezłe okładki i komentarze twórców po każdym zeszycie. Epicko i wręcz przeciwnie. Kawał porządnej lektury.

Countdown to Final Crisis vol 1-4 TPB - nic dwa razy się nie zdarza. Więc próba powtórzenia zabawy z cotygodniową serią DC wyszła znacznie, znacznie gorzej. Niby wszystko jest jak w “52″, ale już tak nie kręci. I postacie mniej wyraziste i wątki bardziej oczywiste i w ogóle raczej nuda. Przewidywalnie, drewniano i bez polotu. Pupa. Ale wciągnąłem całość w ramach poczucia obowiązku.

Opowieści z Hrabstwa Essex - masterpiece. Się nie będę rozpisywał. Cudo. Obyczaj roku.

Łauma - łał. ma. Naprawdę. Karol po prostu potrafi. Nie wymyśla, nie zadziera, nie obiecuje, tylko robi swoje. I to dobrze. I tak trzymać. I cieszę się, że przy różnych okazjach współpracujemy już od ładnych kilku lat. Żeby tam “cieszę się” - po prostu dumny jestem! I tu też nie będę się rozpisywał - inni już to docenili i ocenili i pochwalili. Ja się grzecznie dołączam i jestem dumny, że i w tym albumie mam swój mały udział. A jak mały wiem tylko ja i Karol. Ciekawe, czy ktoś jeszcze wie? A może ktoś wpadnie? Zapraszam do komentarzy. Będzie nagroda. Ja dam jakieś fajne DVD a Karol się podpisze. I narysuje ludzika na okładce. Takiego, żeby pasował do okładki. Prawda, Karol?

Hellblazer - Płomień potępienia - no lubię. Ennisa lubię, Constantine’a lubię, (po)mroczność lubię. Ten tom nie należy do moich faworytów - amerykańska psychodelia jakoś mnie aż tak nie wciągnęła, ale i tak jest dobrze.

Muzyka Marie II - drugi i ostatni tom mangi Usamaru Furuyi. Pierwszy był niezły, ale ten wymiata. Piękne kolejne warstwy fabuły i nastroju zsuwają się z kolejnych planszy tej poetyckiej opowieści o ludzkiej naturze. I te warstwy przy tym jeszcze nieźle zaskakują. Naprawdę. Kawał porządnego komiksu. Jak to zresztą zwykle u Hanami.

Ratownik - i też mi się podobało. Jiro Taniguchiego łykam w każdej ilości, zwłaszcza jak sam sobie pisze (”Ikar” był wyraźnie słabszy, ale też wciągnąłem). Tu machnął w formie one-shotowej mangi fabułę, której nie powstydziłby się film z Brucem Willisem, czy innym Harrisonem Fordem. Ot, samotnik z gór schodzi w niziny i w wielkim mieście robi samodzielnie porządek. “Siłom i godnościom osobistom”. Ratuje kogo trzeba, daje odpór, karze ludzi złych i podłych - no, brawo! Ja tam lubię takie proste i męskie fabuły. Więc polecam.

Solanin I - Hanami po raz trzeci. Jak dla mnie raz najsłabszy, ale oni mają słabość do takich japońskich obyczajów. Ja mniej. Ot, wszędzie są tacy młodzi ludzie z problemami, z pasjami, z perypetiami. Ta opowieść nie jest ani lepsza, ani gorsza od bieżących seriali w TV czy niedawnej powieści Rafała Skarżyckiego. Przeczytałem, zapomniałem, sięgam po coś następnego.

Antologia w hołdzie Tadeuszowi Baranowskiemu - okolicznościowe wydawnictwo przy tegorocznym festiwalu. Jam też z Baranowskiego, więc chętnie zobaczyłem jak podchodzą do niego różni koledzy. Podchodzą różnie - jedni na kolanach, inni twórczo, jedni dali radę, inni polegli próbując, jak większość takich publikacji rzecz straszliwie nierówna, ale ma kilka momentów rewelacyjnych. Moi faworyci: Woynarowski i Rzecznik, a przez grzeczność nie napiszę czyimi obrazkami poczułem się zażenowany (może dla ułatwienia jedne inicjały - KS).

Berlin - zacne. Nie do końca równo - trzecia część wyraźnie słabsza, ale pierwszy wojenny album wymiata. Drugi jest po prostu dobry, a ten trzeci to już taka dobitka. Marvano zrobił kawał porządnej roboty faktograficznej i choćby dlatego warto - zwłaszcza ten pierwszy album o alianckich nalotach bombowych ad 1943. To mniej znany i rzadziej opowiadany kawałek wojny. A godny uwagi i pamięci. Zobaczcie.

CDN

przyznaję i alfabet Bend - Bent

November 17th, 2009

Przyznaję, idea spisania i choć szczątkowego opisania wchłoniętych przez ostatni kwartał komiksów trochę mnie przygięła do ziemi i przez cały ubiegły tydzień, co siadałem do pisania to wstawałem, bo akurat coś ważniejszego wypadło, albo sam sobie coś ważniejszego pilnie organizowałem. A i sporo przez ten tydzień się faktycznie działo, bo np. rozwoziłem kolejne egz. recenzenckie mojego bondowskiego leksykonu, coraz poważniej zastanawiałem się jaką by tu książkę teraz napisać, chodziłem do kina, pisałem teksty, przygotowywałem prezentację włoskich formatów telewizyjnych, przeżyłem kilka awarii różnego rodzaju i natężenia - słowem, tydzień był dość aktywny.
By nie być gołosłownym oto link do tekstu w Onecie o modzie na PRL w kinie, a to nasze pogaduchy wideo o: “2012“, “Demakijażu” i “Rewersie“.
W sobotę w audycji w Roxy naszym gościem była zaś młoda, zdolna Olga Frycz. I było fajnie.
Cóż jeszcze? Święto narodowe spędziłem (jak przystoi) w kinie, najpierw z dziećmi na “Klopsikach” a potem wieczorem na “2012″. I tu i tu w Galerii Mokotów tłok przy kasach był straszliwy. Ale rano spokojnie go obszedłem i zakupiłem bilety w stojącym z boku i praktycznie nieużywanym biletomacie. Gdy przyszedłm drugi raz wieczorem sprzęt oczywiście już był popsuty, ale miałem farta i odkupiłem bilet od jakiegoś radosnego nastolatka, który biegał wzdłuż kolejki krzycząc, że koleżanka nie przyszła i ma jeden niepotrzebny bilet za dychę (tanio, bo z jakiejś promocji Orange). No to wziąłem.
Zanim jednak o samych filmach to tradycyjny weekendowy alfabet reżyserów. Dziś trzej panowie na “Ben”:

Steve Bendelack - brytyjski mocarz. Z kina można go kojarzyć tak naprawdę li tylko z “Wakacji Jasia Fasoli”, ale to, co ten gościu wyprawia w telewizorze jest genialne. Ze sporej listy sitcomów przy których pracował dla wielu najważniejsza będzie “Mała Brytania”, ale ja jestem przede wszystkim diehard fanem “Ligi Dżentelmenów”. A Bendelack wyreżyserował praktycznie wszystko, co jest sygnowane tym tytułem. No to go uwielbiam. Kawałeczek? Proszę:

Roberto Benigni -włoski farsiarz, który machnął raz farsę o Holocauście i w Hollywood tak się zdziwili, że z wrażenia dali mu za nią Oscara. Benigni jako aktor sprawdza się nieźle (zwłaszcza gdy ktoś go trzyma za twarz i pilnuje, by nie szarżował), a gdy sam się reżyseruje bywa różnie. W “Johnnym Wykałaczce” i “Potworze” momentami bywa zabawnie a momentami żenująco, w Oscarowym “Życie jest piękne” jest faktycznie dobrze, acz jak dla mnie ciut ciężkostrawnie. Późniejsze “Pinokio” i “Tygrys i śnieg” wciąż czekają w kolejce na obejrzenie, więc nie mam zdania. Ale jakoś nie ciągnie mnie, by wyciągnąć je z półki i obejrzeć bez kolejnością. To w takim razie bezpieczny kawałeczek “Potwora”:

Robert Benton - a ten to ma trzy Oscary. Dwa co prawda za scenariusze, ale jeden wpadł mu za reżyserię (”Sprawa Kramerów”). Benton kręci sobie coś raz na kilka lat, ale jakoś tak zawsze smacznie. Nie są to filmy pierwszoligowe, ale pełne świetnych aktorów i z niezłą fabułą. Takie np. “Miejsca w sercu”, “Billy Bathgate”, “Naiwniak”. A za co dodatkowo lubię pana B. to za świetne i pezpruderyjne jak na amerykańskie kino podejście do seksu i nagości. Czasem jest zabawnie (jak machnięcie biustem Melanie Griffith w “Naiwniaku”), czasem sensualnie (jak z Nicole Kidman w “Billym Bathagate” i “Piętnie”), a czasem uroczo i niewinnie (jak w striptizie Jacindy Barrett w “Piętnie”). Ostatni film Bentona - “Smaki miłości” można (i w zasadzie należy) oglądać li tylko dla scen z pięknymi, a często również nagimi kobietami - reszta jest dość naiwna i oczywista. Ot kolejna opowieść jak to się życie plecie. Zresztą co Wam będę tłumaczył - oto trailer:

Tyle w ramach alfabetu, a teraz już do zaległości. Bo co nieco mi się przez ten tydzień jednak wchłonęło (nawet i bez komiksów):

Kino:
Klopsiki i inne zjawiska pogodowe - niezłe. Bez rewelacji. Ot, gorsze od Pixara, lepsze od większości animowanych produkcji z tej strony Atlantyku. Kilka razy mnie roześmiało, sama idea żywności spadającej z nieba bardzo spodobała się dzieciakom - czegóż chcieć więcej? Bez dzieci bym nie poszedł, czego i Wam życzę.

2012 - cześć destrukcyjna fajna. Cusack się sprawdza jako everyman. Peet jak zwykle piękna i z czasem człowiek bardziej sobie na nią popatruje niż na ten cały świat idący w rozsypkę. Jak to u Emmericha zabawny, drewniany do bólu drugi i trzeci plan (choć trzeba przyznać, że postać Karpova (Zlatko Buric) genialnie wymyślona, obsadzona i zagrana). Trochę za długi i mało atrakcyjny finał (ostatnie trzy kwadranse), ale taki już urok tego pomysłu. Jak Hitchcock zaczyna trzęsieniem ziemi, to jeszcze coś dalej da się wymyśleć, jak Emmerich zaczyna zniszczeniem świata, to coś jeszcze mocniejszego może być problematyczne…

DVD:
Gwiezdne wrota 7/17-20 - kolejna porcyjka radosnej fantastyki. Tym razem w końcu ginie ktoś ze stałych bohaterów serialu, kręcą dokument o Stargate (niezły gościnny Saul Rubinek), ekipa wybiera się do miasta posprzątać po mało profesjonalnych kolegach i wreszcie zostaje zaprzysiężony nowy prezydent, który zostaje zbriefowany o dotychczasowym przebiegu serialu (odcinek pełen retrospekcji). Fabuła z prezydentem niczego sobie, choć po wciągnięciu się w “West Wing” każde inne użycie Gabinetu Owalnego w jakiejś ekranowej fabule budzi raczej politowanie.

Smallville 6/20-22 - koniec. Przynajmniej na razie (kolejne sezony pewnie kiedyś nabędę). W finiszu tego boxa klimatyczny odcinek “Noir” stylizowany na czarny kryminał (zdjęcia, stroje, fabuła), odcinek o superwojowniku na usługach Lexa, którego pranie mózgu trochę wysiada pod urokiem koleżanki z dzieciństwa Lois Lane, i wreszcie finał z powrotem Martian Manhuntera, debiutem Bizarro i “śmiercią” Lany. Jak zwykle w tym serialu clifhanger na koniec sezonu robi wrażenie!

Prezydencki poker 3/1-4 - ten sezon zaczął się oryginalnie jesienią 2001 r. Nic więc dziwnego, że zamiast od razu zabrać się za reelekcję, jatkę z ujawnieniem choroby prezydenta i bieżącym zamieszaniem Sorkin zrobił coś ekstra. Nakręcił piękny, wzruszający hołd dla 9/11 - nie mieszczący się w continuum serialu odcinek “Isaak and Ishmael” opowiadający prostym językiem o terroryźmie, tolerancji, trudnych wyborach i potrzebie dialogu. A potem wrócił do bieżącego świetnego politycznego widowiska pełnego ideowców i polityków. Ciekawe (i całkowicie nierzeczywiste w naszych realiach) jest pokazanie tu, jak zupełnie inną ekipą są ludzie na co dzień pracujący z prezydentem, a kim innym ci, którzy zostają ściągnięci do pomocy przy wyborach. To zupełnie inna specjalizacja, inna klasa, inna kasta. Oni są od wygrywania, a tamci po prostu od codziennej roboty i gaszenia pożarów. Sam nie wiem co jest fajniejszą robotą. Obie wyglądają smakowicie. Gdybym oglądał tylko ten serial, a nie znał w ogóle polskiego bagienka, to jeszcze bym zamarzył o pracy w polityce…

Stawka większa niż życie 13-14 - teraz chwilka retro. Oto J-23 nawet pozbawiony instrukcji z centrali daje radę. Choć o mało przy tym nie ginie z rąk swoich. Ale to przecież ryzyko konspiracji. Za to w odcinku “Edyta” Hans spotyka kuzynkę sprzed wojny i prawie się w niej zakochuje. Ale gdy ta wyraża się z pogardą o Polakach (jak przystało prawdziwej Niemce) uczucia pryskają a Bruner wieczorową porą zabija kuzynkę, niechcący przy tym zapobiegając dekonspiracji J-23. A w tzw. międzyczasie mija Sylwester więc do końca serialu pozostało kilka miesięcy ‘45 roku i cztery odcinki.

Birds of Prey 1-2 - ten niespecjalnie udany serial przywiozłem sobie w te wakacje z USA. To, podobnie jak “Smallville” adaptacja komiksu DC, acz jeszcze bardziej pokręcona. Mamy tu New Gotham i trio superbohaterek: Oracle, czyli postrzeloną ex-Batgirl (w tej roli jedna z moich ulubienic Dina Meyer), młodziutką Dinah Lance i córkę Batmana i Catwoman (sic!) Helenę Kyle. To one bronią miasta po zniknięciu Batmana, a służy im pomocą (oczywiście) Alfred Pennyworth. Za większością złych uczynków stoi zaś niejaka dr. Harleen Quinzel, na co dzień psychoterapeutka Heleny. I klimatem i pomysłami fabularnymi rzecz jest mocno przestrzelona więc i nic dziwnego, że padła po 13 odcinkach, ale obejrzeć trzeba. Na początku oczywiście tradycyjny odcinek zbierający skład do kupy (standard) a potem walka z panem co to potrafi się zamienić w wodę. Daje mu to pewną przewagę, acz oczywiście do czasu. Mam nadzieję, że choć troszeczkę się to z czasem rozkręci.

Telewizja:
FlashForward 1 - obejrzałem sobie na AXN i muszę przyznać, że zaczyna się zupełnie sprawnie. Pomysł jest iście kosmiczny (równoczesna strata przytomności przez wszystkich ludzi na świecie i równoczesna wizja przyszłości odległej o pół roku) i jak na razie nieźle rozegrany. Choć “nieźle” to niestety nie znaczy zaskakująco. Poza samym pomysłem absolutnie nic mnie w pierwszym odcinku nie zaskoczyło - wszystkie wątki, postacie i ich perypetie są całkowicie przewidywalne i oczywiste. Może dalej będzie lepiej. Zobaczę.

Literatura:
Dennis Lehane - Modlitwy o deszcz - wymieniając przeczytane książki jakoś tę przegapiłem. A szkoda, bo jest świetna (jak prawie wszystkie Lehane’a). To piąta i ostatnia powieść o Patricku Kenziem i Angeli Gennaro (poprzednia “Gdzie jesteś Amando?” była niedawno sfilmowana) - jak zwykle jest mrocznie, brutalnie i zaskakująco. Teraz mając już pełny obraz sytuacji zdecydowanie wyżej cenię cykl Lehane’a od analogicznie i w zasadzie równolegle powstającej serii kryminałów Cobena o Bolitarze. Tu jest ostrzej i bardziej serio. I lepiej. I tylko mam nadzieję, że jak Coben, tak i Lehane wróci jeszcze kiedyś do tych postaci. Choć widząc w którą stronę ostatnio idzie jego twórczość (”Miasto niepokoju“) to szanse są niewielkie.

Komiksy (no dobra, to ze trzy na początek):
Wolverine: Flies to a Spider TPB - zbiór pięciu samodzielnych zeszytów z Loganem. Nierówne, ale w sumie godne uwagi. Jest brutalnie, morderczo, czasem na granicy groteski (gdy Wolvie by rozpracować gang złodziei narządów daje się złapać i wyciąć sobie co nieco), ale daje radę. Logan z tych historii to samotny ronin - czasem z jakąś misją, a czasem po prostu wędrujący sobie po świecie i pazurami rozdrapujący niesprawiedliwość na strzępy. Nie, żeby obowiązkowa lektura, ale jak ktoś lubi W. to nie będzie narzekał.

Rocznica Urodzin Asteriksa i Obeliksa - Złota Księga - a tu będzie. Zwłaszcza jeśli lubi Asteriksa i inne wytwory wyobraźni Rene Goscinnego. Bo to piękna, pozłacana kupa jest. Pośmierduje zresztą od samego początku - od żenujących wstępów, a zwłaszcza bolesnego (bo zarówno grafomańskiego jak i smutnego merytorycznie) tekstu pióra córki Rene - Anne Goscinny, która usiłuje jakoś usprawiedliwić dekady samodzielnej TFUrczości Uderzo. Wg niej tatuś by tego pragnął i w ogóle jest super. Niestety nie jest. Jest mdło, popłuczynowato i bez bożej iskry jaką wkładał w swą kreację Rene G. Bez niego czyta się to z narastającym poczuciem zażenowania. Jak byśmy mieli do czynienia z podróbką Asteriksa “made in China” wytwarzaną hurtowo bez polotu i poczucia humoru. Przykro.

Ibikus - cacuszko. Potężna cegła (ponad 500 stron) będąca świetną adaptacją powieści A. Tołstoja. Rabate genialnie wręcz czuję tę prozę, tę opowieść, tę postać małego skurwielka, który z każdego zakrętu losu (a w Rosji AD 1917 było ich sporo) uchodzi z życiem. “Ibikus” to absolutnie słusznie wydane 99 zł. a Egmont wbija się nim z łomotem pomiędzy najlepsze cegłówki ostatnich lat, wydawane dotąd raczej przez KG czy Timofa. Czytajcie, czytajcie!

A więcej następnym razem.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl