Kamil M. Śmiałkowski

seriali Ci u mnie dostatek

October 30th, 2009

No właśnie, bo obiecałem nadrobić informacje o obejrzanych serialach. A nazbierało się tego przez te miesiące w cholerę. Ale może najpierw szybki update sytuacyjny:
- właśnie oddałem halloweenowy tekst do Onetu o moich 10 ulubionych horrorach. Jak powieszą, to oczywiście podlinkuję.
- z kolei dla Gazety Telewizyjnej napisałem o serialu dokumentalnym “Tajemnice superprodukcji filmowych”. Rzecz ukaże się za dwa tygodnie, a już w jutrzejszym (piątkowym) numerze - mój tekst o kinowej popkulturze PRL-u.
- kończe scenariusz pilota serialu animowanego dla nowopowstającej telewizji, do którego projekty graficzne tworzy popularny rysownik komiksowy.
- napisałem też teksty do najbliższego numeru “Miasta kobiet” i kończe ostatnie odcinki “Światowych rekordów Guinnessa” dla Polsatu.
- no i ciut pomagam w promocji mojej książki, która pojawi się w księgarniach już w przyszłym tygodniu (ale o tym w przyszłym tygodniu).
A poza tym dużo czytam i oglądam.

Wczoraj obejrzałem np. film Jęk czarnego węża - świetny duet Samuela Jacksona i Christiny Ricci jako zmęczonego życiem farmera i lokalnej nimfomanki, którą stary murzyn próbuje sprowadzić na dobrą drogę. Do tego Justin Timberlake na drugim planie i mnóstwo świetnego bluesa. Naprawdę kawałek porządnego kina. Ale miało być o serialach.
Oto więc szybki i (z racji ilości) dość skrótowy update serialowy:

Star Trek: Enterprice 4/17-20 - końcówka sezonu, serialu i jak na razie telewizyjnego Star Treka w ogóle. I trzeba przyznać, że końcówka nadzwyczaj udana. Uwodzicielskie niewolnice z Oriona, jedna z najlepszych historii z Mirror Universe (fajnie podpięta do TOSu) i piękny finał z gościnnym występem Petera Wellera. Enterprice miał swoje lepsze i gorsze chwile, ale kończy się naprawdę zacnie.

Z archiwum X 9/17-20 - i tu też końcóweczka. Acz już bez takich zachwytów. Jedynie odcinek “Sunshine Days” sprawia wrażenie starego dobrego Archiwum, ale sam finał pełen majaków Muldera i uporczywych deus es machina jakoś mnie nie ubogacił.

The Long Gunmen - a to, to co innego. Spin-off do Archiwum, zdjęty po zaledwie 13 odcinkach serial o Samotnych Strzelcach, trzech radosnych geekach, których uzupełniają tu naiwny i prostolinijny Jimmy Bond i tajemnicza Yves. Śmiesznie, miejscami inteligentnie i nerdowsko do bólu. I akurat tyle odcinków, by się nie znużyć konwencją. Dobry serial.

Gwiezdne Wrota 5/5 - 7/8 no właśnie. Przez ten kwartał wciągnąłem ponad dwa sezony “Stargate” co nie jest może jakimś rewelacyjnym wynikiem, ale to efekt ciągłego dvdowego płodozmianu. A pułkownik O’Neil rządzi absolutnie. Nie będę tu streszczał czy wymieniał najlepszych odcinków - to po prostu kawał porządnego telewizyjnego sf, który wchodzi z prawdziwą przyjemnością. Enjoy!

Smallville 6/5-14 - a tu w ogóle jakoś przystopowałem, bo to mój serial do zasypiania. I strasznie łatwo mi się przy nim zasypiało… Stąd każdy odcinek oglądam tak około tygodnia. A tymczasem Lex zaręcza się z Laną, Lois romansuje z Oliverem Queenem, a Clark po raz pierwszy korzysta z pomocy kolegów (Green Arrowa, Cyborga, Aquamana i Impulse’a) tworząc podwaliny pod JLA. Jakoś lubię ten serial.

Czterej pancerni i pies 11-21 - kawał naprawdę porządnej wojennej przygodówki. Fajnie wymyślone, fajnie opowiedziane i sprawnie zapodane w formie serialu. Moja multipopkulturowa dusza cierpi tylko, że Klossa nie zagrał Mikulski, ale poza tym jest idealnie. Naprawdę.

Stawka większa niż życie 1-10 - a skoro o Klossie mowa, to teraz jego sobie przypominam. I też pięknie wchodzi. Właśnie dziś wypadł mi odcinek, który nie ma odpowiednika komiksowego (ten z podwójnym Damięckim. Na szczęście nie Mateuszem). W ogóle ilość konspiracji, najróżniejszych agentów wywiadu wstawionych do niemieckiej administracji i wojska jaka pojawia się w tym serialu sprawia wrażenie, że gdyby ich w tym samym dniu wycofano to III Rzesza zapadła by się z braku funkcyjnych.

Miami Vice 2/11-12 - Phil Collins w niezłej roli cwaniaczka-naciągacza. I tyle zapamiętałem, bo oglądałem to już naprawdę dawno.

Monk 3/14-16 - końcówka trzeciego sezonu w której Monk jedzie do Vegas, pomaga w szkolnych wyborach i opiekuje się małym chłopcem, który nadzwyczaj mocno go przypomina. Wciąż świetna zabawa.

Pogoda dla bogaczy 29-34 - puenta pierwszego serialu, którego późniejsze permutacje (wszelkie “Dynastie” i “Dallasy”) zdominowały amerykańską telewizję na wiele lat. A tu Rudy i Falconetti w finalnym zwarciu i wszystko się nieomal dobrze kończy.

Columbo 41-43 - odcinek w reż. Jonathana Demme’a, odcinek, który pamiętam od jego pierwszej emisji w polskiej telewizji w latach siedemdziesiątych (i z którego nauczyłem się co mają wspólnego kółka w prawym górnym rogu ekranu ze zmienianiem filmowych rolek) i odcinek o morderczych pieskach (z Kim Catrall, która wciąż seksi się w wielkim mieście, a jak widać na tym przykładzie grała laski w serialach telewizyjnych już ponad 30 lat temu).

Dr House Sezon 3 - mistrzostwo świata. Kropka.

Ranczo Sezon 4 - kawał jakże rzadkiej dobrej rozrywki wyprodukowanej w Polsce. Polecam. Naprawdę.

Robin Hood 1/1-5 - najnowsza XXI-wieczna wersja przygód łucznika w kapturze. Trochę lepsza od tej z lat 90. ale kudy jej do kultowego serialu mojej młodości. Jest nieźle, choć pomysł średniowiecznego bohatera, który z powodów ideowych odrzuca zabijanie i woli zrobić sobie krzywdę niż uśmiercić najgorszego wroga, wydaje mi się trochę z dupy.

Teoria wielkiego podrywu Sezon 1 - idealny sitcom dla mnie. Ot, dwóch nerdów mieszkających wspólnie i wprowadzająca się naprzeciw zupełnie normalna blondynka. Efekt - porażająco śmieszny.

Plotkara Sezon 1 - a to nastoletnia soap opera o wyższych sferach Nowego Jorku. Nawet wciągająca. Ot, najdroższe liceum na Manhattanie i problemy jego uczniów. Z naszej perspektywy totalne sf. Ale nawet się wciągnąłem.

i wreszcie Prezydencki poker 1-2/13 - absolutne mistrzostwo świata. Serial o codziennym funkcjonowaniu administracji Białego Domu. Polityka, obyczaje, humor, sarkazm, świetne aktorstwo - cudo. Sorkin jest niekwestionowanym mistrzem seriali chodzonych (bohaterowie są w ciągłym ruchu wymieniając się tonami informacji i cynicznych uwag). Kupiłem już wiele miesięcy temu komplet 7 sezonów z przeceny na Amazonie i nieopatrznie puściłem sobie jakiś czas temu pierwszą płytę. I jak zassało. Teraz trudno mi się oderwać, a w przeciwieństwie do większości pozostałych to serial na którym trzeba się całkowicie skupić, bo dzieje się dużo, gęsto i niełatwym językiem (a polskiej wersji językowej ni ma). Cudo. I jakże się cieszę, że jeszcze tyle przede mną.

A następnym razem zaległości muzyczne.

alfabet reżyserów Bat - Bax

October 25th, 2009

Przy niedziel pora wrócić do tradycji przeglądów. Autorski przegląd reżyserów przerwałem dwa i pół miesiąca temu na Andrzeju Bartkowiakiaku. No to dziś wznawiamy na następnym panu na Ba. Panu Batorym.

Jan Batory - jednym z seriali mojego dzieciństwa (powtarzanym w TVP z gorliwością godną lepszej sprawy) było “Karino”. Opowieść o dzielnym koniu i obsłudze stajni miejscami nawet wciągała, ale na pewno nie za nastym razem. I to właśnie było dzieło Jana Batorego. Wcześniej nakręcił on sporą garstkę filmów kinowych z których większość litościwie zapomniano. To, czego jeszcze długo mu nie zapomną, to “O dwóch takich, co ukradli księżyc” - wielki medialny debiut braci Kaczyńskich. Ciekawe, czy bez tego filmu też Lech zostałby prezydentem? Tego się nie dowiemy, ale z pewnością, gdy znowu coś głupiego z bratem wymyślą, można się nieźle zrelaksować puszczając sobie ich dziecięce popisy:

Mario Bava - nieżyjący już od blisko trzydziestu lat jeden z mistrzów włoskiego horroru. Oj, potrafił on makabreskować naprawdę zawodowo i dziesiątki późniejszych horrorów są wyraźnie pod jego wpływem. Dużo jego filmów jeszcze wciąż przede mną (w kolekcji mam jedynie “Kill, Baby, Kill”), ale staram się nie przepuszczać żadnej okazji. Jego grozy sami sobie poszukajcie, a tu trailer trochę innego w klimacie filmu “Danger: Diabolic” - ekranizacji włoskiego komiksu mocno inspirowanej coraz popularniejszymi wówczas kinowymi przygodami 007 i telewizyjnymi “Świętymi”:

Craig R. Baxley - a to ciekawy osobnik. Najpierw kaskader, z kaskaderskiej rodziny, nawet prezydent stowarzyszenia kaskaderów - zaczynał na początku lat 70. w Bondzie “Diamenty są wieczne”, a kończył w “Predatorze”. Przy “Drużynie A” zaczął równocześnie z koordynacją kaskaderki reżyserować. I jakoś mu idzie do dziś. Nakręcił jeden z najsłynniejszych filmów akcji lat 80. “Action Jackson”, acz potem pracował głównie w telewizji. Tam skumplował się ze Stephenem Kingiem i zrobił kilka miniseriali z jego scenariuszami (”Sztorm stulecia”, “Czerwona Róża”, “Szpital Królestwo”). Ale nie tylko - jego jest chociażby większość zupełnie niezłego miniserialu “Lost Room” sprzed dwóch lat. Ot, to taki niezły rzemiocha bez większych aspiracji. Ale wymienić go trzeba chociażby ze względu na te służbowe zażyłości z Kingiem. A w ramach chwili nostalgii, trailerek “Action Jacksona”:

Następnym razem zaczniemy od pana Bay’a, a teraz jeszcze mała errata do wczoraj, bo oczywiście dwie płyty zaplątały się na inną półkę i o nich zapomniałem:

Kontakt bezpośredni - świeżutki, zeszłoroczny Dolph Lungren, który jako jednoosobowa armia robi porządek w skorumpowanej współczesnej Rosji. Oczywiście wyłącznie dla fanów tego herosa (zawsze go wolałem od Van Damme’a).

Julia - piękna popisówka Tildy Swinton, która wreszcie (po latach drugich planów) dostała dużą rolę na miarę swych możliwości. I jest fenomenalna, jako alkoholiczka głupio porywająca dla okupu bogate dziecko. Ostro, serio i naprawdę dobrze.

A seriale to już w przyszłym tygodniu.

Filmy zaległe

October 25th, 2009

I po sobocie. Dziś w audycji gościliśmy Tamarę Arciuch (początkowo obiecywano nam Cielecką, ale wyjechała. Ale nie narzekamy), a potem jeszcze dwóch Włochów z lekkim ADHD - ciekawe jak to jest po włosku?
Powoli sobie zaczynam przypominać, żeby wieczorem siadać do strony i coś tam popisać - dziś np. uzupełniłem też o świeższe rzeczy listę wywiadów (o radiowe i tegoroczne gdyńskie) i programów telewizorowych (o Guinnessy). Przede mną jeszcze uzupełnienie moich publikacji (ale tu muszę zrobić kilka skanów), a przede wszystkim powymienianie tu listy obejrzanych, przeczytanych i wysłuchanych tytułów. Tym razem miało być o filmach na DVD. No to proszę. Wydaje mi się, że zgromadziłem je wszystkie w jedną kupkę i teraz lećmy po kolei - tytuł i szybka opinia. I tradycyjnie - jeśli ktoś chciałby podyskutować o którymś z tytułów bardziej, szerzej ew. polemiczniej to zapraszam do komentarzy:

Che. Rewolucja - Soderbergh w nieźle nakręconej i straszliwie jednostronnej biografii słynnego rewolucjonisty. Del Toro niezły, reżyseria też niczego sobie, ale fałsz “uroczej i słusznej rewolucji” mnie odrzuca straszliwie. A to dopiero połowa tej historii (bo się SS w dwóch godzinach nie zmieścił i podzielił całość na dwa filmy).

Tatarak - nie urzekła mnie ta historia. Może twórcom taki film (a zwłaszcza samo jego tworzenie) był do czegoś potrzebny, ale jak dla mnie wyszło dość pretensjonalnie. Janda genialna, ale po co? Fabuła Iwaszkiewicza zacna, ale na góra pół godzinki. Doceniona w Berlinie wielopoziomowość kręcenia tego filmu jest jakąś archaiczną ramotką - filmem w filmie, w którego autentyczność nie sposób uwierzyć. Nie kupuję tego i już.

Zielona Latarnia - pierwszy lot - pełnometrażowa animacja DC opowiadająca o pierwszym starciu Hala i Sinestro. Długie, gęste, nieźle przekombinowane, z uczciwą animacją i fajnymi głosami (Helfer, Madsen, Larroquette). No i szybko wyszło po polsku!

Meet the Feebles - wreszcie uzupełniłem filmografię Petera Jacksona o ostatni brakujący tytuł. Jego hardcore’ową wersję muppetów. Widziałem już sporo kawałków tego filmu, ale wreszcie wciągnąłem go w całości i w komunikatywnym języku (znaczy angielskim). Jeśli nie słyszeliście o tym dziwie to wyobraźcie sobie Muppet Show, który przechodzi na Ciemną Stronę Mocy. Pluszaki, które się mordują, bzykają, narkotyzują i robią wszystkie najgorsze rzeczy, jakie można sobie wyobrazić. Przez półtorej godziny. Z obowiązkową masakrą w finale (jeszcze widzę słonia, który biegnie by ratować swe niemowle i pada z przestrzelonymi kolanami). Cudny młodzieńczy wygłup PJ, nakręcony jeszcze przed “Martwicą mózgu”. Polecam.

Leon Zawodowiec - lata minęły a to wciąż świetny kawałek kina. Besson rządzi. Reno rządzi. Oldman rządzi. I Portman rządzi, ale oczywiście tu jeszcze wyłącznie w sensie aktorskim.

Radio na fali - najnowszy Richard Curtis, który tu nie komedioromansuje, tylko pięknie, zabawnie i wzruszająco opowiada o cudnych czasach pirackiego rocka w GB. Lata 60. i rozgłośnia nadająca z Morza Północnego (bo na lądzie nie było wolno) mnóstwo świetnej muzyki. Genialny klimat i jeszcze lepsza obsada (Philip Seymour Hoffman, Bill Nighy, Rhys Ifans, Nick Frost i Kenneth Brannagh). To nie jest kino tak popularne jak “To właśnie miłość” czy “Cztery wesela i pogrzeb”, ale pięknie zakręcone i brytolskie do bólu. Bonusy DVD - świetny komentarz (z tłumaczeniem) i ponad pół godziny scen usuniętych - Curtis jak zwykle za dużo nakręcił i musiał ciąć, żeby film nie trwał 3 godziny. I sam przyznał, że wyciął kilka perełek. Ja zakochałem się w scenie wspólnej gimnastyki na statku. Cudo.

Go Fast - bardzo przyzwoity francuski thriller policyjny.

Trzech facetów z Teksasu - debiut Wesa Andersona. Strasznie pretensjonalna historyjka o tępych przestępcach. Ale momentami ta pretensjonalność jest już tak intensywna, że widać w co się z czasem przemieni. No i w głównych rolach młodziutcy bracia Wilson.

Wielki Stach - zadziwiająco przyzwoita komedia z Robem Schneiderem. Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak powiem, a tu proszę. Zazwyczaj żenujące uzupełnienie Adama Sandlera w naprawdę zabawnej (choć oczywiście miejscami żenującej) opowieści o cwaniaku, który dobrze przygotowuje się do odsiadki. Ja się uśmiałem.

W krainie czarów - Elle Fanning jest jeszcze lepsza od Dakoty. Ta mała jest olśniewająca w tej fabułce o nie do końca normalnym dziecku. Z elementami “Alicji w krainie czarów”. Ciekawe, sympatyczne, godne uwagi.

Szybko i wściekle - Zzziuch po raz czwarty. Mnie nie ruszyło, ale ponoć ten odcinek był najpopularniejszym ze wszystkich. Ale to może dlatego, że mnie samochody niespecjalnie kręcą. A poza tym po trzeciej części “Tokyo Drift” miałem nadzieję, że czwarta będzie się nazywać “Warsaw Holes”.

Zapaśnik - świetny Rourke, ale film staszliwie przewidywalny. Nie takich rzeczy oczekuję od Aronofsky’ego.

Killshot - nieudana ekranizacja Leonarda. John “Zakochany Szekspir” Madden nie nadaje się w ogóle do kina akcji, więc nie pomogła niezła obsada (Lane, Rourke, Jane, Gordon-Levitt, Dawson) i niezła fabuła. Kręcili, montowali, przekładali premierę, znowu kręcili i montowali, a i tak wyszło biednie i nijako. Szkoda.

Incydent - Jackie Chan w dramacie o nielegalnych chińskich emigrantach w Japonii. W dramacie. Nie żeby skakał, biegał i kopał (co najwyżej troszkę używa maczety jak się bardzo rezemocjonuje). A i tak to naprawdę porządny kawał dramatu z elementami sensacji.

Dekameron - taniutka pretekstowa historyjka w renesansowym kostiumie (a z czasem i bez kostiumów). Fabuła jest tu równie wiarygodna co realia historyczne, a one analogicznie wyrafinowane co w “Xenie”. Takie rzeczy robi się szybko, tanio i z minimalnymi wymaganiami - ot, np. do obsady zatrudnia się tylko 2-3 rozpoznawalne nazwiska, a i to niedrogie. Tu to Hayden Christensen, Mischa Barton i Tim Roth (oczywiście w roli czarnego charakteru). Do przegapienia.

Gra dla dwojga - przekombinowana komedia sensacyjna w świetnej obsadzie (Roberts, Owen, Wilkinson, Giamatti). Opowieść o parze szpiegów przemysłowych, którzy chcieli przechytrzyć wszystkich, jest tak opowiedziana, by zaskoczyć kilka(naście) razy, ale mnie już przy 3 zaczęło to nużyć. A przy 5 nudzić. I pozostało tylko patrzenie sobie z przyjemnością na Julię. I z sympatią na wygłupy Giamattiego.

Pod powierzchnią - następna kameralny drugoligowy thriller. Z widokami na spadek do trzeciej ligi. Ani fabuły, ani obsady, ani napięcia.

Generał - Zamach na Gibraltarze - słabiusieńka polska produkcja historyczna. Już Wołoszański robił to lepiej w swoich teatrach telewizji. A to niby film jest. Nuda, bieda i żenada produkcyjna, fabularna i każda inna. Wyrwane z kontekstu strzępy serialu, też zresztą nieudanego. Wiocha.

Mocne alibi - współczesna francuska przeróbka “Niedzieli na wsi” Agathy Christie. Poprzerabiali i wyszło znacznie gorzej niż w oryginale.

Fitzcarraldo - kawał starego porządnego Herzoga. Oto kino na miarę psychopatii Klaisa Kinskiego. Fascynujące. I trochę przerażające.

Księżna - Keira w wersji kostiumowej jak zwykle wypada świetnie. A opowieść to taki trochę nasz “Faraon”, czyli o reformatorze (rce), która mocno wyprzedziła swój czas. I musiała za to zapłacić. Niezłe.

Obywatel Milk - przyzwoita biografia pierwszego geja, który w USA pełnił funkcję publiczną i go za to zabito. Film ok, Penn ok - ale żeby zaraz Oscary? Jeśli ktoś się tu wybija mocno ponad przeciętną to już raczej Franco.

Dedykacja - świetny dziwny dramat romantyczny (taka komedia r. tylko na serio). Historia pisarza książek dla dzieci, który jest jedną z najmniej sympatycznych osób na świecie. Aż tu nagle umiera jego ilustrator (jedna z niewielu osób, która z nim wytrzymywała). A nowa młoda rysowniczka to prawdziwe wyzwanie. Polecam.

Carmo - południowoamerykańskie kino drogi z polskim wkładem (finansowym). Nic obowiązkowego, ale ewentualnie można.

Kupter@z - tak żenującej kupy dawno nie widziałem. A to polski off w czystej postaci. Bez sensu, bez logiki, bez poczucia humoru i bez jakichkolwiek umiejętności aktorskich czy realizacyjnych. Ale za to z gościnnym udziałem gwiazd (Dorociński, Baka, Wawrzecki, Ziętek, Krakowska, Makłowicz). Oszczędzę Wam detali fabuły. Kupujcie i dawajcie bez rozfoliowywania w prezencie najgorszym wrogom.

Fighter Kochaj i walcz - spokojny, nieźle wykombinowany film obyczajowy o duńskiej muzułmance trenującej kung fu. Bez przegięć, bez sztucznych zwrotów akcji i deus ex machina. Ot, obyczaj. Niezły.

Jeźdźcy z zaginionego miasta - ze sceny na scenę coraz bardziej bezsensowna fabuła sf o zalanej Ziemi (acz najważniejsze budowle słynnych miast wystają - niezależnie od ich faktycznej dzisiejszej wysokości npm). Trochę z Indiany Jonesa, trochę z Wodnego Świata, a większość z dupy. Made in Germany.

Diabelskie igraszki - Omen po irlandzku. Da się obejrzeć.

Strasznie szczęśliwi - nie wciągnąłem się. Ponoć dobra czarna komedia. Ale ani mnie ubawiło, ani nie zaczerniło specjalnie. A już z pewnością nie wciągnęło, jak zapowiadała okładka. No sorry.

Złoty środek - nową komedię Lubaszenki przegapiłem w kinach. I teraz już wiem, że nie było czego żałować. Słabe, nieśmieszne i przerysowane w niefajny sposób. Lubaszenko bawi się tu w dużej mierze w przedwojenną komedię, ale bierze z tamtych czasów tylko to, co najgorsze i najmniej dziś przyswajalne. Szkoda Przybylskiej i całej reszty. Tak rzadko widzę na ekranie Wakulińskiego, że jak pokazuje się w czymś takim, to jeszcze bardziej człowieka wścieka (rym umyślnym efektem).

Nowe życie - bzdurna nuda, a może nudna bzdura. Niby thriller psychologiczny, ale tak naprawdę to glut z nosa scenarzysty rozpaćkany przez reżysera na obiektywie kamery do gargantuicznych rozmiarów. Fuj.

Dziewczyny do wzięcia - cudny polski klasyk Kondratiuka o prowincjuszkach w stolicy. Zadziwiająco aktualny.

Wniebowzięci - drugi Kondratiuk i drugi klasyk. Jeszcze klasyczniejszy. Himilsbach i Maklakiewicz muszą sobie polatać. Genialne.

Blaszany bębenek - i jeszcze jeden kawał(ek) filmowej historii. Wciąż świetny.

Adrenalina - ze wstydem przyznaję, że dopiero teraz. Ale obejrzałem to jako podkład pod kinową “dwójkę” i byłem zachwycony. A dwójka okazała się jeszcze kilka razy lepsza. To esencja filmowego chłamu, kręcona z wielką miłością do tegoż. Chodzi o pana, który perfidnie otruty żyje tak długo, jak długo buzuje w nim adrenalina. A ma jej sporo chcąc przed śmiercią sam się pomścić. Neveldine i Taylor kochają gry komputerowe z lat 80. i tak kręcą swoje filmy. Właśnie do kin wchodzi ich następny “Gamer” - muszę się wybrać. A “Adrenalina” wielką jest. Prawie tak jak część druga.

I tyle. Chyba o niczym nie zapomniałem. A następnym razem o obejrzanych przez te miesiące serialach. Tego się nazbierało jeszcze więcej…

To był mistrz

October 23rd, 2009

No i następny wielki odszedł. Wczoraj. Maciej Rybiński. Jeden z największych współczesnych mistrzów słowa. Panował nad nim w sposob fenomenalny i niezrównany. Jeśli nie znacie jego felietonów to Wasze życie jest po prostu uboższe. Poszukajcie. Pewnie gdzieś wiszą - pisywał je niemal codziennie od wielu lat.
Spotkałem go parę razy we Wprost. W czasach gdy tam rezydowałem jego przejście na nasze łamy było jednym z większych transferów sezonu. Za jakieś potężne pieniądze Król podkupił go z “Rzeczypospolitej”. Ale Maciej w ogóle nie odnalazł się w formule tygodnika. Miał prowadzić dział, który zaczyna gazetę, takiemu z bieżączką, plotkami i ciekawostkami. Wszyscy dziennikarze zostali zobowiązani do wrzucania mu mnóstwa tematów, tekścików, pomysłów - on to przebierał, redagował, komentował. Nie szło mu. Nie nadawał się do tego. Jego felietonowska pasja dusiła się w formule tygodnika. No bo jak to tak, jeden porządny felieton na tydzień? Widać było, jak z tygodnia na tydzień był coraz bardziej na głodzie. I w końcu, chyba po kilku miesiącach, rzucił to w cholerę. To znaczy rozstał się z Wprost grzecznie i sympatycznie, ale dał w długą z powrotem na łamy dziennika. Bo jak sam stwierdził - on musi pisać i komentować codziennie. I tyle go w moim życiu widziałem. Ale gdy tylko potem brałem w ręce “Rzeczypospolitą” czy z czasem “Fakt” zaczynałem od jego tekstów. To był mistrz.
A jeśli felietony to nie Wasza bajka, to może wystarczy Wam jedno skojarzenie - Rybiński był jednym ze scenarzystów “Alternatyw 4″. To był mistrz.

rss mi się spsuł

October 20th, 2009

Ponad kwartał temu. Od 15 lipca nie mam dopływu świeżych wieści z ulubionych blogów i stron. Trochę szukam na ślepo, trochę włóczę się tu i tam, ale ogólnie czuję jakbym się cofnął w rozwoju. I trochę to frustrujące. I pewnie można to łatwo jakoś naprawić, ale mnie to oczywiście przerasta, a czasu nie mam, by szukać po sieci rozwiązania mych problemów. Bo wciąż coś się dzieje i czas zjada.
Na następny wpis spróbuje przygotować listę obejrzanych w międzyczasie tytułów na DVD, a dziś może ogólny update sytuacyjny (czytaj samochwalczy).
Mam(y) połowę października, kryzys w branży medialnej, mam wrażenie, powoli się kończy, choć nie znaczy to, że jest tak fajnie jak rok, czy dwa temu. Jeszcze nie.
Tymczasem co sobotę (z końcem sierpnia przenieśliśmy się z niedzieli) prowadzimy z Mykiem 3-godzinną audycję w radiu Roxy. Tytuł brzmi “Gotowi na wszystko” i w ramach tego hasła pitolimy sobie na najróżniejsze tematy ze sporym uwzględnieniem popkultury. Naszymi gośćmi byli m.in. Tomek Jachimek, Urszula Grabowska, Mike Carey, Katarzyna Herman, Grzegorz Rosiński, Leśniak ze Skarżyckim, a w najbliższą sobotę najprawdopodobniej wpadnie Magdalena Cielecka.
W piątki zaś biegam do TVN Warszawa, gdzie w “Rytmach miasta” (tak zaraz po 18.30) zapowiadam co w ten weekend wchodzi do kin i co o tym sądzę.
Nawiązałem też ostatnio współpracę z “Gazetą Telewizyjną”. Zacząłem tam pisać o serialach i różnych filmowych gatunkach. Poszły już teksty o “Domu nad rozlewiskiem” i “Wyposażonym” (taki nowy serial HBO). A w najbliższych numerach kolejne o ekranizacjach komiksów i socjalistycznym sf.
Sporo tekstów, recenzji i wideopogaduch poszło też w Onecie. Jakoś to niedługo uporządkuję i polinkuję.
A dziś może jeszcze tylko opowiem o festiwalu w Łodzi, bo to znacznie krótsza historia niż mój tegoroczny festiwal w Gdyni. Bo w polskiej stolicy komiksu byłem tylko kilka godzin. I to w niedzielę - rzecz jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia. Wtedy na komiksowej imprezie niedziela była lamerskim dniem dla dzieci i fanek mangi. Wszystko odbywało się w sobotę, a siódmy dzień tygodnia służył li tylko do porannych wyjazdów na mniejszym bądź większym kacu. A teraz jest pełnoprawnym dniem imprezy - z gośćmi, dużymi punktami programu i sporym ruchem na giełdzie (nieporównywalnym z tym w sobotę, ale i tak sporym). I po raz pierwszy pojechałem na festiwal na kilka niedzielnych godzin (bo w sobotę trzeba było poprowadzić audycję, a i żona coś ostatnio nie lubi jak wyjeżdzam. Znaczy kocha mnie). W nastrój imprezy wprowadził nas już czwartek, gdy do radiowego studia doprowadzono nam po kolei Grześka Rosińskiego, państwa Kasprzaków i Andre-Paula Duchateau. Pogadaliśmy sobie z nimi (żeby puścić w sobotę) i było bardzo sympatycznie. To znaczy półgodzinny wywiad z Rosińskim skasowałem od razu po nagraniu (coś tam kliknąłem i zniknął. Serio. To nagraliśmy jeszcze raz), rozmowa z Kasprzakami była radosnym przerywaniem sobie i chichotem na cztery głosy, a Duchateau okazał się uroczym starszym panem (co to z trudnością pokonywał schody na piętro). My co prawda ni w ząb po francusku (w sensie lingwistycznym), więc Zbyszek Kasprzak próbował tłumaczyć, ale co chwila się mylił (i nasze pytania tłumaczył Duchateau po polsku, a jego odpowiedzi powtarzał nam po francusku), albo wdawał się w dyskusje ze swym ex-scenarzystą, a my mogliśmy li tylko czekać i podziwiać melodię języka Verne’a i Goscinnego.
W ogóle ta praca w radio to fajna zabawa i w pewnym sensie spełnienie dziecięcych marzeń. Bo Roxy to część grupy radiowej Agory (wspólnie z Tokiem i Złotymi Przebojami). I wyobraźcie sobie jak czułem się ja, mały miś wychowany na Liście Trójki, gdy w którąś sobotę wychodzę sobie po swojej audycji na korytarz i spotykam tam kolegę z pracy - kończącego swoją robotę w innym studio Marka Niedźwieckiego.
Ale wracając do Łodzi. Przyjeżdżam. Witam się. Wbiegam prosto na wywiad ze Scottem Lobdellem (bardzo wyluzowany scenarzysta komiksowy. Ale czego można się spodziewać po autorze albumu “Star Trek/X-Men”. Oczywiście, teraz mam egzemplarz z autografem). Potem poprowadziłem spotkanie z Marvano, pogadałem z kilkoma znajomymi i jeszcze drugie spotkanie z Polchem. Właściwie to miało być coś w rodzaju promocji naszego wywiadu-rze(cz)ki “Kontrakt rysownika czyli komiksowy żywot Bogusława Polcha”. Ale opowieść o jego wspomnieniach i dokonaniach całkowicie przykrył temat amerykańskiej ekranizacji “Funky’ego Kovala”, która ponoć nabiera rozpędu. Boguś bardzo się tym podniecił (nie ma się co dziwić) i film swój widział ogromnym. Książka zaś wyszła chyba nieźle i na temat. Że zdradzę Wam tylko troszeczkę, można w niej przeczytać jak Boguś omal nie zginął zastrzelony z rąk swej pierwszej żony i o związkach z branżą porno fryzury Funky’ego Kovala. Czytajcie, czytajcie! (dziś byłem w Centrum Komiksu i ponoć sprzedali już prawie wszystkie egzemplarze). A ja po spotkaniu z Polchem szybkim krokiem na dworzec i w pociąg powrotny do domu. To zdecydowanie jedna z najkrótszym moich wypraw na łódzką imprezę. Całkowite przeciwieństwo zeszłego roku.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl