Kamil M. Śmiałkowski

pićset

July 29th, 2009

znaczy znowu jubileusz. Blog ma to do siebie, że co chwila wyskakuje jakaś okrągła liczba. Jak nie setny wpis w tym roku, to pięćsetny w ogóle. No i proszę. Bęc. Zasiadłem po raz pięćsetny. I coś tam sobie piszę:
A np. o tym, że oddałem tekst o zmianach w wizerunku Batmana i ukaże się za tydzień w piątek w “Gazecie Telewizyjnej”;
Że mam sporą siatkę świeżych DVD (od seriali sf po polskie filmy niezależne) do rozdania i dostaną je słuchacze naszej niedzielnej audycji “Gotowi na wszystko” w radiu Roxy;
Że w ostatnim numerze “Newsweeka” kolegę Ziębińskiego chyba pojebało. Przejrzałem tylko w biegu w EMPIKu, ale pisze on tam o bieżących bohaterach literatury kryminalno/sensacyjnej, a w tym o Jacku Reacherze z książek Lee Childa. I pisze, że to “mięczak”, że nie potrafi nawet prowadzić samochodu i jeszcze coś tam uwłaczającego postaci, że wciąż się myli czy jakoś tak. Opcje są dwie: albo Robert stracił zdolność czytania ze zrozumieniem, albo cwaniakuje i pisze na ślepo nie zajrzawszy nawet do książek, które opisuje na łamach. Nie wiem w sumie, co gorzej o nim świadczy;
Że zdobyłem wreszcie efekt mojej pracy sprzed kilku miesięcy i mogę sobie obejrzeć, jak moimi tekstami mówi Pochanke, Werner, Kuźniar czy Olejnik. Serio. Wszystko to miało miejsce z okazji tegorocznej Gali PISFu. Przygotowywał ją Krzysztof Materna i zatrudnił mnie i Sztybora do napisania części tekstów do scenariusza. Całość była żartem na motywach TVN24 i mi się trafiły właśnie te cztery nazwiska. I napisałem. I powiedzieli. I dziś to wreszcei zobaczyłem. I nieskromnie sądzę, że wyszło nieźle.

Popisałbym jeszcze co tam ostatnio wchłonąłem, ae dziś już jestem padnięty. Z okazji jubileuszu odkładam więc opisywanie do następnego razu (szybko tylko Wam rzucę hasłowo, że “Adrenalina 2″ jest genialna i natychmiast trzeba iść do kina jak jeszcze nie byliście, a “kup ter@z” to jedna z większych kup jakie widziałem na DVD w ostatnich latach. Szczegóły niebawem). I idę spać, a wcześniej pocelebruje sobie puszką pepsi. A co!

Tydzień jak w pysk strze… , wróć, nie to strzelanie. Tydzień jak z bicza strzelił. Bez jednego wpisu. Sorry. Ale roboty mnóstwo i tak odkładałem, odkładałem, odkładałem i aż tu nagle znowu niedziela. No to chociaż w niedzielę usiądę. I siedzę. Przerażony porcją rzeczy do opisania (wchłoniętych w tygodniu), ilością wieści/anegdot/wrażeń do opisania, czy linków do zamieszczenia. Może więc skrótowo: newsy/anegdoty/wrażenia ograniczmy do trzech:
W ramach kolejnych prac, których się podjąłem czeka mnie w najbliższych dniach/tygodniach praca przy Rekordach Guinessa, włoskich specjałach kulinarnych i artykule do Gazety Telewizyjnej. Czemu nie?
Pogodę pokopało już w tym kraju zupełnie. Pozostaje tylko czekać, aż w najbliższych miesiącach “Pojutrze” Emmericha zacznie się stawać rzeczywistością.
I jeszcze anegdota z tytułu newsa. Bo faktycznie uścisnąłem - co miałem nie uścisnąć? Byłem na imprezie z okazji 5-lecia Muzeum Powstania Warszawskiego. W starej, zniszczonej, acz przystrojonej tematycznie kamienicy na Foksal w środowy wieczór odbyła się lekka feta. Poszedłem w celach towarzystkich przekonany, że spotkam tam sporo kolegów komiksiarzy, którzy tak często biorą udział w różnych inicjatywach Muzeum, czy może Tomka Bagińskiego, który przecież właśnie szykuje wspólnie z Muzeum swój Hardkor. Ale nie. Był tylko Papcio Chmiel, a z czasem pojawił się Tomek Kołodziejczak z żoną. No to stanęliśmy sobie przy oknie i gadamy. I gadamy. I gadamy. A tu z góry schodzi gromadka garniturowców, przodem dyrektor Ołdakowski i widząc red. Kołodziejczaka zatrzymuje się i przedstawia Tomka i jego żonę, że to jedna z najważniejszych person w polskim komiksie (znaczy Tomek, a nie żona). Spomiędzy wyższych panów wyłania się prezydent RP (prawdziwy!) i ściska prawicę żony (już nie pamiętam, czy całował), prawicę Tomka… Spojrzał na mnie. Wyciągnął dłoń. Dyrektor O. zamyślił się, spróbował mnie zidentyfikować po twarzy, nie udało się, ale nie z takich sytuacji potrafił w życiu wybrnąć, spokojnie stwierdził więc “A to nasz przyjaciel.” Uścisnąłem. Powiedziałem nawet “Dzień dobry”. I poszli. Odchodząc ktoś z garniturowców rzucił jeszcze zabawnym tekstem: “A Wy wiecie z kim się witaliście?” Tłumek roześmiał się i ruszył dalej. Z Tomkiem śmy dopiero po chwili stwierdzili, że w zasadzie można było na ten żart rzucił kontrą: “No, Lech albo Jarosław”. Ale chyba i tak nie warto było. W sumie impreza, okazja i w ogóle sama idea Muzeum PW to jedna z niewielu rzeczy, które uważam za absolutnie słuszne i godne dziedzictwo prezydenta Kaczyńskiego, więc i uścisk był jak najbardziej na miejscu. A poza tym chyba wyrosłem już z myśli, że można ignorować wyciągnięte do przywitania dłonie… Tak, na pewno wyrosłem.

To jeszcze linki do ostatnich Onetów: artykuł o Potterze, recenzje tegoż, “Wrogów publicznych” i “Egzorcyzmów Dorothy Mills” i pierwsze po przerwie wideo-pogaduchy: “Adrenalina 2 - pod napięciem“, “Cichy chaos” i “Harry Potter i książe półkrwi“.

I dziś jeszcze coniedzielna porcja rezyserów:

Ralph Bakshi - kamień milowy klasycznej animacji. Człowiek, który w latach 60. namachał sporo różnych odcinków seriali o marvelowych superbohaterach, ale potem poszedł w kontrkulturę. Zrobił animowanego “Kota Fritza” wg Crumba, odważny na owe czasy i trochę eksperymentujący “Heavy Traffic” a nawet rzucił się na adaptację “Władcy Pierścieni”. Na całego nie starczyło czasu, chęci, a zwłaszcza pieniędzy, ale efekt jak na 1978 r. i tak był oszałamiający. Potem bywało różnie (wielu filmów Bakshiego do dziś nie miałem okazji obejrzeć), ale w latach 80. nakręcił on np. dorosłe animowane fantasy “Ogień i lód”, a na początku lat 90. coś w rodzaju Królika Rogera (połączenie animacji z filmem aktorskim) dla trochę starszych widzów. Rzecz nazywała się “Cool World”, zagrali w nim (nie tylko w sposób animowany): Kim Basinger, Gabriel Byrne i zaczynający dopiero wielką karierę Brad Pitt. Pod koniec lat 90. Bakshi przestał reżyserować (czasem coś tam porobi przy serialach), ale w zasadzie już chyba zażywa emerytury. Głośno było o nim tylko kilka lat temu, gdy po sukcesie trylogii Jacksona zaczął się ciskać, że należy mu się działka, bo to on wciąż ma aktualne prawa do ekranizowania książek Tolkiena. Ale sprawa szybko ucichła, więc pewnie tylko mu się zdawało. A do obejrzenia spory kawałek “Heavy Traffic” (acz raczej dla widzów dorosłych):

Jaume Balaguero - jedno z najważniejszych nazwisk bieżącego hiszpańskiego uderzenia kinowego strachu. Już jego “Bezimienni” i “Ciemność” miały w sobie dość filmowej grozy by znalazł się na liście, a ten jeszcze niedawno kopnął wszystkich między oczy filmem “[Rec]”. Tak, tak - to właśnie on. Oczywiście następnym tytułem nad którym pracuje jest “[Rec 2]” i ten film pokaże, czy Balaguero potrafi dwa razy zaskoczyć równie mocno tym samym. A do popatrzenia - prościutki, acz klimatyczny nakręcony przez niego niedawno fałszywy trailer do “Egzorcysty V”:

Andrzej Barański - a na koniec Polak. Jeden z niewielu w naszym kraju czynnych wciąż zawodowo prawdziwych magów ekranu. Jego filmy są autentyczną liryczną ucztą. Barański potrafi zarówno dyskretnie bawić, jak i pokazywać przejmująco i wiarygodnie małe i wielkie dramaty. To właśnie jego prowincjonalne “Nad rzeką, której nie ma” spowodowało, że stworzyłem swój pierwszy w życiu scenariusz filmowy (i wciąż jeszcze wierzę, że kiedyś gdzieś tę historię uda mi się opowiedzieć. O cholera! To było osiemnaście lat temu.). To jego “Parę osób, mały czas” jest jednym z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Bardzo jestem ciekawy wywiadu-rzeki z nim, który właśnie na dniach się ukazuje. To reżyser przemykający gdzieś na skraju horyzontu polskiej kinematografii, ale absolutnie zasługujący na uwagę. Naprawdę. A tu kawałeczek “Nad rzeką, której nie ma” - solówka Krystyny Feldman. Cały film można sobie zobaczyć na youtubie. I naprawdę warto:

A o wchłoniętych rzeczach już od jutra.

alfabet reżyserów Bag-Baj

July 20th, 2009

Kolejna niedziela - kolejni reżyserzy. Powolutku napoczynam literkę “B”:

Tomek Bagiński - wreszcie ktoś znajomy. Tomek to wciąż jeszcze reżyser krótkometrażowy i animowany, ale to się z czasem zmieni. Ba, nawet poniekąd i odpłatnie w jednej z opcji tych zmian pomagam. Ale to nie czas i miejsce, by o tym opowiadać. Na razie dość powiedzieć, że po pierwszym filmie Tomek dostał nominację do Oscara, po drugim Baftę, a właśnie skończył trzeci. Sam jeszcze wciąż nie widziałem “Kinematografu” (umówiliśmy się, że pokaże mi go w przyszłym tygodniu), tak więc znam go li tylko z oryginalnego komiksu Skutnika i trailera. O, tego:

Stuart Baird - świetny brytyjski montażysta (nawet dwukrotnie nominowany do Oscara), który potrafi ciąć kino popularne i przez lata był prawą (tą tnącą) ręką Donnera. W jego dorobku jest m.in. “Omen”, “Superman”, dwie pierwsze “Zabójcze bronie”, druga “Szklana pułapka”, “Ostatni Scout”, czy “Casino Royale”. I oczywiście - jak to w Hollywood - skoro się w czymś sprawdzał to dali mu też poreżyserować. Najpierw zrobił (zupełnie nieźle) lotniczą “Krytyczną decyzję” z Kurtem Russellem, Halle Berry i Stevenem Seagalem. Potem (tak sobie) biegany “Wydział pościgowy”, sequel “Ściganego” z Tommy Lee Jonesem, Wesleyem Snipesem i Robertem Downey’em Jr. I wreszcie w 2002 r. zupełnie spaprał “Star Trek: Nemesis”, przez co na kolejny kinowy film ST czekaliśmy do tego roku. I potem już znowu tylko montował. Ale zawsze już pozostanie jako jeden z reżyserów Star Treków. I chociaż spaprał - zawsze kawałeczek można sobie przypomnieć. Wybrałem taki z Diną Meyer (choć nie sposób jej poznać schowanej pod romulański makijaż):

Filip Bajon - polski reżyser, który ma w dorobku kilka rzeczy naprawdę dobrych, i który z czasem zajął się bardziej kształceniem młodszych niż pracą z kamerą. I słusznie - jego ostatnia “Fundacja” to spora pomyłka. Nie pierwsza zresztą. Ale nie można zapominać, że kiedyś były: “Aria dla Atlety”, “Limuzyna Daimler-Benz”, “Wahadełko”, “Magnat”. Ostatnim (acz już też nie do końca) udanym filmem Bajona była “Sauna” z 1992 r. Już w niej Bajon trochę przedobrzał z łopatologią dialogów, prostactwem konceptów (wizualnych i fabularnych), takim sobie humorem. Później było jeszcze gorzej: “Lepiej być piękną i bogatą”, “Poznań 56″ czy “Przedwiośnie” to już mniej lub bardziej spektakularne porażki. Ale zajmijmy się czymś pozytywnym. Oto spory kawałek “Sauny”, w którym pięknie bryluje spocony Bogusław Linda:

To jeszcze trochę wchłaniania:

Zostawić Las Vegas
DVD: Zostawić Las Vegas - ależ się ten film zestarzał. I zinfantylniał. Kilkanaście lat temu gdy oglądałem go po raz pierwszy, był czymś wydawałoby się mądrym, ciekawym, ważnym itp. I przestał. Dorosłem, trochę w życiu widziałem, trochę przeżyłem, zrozumiałem. Dziś sama idea uroczego, estetycznego i pozytywnego zademonstrowania jak pan się bierze i zapija na śmierć wydaje mi się żałosna. Cage tu tak pięknie się wykańcza (aż Oscara dostał), to przecież takie romantyczne i słuszne. Się wziąć i zapić. Noż, kurwa. To przecież wiocha - śmierdzi na kilometr. Tak jak powinien śmierdzieć Cage w tym filmie - zarzygany, żenujący, obsikany, okradający znajomych, nieprzytomny itp. Tak wygląda końcowe stadium alkoholizmu. Owszem, o tym się mówi ciut w tym filmie, ale na mówieniu się kończy. Bo przecież to grzeczna hollywoodzka produkcja z uroczą prostytutką o złotym sercu i uroczą śmiercią, która ma wzruszyć, a nie zniesmaczyć. Muszę pamiętać, by już nigdy do tego filmu nie wracać.

ST Enterprice sezon 7
Star Trek: Enterprice 4/13-16 - ten sezon jest naprawdę dobry. Może producenci zdawali sobie sprawę, że to już koniec i starali się wcisnąć tu jak najwięcj wątków, fabuł, znaczących rozwiązań poszczególnych tematów itp. W tej porcji najpierw w dwóch odcinkach wyjaśnia się romulański spisek, który miał namieszać w regionie, a dzięki Archerowi zakończył się efektem wręcz przeciwnym - rasy dotąd skłócone zaczęły się zbliżać i pewnie lada płyta powstanie dzięki temu Federacja. Potem kolejne dwa odcinki równocześnie wprowadziły Sekcję 31, wyjaśniły (nawet logicznie) problem klingońskich czół i pokazały jak przejść pomiędzy statkami pędzącymi z Warp 5.2 (po linie). Świetne.

Z archiwum X 9
Z archiwum X 9/13-16 - przedostatnia płyta Archiwum. Najpierw jakoś nieprzekonujący i nierozbawiający mnie odcinek numerologiczny “Improbable” (a może po prostu uśmiech Burta Reynoldsa działa na mnie li tylko wkurwiająco), potem dla odmiany “Scary Monsters” - oczywisty w założeniach, acz rewelacyjnie skonstruowany i zagrany odcinek o sile wyobraźni. Doggett i jego brak tejże okazuje się najsilniejszą bronią FBI w tej sprawie. “Jump the Shark” to piękne zabawne i wzruszające zarazem epitafium dla Samotnych Strzelców. Trzech geeków, którzy przez dziewięć sezonów wspierali Archiwum X, a nawet załapali się na pół sezonu własnego serialu (mam go i obejrzę jak tylko skończę “Archiwum X”) tu doszli do końca swej drogi. I odeszli, tak jak żyli - walcząc z tajemniczym spiskiem. I trochę to było smutne. Ale nie tak, jak następny odcinek - “William” - oto powraca (nie pierwszy raz w tym serialu) dawno zabita postać i tak miesza, że w efekcie Scully rozstaje się ze swym synem, kilkumiesięcznym tytułowym Williamem. Ale mi było przykro…

Doctor Who - Horror of Fang Rock
Doctor Who: Horror of Fang Rock - i ostatni jak na razie “Doctor Who” w mojej kolekcji. Tym razem (zgodnie z tytułem) horror z 77 r. (doktor nr 4 - Tom Baker) o jatce w pewnej latarni morskiej na początku XX w. Trup ściele się gęsto (i to w kolorze), a doktor i jego pomocniczka Leela (ostra laska) robią co mogą, by ujść z tego z życiem. Okazuje się (nieomal jak w “Archiwum X”), że za wszystkim stoją źli kosmici, a w łomotaniu złych kosmitów Doktor zawsze był dobry. I zdecydowanie - muszę sobie sprowadzić więcej “Doktora Who”!!!

Stargare Box
Gwiezdne wrota 5/1-4 - początek kolejnego sezonu. Najpierw oczywiście rozwiązanie cliffhangera i to stopniowe - SG-1 wraca z innej galaktyki, po drodze załatwiając Apophisa i pająki z lego, a w drugim odcinku leczą Teal’ca, któremu pomiędzy sezonami wyprano mózg i znowu wierzy w boskość Goald’ów. Potem odcinek o romansie między major Carter a przystojnym kosmitą (powtórka ze “Starmana”) i wreszcie nawet oryginalna opowieść o rasie kosmicznych kameleonów, z których jeden dołącza do SG-1. W dwóch ostatnich odcinkach pojawia się nowy schwarzcharakter - pułkownik Simmons, wojskowy psycholog, który ma wyraźnie złe zamiary w stosunku do bohaterów serialu. I pewnie jeszcze nie raz tu wróci. A gra go niezapomniany Q ze “Star Treka” - John De Lancie.

Księga przeznaczenia
Literatura: Brad Meltzer - Księga przeznaczenia - trochę mi zeszło nad tą powieścią (bo i miałem kilkutygodniową amerykańską przerwę w czytaniu). Oto nowy (w Polsce, bo w nowojorskim metrze widziałem reklamy jego następnej powieści “Book of Lies”) Brad Meltzer, czyli nadzwyczaj sprawny pisarz i scenarzysta komiksowy (o jednym z jego komiksów poniżej) i jego fabuła o polityce, tajnych służbach, prawie i wielopiętrowych spiskach. Pierwsze powieści BM były klonami z Grishama, ale trzeba przyznać, że gość pięknie ewoluował. Oto sekretarz prezydenta zostaje ranny podczas zamachu. Oczywiście zamachu na prezydenta. Prezydentowi nic się nie stało, ale zginął zastępca szefa sztabu. Mija osiem lat. Ex-prezydent jest z wizytą na Filipinach, towarzyszy mu dawny sekretarz (mocno oszpecony po zamachu), który nagle natyka się na zastrzelonego przed laty kolegę. Brzmi to dość Ludlumowo, ale Meltzer inaczej prowadzi później akcję, zdecydowanie mniej linearnie i szerzej niż twórca Bourne’ów. Kawał porządnej sensacyjnej lektury pełen faktów z amerykańskiej historii, współczesnych politycznych realiów i mięsistych charakterów.

Deogratias
Komiks: Deogratias - tragedia Rwandy w sprawnym komiksowym ujęciu. Po pierwszym, jak dla mnie poronionym podejściu do kolekcji XXwiekXXI (”Niebo nad Brukselą“) teraz jest trafienie w punkt. Oto mocny, uczciwy komiks o jednym z największych ludobójstw XX wieku, które większość świata miała w dupie. Oto opowieść o śmierci od środka, o spustoszeniu, jakie robi ona wśród tych, co przeżyli. I że raz rozpoczęte mordowanie nigdy się nie kończy. A wszystko tak wymyślone fabularnie i narysowane, by maksymalnie wykorzystać potencjał komiksu jako formy przekazu. To nie jest łatwa opowieść (w sensie tematu, w sensie struktury, czy prowadzenia narracji), ale z całą pewnością warta wysiłku. A przy tym zadziwiająco (jak na dzisiejsze standardy) niedroga. Tym bardziej przeczytajcie.

Zaczarowana Altana 3
Zaczarowana Altana - Podróż Trzecia - chwaliłem już podróż pierwszą i drugą - chwalę też i trzecią. Znowu Sławek Kiełbus i pani Ewa Karska wykonali kawał porządnej rzemieślniczej roboty. Kolejny bydgoski komiks promocyjny opowiadający o pięknie i historii tego miasta. Trochę to taka moda teraz, by miasta wydawały komiksy promocyjne. Z tych, które miałem w rękach ten jest absolutnie najlepszy. Świetny, prosty scenariusz, idealnie rymujące się i rytmicznie opowiadane teksty (nie tylko w dialogach), dynamiczna i sympatyczna kreska Sławka. Tak trzymać. Nie mam oczywiście pojęcia na ile jeszcze podróży wystarczy historia Bydgoszczy, ale pewnie jeszcze na niejedną. Bo ja np. nie wiedziałem, że tam jest jakiś kanał łączący Wisłę z Berlinem i kto kazał go wybudować. A teraz wiem. I dobrze.

The Hulk 100 Project
The Hulk 100 Project - oto idealne połączenie mojej hulkowej pasji kolekcjonerskiej z charytatywnością. Ten album to nic ponad 100 (a nawet 120) okładek z Hulkiem narysowanych specjalnie na tę okazję przez mnóstwo popularnych amerykańskich rysowników. Dochód z albumu (i z aukcji oryginalnych prac - w tym oczywiście już nie brałem udziału) zasilił The Hero Initiative, czyli fundację pomagającą twórcom komiksów znajdujących się w potrzebie. Zacna idea, więc podczas konwentu w Filadelfii z radością zasiliłem ich kasę i nabyłem sobie to wydawnictwo. A w środku obok mnóstwa świetnych rysunków również wstęp Petera Davida (no bo kogoż?) i świetne posłowie dr Jamesa Kakaliosa z Uniwersytetu w Minnesocie, który usiłuje naukowo wytłumaczyć jak to możliwe, że Bannerowi przy przemianie w Hulka nie spadają spodnie. Fascynujące.

24Seven
24Seven - kolejna Image’owa antologia komiksów - tym razem tematem były roboty. Pomysł fajny i nośny, acz niestety w większości zmarnowany. Bo zdecydowana większość twórców stworzyła po prostu mniej lub bardziej realistyczne opowiastki o życiu w wielkim mieście podmieniając li tylko ludzi na roboty. Jakoś dla mnie to za mało, by uznać te komiksy i całą antologię za udaną. Co oczywiście nie zmienia faktu, że kilka komiksów było godnych uwagi, ale naprawdę dobrze zapamiętałem tylko jeden: “The Firemen” (Fabio Moon/Gabriel Ba), gdzie strażacy służą do podpalania budynków, w których zabarykadowali się przestępcy. Gdy ci już wyskoczą oknami i zostaną złapani i związani przez policję, strażacy się zwijają.
- A co z ogniem? - pyta jeden z policjantów. Strażak na to:
- Piękny, prawda? - i odchodzi.

Howard the Duck - Media Duckling
Howard the Duck - Media Duckling TPB - twórca Kaczora Howarda, Steve Gerber uparcie od półtora roku nie żyje, ale nie znaczy to, że nie będzie więcej komiksów o sarkastycznym kaczorze. Uprzedzam, jeśli znacie go tylko z filmu, to w ogóle go nie znacie - kinowy “Kaczor Howard” był jedną z największych pomyłek w życiu George’a Lucasa. I Steve’a Gerbera również, bo to jego dziecko zostało tam straszliwie popsute i zbeszczeszczone. Prawdziwy Howard to kawał kaczego skurczybyka, który jest wściekły na nasz świat w którym niestety przyszło mu żyć i wciąż daje innym to odczuć. I oto najnowszy komiks o jego przygodach w którym Gerbera godnie zastępuję Ty Templeton, a rzecz o mediach, które rządzą naszym światem i które potrafią wszystko przeinaczyć. Obok Howarda i jego uroczej i zwykle roznegliżowanej współlokatorki Beverly w tej opowieści występują jeszcze m.in. She-Hulk i prezydent Bush. Czyż trzeba większej zachęty? Dodatki: historyczny pierwszy “Howard the Duck” Gerbera i Brunnera z 1976 r. i kawałek “Civil War: Choosing Sides” z którego wynika, że Akt Rejestracyjny Superbohaterów w niektórych wypadkach (np. gadającego kaczora z równoległej rzeczywistości) nie ma specjalnie sensu.

Star Wars Komiks WS 1 Star Wars Komiks 6/09 Star Wars Komiks 7/09
Star Wars Komiks Wydanie Specjalne 1/2009 i 6/09-7/09 - urocza świeża porcyjka polskojęzycznych komiksów SW. Najpierw wydanie specjalne z Bitwą o Jabiim - jedną z większych batalii Wojen Klonów. 96 stron ciągłej walki w której Jedi padają jak muchy. Dość przewidywalne, ale i tak niezłe (choć ciągłe powtarzanie redakcji, że “wielu uważa, że to jeden z najlepszych komiksów Star Wars” to spora przesada. Twierdzę to z perspektywy mnóstwa przeczytanych gwiezdnowojennych fabuł. Jest dobrze, ale do najlepszych stąd jeszcze bardzo daleko). I jeszcze dwa normalne numery miesięcznika. W czerwcowym spodobała mi się (może przez reminiscencję, bo czytałem ją już kiedyś w oryginale) niebanalna i niestereotypowa “Opowieść Yaddle: Istota z podziemi”, czyli origin żeńskiej Yody zasiadającej w Radzie Jedi, a w lipcowym lekka i zabawna opowiastka “Rozbitkowie” Lucasa Marangona - tekst o siku rządzi.

DC Universe: Last Will and Testament
DC Universe: Last Will and Testament - a to obiecany wcześniej komiks ze scenariuszem Meltzera. Jakoś przegapiłem go rok temu - nie doczytałem, że to one-shot i przekonany, że będzie to miniseria, którą sobie potem kupię w TPB nie zamówiłem go, gdy wychodził. Ale teraz znalazłem w jakiejś komiksiarni i nabyłem. I oczywiście (jak to u Meltzera) było warto. Bo oto świat się kończy (to lekki spin-off do “Final Crisis” Morrisona) i różne postacie DC różnie na to reagują. Główną osią fabuły jest opowieść o trzeciorzędnym herosie Geo-Force, który chce wykorzystać ostatnią okazję, by zemścić się i zabić drugo-, no może momentami pierwszo-ligowego złoczyńcę Deathstroke’a. I to świetna, dobrze poprowadzona i mądra opowieść, ale co chwila przerywamy ją, by zobaczyć jak tej ostatniej nocy na Ziemi zachowuje się Wonder Woman, Batman z kolegami, Superman z tatą, czy taki np. Captain Cold. Troszkę patosu, troszkę wzruszenia - wszystko świetnie rozrysowane przez Adama Kuberta wspomaganego na niektórych panelach przez tatę. Świetny komiks.

Daredevil vs Vapora
Daredevil vs Vapora - kolejny (wart chyba pół dolara) objaw mojego kolekcjnonowania wszystkich komiksów z Daredevilem w tytule. Oto charytatywny zeszycik sprzed lat kilkunastu w którym walczy on z benzyną. Naprawdę. Fabuła, w której DD ratuje ludzi z płonących mieszkań ma uświadomić czytelnikom, że benzyna to jest paliwo do samochodów, a nie środek czyszczący, który należy w dużych ilościach trzymać i używać w mieszkaniach. Tytułowa Vapora to lekko upersonifikowane opary benzyny, które z radością pochłoną życie niewinnych dzieci, a nawet samego superbohatera. Wow.

Captain Universe Daredevil
Captain Universe/Daredevil - i jeszcze jeden zeszyt z tej samej kupki. Oto w Daredevila wciela się Captain Universe - nadmoc, która pojawia się czasem w universum Marvela dodając w szczególnych chwilach poweru poszczególnym herosom (jedna z takich opowieści była w TM-Semicowych “Spider-manach”). Tu wyszło nawet dość ciekawie, bo obok powrotu wzroku, moc owa przeładowała pozostałe zmysły DD utrudniając mu codzienne obowiązki, aż był zmuszony poprosić ją, by go opuściła. I tyle.

Daredevil 115
Daredevil #115 - a to już w miarę bieżący numerek DD i zakończenie sagi “Lady Bullseye”. Koniec trzeba przyznać dość zaskakujący, bo kilkuodcinkowa łomotanina kończy się bardzo ciekawą propozycją. Brubaker najwidoczniej ma zamiar zrobić swemu następcy analogiczne kuku jakie sam zaliczył od Bendisa, czyli przekazać serię w momencie ostrego clifhangera i w pełnym biegu. Nie mam nic przeciwko.

Wednesday Comics 1
Wednesday Comics #1 - załapałem się na premierę tego wydawnictwa dokładnie w ostatnim dniu mego pobytu w Nowym Jorku. W USA już od kilku dni jest dostępny numer 2 (to tygodnik), a ja właśnie skończyłem sobie czytać #1. Może o tym słyszeliście? Czterokrotnie większy format (po prostu gazetowy. Sprzedają to po złożeniu w cztery. Na obrazku widać numer w połowie rozłożony) i jednoplanszowe komiksy. 15 komiksów. W sumie będzie 12 numerów tej gazety, a potem pewnie jakieś wielkie TPB, ale tym razem stwierdziłem, że chcę to w odcinkach. No to przeczytałem sobie numer pierwszy. I pięknie on pokazuje jak różnie do takiego samego wyzwania podchodzą różni twórcy (a trzeba przyznać, że DC zgromadziło naprawdę zacny zestaw nazwisk). O wszystkich nie ma co pisać, ale oto co ciekawsze: “Batman” Azzarello i Risso - sporo fabuły, trochę czytania, ciekawy wstęp do czegoś i dobry cliffhanger; “Kamandi” Gibbonsa i Sooka - bardzo fajnie złapany klimat dawnych komiksów gazetowych;”Superman” Arcudiego i Bermejo - ładny, ale jak plansza w zeszycie, za mało by porządnie wciągnąć; “Green Lantern” Busieka i Quinonesa - dobre. Dokładnie tyle i tak jak trzeba. Poczułem się, jak przed laty czytając komiksy na ostatniej stronie “Świata Młodych”; “Metamorpho” Gaimana i Allreda - dwa świetne nazwiska, a efekt nijaki-taki. Nie wciągnęło mnie; “Strange Adventures” Pope’a - rzecz o Adamie Strange, czyli kosmiczne jazdy. Kreska Pope’a niespecjalnie nadaje się do takich łatwoprzyswajalnych jednoplanszówek, ale fabułka broni się zupełnie, zupełnie; “Supergirl” Palmiotti’ego i Conner - fajne, zabawne, dowcipne, z puentą i ciągiem dalszym. Conner ciut poszła na łatwiznę z rozplanowaniem planszy, ale i tak jest dobrze; “Wonder Woman” Caldwella - zdecydowanie największa i najgęstsza robota w zestawie. Tu jest tak z cztery normalne plansze naćkane i nawciskane w malutkich kadrach. Ale źle to nie wygląda. I dobrze się czyta; “Sgr Rock” Kubertów (wymyśla Adam, rysuje Joe) - no nie narobili się, ani fabularnie (całość to jedna scena przesłuchania przez nazistów), ani obrazkowo (9 dużych kadrów, zwykle nawet bez tła), ale w końcu Joe swoje lata już ma. A Adam na co dzień nie jest od scenariuszy; “Demon and Catwoman” Simonsona i Steelfreeze’a - już zestawienie w tytule mi się podoba. Fabuła to na razie coś w rodzaju prologu, ale ładnie rozstawia postacie, a klimat rysunków Steelfreeze zadziwiająco dobrze pasuje do takiej konwencji - wielkiej planszy, a co za tym idzie też sporych kadrów. Dobre; “Hawkman” Bakera - a mi się wydawało, że to Kuberci się nie narobili. Baker odwalił fuchę pięcioma wielkimi kadrami, opisującymi właściwie jedną sytuację bez żadnej rozwijającej się fabuły. Raczej się chłopina skompromitował przy kolegach… I tyle. Fascynujący eksperyment z tą wielką komiksową gazetą i jak na razie - po pierwszym numerze więcej zdecydowanie pozytywów niż rozczarowań. Tak trzymać.

Angel 16
Angel #16 - kolejne uzupełnienie dziurki w moim czytaniu serii o dobrym wampirze (kurczę, jak Whedon wymyślał tę postać, to było nawet oryginalne, a teraz gdzie nie spojrzeć, to same przyzwoite wampiry o dobrych zamiarach). W tym zeszycie Angel & S-ka wydostają się powoli z piekła (dosłownie) w którym spędzili ostatni kilkanaście zeszytów. Wydostają się w sposób dość ekstremalny, więc polecam samodzielną lekturę. Warto.

Deathblow 28
Deathblow #28 - to się nazywa szczęście kolekcjonera. Ostatni brakujący zeszyt z danej serii. Teraz mam już cały 29-zeszytowy run opowieści o najlepszym żołnierzu uniwersum Wildstorm. I co ciekawe na koniec zdobyłem ten odcinek w którym Cray (oczywiście ocalając ludzkość) poświęca się i ginie. Choć, jak się przekonacie poniżej, oczywiście, nie do końca…

Dark Reign Elektra 3
Dark Reign: Elektra #3 - a na koniec jeszcze kilka świeżych zeszycików. Elektra jak zwykle rządzi. Czy ranna, czy przykuta, czy w bieliźnie - wciąż jest najniebezpieczniejszą kobietą w świecie Marvela. I choć po wyznaczeniu nagrody za jej głowę wszyscy inni niebezpieczni zaczynają na nią polować, to wciąż nie wystarcza, by ją pokonać. I za to ją lubię. A Zaca Wellsa, za to, że tak dobrze to opowiada.

Incredible Hercules 129
Incredible Hercules #129 - ta seria jest naprawdę świetna. Bo pierwszych nieśmiałych próbach teraz Pak i Van Lente coraz mocniej i głębiej sięgają po pomysły, postacie i wątki z mitów greckich i wplatają je do współczesnego Marvela. I wychodzi im to naprawdę zacnie. Już nie tylko Hercules, Atena czy Hera pojawiają się w tej serii - w tym zeszycie mamy opowieść o śmierci, wniebowstąpieniu i małżeństwie Herculesa z Hebe, Cerbera, Charona i cudny holl Hadesu, który jest po prostu kasynem. W nim czekają na swe dalsze losy dziesiątki postaci uśmierconych w Marvelu i nie tylko (np: Havok, Goliath, Wasp, Elvis. Nie zdążyli dorysować Michaela…). No a potem jest wreszcie sam Hades (i miejsce i osoba) i kolejna spora porcja marvelowskich łobuzów, którzy są jego stałymi rezydentami. I niestety w tym momencie się skończyło…

Skaar 11
Skaar #11 - tu aż tak chwalił nie będę. Pak w tej serii z jednej strony opowiada coś a’la dawne Hulki sprzed dekad, a z drugiej podprowadza do zwarcia Hulk sr vs Hulk jr, które ma być wstrząsające (w skali sejsmicznej). Może i będzie. Ale i tak obaj przeżyją i tak znowu się rozejdą w swoje strony i tak nic z tego nie wyniknie. Mdłe to jakieś jest, to i się nie zachwycam.

Wildcats 11
Wildcats #11 - rozpierduchy ciąg dalszy. I to takiej beznadziejnej (tytuł odcinka to “Alamo”). Ladytron sama tłucze się z Deamonitami, reszta na Hawajach walczy z Majestikiem. Jedna i druga walka są raczej dość rozpaczliwe. I nie rozstrzygają się w tym zeszycie. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze “Deathblow”. Od kilku miesięcy Wildstorm dokłada do swych komiksów coś na koniec. Po kilka planszy. Które w sumie (kupując wszystkie zeszyty z danego miesiąca) dają pełną opowieść. Zawsze w “Wildcats” jest początek. Dotąd nic ciekawego dla mnie tam nie było, ale tym razem jest - “Deathblow”. Ponieważ innych tytułów nie zbieram, pozostaję w nadziei, że z czasem wyjdzie to w całości w jakimś zbiorczym wydaniu, a tymczasem przeczytałem sobie te pierwsze cztery strony. I Michael Cray wraca. One and Only (bo były już próby klonowania go, czy jakichś dziwnych psychodelii. Robili to m.in. Alan Moore, czy Azarello). Tu wraca oryginał, bo okazuje się po prostu, że wbrew wszelkim dotychczasowym faktom i wydarzeniom on też ma super-moc. Tyle, że wcześniej nie miała ona okazji się uaktywnić. Tą mocą jest po prostu nieśmiertelność. Fajnie, nie?

No i zczyściłem już kupkę z zaległościami - mogę do nowego tygodnia podejść z czystym sumieniem. To podejdę.

coś nowego

July 18th, 2009

W zasadzie od wczoraj. Mam nową stałą rzecz do robienia. Nic wielkiego - kilka minut raz w tygodniu, ale zawsze to następne medium do ogarniania co tydzień. Otóż zaproszono mnie jako stałego gościa do piątkowego “Rytmu miasta” w TVNWarszawa. Co tydzień mam tam na żywo koło 18.30 opowiadać o bieżących premierach kinowych. Co wchodzi, o co chodzi, co sądzę itd. Stacja ta ma homeopatyczną oglądalność, ale zawsze to jeszcze jeden telewizor do biogramu. I parę złotych.

I jeszcze mała zmiana przed jutrzejszą audycją. Tomek Jachimek niestety nie będzie naszym gościem - coś mu wypadło, ale obiecał, że wpadnie w sierpniu. Tymczasem zastępstwem - równie godnym, co kolega Jachimek - będzie Grzegorz Kasdepke, aktualnie jeden z najlepszych twórców literatury dziecięcej, a niegdyś redaktor naczelny “Świerszczyka” (tego dla dzieci) i pierwszy, historyczny wydawca komiksów “Jeż Jerzy”. Będzie fajnie. Że przypomnę - Roxy, niedziela 10-13.

A teraz dalsze odrabianie zaległości we wchłanianiu:

Wrogowie publiczni
Kino: Wrogowie publiczni - najnowszy film Manna to kawał mięsistego kina, ale jednak nie na miarę “Nietykalnych” czy “Bonnie i Clyde”. Momentami za długie (w sumie grubo ponad 2 godziny), miejscami zbyt skrótowe (w chwilę po wyjściu z więzienia po 9-letniej odsiadce Dillinger już jest Wrogiem Publicznym Nr 1. Jakoś za szybko) a przez ponad pół filmu miałem wrażenie, że oglądam polski teatr telewizji sprzed 20 lat (jakieś takie kamery, takie oświetlenie, takie zdjecia i ujęcia - może tak miało być, ale mi się nie podoba). Depp jak zwykle świetny, Marion Cottillard piękna jak dawniej (nie lubię tego filmu w którym się oszpeciła i dostała za to Oscara. A zobaczcie ją w pierwszej “Taxi”!), Bale gra wariację na postać Batmana, gangsterzy są okrutni, a FBI jeszcze okrutniejsza (no, prawie Gestapo). Przy całej jednak rzemieślniczej sprawności czegoś mi tu brakuje - czegoś świeżego, niestereotypowego. Bo tak to po prostu jeszcze jedna opowieść o ostatnim romantyku (choć oczywiście romantyku brutalnym), który przestaje pasować do coraz nowocześniejszego świata, a kiedy już ma uciec i “żyć długo i szczęśliwie” to oczywiście ma pecha i kończy zgodnie ze znaną nam wiedzą historyczną. Zresztą ponoć nawet kręcili to w tym samym miejscu. Ale jeśli już się wybierzecie na to do kina, to ciekawy jestem, czy Wam się też Hoover kojarzy w każdej scenie z ministrem Ziobro?

ST Enterprice sezon 7
DVD: Star Trek: Enterprice 4/9-12 - i następna płytka. Najpierw dokończenie afery wulkańskiej (ze sporym udziałem Andorian), dwa samodzielne odcinki o eksperymentach z transporterem i eksperymencie na załodze (wykonywanym przez pewną wysoce rozwiniętą, acz mało empatyczną rasę) i wreszcie początek historii o konflikcie andoriańsko/tellarycznym sprowokowanym przez podstępnych Romulan. Ten serial naprawdę zaczął się rozkręcać - szkoda, że to już końcówka.

Z archiwum X 9
Z archiwum X 9/9-12 - Duchownego wciąż ani śladu w tym ostatnim sezonie serialu, ale nie znaczy to, że inni sobie nie radzą. Najpierw Carter przypomina sobie, że przecież w jego serialu chodziło o kosmitów i pisze (a nawet częściowo reżyseruje) dwuczęściową historię o odnalezieniu kolejnego latającego spodka, a potem agentka Reyes trafia do świata pomiędzy życiem a śmiercią (czyli do takiego pustego szpitala - patent powtórzony potem w “Chirurgach”) i dość wtórny odcinek “Underneath” - wszystkie pomysły z tego scenariusza, były już wcześniej w tym serialu. Ale co tam.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 4/21-22 - dokończenie sezonu. Tylko dwa odcinki, ale świetne. W pierwszym SG-1 natrafia na swoich sobowtórów - roboty, które stworzono kilka sezonów temu, które się usamodzielniły i też skaczą sobie przez wrota. Wspólna misja kończy się sporymi stratami (ze strony robotów) i zabiciem następnego ze złych - znanego w mitach greckich pod imieniem Kronosa. A w finale - oczywiście cliffhangerowym, SG-1 statkiem zdobytym na Kronosie pomagają ewakuować Tok’rę, ale oczywiście zmienia się to w walkę z Apophisem i puentę zadziwiająco przypominającą pilota “Voyagera”.

Doctor Who - Web Planet Doctor Who - Invasion
Doctor Who: The Web Planet i The Invasion - pora brać się za bary z klasycznym, oryginalnym “Doctorem Who”. Pierwsze DVD jakie zdobyłem i wchłonąłem to sześcioczęściowa “The Web Planet” z oryginalnym klasycznym Doktorem - Williamem Hartnellem. Oto Tardis, a w nim doktor, Ian, Barbara i Vicki lądują na planecie Vortis zamieszkałej przez kilka ras ogromnych owadów. I rozpoczyna się ostra walka. Fantastyczna całość (z efektami na miarę BBC AD 1965) ogląda się świetnie i utrzymana jest w tym niemożliwym wręcz do podrobienia brytyjskim stylu pełnym równocześnie lekkości, grubej kreski, humoru i tonu zupełnie serio. I od razu też widać skąd nasi wpadli na pomysł “Przybyszy z Matplanety” (oczywiście statek wzięli z “Kosmosu 1999″, ale samą ideę takiej sf bardziej z “Doktora Who”). Rzecz ma grubo ponad czterdzieści lat, więc realizacyjnie i jakościowo przypomina momentami nasze współczesne “Domisie”, ale to chyba raczej mówi coś o “Domisiach”, a nie o “The Web Planet”. A Hartnell świetnie się sprawdza w roli Doktora, który może wygląda jak człowiek, ale zdecydowanie nie jest z naszego świata. Znacznie bardziej ludzki (choć też nie do końca) zdaje się Patrick Troughton, który go zastąpił. To właśnie drugi Doktor jest bohaterem “The Invasion” - 8 odcinków z 1968 r. o Ziemi zaatakowanej przez Cybermenów. Ponad trzy godziny pełne zwrotów akcji i tego wszystkiego co napisałem powyżej, ale na wyższym poziomie. Widać, jak serial pięknie się rozwija i dorasta, a wydanie DVD, które nabyłem świetnie pokazuje jak wysoką markę i popularność zdobył Doktor na Wyspach. Bo oto dwa z ośmiu odcinków składających się na “Invasion” zaginęły. Została tylko ścieżka dźwiękowa. Parę lat wcześniej przy wydaniu na VHSach je starannie streszczono, ale przy DVD postarano się bardziej. Oto do istniejącej ścieżki dźwiękowej dorysowano oba brakujące odcinki. I w wydaniu DVD części 1 i 4 są po prostu uczciwą animacją, która dokładnie odtwarza brakującą fabułę. Scena po scenie, z zachowaniem wizerunków postaci, scenografii itp. Super. Świetna oldskulowa rozrywka. Ciekawe czy i kiedy pojawią się u nas kolejne sezony nowego Doktora?

Dinotopia
Dinotopia - miniserial Hallmarku, bedący telewizyjną adaptacją ilustrowanej książeczki dla dzieci w której ludzie i dinozaury wspólnie żyją w dziwnym eklektycznym świecie. Tu ten świat odtworzono dość wiernie dodając do niego rozbudowaną fabułę o braciach, których samolot woduje podczas burzy, a oni z XX wieku trafiają na Dinotopię (jednym z - nomen-omen - braci jest Wentworth Miller jeszcze przez “Prison Break”). A tam się powoli dostosowują do lokalnych zwyczajów, a z czasem pomagają je zmodyfikować, by uratować lokalną cywilizację przed zniszczeniem. Niezłe, acz idealnie oddające znaczenie przymiotnika “hallmarkowe”. W obsadzie jeszcze David Thewlis, Alice Krige czy Stuart Wilson. W sumie - dla fanów grzecznych, familijnych dinozaurów.

Smallville 5 Smallville 6
Smallville 5/21 - 6/4 - przełom sezonu. Piąty kończy się uwolnieniem z Phantom Zone Zoda, który wciela się w Lexa, seksi się z Laną, Clarka wrzuca do Phantom Zone na swoje miejsce, a Ziemię chcę przekształcić w nowy Krypton, a wszystko dzięki pomocy Brainiaca (w tej roli jak zawsze uroczy Spike z “Buffy”). I tak kończy się sezon. Ale oczywiście już po pierwszym odcinku szóstego wszystko jest OK. Clark wraca, Zod dostaje łomot, tylko Lex z Laną zdają się być coraz bliżej. Ale w końcu przecież wiemy, że Clark z czasem wybierze inną - tą, która na razie w tym serialu tylko ciągnie z niego łacha, nazywa go “Smallville” i dopiero co (na początku szóstego sezonu) zaczyna odkrywać swe dziennikarskie powołanie. Tymczasem z początkiem szóstego do obsady dołączają jeszcze postacie Jimmy’ego Olsena (który od razu zaczyna parzyć się z Chloe) i Olivera Queena (znanego również jako Green Arrow). I muszę przyznać, że to ostatnie to świetny pomysł - Queen to również młody milioner, więc od razu zostaje ustawiony w kontrze do Lexa (to zresztą koledzy ze szkoły), a jego już istniejąca podwójna tożsamość i idea pomagania ludziom po ukryciu się pod kostiumem daje Clarkowi sporo do myślenia. No to ciekawe, co dalej?

Czterej pancerni i pies
Czterej pancerni i pies 2-10 - niby miałem oglądać z córką, ale jakoś po pierwszym wspólnym odcinku młoda nie wykazywała większej ochoty na ciąg dalszy, więc zapuściłem sobie to teraz sam korzystając z nieobecności rodziny. I muszę przyznać, że po tych wszystkich latach obejrzenie całości po kolei, płynnie i bez dziur w fabule (przez ostatnie 20 lat natrafiałem tylko na pojedyńcze sceny, czy odcinki w TV) to naprawdę przyjemna zabawa. Z mniej lub bardziej finezyjnej propagandy i propagowania przyjaźni polsko-radzieckiej można by tu zrobić naprawdę fajną “drinking game”, ale całość to po prostu kawał dobrej przygodowej rozrywki, o jaką dziś niełatwo w telewizorze. Na razie obejrzałem do końca pierwszą serię (8 odcinków) i zacząłem drugą, którą otwiera odcinek z podróżą Czereśniaków (Fijewski i Gołas) przez Polskę przedwiośniem 1945 (ze Studzianek do Gdańska), a potem załoga (+ Wichura i Lidka) na Berlin. Choć długa droga, daleka przed nimi.

Alfred Hitchcock przedstawia 2-4 i kolejnych 10 godzin z telewizją firmowaną przez wielkiego Alfreda. Ba, momentami nawet przez niego reżyserowaną. Wszystko przynajmniej na poziomie przyzwoitym, a momentami na znacznie, znacznie wyższym. A do tego okraszone cudnymi komentarzami samego Hitchcocka, który frywolnie i sarkastycznie nabija się ze wszystkiego, a zwłaszcza z reklam, które muszą towarzyszyć kolejnym odcinkom. Mówiąc np. w odcinku z 1955 r. (cytuję z pamięci): “Ostatnią z pokazanych przed chwilą reklam wysłaliśmy do Związku Radzieckiego w ramach wymiany kulturalnej. Nie wiem, co przysłali w rewanżu. Boimy się otworzyć pudełko”. A spośród samych filmów polecam zwłaszcza: “Nie oglądaj się za siebie” - rozbudowaną psychodelię z Jeffrey’em Hunterem (kapitanem Pike’m z nieudanego pilota do “Star Treka”); ‘Tajemnicze zniknięcie pani Winthrop” - jeszcze jedną wariację na motyw “Starsza pani znika”; “Nocny telefon” - niezłe stadium popadania w obłęd z młodziutkimi Lindą Fiorentino i Sandrą Bernhard; “Naoczny świadek” - historię wygranego procesu sądowego z lekko zaskakującą puentą, acz ciekawą bo reżyserował sam Hitchcock a główną rolę zagrał John Forsythe (późniejszy Charlie z “Aniołków” i Blake z “Dynastii”); i wreszcie “Przypadek pana Pelhama” - mocno zakręconą opowieść, którą po latach praktycznie powtórzył Wojciech Waglewski na pierwszej płycie “VooVoo” - myślę o piosence “Faza IV”.

Big Guy i Rusty Robochłopiec
Komiks: Big Guy i Rusty Robochłopiec - po przeczytaniu tego olśniewającego obrazkowo albumu przyszło mi na myśl, że to było tak: “Big Guy” to drugi (z dwóch) wspólny projekt duetu Miller/Darrow i jak pierwszy, “Hard Boiled” był popisówką wyobraźni Millera (co nie znaczy, że Darrow się nie postarał), który stworzył fabułę na miarę prozy Dicka, to tym razem panowie umówili się, że pierwsze skrzydła gra Darrow.On rządzi, decyduje i rzuca pomysłami (”Chcę narysować wielkiego jaszczura rozpiprzającego metropolię”, “Chcę narysować ludzi zmieniających się w jaszczuropodobne bestię” itd.) a Miller odsuwa się na drugi plan fastrygując tylko kolejna pomysły Darrowa w całość sprawiającą wrażenie w miarę spójnej fabuły. Trochę dopycha patosem w dialogach, trochę humorem (co mu nigdy najlepiej nie wychodziło) i proszę. Historia jest absolutnie pretekstowa i służy do prezentacji talentu Darrowa. Acz hiperrealistyczny i ultradetaliczny talent rysunkowy Darrowa, to całkowicie wystarczająca motywacja, by taki album wchłonąć, a potem ustawić na swojej półeczce.

Largo Winch 1
Komiks: Largo Winch tom 1 - czytam tę fabułę po raz kolejny (bo kibicuję Largo od jego pierwszego pojawienia się w Polsce, jeszcze jako powieści wydawanych przez Orbitę - na początku lat 90. wyszły 2 tomy) i wciąż jest świetna. Van Hamme idealnie łączy sensację z wielką finansjerą, a wymyślony przez niego bohater sprawdza się genialnie. Podobnie jak - moim zdaniem - wzorcowo sprawdza się ostatnia idea Egmontu, czyli serie “Sensacja”, “Science Fiction” itp zbierające po kilka tomów w jeden w ciut mniejszym formacie i w efekcie dające porządne czytadła na dobrym poziomie. W film “Largo” wierzę tak sobie, ale już czekam na drugi tom jego komiksowych przygód.

I na teraz tyle, bo siędzę tu od rana, a przecież mam dziś imieniny (które obchodzę bez rodziny). Łasy więc jestem oczywiście na wyrazy sympatii, ale chyba sobie gdzieś pójdę i kupię jakiś prezent.

setny

July 17th, 2009

post w tym roku. Jakoś od kilku dni nie potrafiłem się zebrać do tego lekkiego jubileuszu, bo mnóstwo zasysam i nie chciałem zmieniać gwałtownie kierunku ciągu. Zasysam, bo książka w drodze i powoli ją sobie ustawiam w głowie i kompiluję materiały i pomysły. Jeszcze w trakcie samego pisania będę sobie przypominał wszystkie materiały źródłowe - pewnie więc zrozumiecie z kontekstu co to za książka i o czym, ale na razie kompiluję notatki, pomysły i pojedyńcze hasła więc równocześnie jednym okiem wciągam mnóstwo seriali, a czasem (przed snem, na kibelku, prowadząc samochów) coś czytam i stertka rzeczy wchłoniętym i do zrelacjonowania urosła nad podziw. A jeszcze druga książka - przygotowywany na MKF wywiad-rzeka z Bogusławem Polchem coraz bardziej nabiera kształtów i konkretyzuje się (jak macie jakieś pytania do niego - wrzucajcie tutaj. Jak będzie coś, czego jeszcze nie miałem na liście, a będzie merytoryczne chętnie dopiszę). Już teraz haseł/tematów do rozmowy jest blisko 50. A przecież każda odpowiedź może wywoływać kolejne pytania…
Cóż jeszcze?
Dziś byłem w MAGu i spytałem Jacka Rodka na temat tych rewelacji o nowym “Funkym Kovalu” na jesieni w “Nowej Fantastyce”. Z tego co on powiedział, nie jest to niemożliwe (od jakiegoś czasu jest scenariusz pierwszych trzech odcinków następnej serii), ale czy Boguś to narysuje? Spytam go w przyszłym tygodniu, jak zaczniemy nagrania do książki.

W najbliższą niedzielę w naszej audycji “Gotowi na wszystko” (Radio ROXY niedziela, 10-13) gościem będzie Tomek Jachimek.

Zaczynają krystalizować mi się plany na sierpień: w dniach 5-7 będę w Kazimierzu na festiwalu “Dwa Brzegi” - mam tam poprowadzić retrospektywę radzieckiego twórcy filmów SF Pawła Kłuszancewa. Zaś w ostatni weekend Polcon i wizyta Mike’a Carey’a. Będzie w naszej audycji w Roxy a na samym Polconie mam wziąć udział w panelu o jego twórczości.

Internetowy Sklep Komiksowy Multiversum jest tak dobry, że aż zaczyna ocierać się to o nadgorliwość. Wczoraj wysłali do mnie paczkę z porcją komiksów, a dziś o 7,15 obudził mnie listonosz. 7,15!!! No, bez jaj! Ja się cieszę, że szybko itd, ale mógł poczekać z dwie godzinki.

No to teraz już może wchłanianie:

Egzorcyzmy Dorothy Mills
Kino: Egzorcyzmy Dorothy Mills - takie sobie. Choć niewątpliwie w pomyśle był pewien potencjał. Może nie na horror na miarę “Szóstego zmysłu”, czy “Sierocińca”, ale niewiele poniżej. Niestety nie stało porządnego reżysera, który by potrafił wprowadzić do opowieści dyscyplinę i spójny klimat, czy umiejętnie dawkować napięcie. Oj, jak tu tego brakuje. Najpierw zamiast nastrojowo jest nudno, a potem mimo niezłych zwrotów akcji wszystko jakieś takie mdłe jest i nijakie. To i najlepsze zwroty akcji przyjmuje się wtedy zaledwie lekkim wzruszeniem ramion. Rzecz o nastolatce, która na odległej, odciętej od świata irlandzkiej wysepce omal nie zabiła dziecka. Przyjeżdża pani psycholog, by ją zdiagnozować i okazuje się, że dziewczynka ma rozszczep osobowości. Tak na początek. Dobry pomysł, acz zmarnowany w realizacji.

Harry Potter i Książe Półkrwi
Harry Potter i Książe Półkrwi - przyznaję, że informacja, iż reżyser piątego Pottera, David Yates ma już robić serię do końca lekko mnie zaniepokoiła. Nie wierzyłem w tego pana, a to co pokazał w Zakonie nie było jakieś super optymistycznie. Tymczasem tu jest lepiej. Fabuła ładnie i płynnie się turla, jest momentami mrocznie, momentami zabawnie (po raz pierwszy postawiono na śmieszne dialogi i świetnie się to sprawdziło). Yates dał radę. Z większym optymizmem patrzę więc na ostatnie dwa filmy, tym bardziej, że wreszcie będzie tam trochę powietrza. Bo przy wszelkich pozytywach “Księcia Półkrwi” to znowu zaledwie bryk z grubaśnej książki, w którym pokazano (fajnie pokazano) tylko co ważniejsze punkty zwrotne, a ominięto tony świetnych dykteryjek, scen, czy postaci na których trzyma się saga Rowling. Wywalono m.in. większość wątku tytułowego, zostawiając z niego jedynie ładnie obgryziony szkielecik, by tytuł w ogóle dał sie jakoś wytłumaczyć. A poza tym obsada ładnie się trzyma: młodzi dorastają (choć nie tak jak w tym świetnym skeczu z SNL z Lohan), starsi trzymają się klimatu (pięknie rozwija się postać psychopatycznej Bellatrix granej przez Helenę Botham Carter), a nowy w obsadzie Jim Broadbent wchodzi w uniwersum Rowling, jakby spędził w nim całe życie. Dobry film, obejrzyjcie! Ale i tak przede wszystkim przeczytajcie książkę.

ST Enterprice sezon 7
DVD: Star Trek: Enterprice 4/1-8 - skoro skończyłem finałowy sezon Voyagera, to pora na kolejny sezon ST czekający na półeczce. A to kolejny finał - tym razem “Enterprice”. Sezon zaczyna się od rozwiązania cliffhangera - czyli podróży w czasie do II Wojny Światowej w której Niemcom pomagają źli kosmici - razem zdobywają Wschodnie Wybrzeże USA. Ale od czego kapitan Archer i załoga Enterprice? Odbiją Nowy Jork, odkręcą zmiany w czasie i w ogóle wygrają Temporalną Zimną Wojnę, która pojawiała się w tym serialu od pierwszego sezonu. Zajęło im to co prawda dwa odcinki, ale ten sezon w ogóle jest nastawiony na kilkuodcinkowe historie. Bo zaraz po powrocie do “Home” i (raczej politycznego) ślubu T’Pol zaczyna się trzyodcinkowa historia nawiązująca zarówno do Khana jak i Daty (gościnnie Brent Spiner w roli Dr. Arika Soonga - przodka twórcy Daty). A potem kolejne zwarcie na linii Ziemia - Wulkan, które zaczyna się od zamachu na ziemską ambasadę na Wulkanie, a rozwija się w wielki polityczny spisek. To też trzy odcinki, więc jeszcze nie wiem jak się skończy, ale przecież z czasem Ziemia wydostała się spod dominacji Wulkana i to u nas jest stolica Federacji. Ale jeszcze kilka płyt przede mną.

Z archiwum X 9
Z archiwum X 9/1-8 - oglądałem, oglądałem i dooglądałem. Znaczy dotarłem do ostatniego sezonu, co to już go nigdy w polskiej telewizji nie było. I to serial ten sam, a trochę inny. Duchowny zaniknął (choć w pierwszych odcinkach gdy dużo pływa i biega goła Xena to jakoś się człowiek w ogóle nie przejmuje jego nieobecnością), Scully wycofuje się na drugi plan - wychowuje dziecko, a głównymi bohaterami staje się duet Doggett - Reyes. I trzeba przyznać, że radzą sobie równie dobrze, co ich poprzednicy. I to zarówno w odcinkach głównonurtowych (które tym razem ciągną ideę, że to wszystko to genetyczne manipulację rządowe, program tworzenia superżołnierzy, o kosmitach już mało kto dziś pamięta), jak i pojedyńczych historiach. Najlepszy jest zdecydowanie odcinek “4-D” - o seryjnym mordercy potrafiącym przechodzić pomiędzy równoległymi rzeczywistościami. Polecam.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 4/13-20 - tu też dwie płytki strzeliły. I przyznaję, że ten czwarty sezon mi bardzo dobrze wchodzi. Tym razem: David wraca w środowisko archeologów (a tam kosmici); Teal’c jest torturowany w niewoli; podejrzana zmiana dowództwa w bazie Stargate; za 10 lat w przyszłości wszyscy będziemy szczęśliwi. NOT!; syn Davida obdarza go wielką mocą i inteligencją; SG-1 uzależnia się od pewnego światełka; inne światełka się wkurzają i ludzie muszą uciekać z jednego księżyca; a energetyczna istota opanowuje Sam. Kawał dobrej fantastycznej zabawy.

A teraz już spać - reszta seriali i komiksy może jutro.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl