W mieście nad Wisłą. Dla ułatwienia dodaję, że jest to imię króla (…)
August 11th, 2009
No właśnie. Obiecałem powspominać. Oficjalna relacja tutaj, a teraz wypominki osobiste:
Wyruszyłem w środę koło południa. I prawie zdążyłem - gdyby nie jakiś korek w Piasecznie, przechodząca pielgrzymka i na samym końcu roboty drogowe pomiędzy Puławami a Kazimierzem. Wystarczyłoby jedno z tych zdarzeń (w sensie, żeby nie zaistniało) i bym zdążył. A tak byłem jakiś kwadrans po drugiej. I pierwszą projekcję filmów Kłuszancewa Torbicka zapowiedziała sama. Zobowiązałem się za to, że zapowiem nadprogramowo czwartkowy poranny seans. Bo jechałem tam po to (zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami), by zapowiedzieć dwa seanse i pogadać w czwartkowe popołudnie w “Cafe Kocham Kino” o Kłuszancewie - zapomnianym radzieckim wizjonerze sf. Przed wyjazdem wchłonąłem wszystkie jego filmy, poczytałem i jechałem (jak rzadko w życiu) naprawdę przygotowany do zajęć. No to się spóźniłem. Ale i tak przyjęto mnie miło, by nie powiedzieć serdecznie - organizatorka Ania okazała się sympatyczna i kompetentna (rzadkie połączenie) a przy tym była studentką krakowskiej szkoły scenariuszowej w której wykładałem w zeszłym sezonie (co może tłumaczy moją obecność w Kazimierzu. W końcu ktoś musiał Torbickiej zasugerować mą osobę, jako faceta od fantastyki). Potem zameldowałem się w hotelu i w zasadzie tyle. Jeszcze poszedłem pospacerować po Kazimierzu (dwie pełne rundki zajęły mi kwadrans) i zaległem w pokoju w ramach wieczornych prac nad książką. A na festiwalu wielkie tańczenie samby na rynku. Całe szczęście, że religia zabrania mi takich rzeczy.
Czwartek. Wstałem rannym świtem, coś tam popisałem i spokojnym nadwiślańskim bulwarem podążyłem do kina. Seans Kłuszancewa zaczynał się o 9.30. Przed kinem stali uroczy bramkarze. Tacy duzi i szerocy. Spytałem o organizatorów. Poczuli się urażeni, bo przecież byli tu nieźle zorganizowani. Ponowiłem pytanie o organizatorów, acz dodałem - “takich bardziej merytorycznych”. Chyba znowu poczuli się urażeni. Wyjaśniłem więc, że mam zapowiedzieć seans. To ich wyraźnie rozluźniło. Zaczęli opowiadać, że ci merytoryczni to o tej porze jeszcze śpią, a mikrofon to przecież każdy głupi umie włączyć. Chyba nie do końca byli świadomi kontekstu własnej wypowiedzi. Włączyli mikrofon. Zapowiedziałem. I może tyle o poranku.
A po południu w ramach imprez towarzyszących w festiwalowym Empiku było spotkanie z krakowską artystką śpiewaną Agnieszką Chrzanowską. Śmy się nie widzieli kilka lat, więc zajrzałem. Ta zresztą wypatrzyła mnie w tłumie i zaczęła przez mikrofon wypominać publicznie, że jestem przecież autorem jednej ze śpiewanych przez nią od lat piosenek. Bo faktycznie jestem. I że przecież ona ma dla mnie swoją najnowszą płytę, bo mi się należy, bo na drugim krążku jest tam DVD z jej koncertem i tam jest właśnie “Ulica Rajska” (to tytuł mojego tekstu). No i faktycznie po spotkaniu dała mi płytę. I usiedliśmy i gadaliśmy i wspominaliśmy i update’owaliśmy sobie nazwajem dane. I nawet nie wiem kiedy zaczęliśmy obrastać w coraz większą grupkę. Bo dołączyła do nas menagerka Agnieszki, i Ania i Artur “Baron” Więcek i Witek Bereś i Grażyna Torbicka i jeszcze kilka osób. No to kawa. I prosto z niej na dokument Barona i Beresia o Tischnerze.
No i wieczór. I festiwalowy bankiet w “Kwadransie” (taka knajpka). Jakieś tańce, alkohole, traumatyczne opowieści, brutalne pytania, wulgarne tytuły, konsumpcja, pełnia, krytyka systemu edukacji, długie przerwy na toaletę, usilne próby wycieczki na Rynek, dekolty, nowe znajomości, pożegnania, dolewki, muzyka na żywo, wspomnienia, festiwalowe mazdy, uwieszanie się na ramionach, niezapowiedziane zaśpiewy, plany i pożegnania (do jutra, albo za lat pięć). Część z tego to autopsja, a część obserwacja. Nie będę doprecyzowywał.
I wreszcie piątek. Słońce napierdalało tak, że ciężko było myśleć, mówić, czy się przemieszczać. Na szczęście kina były klimatyzowane. O 14.00 zapowiedziałem ostatnią porcję Kłuszancewa (tym razem zgodnie z planem), a potem o 16.30 obiecane i zaplanowane spotkanie. Miało być tak, że Torbicka, zacznie, zagai, zada z dwa pytania, a potem zniknie, a ja pociągnę temat samodzielnie. I tak się zaczęło. Pierwsze pytanie było, czy możemy przejść na Ty. Drugie już o Kłuszancewa. I trzecie. I kolejne. Bo Grażyna została i przegadaliśmy z pół godziny w sposób mam wrażenie interesujący i merytoryczny (w poprzednim wpisie linkowałem dość dziwny wideo-skrót moich wypowiedzi z tego spotkania). I już. Wypełniłem swoją misję na tym festiwalu. Z rozpędu obejrzałem jeszcze najnowszego Kitano i “Operację Dunaj” (była część ekipy - w życiu bym się nie spodziewał, że grający takich twardzieli aktor Bluszcz jest mniejszy (w sensie wzrostu) od aktora Zamachowskiego. A jest. Stali obok siebie). I przed 22 w samochód. I przed północą w domu. Ot i wszystko.
A następnym razem zacznę odgarniać szuflą zaległości z wchłaniania.
najdłuższa przerwa nowoczesnego bloga (alfabet reż. Bare-Bart)
August 10th, 2009
Takiej jeszcze nie miałem. Przerwy. Przepraszam, acz sporo obowiązków, a przede wszystkim pisanie tzw. książki spowodowało, że blog poszedł w odstawkę. Po prostu czasu wolnego mało, a pisania tak dużo, że nawet mi się za przeproszeniem nie chciało. Że byłem wieczorami już tak wypisany, że padałem i nie dawałem rady usiąść do notki. No, kto by się spodziewał? I tak mijał dzień za dzień - czasem ledwie znalazłem moment, by coś blipnąć, czasem coś pyknąłem na Facebooku, ale żeby tak się wziąć za twarz i coś sensownie napisać na blogu to już nie. I tak otwarcie drugiej pięćsetki wpisów się odwlekało i odwlekało. W tzw. międzyczasie jeszcze spędziłem sympatyczne 3 dni w Kazimierzu na festiwalu filmowym, ale nawet tam nie rozstawałem się z kolejnymi książkami… potrzebnymi do napisania książki. Ale już jestem i porządkuje stracony czas. Przede mną wielkie sterty wchłoniętych jednym okiem filmów, seriali i komiksów, które powinienem opisać (i opiszę), ale teraz na rozgrzewkę kilka linków i kolejna porcja alfabetu reżyserów:
Linki: trzy artykuły na Onecie: o serii “Klasyka kina”, o wulgarnych komediach dla dorosłych, o filmowej karierze Madonny. Do tego filmowe pogaduchy z Mykiem -”Moja wielka grecka wycieczka“, “Prawdziwa historia kota w butach“, “Stary, kocham Cię“, “G.I.Joe - Czas kobry“, “Kac Vegas“, “Mądrość i seks“.
W bieżącej “Gazecie Telewizyjnej” na otwarcie jest mój tekst o Batmanie. Ale nie mogę znaleźć go na stronie Wyborczej. Za to w druku podpisali mnie też adresem tej strony - kto by się spodziewał, że aż tak mnie podpromują?
A na Filmwebie dość zabawnie i nieudolnie pocięta relacja wideo z Kazimierza. To było spotkanie w Cafe Kocham Kino, gdzie rozmawialiśmy o twórzości zapomnianego radzieckiego wizjonera kina sf - Pawła Kłuszancewa. Widać tylko pojedyńcze zdania (albo ich części) wypowiadane przeze mnie (i błędnie datowane kawałki filmów Kłuszancewa), ale w realu obok mnie siedziała Grażyna Torbicka, a spotkanie zaczęła od propozycji przejścia na Ty. Mam sporo świadków. Ale tego, kurczę, akurat nie ma w relacji - czemu oni zawsze wycinają najlepsze rzeczy?
Więcej wspomnień z Kazimierza w następnym wpisie, a teraz jeszcze kolejna porcja alfabetu reżyserów:
Stanisław Bareja - no mistrz absolutny. Niedoceniony za życia, a dziś i pewnie jeszcze przez wiele dekad - twórca, który najmocniej kształtuje nasze myślenie i wspomnienia o obyczajowości PRL-u. I to chyba dobrze, bo lepiej pamiętać tamte czasy szyderczo i prześmiewczo niż tak całkiem na serio i na smutno. Ot, pierwsze z brzegu przykłady:
Clive Barker - pan od straszenia. I to mutimedialny. Barker świetnie pisze, nieźle maluje, wymyśla gry i czasem nawet coś sprytnie wyreżyseruje (zwykle na podstawie własnej prozy). Tak właśnie zaczęła się seria “Hellraiser”, powstał nie do końca udany, acz jakoś lubiany przeze mnie film “Nightbreed” czy “Mistrz Magii”. Inne jego fabuły też zresztą stały się podstawą dziesiątków komiksów czy kilku filmów - chociażby “Candymana” czy ostatnio “Nocnego pociągu z mięsem”. Ale tu kawałek “Nightbreed” i uprzedzając protesty - to wcale nie jest zakończenie filmu. I tak, tego złego gra Cronenberg - ten reżyser. Zobaczcie:
Andrzej Bartkowiak - kolejny Polak w Hollywood. Sprawny autor zdjęć, któremu z czasem dali poreżyserować. I trzeba przyznać, że kino akcji mu naprawdę fajnie wychodzi. Czy to Steve Seagal, czy Jet Li - prowadzeni przez Bartkowiaka zyskują dodatkowe kilka procent mojej uwagi. Pan B. potknął się potem trochę na ekranizacji gry “Doom”, ale kto by się nie potknął? No to spróbował z grami drugi raz w tym roku i na “Street Fighterze” znowu poległ. Dwa lata temu spotkałem go na Festiwalu Gwiazd w Gdańsku, ale nie udało mi się z nim dłużej pogadać. Potem dopiero zrozumieliśmy w większym gronie, że po prostu wstydził się przed dziennikarzami swego polskiego, którym po dekadach w USA nie władał tak płynnie, jak by chciał. Szkoda, bo naprawdę jestem pełen szacunku dla jego rzemiosła. A obejrzyjmy kawałek “Od kołyski aż po grób”, gdzie Jet Li załatwia większą połowę amerykańskich twardzieli a DMX pomyką quadem przez miasto:
CDN

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)