Kamil M. Śmiałkowski

a mnie tam nie było

June 30th, 2009

pobyt w USA ma swoje bardzo dobre strony (o czym już kilka razy pisałem), ma swoje strony li tylko zabawne - jak napis na koszulce pana w średnim wieku, który w sposób dość natarczywy rozdawał w metrze ulotki (”Take Jesus or Burn in Hell”), ma też swoje strony niedobre. I one są w większości w Polsce. To znaczy one są dobre, o ile jest się w Polsce, a jak się jest w Ameryce, to tylko przykro. I to już drugi weekend z rzędu. Bo tydzień temu miał miejsce koncert na który chciałem się wybrać. Jak na co dzień koncerty mnie nie ruszają wcale, to Kravitza na krakowskich Wiankach naprawdę zobaczyłbym i posłuchałbym z przyjemnością. A może bym nawet parę razy nóżką tupnął do rytmu. A tu dupa blada. Zamiast Kravitza spacery z rodziną po Central Parku.
Z kolei w ten weekend w Polsce była nadzwyczaj sympatyczna (jak donoszą wszyscy donosiciele, którzy tam dotarli) imprezka komiksowa w Gdańsku. Nie za duża, smaczna, kontaktowa i potrafiąca sponiewierać (sądząc z fotorelacji). Na komiksowych blogach na zmianę zachwyty i dupa Sztybora. A gdzieniegdzie nawet zachwyty nad dupą Sztybora, ale to już pewnie efekt kaca. Nieważne. Pozostaje tylko żałować, że ja tu - co prawda byłem w niedzielę w Zoo na Bronxie, więc od strony obserwacji wizualnych było nawet podobnie (też było kilka owłosionych dupsk widać - chociażby na wielkim wybiegu goryli), ale mimo wszystko żal. I trzeba sobie zapisać w kalendarzyku termin BFK na rok przyszły.

Wchłanianie:

ST Encounters with the Unknown
Komiks: Star Trek: Voyager - Encounters with the Unknown TPB - zbiór trzech one-shotów i jednej miniserii o przygodach USS Voyager w drodze do domu, stworzonych swego czasu w wyd. DC/Wildstorm. Najpierw “False Colors” o cwaniaczkach, którzy udają Borgów i wszyscy w okolicy się ich boją. Ale przecież nie 7z9. Potem “Avalon Rising” o doktorze, który na planecie o pełnej rycerzy i innych średniowiecznych atrybutów wprowadza prawdziwie rycerskie zwyczaje. “Elite Force” to jak łatwo się domyśleć komiks podpromowujący grę o tym samym tytule, opowiadającą o przygodach specjalnego oddziału kosmicznych komandosów z Voyagera. Ale skoro za scenariusz odpowiadali Abnett i Lanning rzecz wyszła zupełnie niezła. I na koniec jazda obowiązkowa - miniseria “Planet Killer” czyli komiks nawiązujący do TOSa. Oto Janeway i jej załoga muszą się zmierzyć z innym egzemplarzem niszczyciela światów (takim jak w odcinku “The Doomsday Machine” napisanym przez Spinrada). Niestety patent Kirka sprzed lat nie działa i trzeba wymyśleć coś nowego.

Hulk: Broken Worlds #1
Hulk Broken Worlds Book One - nie tak dawno pisałem o drugiej części tej miniserii. A oto jej pierwsza połowa. I też cztery opowieści o Hulkach z innych uniwersów: Van Lente sprawnie pokazuje jak Magneto usiłuje zdobyć Hulkową Australię w “House of M”; klasyczny duet Thomas/Trimpe wraca jeszcze raz do mikrowersum, gdzie zieloniec stacza kolejną bitwę przy boku swej Jarelli; Benjamin i nieźle zakręcony Diego Latorre tworzą coś dziwnego o Hulku 2099; i wreszcie mój ulubiony Peter David i jego “Future Imperfect”, a tam prosty, acz efektowny epilog do wydarzeń znanych już od dawna. W sumie nic ważnego, ale dla takich hulkofilów jak ja - urocza komiksowa przekąska.

Farscape: D'Argo's Lament 1
Farscape: D’Argo’s Lament #1 (z 4) - i jeszcze trzy efekty grzebania we wspomnianym wcześniej pudle (”nowe komiksy po 50 centów”). Serialu “Farscape” wchłonąłem trochę. Na początku oglądałem dokładnie, a potem jak się trafiło, bo ciut mnie zmęczyła plastyczna koncepcja “muppetów w kosmosie”, a główny wątek nie był tak wciągający jak gdzie indziej. Mam go na liście - kiedyś nabędę i obejrze porządnie, może wtedy zmienię zdanie. Ale, że lubię wszelkiego rodzaju komiksowe rozwinięcia nabyłem i to. A w środku uczciwa kosmiczna nawalanka - w końcu D’Argo nie należał w tym serialu do intelektualistów. Jak jesienią wyjdzie TPB i będzie niedrogi to może się skuszę.

Fantastic Force #1
Fantastic Force #1 (z 5) - a tu sie troszkę nabrałem (ale za 50 centów, to mocno nie żal), bo wydawało mi się, że widzę na okładce Hulka. A to jedynie jakiś jego potomek - Bruce Robert Banner jr. A komiks to miniseria będąca spin-offem do jednej z przygód Fantastycznej Czwórki podczas ostatniego runu Millara i Hitcha. Oto sztuczny świat na który uciekła ludzkość z popsutej w przyszłości Ziemi i ostatnia supergrupa będąca ich obrońcami. W jej składzie potomkowie znanych nam superbohaterów (wszak minęło 500 lat) i obecny aktualnie w każdej serii Marvela Wolverine, co to nie takie rzeczy (jak te 500 lat) już przeżył. Tu się nazywa The Hooded Man, ale on ci to jest. A fabuła? Oczywiście skoro są ostatni superbohaterowie to muszą też być ostatni superprzestępcy. No chyba, że seria się się spodoba, to powstanie ciąg dalszy i superbohaterowie nadal pewnie zostaną ostatni, ale superprzestępcy z tej serii okażą się wtedy przedostatnimi.

Batman and Robin #1
Batman and Robin #1 - i tu też nie mogłem się powstrzymać. TPB pewnie kupię za czas jakiś, a może nawet za lat 3, czy 4 wyjdzie po polsku, ale ciekawy byłem jak Grant Morrison (i to w duecie z Quitely’m, z którym tak ładnie wykombinował “All Star Supermana”) potraktuje nowe Dynamic Duo. I jak to u Morrisona z samej głównej fabuły po pierwszym zeszycie nie wiadomo prawie nic (poza tym, że jest nieźle porąbana), ale bardzo podoba mi się nowy rozkład sił i napięć w trójkącie Batman - Robin - Alfred. To może być naprawdę dobry TPB.

alfaber reżyserów An - Ap

June 29th, 2009

Przy niedzieli pora na następnych reżyserów, których nazwiska rozpoznaję. I coś sądzę. Oto i oni:

Michelangelo Antonioni - stary mistrz. Nie wszystkie jego filmy da się dziś oglądać bez ziewania, ale ten pan nie raz mocno namieszał w światowej kinematografii. A jego “Powiększenie” (1966) to absolutny kanon kina i rzecz, którą do dziś ogląda się cudnie i która do dziś daje ładnego kopa w mózg. Jak ktoś nie widział - kiep! I może wystarczająco zachęci go trailer sprzed lat:

Judd Apatow - to nazwisko na tym blogu przewija się nad wyraz często. Oto człowiek, który przedefiniował amerykańską komedię XXI wieku (przynajmniej dla mnie), choć swój pierwszy film kinowy - “Czterdziestoletniego prawiczka” wyreżyserował raptem cztery lata temu. Dwa lata później była “Wpadka” i zgodnie z podstawową matematyką w tym roku czeka nas kolejna premiera. Ale nie należy się sugerować kinem i reżyserią - Apatow pisze i produkuje od początku lat 90. (chociażby “Ben Stiller Show”, którym zachwycałem sie poprzednio i dziś poniżej). Facet potrafi w swoich filmach wymieszać komedię i realizm w sposób wręcz nieprawdopodobny, a do tego dyskretnie dopieszcza specjalnymi żartami siedzących na widowni geeków. Oba jego filmy (ku sporemu zaskoczeniu) okazały się mega-hitami (zwłaszcza w przeliczeniu kosztów do wpływów), przy tegorocznym “Funny People” mówi więc się zachowawczo już nie tylko o hicie kasowym, ale i o sporych szansach na Oscary. Nie miałbym nic przeciwko. Oscar dla Sandlera, czy Rogena byłby niezłym dowcipem. Zresztą zobaczcie trailera:

Michael Apted - po prostu angolski rzemiocha, ale skoro w dorobku ma jednego Bonda, serial “Rzym” czy takie filmy jak “Gorky Park”, “Nell”, “Goryle we mgle” czy “Enigma” to trzeba go wymienić. Choćby za “Rzym”, który był kawałkiem dobrej historycznej roboty. A pokazać chciałem trailer (by zostać już dziś przy trailerach) dokumentu, który Apted nakręcił prawie ćwierć wieku temu. “Bring on the Night” to historia prób i przygotowań do pierwszych solowych koncertów pana znanego na świecie jako Sting. Sam film to oczywiście sprawnie zrobiona laurka, ale przecież komu, jak komu, ale Stingowi laurki się należą:

Wchłanianie:

Ben Stiller Show
DVD: Ben Stiller Show 3-4 - następne dwa odcinki telewizyjnego show Stillera i Apatowa sprzed lat. W tej porcji wśród gości James Doohan (tak, tak, Scotty) i Rum DMC a wśród tematów do żartów i parodii: Bruce Springsteen, Mojżesz, latynowskie przeboje oraz skecze których nazwy mówią w zasadzie wszystko: teleturniej “Ogiery Amisze”, seriale “Niskobudżetowe opowieści przewidywalnej grozy” i “Podróżniczka w czasie z 3-” (”Może jednak dasz radę, przypomnieć sobie, kiedy Japończycy zaatakują Pearl Halbor! To ważne! Zdążylibyśmy się przygotować!”).

Batman 686
Komiksy: Batman #686 - dziś tylko trochę zeszytow. Najpierw pierwsza połowa głośnego desantu Neila Gaimana do tytułów z Batmanem. I nie wiem, czy mu kazali, czy on sam ma tak mało pomysłów, ale w wypadku Gaimana pójście w oniryzm, majaki i sny jest tak oczywistym pomysłem, że aż przykro. Nie wiem jak musiałby to w drugiej połowie przekręcić, żeby zaskoczyć, zachwycić i uratować ten pomysł. Do wzorcowego Alana Moore’a i jego desantu na Supermana sprzed lat w ogóle się to nie umywa.

Deathblow 24
Deathblow #24 - a z rozpędu przeczytałem. To przedostatni brakujący mi zeszyt do skompletowania tej niezłej wildstormowej serii sprzed lat. Tu jak zwykle dużo strzelają a na co dzień samotny wojownik Cray i sporo innych postaci z tego uniwersum (m.in. Grifter czy Gen13) zbierają się w kupę szykując się do zbliżającego się (napisanego zresztą przez Alana Moore’a) sporego crossoveru “Fire from Heaven”, który (jak się okazało) zakończył żywot serii “Deathblow”.

ST Crew 2
Star Trek: Crew #2 - John Byrne to jednak bardzo porządny komiksowy rzemiocha. W tej serii świetnie trzyma klimat TOSa i klasycznych opowieści o dzielnych i niestandardowo myślących oficerach Federacji. Prosta opowieść o walce, której nie można wygrać, ale można przetrwać. Podoba mi się.

Incredible Hulk 221 Incredible Hulk 375 Incredible Hulk 376
Incredible Hulk #221, 375, 376 - filadelfijski efekt uzupełniania mojej kolekcji komiksów z marvelowską Sałatą. #221 to klasyczne lata 70. (Stern/Sal Buscema), czyli biedny Banner, nieporozumienie, przeistoczenie w Hulka, łomot i tyle. Tymczasem #375-376 to już słynny run Petera Davida, rok 1990 i dawno przeze mnie poszukiwane zeszyty o coraz poważniejszym załamaniu nerwowym Bannera i (dosłownie) walczących w nim trzech osobowościach (BB i dwóch Hulków - szarego i zielonego). Co miesiąc później, w słynnym #377 doprowadziło do przemiany w Hulka profesora, czyli wielkiego zielonego stwora z inteligencją, wiedzą i wspomnieniami Bannera (ten okres w IH jakoś lubię najbardziej).

Ultimate Wolverine vs Hulk #3 Ultimate Wolverine vs Hulk #4 Ultimate Wolverine vs Hulk #5 Ultimate Wolverine vs Hulk #6
Ultimate Wolverine vs. Hulk #3-6 - a z tą serią było tak. Pierwsze dwa zeszyty kupiłem jak tylko wyszły dawno, dawno temu. Potem pan scenarzysta Damon Lindelof wrócił do pisania serialu “Lost” i nie miał czasu skończyć opowieści. I leżała. Miesiące za miesiącami. Wręcz latami. A jemu było coraz bardziej wstyd. A fani czekali (bo trzeba przyznać, że sekwencją w której Hulk rozerwał Wolverine’a w pasie na dwie części, narobił apetytu na ciąg dalszy). No i wreszcie kilka miesięcy temu ukazała się reszta. Stwierdziłem, że już sobie odpuszczę zeszyty i nabędę całość w HC, ale jak zobaczyłem podczas konwentu w Filadelfii w pudle “nowe zeszyty po 50 centów” numery 3, 5, 6 to się nie mogłem powstrzymać. Czwórkę dokompletowałem po powrocie z najbliższym sklepie z komiksami koło domu i do lektury. I to dobre jest. Nie, żeby jakiś komiks epokowy, ale momentami Lindelof błyska geniuszem (patent z pandą). Niektórych pomysłów nie kupuję (zwłaszcza dylematu Logana wyskakującego z samolotu), ale sporo rzeczy świetnych, bądź zabawnych (głowa na stole, Forge uciekający niczym w “Ściśle tajne”). I trzeba przyznać, że po “Lostach” panu L. się na mózg rzuciło z tymi skokami w czasie, flashbackami itp. - nie wszędzie to konieczne, czy coś wnoszące, a powoduje, że np. taki cały zeszyt #4 główną akcję posunął może o 30 sekund. W sumie bardzo sympatyczna lektura na poziomie tych bardzo dobrych opowieści z uniwersum Ultimate.

I na dziś dobranoc.

telefonów nie odbieram

June 28th, 2009

Bo i po co? Roaming drogi, jak ktoś ma do mnie coś pilnego, to i tak mnie nie ma (wczoraj np. mnóstwo razy dzwoniła pani z “Panoramy”, żebym powiedział do kamery coś o Jacksonie, a stąd nie dam rady). Wyjeżdżając nagrałem wiadomość, że albo proszę czekać do 10 VII, albo słać maile i smsy. Większość (jak pani z “Panoramy”) po kilku próbach w końcu wysyła smsa. Wtedy odpowiadam. Ale niektórzy są bardziej uparci i dzwonią dalej. W końcu raz, po nastym razie odebrałem, myśląc, że to naprawdę coś awaryjnego. A to pan z Pośrednictwa Sprzedaży Nieruchomości chciał sobie tylko uaktualnic bazę danych, czy my wciaż jeszcze sprzedajemy mieszkanie. I mi się zrobiło głupio, że się złamałem i odebrałem…
Ale z drugiej strony odbieranie też ma swoje miłe strony. Bo obok pana z pośrednictwa odebrałem jeszcze jeden raz, wcześniej. Jakoś drugiego, czy trzeciego dnia chodzę z dziećmi po sklepie z zabawkami przy Times Square a tu dzwoni mi przy pasku. Spojrzałem. Numeru nie wyświetliło. A, odbiorę se - pomyślałem. Przykładam do ucha i słyszę “Dzień dobry. Grażyna Torbicka.” Okazało się, że mogę jej się na coś przydać przy jej festiwalu filmowym w Kazimierzu. Na szczęście impreza dopiero w sierpniu, więc umówiliśmy się na rozmowę po moim powrocie. Czyli podsumowując - 50% odebranych telefonów w USA było od Grażyny Torbickiej. Niezła średnia. A jakbym się nie złamał to by było 100%. To więcej nie odbieram. Jakby co - ścijcie SMSy.

PS. Jeszcze w kwestii poprzedniego wpisu. Moratorium na żarty o Michaelu Jacksonie trwało w amerykańskich mediach dobę. Już piątkowego wieczoru Jimmy Kimmel (taki Szymon Majewski tylko 10 razy lepszy) ciągnął w swoim show łacha z wypowiedzi ludzi stojących pod szpitalem (np. z panienki przebranej za MJ, która opowiadała, że to jej halloweenowy kostium), pokazywał reakcje zwierząt na śmierć Jacko, bollywoodzką wersję “Thrillera” czy przeprowadzał uliczną ankietę “Gdzie byłeś, gdy dowiedziałeś się, że Jeff Goldblum wciąż żyje?”. I jakoś te jego numery w ogóle mnie nie raziły.

Wchłanianie:

Telewizja: Virtuality. Wyczytałem w sieci, że wczoraj (czwartek wieczór) na FOXie pokażą pilota nowego serialu sf. To zasiadłem. Tym bardziej, że reżyserował Peter Berg (ten od “Królestwa” i “Hancocka), a rzecz wymyślił i produkował Ronald D. Moore, czyli ojciec nowej wersji “Battlestar Galactica”. Ale mimo, że też lecą przez kosmos, to pomysł tak daleko od BSG, jak tylko to możliwe. Oto 12 kosmonautów (panowie bez żadnych rewelacji czy porządnie rozpoznawalnych twarzy, panie: sympatyczna Sienna Guillory, śliczna Joy Bryant i wciskająca się do kolejnego serialu Clea DuVall) na poczatku wieloletniego lotu będącego skrzyżowaniem misji i reality show. Czyli permanentna inwigilacja skrzyżowana z sesjami zwierzeń wprost do kamery, team dobrany różnorodnie nie tylko merytorycznie, ale i rasowo, czy pod względem preferencji seksualnych. I do tego tytułowa wirtualność - coś jak holodecki w ST, gdzie załoganci mogą się rozerwać po pracy. Acz nie do końca, bo z czasem ta wirtualność (by nie rzec cały statek) zaczyna szwankować i stawać się dla załogi niebezpieczna. W efekcie absolutna średnia - nic co by bardziej przyciągało uwagę do ekranu, ani nic poniżej normy współczesnych seriali sf. Aż do ostatnich 5 minut. Bo w nich (po dwóch godzinach - licząc z reklamami - siedzenia przed telewizorem) Moore zaserwował taki zwrot akcji i zagadkę, że jednak mam ochotę na nastepny odcinek. Ale wcale się nie zdziwiłbym, jeśli większość widzów przełączyła po pół godzinie na inny kanał.

Ben Stiller Show
DVD: Ben Stiller Show 1-2 - dopchałem się w końcu na chwilę do DVD (okupowanego na okrągło przez bajki na zmianę z “Magdą M.”) i mogłem obejrzeć coś z moich bieżących zdobyczy. Jak już pisałem, jako pierwszy w jednym z antykwariatów na Św. Marka ustrzeliłem kultowy “Ben Stiller Show” - kawałki widziałem na youtube, jeden tu nawet wkleiłem pisząc o Stillerze, ale dopiero w całości rzecz jest porażająca. I jakoś w ogóle nie dziwi napis “created by Ben Stiller & Judd Apatow”. To była jesień 1992 i zaledwie 13 odcinków. Potem serię zdjęto (co nie przeszkodziło jej dostać nagrody Emmy), ale nawet rozumiem. Stiller i Apatow o dekadę wyprzedzili tu amerykańskie telewizyjne poczucie humoru. Niby podobne klocki były w większości programów komediowych, ale kontekst w jakim Stiller umieszczał te najróżniejsze parodie, sposób w jaki wyśmiewał najróżniejsze gwiazdy, brak hamulców i szarżowanie w żartach - cudo. W stałej obsadzie obok niego znaleźli się Janeane Garofalo, Andy Dick i Bob Odenkirk, ale już w pierwszym odcinku w poszczególnych skeczach pojawiały się gościnne gwiazdy: Roseanne, Tom Arnold, Garry Shandling, Jeanne Tripplehorn. Obejrzałem na razie dwa odcinki i zdecydowałem, że będę sobie dawkował. Bo w ciągu tej niecałej godziny Stiller już: wcielił się w Bono w dokumencie o wczesnych latach U2, podczas których występowali na Bar Micwach i wkładali do teledysków mnóstwo product placementu (jest “One” w wersji z płatkami śniadaniowymi); rewelacyjnie zrobił Roberta De Niro w parodii trailera “Cape Munster”, sparodiował Toma Cruise, który na Broadway’u robi “Dress Casual”, Andre Agassiego w filmie akcji “Advantage Agassi”, czy wcielił się w dwóch bohaterów serialu “Melrose Heights 902102402″ (tu zresztą widać początki pomysłów na postać Zoolandera). A jeszcze jego wideodziennik z młodości, parodie stand-upu i serialu “Alf”, przesłuchania do prowadzenia “Tonight Show” w których biorą udział m.in. William Shatner i Steven Seagal (Judd Apatow w roli Jay’a Leno), czy skecz o hollywoodzkim agencie. Gęsto, ostro i zabawnie. Super.

Four-letter Worlds
Komiksy: Four-Letter Worlds - sympatyczna antologia komiksowa z Image, która dowodzi potęgi języka angielskiego. Bo takie rzeczy u nas, po polsku są niestety niemożliwe. Oto 16 komiksów. Cztery rozdziały: Love, Hate, Fear, Fate, a w każdym z nich po cztery komiksy. Kolejno: Spin, Lust, Funk, Bear, Loud, Blam, Cool, Junk, Same, Loss, Fell, Mano, Anew, True, Hype i Fate. Weź i zmierz się z czymś takim przy rozwlekłości naszego języka. Ale dość narzekania. Tu w środku wszystko jak najbardziej na temat, a momentami wręcz rewelacyjnie. Wśród twórców zaś ludzie poruszający się pomiędzy amerykańskim mainstreemem i komiksem niezależnym. Najbardziej urzekły mnie cudnie baśniowo naiwny “Bear” Jeffa Parkera; genialnie oddający dziecięce wspomnienia “Cool” J. Torres i R. Johna Bernalesa; mądrze przegadany “Junk” Erica Stephensona i Mike’a Nortona; fajnie opowiedziany “Fell” Steve’a Liebiera; romantyczny “Anew” Chybby Clugston; i wreszcie szczery do bólu “True” Jamiego S. Richa i Andiego Watsona. Czyli w sumie dużo dobrego - warto zajrzeć.

Superman - Red Son TPB
Superman: Red Son TPB - dużo dobrego naczytałem też się o tym elseworldzie - że Mark Millar z prostego pomysłu lądowania kapsuły z małym Kal-Elem po drugiej stronie globu, wyciągnął ile się da. No to sprawdziłem. I faktycznie. To naprawdę świetna historia. Millar mając do wykorzystania całe uniwersum DC i elseworldową moc przeobrażania, niszczenia i wymyślania od nowa, pokazał, że jest mistrzem w skomplikowanych komiksowych opowieściach o super-bohaterach. Superman nie tylko staje się prawą ręką Stalina i jego następcą, ale faktycznie czyni z komunizmu sprawną maszynę. Luther nie jest obłąkanym naukowcem z obsesją Supermana, ale ostatnim bastionem “American Way” z obsesją Supermana. Wonder Woman, Green Lantern, Batman - każda z postaci została wymyślona na nowo i wzorcowo wpleciona w tę historię. A gdy powoli czytelnik zbliża się do finału i zdaje mu się, że sprytnie przewidzi puentę, to najpierw Millar pozwala mu być przez chwilę dumnym z tej przenikliwości, a potem tak, od niechcenia dopisuje kolejną puentę, po której buty spadają. Ten komiks to absolutny kanon XXI-wiecznych komiksów superbohaterskich. Tak to widzę.

Skaar Son of Hulk 8
Skaar: Son of Hulk #8 - i kolejna porcja zeszytów. Najpierw Hulk jr, który tu, wciąż jeszcze na swojej rodzinnej planecie robi porządki razem z Silver Surferem. Jak dla mnie to wciąż nie do końca przekonująca pozamiemska łomotanina. Ale brnę uparcie dalej.

Reload 1
Reload #1 - jakoś nigdy nie czytałem tej serii Ellisa sprzed kilku lat, więc jak zobaczyłem #1 za 50 centów to nabyłem. I jest tak sobie - ot, pani zamachowiec się zamachuje (oczywiście na prezydenta), wszyscy jej szukają, a ona tu. Koniec zeszytu. I już zapomniałem o czym to było.

Onslaught Reborn 4 Onslaught Reborn 5
Onslaught Reborn #4-5 (z 5) - dokończenie miniserii w której Loeb i Liefeld próbowali 2 lata temu jeszcze raz ożywić uniwersum “Heroes Reborn” a razem z nim postać Onslaughta. Oczywiście fabularnie ożywienie się udało (w komiksach wszystko jest możliwe) i nawet czyta i ogląda się to nieźle - choć wtórne to straszliwie. Ja tam nawet lubiłem (i skompletowałem sobie) całe “Heroes Reborn” więc nie mam nic przeciwko kolejnej pierdółce, ani przeciw puencie w której jedna z niewielu oryginalnych postaci HR trafia do podstawowego uniwersum Marvela. Ciekawe, jak się bidulinka tu odnajdzie?

Dark Reign: Elektra 1
Dark Reign: Elektra #1 - a to wypas. Świetny początek nowej miniserii o Elektrze. Mocno poobijana przez Skrulli bohaterka (jedyna torturowana podczas niewoli) trafia z deszczu pod rynnę, czyli w ręce Osborna. Ale to nie jest postać, którą można złamać. Ani trzymać w więzieniu. Zeb Wells pięknie złapał klimat postaci w czerwieni i już się nie mogę doczekać ciągu dalszego.

Hellblazer 251
Hellblazer #251 - początek runu nowego scenarzysty w najdłużej wychodzącej serii pod marką Vertigo. Peter Milligan bluzga od pierwszego dymku, a jego Constantine na dzień dobry dostaje na piersi egzemy wielkości dużej pizzy. A potem zaczyna się rasowy horror. Taki komiks, to ja rozumiem.

Incredible Hercules 126
Incredible Hercules #126 - podwójny zeszyt w którym Pak i Van Lente zdecydowali się opowiedzieć origin Herkulesa. Czytałem ich już mnóstwo (od Parandowskiego do Gravesa) więc chętnie spojrzę i na Marvelowski. Wiele się nie różnią, jest w nich Droga Mleczna, dwa węże w kołysce, itd. Jest nawet dość długo imię Heracles, które wolę znacznie bardziej. Nieźle. Do tego skrót ostatnich przygód i świetny dodakowy komiksik z Amadeusem i Hulkiem o ostatecznych losach Kirby’ego. Bardzo fajny zeszyt.

I na dziś wystarczy.

W Ameryce umierają ikony

June 27th, 2009

No bo najpierw Farrah Fawcett - niezapomniany dla mojej generacji “Aniołek Charliego”. Gdy ten serial pojawił sie w polskich telewizorach miałem kilka lat i właściwie dopiero powoli zaczynałem rozumieć o co chodzi z tą całą atrakcyjnością seksualną. I z trzech Aniołków ona była absolutnie najatrakcyjniejsza. Błyskawicznie jej blondloki stały się ikoną urody lat 70. I jakiż był mój żal, gdy odeszła z serialu już po pierwszym sezonie. Niedługo potem do polskich kin trafił “Saturn 3″ z nią w roli głównej (co tam Kirk Douglas i Harvey Keitel) i starsi koledzy mówili, że ona tam pokazuje, co ma. O, jak ja wtedy marzyłem, by mnie wpuścili (a w PRL-u mocno pilnowano kategorii wiekowych i z takiej “Gorączki sobotniej nocy”, czy Ucieszki na Atenę” zawrócono mnie spod sali). Wszedłem. I zobaczyłem ją topless. Wow.
A teraz umarła. A nie dość, że umarła, to jeszcze miała pecha, bo nim skończyły się wszystkie programy wspomnieniowe o niej, a już je przerwano, bo umarł ktoś ważniejszy. Kto wie, czy nie najważniejszy spośród żyjących w USA. Może śmierć bieżącego prezydenta wywołałaby większe zamieszanie, ale to byłaby bardziej śmierć funkcji niż człowieka. A tu umarł człowiek. Legenda. Ikona. Dla nich w Ameryce niekwestionowany król, mistrz i (mimo całego bagażu za kołnierzem) wzór. O relację, z tego co się działo tu przez ostatnią dobę poprosił mnie Onet (jest tu), a co mogę od siebie? Jackson był muzycznym geniuszem, ale raczej nie z mojej bajki. Zawsze od króla wolałem księcia. To, co zrobił, czego dokonał, co wymyślił, wyśpiewał, wytańczył Jacko było wielkie, wiekopomne i oszałamiające i to na dziesiątkach poziomów, ale w żadnym z jego dzieł nie zakochałem się, tak jak chociażby w muzyce Prince’a.

To skoro już tu dziś jestem to może jeszcze troszkę wchłaniania komiksów:

Black Panther - Four the Hard Way TPB
Komiksy: Black Panther: Four the Hard Way TPB - a, nabyłem i przeczytałem w ramach uzupełnienia wszelkich pojawień się Marvel Zombies. Wcześniej powstrzymywała mnie renoma scenarzysty Reginalda Hudlina (panowie z marvelcomics.pl tak na nim psy wieszają, że miałem jakiś lekki opór), ale w końcu sięgnałem. I nawet nie bolało. Rzecz o tym, jak T’challa z żoną zgadzają się zastąpić małżeństwo Richardsów w ich fantasticfourowych obowiązkach i jak się z tego wywiązują. Kołem zamachowym tomu jest pewien robal, który wydostaje się z Negative Zone do BB, a potem razem z bohaterami przenosi dzięki magicznym żabom do uniwersum zombie, gdy ci właśnie zbliżają się do planety Skrulli. Nadążacie? A potem już następuje klasyczna zombiekonsumpcja, kolejne śmierci, jatki i cudowne uratowania podstawowych bohaterów serii. Kilka niezłych dowcipów (z uroczą parafrazą: “It’s Slobberin’ Time!” na czele), kilka ładnych okładek (Suydam wciąż w zombie-formie), w sumie rzecz na średnim poziomie całej drugiej fali marvel zombie tytułów.

Aliens Predator FCBD
Aliens/Predator Free Comic Book Day - i przechodząc do zeszytów jeden (z trzech kolejnych) przykładów zalet posiadania rodziny w Nowym Jorku. Oto na początku maja któregoś dnia słyszę, że moja żona rozmawia ze swoją mamą. I nagle sobie przypominam, że właśnie dziś jest w USA Free Comic Book Day, czyli dzień, gdy w sklepach komiksowych rozdają specjalne komiksy za darmo. Żeby podreklamować medium i zdobyć nowych odbiorców. Ze mnie tam żaden nowy odbiorca, ale chętnie przeczytam jeszcze kilka zeszytów. Wziąłem więc słuchawkę i poprosiłem, by przeszła kilkaset metrów do najbliższej komiksiarni i wzięła mi ze sklepu jakieś darmowe zeszyty. No i mam trzy. To pierwszy z nich - robota Dark Horse’a, który właśnie podsumował w Omnibusach (o czym pisałem na bieżąco) swoje dotychczasowe przygody z Obcymi i Predatorami. I teraz ma zamiar wystartować z nowymi seriami. A oto próbka na zachętę. W pierwszej połowie zeszytu “Aliens”, a w drugiej “Predator”. Ten pierwszy opowiada o naukowcu podsumowującym dotychczasową wiedzę o rasie kosmicznych bestii, a drugi o drapieżcach, którzy mieszają się w walki uliczne podczas jakiejś współczesnej zawieruchy wojennej na naszej planecie. Standard, ale przecież w tych tematach trudno wymyślić coś, czego by jeszcze w komiksach nie było.

Savage Dragon 148
Savage Dragon #148 FCBD - trochę się stęskniłem zatym tytułem. Larson to mistrz pastiszu superbohaterskiego, a jego autorska seria o zielonym herosie to kreacja nieomal doskonała. Podczytywałem ją od przypadku do przypadku, aż wreszcie zaczęli wydawać ją w grubaśnych porządnych czarno/białych tomach “Archives”. Się ucieszyłem. Niestety rzecz jakoś wyhamowała i po świetnym początku długo czekam na dalszą lekturę. No to mam zeszycik. Pomyślany jako świeży start dla nowych czytelników w ramach FCBD, z szybkim przelotem przez dotychczasowe wydarzenia i nową akcją i nowym bohaterem. Znaczy nie do końca nowym. Larsen wygrzebał dla zabawy starego Daredevila (postać komiksową z 1940 r. która nie jest już ograniczona żadnymi prawami autorskimi) i się nim pobawił. I wyszło - jak zwykle - świetnie.

Wolverine FCBD
Wolverine FCBD - i trzeci zeszyt z Free Comic Book Day. Pod filmową premierę. Prościutka, “All Ages” opowieść o poprzedniej misji Logana (poprzednie w stosunku do jego premierowego pojawienia się na łamach “Incredible Hulka”). Nic specjalnego, ale Fred Van Lente coraz ładniej rozkręca się jako scenarzysta-rzemieślnik i będzie jeszcze z niego pociecha.

Wildcats 7
Wildcats #7 - a tu już po prostu kolejny zeszyt wildstormowej nawalanki. Ta seria kiedyś była czymś świeżym, momentami była czymś rewelacyjnym (run Alana Moore’a, 3.0), teraz jest po prostu jedną z wielu opowieści o łomocących się supergrupach. Ale nie porzucam nadziei.

I tyle na dziś.

Zawód (bo przecież nie powołanie) krytyka kulturalnego ma pewne niewątpliwe plusy. Np. możliwość wcześniejszego zapoznawania się z dobrami kultury. Ot, zapraszają na pokazy prasowe filmów, czasem dają nawet taki film do domu na przeglądówce, coraz częściej można też dostać taką “przeglądówkę” książki - wydrukowany w kilkudziesięciu sztukach egzemplarz próbny (często jeszcze z nieukończoną korektą), ale już we właściwym formacie, czasem nawet z okładką. To upraszcza, ułatwia i umożliwia np. napisanie i wydrukowanie recenzji w miesięczniku, który jest oddawany do druku na kilka tygodni przed oficjalną premierą książki.
Ale oczywiście nikt się u nas tak nie cacka z komiksami. Niektórzy wydawcy udostępniają pliki, by przejrzeć sobie coś na ekranie komputera, ale zwykle by się zapoznać z komiksem trzeba czekać na wydrukowanie całego nakładu. A tu w Ameryce nie! Tu robią komiksowe przeglądówki. Naprawdę. Wiem, bo właśnie jedna wpadła przypadkiem w moje ręce - podczas grzebania na komiksowych półkach antykwariatu Strand, wypatrzyłem za niespełna 1,5 $ “Luna Park” Bakera i Zezelja - omarkowany jako recenzencki egzemplarz komiksu Vertigo, który na rynku ma się ukazać dopiero w listopadzie tego roku. Oczywiście natychmiast nabyłem (wrażenia z lektury poniżej) i poczułem się, że jestem w trochę normalniejszym, popkulturowo świecie. Ale zresztą tak, to jak tu się czuję codziennie.

Tymczasem na Onecie znalazła się ostatnia moja pogaducha z Mykiem przed wyjazdową przerwą - o filmie “U Pana Boga za miedzą“, a ja zainstalowałem już w tym laptopie coś do zmiejszania obrazków, coś do wrzucania ich na FTP, więc mogę przejść do blogowego wchłaniania, bo komiksów się nagromadziło mnóstwo. A zresztą nie tylko komiksów:

Transformers 2
Kino: Transformers 2 - bo sobie do kina poszedłem. W dniu premiery, uczciwie, najpierw oczywiście odbiłem się od kas, bo na 19.00 już nie było biletów, ale nabyłem bilet (12,5$) na 21.10 i zobaczyłem. Reklam i trailerów tyle co u nas a może i więcej - jedna wyraźna różnica: tu w kinach reklamują seriale telewizyjne. Z trailerów wrażenie robi nowy Shyamalan. A sam film? Zgodnie z przypuszczeniami siły i jakości jedynki to to nie ma, bo nie sposób było powtórzyć tak dobrze dobranych popkulturowych proporcji. Tu wszystkiego ma być więcej (wszak to część druga), wszystko ma być ostrzejsze, wyrazistrze, szybsze i w efekcie całość się już tak nie klei. Pięknie dopełniający pierwszy film komediowy wątek rodziców, tu jest jak doklejony z innej bajki, Megan jest tak wystylizowana, że wygląda mniej realnie od robotów, ostatnia godzina filmu już w ogóle odstawia na bok jakąkolwiek logikę wydarzeń i polega tylko na ładnie nakręconych obrazkach (a teraz zróbmy ładną salwę czołgów z złe roboty; a teraz z jego punktu widzenia w zwolnionym tempie ona się nad nim pochyla a za nią widać przelatujący kilka metrów wyżej helikopter; itd.) W ogóle charakterystycznych dla Baya zwolnień i okręceń kamerą są setki. Jest też sporo dobrze podprowadzonych nawiązań filmowych od iście samurajskiej walki robotów w lesie, przez skojarzenia terminatorowe, a nawet bardziej z “Gatunku”, po ujęcia jak z “Desperado”. W sumie niezła wakacyjna rozrywka, acz na następne świetną wakacyjną rozrywkę przyjdzie nam pewnie znowu długo czekać. Choć muszę przyznać, że po cichu liczę na “G.I.Joe” Summersa. To dobry reżyser jest.

Miasto niepokoju
Literatura: Dennis Lehane - Miasto niepokoju Pisałem już, że tę książkę zapakowałem do samolotu (i grę na Nintendo z dowodzeniem statkiem kosmicznym w świecie Star Treka - przeszedłem pierwszą misję treningową i jestem z siebie dumny, bo strasznie tam dużo różnych konsol, komend i przycisków na ekranie). A powieść zajęła mi jeszcze kilka wieczorów - bo tym razem Lehane napisał sporą cegłówkę. I ostatecznie zerwał nią z etykietką pisarza od czarnych mrocznych bostońskich kryminałów. Trochę wskazywała na to już “Wyspa tajemnic” (swoją drogą trailer ekranizacji w reż. Scorsese wygląda bardzo sympatycznie), ale to jeszcze była powieść z zagadką, tymczasem “Miasto niepokoju” to już po prostu świetna obyczajowa proza historyczna, panorama Bostonu (bo o jakimż innym mieście mógł Lehane napisać?) pod koniec drugiej dekady XX wieku. Czyli koniec I Wojny Światowej, jego konsekwencje dla różnych grup społecznych i wydarzenia, które doprowadziły do słynnego bostońskiego strajku policji. Konflikty rasowe i klasowe, ostro i (jak sądzę) uczciwie, sporo postaci historycznych (chociażby Babe Ruth i Hoover) i wyraziści pierwszoplanowi bohaterowie z ich najróżniejszymi problemami. Młody policjant - idealista i jego przyjaciel młody murzyn, który traci coraz bardziej jakiekolwiek złudzenia. Czyta się to świetnie i choć pod koniec powieść jakoś za mocno przyśpiesza (jakby Lehane już się zmęczył i chciał podomykać wszystko znacznie szybciej i mniej szczegółowo, niż wcześniej to pootwierał) to zdecydowanie jest to kawał świetnej prozy i tym jak hartowała się współczesna Ameryka. Polecam.

Luna Park
Komiks: Luna Park - a teraz już zapowiedziany wcześniej egz. przeglądowy. Jeśli dobrze rozumiem “Luna Park” to jedna z zapowiadanych przez Vertigo graphic novel w nowej mrocznej serii obyczajowych kryminałów. Scenariusz napisał debiutujący w komiksie pisarz Kevin Baker a rzecz narysował (jak zwykle klimatycznie) Zezelj. A o czym to? O zmęczonym życiem drobnym rosyjskim gangsterze, który prowadzi biedne życie na nowojorskiej Coney Island pracując dla większych rosyjskich gangsterów. Alik próbuje ułożyć sobie życie, wspomina porażki młodości (Czeczenia i nie tylko), to trochę taka gansterska “Moskwa nad rzeką Hudson”, trochę oniryczna historia Rosji XX wieku (spora część dotyczy amerykańskiej interwencji w Rosji po I Wojnie Światowej), a wszystko w powracającej cyklicznie historii zdrady w imię miłości. I kolejnej miłości i kolejnej zdrady. I jeszcze jednej. Jeśli Vertigo faktycznie w najbliższym czasie chce postawić na ten rodzaj fabuł, to możemy mieć do czynienia z nową mocną serią na rynku. Mięsista, wyrazista kreska i potężna piguła fabularna - czego chcieć więcej od grubego komiksowego tomu?

ST Countdown TPB
Star Trek Countdown TPB - komiksowy prequel do najnowszego filmu. A w nim to wszystko, na co czekał startrekowy beton - czyli dalsze przygody Enterprice’a i bohaterów TNG. Rzecz wymyślona i tworzona pod nadzorem scenarzystów filmu, więc w pełni z nim spójna, sensowna, logiczna i dobrze wymyślona. Oto opowieść o przeszłości Nero (i powodach jego wkurwu na Spocka i innych Wulkan), Enterprisie pod komendą kapitana Daty, ambasadorze Picardzie, genarale Worfie itd. I jak film mi sie bardzo podobał, to i ta ekipa od lat wzbudza moją wielką sympatię. I mam nadzieję, że jeszcze dowiem się kiedyś co dalej wydarzyło się w ich linii czasu. Choćby na łamach komiksu.

Terminator Salvation Prequel TPB
Terminator Salvation: Official Movie Prequel TPB - a tu też prequel, lecz inaczej. Nie wiem, czy twórcy z IDW mieli za mało wiadomości, by zaryzykować opowieść o wcześniejszych losach Johna Connora, czy od razu postawili na pójście w bok, ale efektem ich pracy, jest historia dziejąca się nie tyle przed, co obok filmu. Oto inne części globu (Detroit, Nigeria, Algieria) opanowanego przez Skynet, rozpaczliwe walki z robotami, poświęcenie i determinacja. Czyli komiksowy terminarowy standard w niezłym, acz nie odbiegającym od przeciętnej wydaniu.

BSG - Echoes of New Caprica
Battlestar Galactica - Echoes of New Caprica - nowe BSG ma farta do dobrych komiksowych opowieści i nie inaczej jest w tym mangowym tomie wydanym przez Tokyopop. Tylko trzy opowieści, ale dobre. Wszystkie rozgrywające się w trakcie i zaraz po cylońskiej okupacji Nowej Capriki i koncentrujące się na wątkach kolaborantów. Prezydent (czy teraz raczej nauczycielka) Laura Roslin próbuje uczyć i równocześnie nie oceniać rodziców swoich uczniów, Prezydent Zarek (komiks napisany przez samego Richarda Hatcha) chce ostrego załatwienia sprawy ex-kolaborantów do momentu, gdy orientuje się kto znajduje się na liście do egzekucji, Kara Thrace nie potrafi pozbierać się po cylońskim praniu mózgu i sprawie jej fałszywej córki. Proste i mocne. Ściśle związane z fabułą serialu i idealnie pasujace do jego depresyjnego klimatu. Dobry tomik.

CD już niedługo N.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl