To się nazywa Dzień Dziecka!
May 30th, 2009
Jakiś taki dzisiaj zmęczony i niechętny rzeczywistości jestem z wieczora (może to kwestia porannej stłuczki, może powrotu do pełnego stanu osobowego rodziny - Majka wróciła z zielonej szkoły i błyskawicznie eskalował konflikt pokoleniowy na różnych poziomach), ale obiecałem opisać dziś kilka rzeczy wchłoniętych. To opiszę. Słowo się rzekło, kobyłka u płota - jak powiedział kiedyś jeden polski szlachcic do jednego polskiego króla (bardzo lubię tę anegdotę).
A z innych anegdot - nagrywaliśmy dziś z Mykiem onety. Studio jest w piwnicach budynku, gdzie kiedyś mieliśmy redakcję “Chichotu” i “Premier” na Salezego. Wchodzę, patrzę, a na drzwiach budynku ogłoszenie, że w związku z robotami naprawczymi w poniedziałek 1 VI zostają od godz 7.00 wstrzymane dostawy ciepłej wody i gazu. I brawo! Ktoś pomyslał i urządził wszystkim dzieciom w bloku autentyczny, wzorcowy Dzień Dziecka! Zero kąpieli i innych męczących praktyk ablucyjnych. Niech żyje klasa robotnicza!
Wchłanianie:

Dynastia Tudorów 1/8-10 - dokończyłem pierwszy sezon (drugi właśnie pojawił się w Empikach, ale nabędę go jak stanieje na Allegro). Te odcinki, a zwaszcza losy prawej ręki króla granej przez Sama Neilla pięknie pokazują jak silny król w XVI w. był praktycznie władcą absolutnym. I decydował o życiu i śmierci, o majątkach i bolesnych karach nie tylko chłopów i mieszczan, ale również najbogatszych i najważniejszych ludzi w królestwie. A jeszcze jak król był jurny (jak Henio) to zmiany były szybkie i gwałtowne. Choć (jak wiadomo z historii) naprawdę szybkie i naprawdę gwałtowne zmiany zaczęły następować dopiero w kolejnych latach jego panowania. Bo pierwszy sezon kończy się zaledwie pierwszym przełomem (koniec pierwszego, początek drugiego małżeństwa Henryka) i przy tym (jak to przy początkach małżeństwa bywa) pierwszymi wyraźnymi objawami kryzysu namiętności w związku z Anią. Ech, żyźń…

Star Trek: Voyager 7/13-14 - dwa odcinki z mniejszym naciskiem na akcję, ale za to problemowe. Najpierw o genetycznych skłonnościach, uwarunkowaniach do przestępswa i czy są one wystarczającym usprawiedliwieniem. Potem o powikłanych klingońskich proroctwach i nadzwyczajnych okolicznościach ich wypełnienia. Nie ma to jak łyknąć fabułkę z Klingonami przed południem.

Z archiwum X 8/5-8 - ósmy sezon rozkręca się w różnych kierunkach, nie zawsze najlepszych, ale ogląda się to i tak nieźle. “Invocation” i “Redrum” ideowo są bardzo bliskie - to odcinki o drugiej szansie. Choć trzeba przyznać, że ta szansa podawana jest bohaterom w odmienny sposób. Za pierwszym razem to zabite dekadę temu przez pedofila dziecko wraca, by uratować przed podobnym losem swego brata, za drugim zaś czas płynie wstecz i bohater (Joe Morton) codzienni budzi się dzień wcześniej i dzięki temu być może uratuje zamordowaną (jak wszyscy myślą - przez niego) żonę. Samo morderstwo jest żywcem zerżnięte ze “Ściganego”, ale przez patent z cofaniem czasu rżnięcie nie jest tak oczywiste. Następne fabułki to aż za mocno metafizyczny odcinek o patrzeniu trzecim okiem oraz prosty jak budowa cepa (ale za to trzymający klimat pierwszych sezonów “X Files”) o człowieku, który potrafi widzieć przez ściany.

Gwiezdne wrota 3/21-22 - dokończenie sezonu. Oto do mitologii Stargate sprytnie włączono piramidy azteckie i kryształowe czaszki (że to też kosmici, tylko tacy duzi), a potem cudnie kuriozalny cliffhanger o tym jak Thor i inni bogowie z Asgardu proszą ludzi o pomoc w walce pająkami z klocków Lego (nawet jak się je rozwali to się składają z powrotem jak w reklamach czy grach Lego). A pająki są wredne i natarczywe. I mają też chrapkę na Ziemię.

Saturday Night Live 1/1 - no i wreszcie się za to wziąłem. I już po pierwszym odcinku nie mam pojęcia czemu tyle z tym zwlekałem. SNL jest genialne. Najlepszy rozrywkowy program w amerykańskiej telewizji i najdłużej emitowany cykliczny program ever. A zaczęło sie wszystko w październiku ‘75 r. jako chwilowe (zaplanowane na 6 odcinków) zastępstwo powtórek Johnny’ego Carsona. I już od początku w stałym składzie Belushi, Aykroyd, Chase, Curtin. Pięknie. Od początku parodie reklam, goście, występy muzyczne. Przez pierwsze odcinki również niespecjalnie śmieszna seria skeczy z Muppetami Jima Hensona i filmiki Alberta Brooksa. W premierowym odcinku hostem był George Carlin, który kilka razy pojechał pięknymi monologami (”Bóg popracował sześć dni i siódmego wziął wolne. A ludzie? Właśnie w ten siódmy dzień biegają do kościoła i modlą się do niego. A Bóg na to: Odwalcie się. Dziś mam wolne”), muzycznie Billy Preston i Janis Ian (przyznaję, nie znam), no i cudny Andy Kaufman (to dokładnie ten numer, który pokazał Jim Carrey w “Człowieku na księżycyu” - skecz z patefonem. To tu był oryginalnie). Numery Aykroyda, Belushiego i Chase’a już za pierwszym razem robią wrażenie, a przecież będzie coraz lepiej. Cudo.

Literatura: Ku pamięci - piękna zabaweczka made by Bohdan Butenko. Ten genialny wiekowy mistrz rozlicznych dziedzin tu sięgnął w przeszłość i zebrał w jednym miejscu kilkadziesiąt klasycznych wpisów do sztambucha. Te wszystkie: “Na górze róże, na dole fiołki…” i inne jeszcze bardziej żenujące, pokraczne, rymujące się i infantylne. Pięknie to ozdobił na równi oldskulem i swoją charakterystyczną kreską, a ten skarbczyk towarzyskich mądrości wydała Nasza Księgarnia. A żeby już ostatecznie przekonać jeszcze niezdecydowanych to może jeden z wpisów:
Ja Cię kocham, ale troszkę,
Jak kogucik swą kokoszkę.
Bo kogucik swą kokoszkę
Kocha zawsze, ale troszkę!!
Urocze, prawda? To do księgrarń!

Bohdan Butenko - Wesoła gromadka - i BB po raz drugi. I też nostalgicznie. Tym razem wziął się za klasyczne wierszyki pedagogiczne (tak, tak, “Złota różdżka” i te rzeczy), omaścił je pięknie swoimi rysuneczkami, starymi fotografiami itd, a Nasza Księgarnia i to wydała pięknie, wytwornie i w twardej oprawie. Obok obowiązkowej opowieści o Juleczku, co miał zwyczaj ssać palec (”wpada krawiec jak pantera”) jest tu sporo innych. Dzieci toną (i są zjadane przez węgorze) płoną, odlatują z wiatrem i wpadają do studni. Słowem - świetna lektura. I do tego pięknie wydana.

Wisława Szymborska - Rymowanki dla dużych dzieci - opowiadałem kilka wpisów temu w jaki sposób wszedłem w posiadanie tego tomiku, a skoro już wszedłem to przeczytałem. Większość z zabaw pani Szymborskiej znałem już wcześniej z różnych miejsc, więc przeczytanie ich za jednym zamachem z jednej strony pobudziło tylko mój szacunek dla jej rzemiosła (może nasza Noblistka nie potrafi tak kunsztownie rymować jak Przybora, czy Janerka, ale jest naprawdę nieźle), z drugiej jednak wywołało pewien niedosyt, bo te kilkadziesiąt stroniczek to ilość naprawdę mizerna, przypominająca kunsztowne, acz niewystarczające dla zaspokojenia głodu danie w ekskluzywnej restauracji. Dobre, ale mało. A przecież równie dobre, acz więcej można dostać i bez Nobla u kilku dobrych satyryków, czy śpiewających poetów. Nie ma więc co z tomiku “Rymowanki” robić wielkiego halo. To wydarzenie na miarę bloga prowadzonego przez polityka, czy płyty nagranej przez aktorkę. Całe zamieszanie wokół tego “wydarzenia” wynika z popularności, czy renomy nabytej przez twórcę w ciut innym sektorze działalności. A ono same jest bardziej newsem niż czymś wartym uwagi. I tyle.
I następne książki już następnym razem.
jednak gotowi dopiero za tydzień
May 29th, 2009
Dziś nagrywaliśmy promosy radiowe, przekazywaliśmy fotki do identyfikatorów, by móc wchodzić do korporacji i… zdecydowaliśmy się, że jednak zaczniemy za tydzień. Że naprawdę “Gotowi na wszystko” będzimy 7 VI. Wtedy też nastawcie o 10.00 radio na Roxy.fm (jakąkolwiek ma częstotliwość) i spodziewajcie się niespodziewanego. Albo hiszpańskiej Inkwizycji. Albo nas.
Nie mam dziś niestety czasu na opisywanie wchłaniania (choć weszły mi m.in. dwie książki BB, jedna Noblistki, sporo różnych odcinków i pierwszy historyczny SNL) - postaram się wszystko nadrobić jutro. Dziś tylko trzy uwagi natury różnorakiej:
Dłubałem ostatnio sporo w Wikipedii w ramach szeroko pojętego researchu i urzekły mnie 2 sformułowania
1) W jakimś historycznym artykule informacja (pewnie rzetelna), że komuś w ramach łaski zamieniono karę ćwiartowania na ścięcie. Urocze. Z pewnością był wdzięczny.
2) Teraz cytat z akapitu poświęconego filmom o Chopinie: Na szczególną uwagę zasługuje film Ostatnia podróż w reż. Mariusza Malinowskiego produkcji TVP z 1999 r. (scenariusz : Mariusz Wituski) nie tylko za jakość zdjęć (Jacek Mierosławski), ale za uwzględnienie ustalonej lokalizacji ostatniego mieszkania Chopina, które nie mieściło się w frontowej części gmachu przy placu Vendôme 12 (franc. Place Vendôme), lecz w lewym skrzydle oficyny na podwórzu, co kamera pokazuje omijając okna sklepu jubilerskiego.
I dzięki temu już definitywnie wiem, które filmy zasługują na szczególną uwagę.
I już spoza wikipedii
3) Żona nabyła drogą kupna ostatnio porcję nowych bokserek. Dla mnie. I chodzę. I właśnie zauważyłem, że nie wiedzieć czemu, na tych, które mam na sobie jest centralnie z przodu naszywka z napisem “AUTHENTIC”. Cóż… Przez grzeczność nie przeczę.
Gotowi na wszystko
May 27th, 2009
Tak właśnie będzie się nazywała nasza niedzielna audycja w Roxy FM. Dogadujemy właśnie z Mykiem detale, ale tytuł już jest na twardo.
A w ramach wprowadzenia 4 nasze najnowsze pogaduchy z Onetu: “Hańba“, “Noc w muzeum 2“, “Piątek 13-go” i “Wojna polsko-ruska“.
A na drugą nóżkę coś innego. Wspominałem już, że wynająłem się politycznie. Kolega Rusinek, znany i popularny polski tłumacz “Fistaszków” (a hobbystycznie wykładowca akademicki i sekretarz Wisławy Szymborskiej) zadzwonił do mnie, czy nie pomógłbym stworzyć komiksu na ulotkę wyborczą Róży Thun. Stwierdziłem, że pomógłbym. I pomogłem. Dostałem sporo materiałów o pani Róży Grafin von Thun und Hohenstein i przygotowałem kilka pomysłów na komiksowe kadry. I będąc ostatnio w Krakowie przekazałem to szefowi sztabu wyborczego. On powiedział, że językowo dialogi jeszcze sprawdzi i poprawi ktoś od nich,
-Kto? - spytałem ciekawy jakiegoż to mają fachowca-polonistę.
- Bronisław Maj. - odpowiedział. Nie miałem więcej pytań…
a potem do rysowania. A rysownika przecież znam. No to znowu miałem pytanie o kogo chodzi. Chodziło o Krzyśka Tkaczyka, czyli moje zeszłowieczne krakowskie nemesis. Ale co tam, lata lecą, ludzie się starzeją (bo przecież nie dorastają) i dawni przeciwnicy spotykają się przy najróżniejszych fuchach.
Rzecz już jest narysowana, a ja właśnie dziś znalazłem na youtubie jej wersję multimedialną. Oto więc i ona (mój komiks to początkowe 1,5 minuty, z dalszymi polecankami nie miałem już nic wspólnego):
A teraz news dnia - w internecie ukazały się zapowiedzi na sierpień amerykańskiego wydawnictwa Boom Studios, a tam na pierwszym miejscu (cytuję w całości):
DIE HARD: YEAR ONE #1
Written by Howard Chaykin, art by Stephen Thompson, covers by Dave Johnson, Jock and John Paul Leon.
America’s greatest action hero is translated into the sequential art form for the first time! Every great action hero got started somewhere. Batman Began. Bond had his Casino Royale. And for John McClane, more than a decade before the first Die Hard movie, he’s just another rookie cop, an East Coast guy working on earning his badge in New York City during 1976’s Bicentennial celebration… and the Summer of Sam. Too bad for John McClane, nothing’s ever that easy.
Jak dla mnie bomba. Już zamawiam!
I jeszcze anegdotka dnia. Idziemy dziś z juniorem przez Galerię Mokotów, a tam w różnych miejscach i na różnych pietrach stoją bolidy Formuły 1 (jakaś wystawa). Przy piątej, czy szóstej młody w końcu załapał: - To dziś są dwa dni. Dzień mamy i dzień wyścigówek.
Wchłonięte:

DVD: Niewidzialny - takie sobie. Od pomysłu po końcowe napisy. Oczywiście Jessica Biel wygląda nieźle, ewolucje samolotowe są oszałamiające, zwroty akcji częste (choć oczywiste), ale całość tej opowiastki o samodzielnym inteligentnym bezzałogowym samolocie bojowym, którego trafia piorun, a co za tym idzie coś w rodzaju szlagu, jakoś nie porywa. Ot, Cohen to po prostu dość sprawny rzemiocha, a nie finezyjny mistrzu kina akcji jak Bay czy Tony Scott. I jakoś w ogóle nie żałuje, że oglądam ten film z czteroletnim opóźnieniem.

Dynastia Tudorów 1/6-7 - Henio coraz bardziej się wkurza na żonę, a rozwód to nie taka prosta sprawa (w tamtych czasach). A jakby nie dość kłopotów to jeszcze zaraza tłucze setki ludzi w całym królestwie (choć żony akurat nie), a prawa ręka króla coś dużo wsuwa do swojej kieszeni. Widać rację ma pioenka, która głosi, że klawe życie zaczyna się dopiero od poziomu cysorza.
Świat według Bundych 4/12 - no i w końcu musiało to nastąpić. Jak w dziesiątkach innych seriali - oto lokalna wersja “Opowieści wigilijnej”, acz oczywiście z wariacjami. Al przekonuje się, jakby to było, jakby go nie było. I jest śmiesznie.
Miami Vice 2/9-10 - historia gwałtu, złapania gwałciciela, wykupienia go i opłacenia milczenia, ponownego gwałtu i kilku śmierci. Przewidywalne, ale i tak mocne. Gościnnie młodziutki a już przesiąknięty złem Joaquim de Almeida (na dekadę przed rolą Bucho w “Desperado”). Druga fabułka to reminiscencje z Sajgonu, które łapią Crocketta w postaci dawnego kumpla reportera wojennego (niezły Bob Balaban). A w epizodziku jeszcze przepiękna Iman.

Star Trek: Voyager 7/9-12 - świetna porcja. Najpierw dwuczęściowy odcinek o grupie zbuntowanych hologramów (czyli kolejna z niekończącej się serii opowieści o tolerancji i prawach człowieka. Bo już nie tylko inne rasy, mutanci czy roboty, ale i hologramy należy traktować jak ludzi. Skoro są samodzielne, inteligentne i odczuwają. A co!) I to wszystko podane w pełnej przemocy fabule o polowaniach; potem świetny odcinek wspomnieniowy. To znaczy w normalnym serialu byłby to odcinek w którym bohaterowie wspominają dawne przygody (i tu wchodzą kawałki ze starych odcinków). W ST statek wpada w zaburzenia temporalne i dzieli się na ponad trzydzieści sektorów a każdy z nich to inny moment historii statku. Jeden Chakotay jest świadomy sytuacji i może przemieszczać się pomiędzy nimi. I musi z pomocą kapitan z samego początku serialu naprawić sytuację. Bardzo dobre; wreszcie ostry i emocjonalny odcinek o ciąży B’Elanny, która chce za wszelką cenę i wbrew wszystkim usunąć z płodu klingońskie geny, mając nadzieję, że dzięki temu córka jej i Toma będzie miała w życiu łatwiej.

Z archiwum X 8/1-4 - odpalam nigdy niewidziany ósmy sezon - ten w którym Duchownego na twardo zastępuje Robert Patrick i robi to naprawdę nieźle. Najpierw podwójny odcinek jeszcze z DD, który powoli znika we mgle konspiracji, niedopowiedzeń i kosmicznych intryg, a potem już dwie dobre samodzielne opowieści o człowieku-nietoperzu, co to ma żal i zabija i o robalu na odludziu, który wchodzi przez plecy i idzie do mózgu. A lokalni go wielbią i wysławiają.

Literatura: David Almond - Dzikus - najnowszy Dave McKean po polsku. Bo z naszej perspektywy to on jest tu gwiazdą, a nie autor nowelki. Sama opowieść Almonda, to niedaleka od gaimanowych klimatów fabułka o chłopcu, który odreagowuje stres i zły los pisząc o tytułowym dzikusie - brutalnym i nieludzkim mieszkańcu okolicznych lasów. I oczywiście z czasem przestaje to być tylko pisanie… Proste, krótkie, ale sprawnie wymyślone i świetnie podkręcone dzięki potężnej porcji rysunków, a momentami wręcz prawie komiksów McKeana.

Komiks: The Brave and the Bold - The Book of Destiny HC - drugie pół roku najnowszej serii B&B, którą wytworzyli Busiek, Perez i Ordway. Czytam to bo lubię, jak jest dużo bohaterów z różnych kątów uniwersum i przygotowując się do przejęcia tej serii przez JMS, co obiecują od jakiegoś czasu. W tym tomie spora garstka herosów (m.in. Superman, Wonder Woman, Flash, Doom Patrol, Aquaman, Ultraman, Challengers of the Unknown) mierzy się w wielu miejscach i na wielu poziomach z Megistusem, istotą tak potężną i mroczną, że hoho.

American Jesus. Book One: Chosen - dobre. Mark Millar i Peter Gross w trzyzeszytowym zbiorku o nastolatku, który w Ameryce sprzed ćwierć wieku zaczyna przejawiać boskie cechy. Ot, uleczy, zamieni wodę w wino, wie wszystko na każdy temat, a jego rodzice jakoś w ogóle z sobą nie sypiają. W przeszłości również. Więc wszyscy poza lokalnym księdzem zaczynają uważać go za nowe wcielenie Jezusa. Wszystko fajnie stwierdziłem po kilkunastu planszach, tylko dlaczego ten komiks kosztuje 9,99$ powiedziałem sobie trzymając go do góry nogami…
Miller i Gross napisali to kilka lat temu i wydali w Dark Horse. Teraz wydanie TPB wyszło w Image i kończy się zapowiedzią cd. Ja tam chętnie go przeczytam, bo jak Millar w wielkich porcjach i dużych eventach Marvela sprawdza się coraz tak sobiej, to ta historia naprawdę ładnie kręci. A momentami wznosi się na poziom wiary dla mnie wręcz nieosiągalny i kłopotliwy (kwestie zaufania i przeświadczenia o czymś większym, dalszym, lepszym), ale w końcu Millar (jak sam się przyznaje w posłowiu) to twardy Szkot, czyli ktoś religią nasączony równie mocno co szkocką. Aż ciekawy jestem, czy jeszcze ktoś to czytał i co sądzi?
alfabet reżyserów A-Ad
May 25th, 2009
Po kilku niedzielach przerwy czas na nową zabawę. Tym razem sobie pozwolę poopisywać reżyserów. I to nie tylko moich najulubieńszych (Smith, Jackson, Rodriguez, Raimi, Black, że wymienię pierwszą piątkę z półki z ulubionymi), ale szerzej - tych, których uważam za godnych uwagi. Trójkami. Alfabetycznie. Co niedzielę (w miarę możliwości). Dziś więc pierwsze trzy nazwiska z samiusieńkiego początku abecadła:
Jim Abrahams - środkowa część niezapomnianego ZAZu, czy też inaczej “Kentucky Fried Theatre”. To on i dwaj bracia Zucker stworzyli nowy standard humoru - zabawę w parodię filmową zagęszczoną do granic absurdu. Zaczęli jako scenarzyści i aktorzy w wyreżyserowanym przez Landisa ciągu skeczów “Kentucky Fried Movie” (którego najdłuższą częścią była parodia “Wejścia smoka”), a samodzielnie zadebiutowali jako trio reżyserskie komedią “Czy leci z nami pilot?”, potem były m.in. serial “Police Squad”, “Ściśle tajne”, i już bez kolegów 2 x “Hot Shots”, “Jane Austen’s Mafia”. Po blisko dekadzie przerwy wrócił jako scenarzysta przy “Strasznym filmie 4″, ale na to spuśćmy już zasłonę milczenia. Jako kawałeczek, Abrahams w najlepszych latach - “Ściśle tajne” i Val Kilmer w podwodnej bójce:
J.J. Abrams - kto nie oglądał nowego “Star Treka” ten trąba, a JJ to właśnie gościu, któremu zawdzięczamy nową erę w “Long Live and Prosper”. A to nie pierwszy tytuł za który się wziął. To on był jednym z gości, którzy napisali przed laty historię o tym jak Bruce Willis przyjął na klatę meteoryt, to on mocno namieszał w telewizyjnych ramówkach zaczynając od przyzwoitego serialu “Felicity”, potem tworząc świetną “Agentkę o stu twarzach”, wymyślając przeżywający właśnie drugą młodość serial “Lost”, a ostatnio machając coś nowego pod tytułem “Fringe” (obejrzę jak tylko się gdzieś oficjalnie pokaże), to on okiełznał Toma Cruise’a w “Mission: Impossible III”, to on stał za realizacją oczywistego - zdawałoby się dziś - pomysłu, na którym oparta była “Operacja: Monster”, a teraz wreszcie zrobił nowego smacznego drinka ze spuścizny Roddenberry’ego. To zresztą od kilka lat najlepsze określenie jakie mam na Abramsa - barman. Facet, który bierze wyświechtane, oczywiste i znane od lat motywy i pomysły i tworzy z nich świeżutkie i wyśmienite popkulturowe drinki. I super. Że więc powtórzę - kto nie oglądał “Star Treka” ten trąba, a tu Abrams odpowiadający na kilka pytań od fanów:
Kasia Adamik - mam nadzieję, że to nadzieja polskiej reżyserii. Córka reżyserska ze stron obu, która studiowała na Zachodzie tworzenie komiksów (dzięki temu przez lata storybordziła w Hollywood - od Bazowskiego “Romeo i Julii” przez “Serca Atlantydów” po “Catwoman”, że o mamy filmach nie wspomnę), a potem wzięła się za kultywowanie rodzinnych tradycji. Nie widziałem jej filmów kinowych (debiutancki “Szczek!” nie dotarł właściwie do Polski, a “Boisko Bezdomnych” wciąż czeka na swą kolej), ale oba seriale, które współreżyserowała (”Ekipa”, “Pitbull”) wyszły dobrze. A “Boisko” chwalą ludzie, którym ufam, więc mam nadzieję, że z pani Adamik (co to jest młodsza ode mnie dokładnie o rok bez jednego dnia) jeszcze będzie spora filmowa pociecha. A “Boisko” niedługo obejrzę w całości. Skoro w kawałku prezentuję się tak sympatycznie:
A poza tym:
Że przypomnę, za tydzień nasz radiowy debiut - niedziela, Roxy FM, 10-13. Zapraszam.
Ledwo się skończył biały tydzień a tu już zielony. Dokładniej zielona szkoła. Córka jedzie na tydzień, więc w domu pakowaniowy armageddon. Ledwo się teraz schowałem w kąciku, po całym dniu jeżdzenia po walizki, ubrania, flamastry i różne takie.
Ale zdążyłem się jeszcze raz wyrwać na godzinkę na Targi. A tam niedziela to dzień z atrakcjami. Nic więc dziwnego, że kolejka do kas na kilkaset osób. Wchodząc minąłem się z wychodzącym Mikulskim, w środku widzę, jak ktoś złapał przechodzącego Tyma i przycisnął go do stoiska Ambasady Izraelskiej, by coś podautografował. Dalej Dukaj podpisuje książki w Wyd. Literackim, Wolski w wyd. Zysk, a Friedman w wyd. Muza (tu niestety analogia nazwiska do nazwy wydawnictwa przestaje być tak oczywista). W jednym z korytarzy otarłem się o Cejrowskiego, ale tak lekko, bez gejowania, więc nie rzucił się na mnie by mnie pobić, czy zdelegalizować. Na stoisku wyd. A5 stał Andrzej Franaszek, więc podszedłem i spojrzawszy na te rozliczne poezje spytałem, czy nie ma czegoś, co by się rymowało. Odparł, że ma i pokazał “Rymowanki” Szymborskiej. No to głupio by było teraz nie nabyć. Nabyłem. Na to stojąca na tymże stoisku panna Turnauwna poleciła mi “Fioletową krowę” Barańczaka. A ja na to, że jako człowiek wiekowy nabyłem ten tom, gdy wyszedł w pierwszym wydaniu - my z Franaszkiem wówczas śmy studiowaliśmy polonistykę, a jej bodajże nie było jeszcze na świecie. No a wychodząc z Targów, by zakończyć ładną pętlą, minąłem się z wchodzącym Rafałem Ziemkiewiczem.
Dokończyłem kwestię nagród za pomoc w wymyślaniu porno tytułów. leMur wybrał sobie: “Zakładnika”, “Straconych chłopców”, “Kawalerię powietrzną”, “Simpsonów. Wersję kinową” i “Blizny przeszłości”. Kolejne konkursy w kurtce.
I jeszcze na koniec weekendowe wchłanianie:

Kino: Noc w muzeum 2 - sobotni seans rodzinny. Świetny. Stillerowi udała się niełatwa sztuka, na której przed laty poległ chociażby Jeż Jerzy. Oto potrafił on podzielić swój wizerunek na ten dla dzieci i znacznie ostrzejszy i wulgarniejszy dla dorosłych. I po niedawnych rewelacyjnych dorosłych “Jajach w tropikach”, tym razem Stiller dla dzieci i kolejna muzealna przygoda. Już jedynka mnie zachwyciła, a sequel jest naprawdę jeszcze lepszy. Lekka i eklektyczna wersja ożywającej historii w której nocny strażnik wspomagany przez Amelię Earhart, Generała Custera, Dżyngis Khana i żołnierzyki walczy ze złym faraonem, który do współpracy wziął sobie Iwana Groźnego, Napoleona i Ala Capone’a (a odrzucił Dartha Vadera i Oscara z Ulicy Sezamkowej). Stiller jest wielki (zwłaszcza w finałowej walce z faraonem, w którego wciela się zupełnie sprawnie Hank Azaria), do tego z filmu na film coraz lepsza Amy Adams, jak w pierwszej części wyśmienici Robin Williams i Owen Wilson, a w epizodach zabawni AA (aktorzy apatowowi): Jay Baruchel i Jonah Hill. Polecam z dziećmi i z absolutnym przekonaniem!

DVD: Dynastia Tudorów 1/5 - Henryk zaczyna się coraz mocniej wkurzać, że żona nie daje mu syna. A syn, którego dała mu nie żona, jakoś umarł. A Anna obiecuje mu, że jak zostanie jego żoną to będzie syn jak marzenie. Tylko co zrobić z tą bieżącą żoną? Może papież pomoże? A może nie… Żebym nie wiedział, jak to się skończy, to może bym się bardziej wciągnął.
Świat według Bundych 4/7-11 - ta porcja tak się zaczęła, że jakoś się zacząłem utożsamiać z Alem. Bo zrozumiałem jego ból. Bo żona sprzedała mu bez jego wiedzy jego prowadzoną od dziecka kolekcję “Playboy’ów”. A coś takiego potrafi zaboleć. Oj, potrafi. Reszta odcinków już bardziej standardowa, acz żeby coś zmienić w fabule, efektem wzięcia przez Ala pożyczki w banku (i przeputaniu całej kasy) jest chwilowe totalne obniżenie standardu życiowego sąsiadów (którym przyszło zapłacić za ów kredyt). A potem już święta i wojna ze Świętymi Mikołajami. Itd.
Miami Vice 2/7-8 - ładny duecik. Jeden odcinek o voodoo a drugi o KGB. Ale i z jednym i z drugim chłopaki sobie radzą. I dobrze im tak.

Komiks: Dan Dare Omnibus HC - ja od lat już wiem, że Garth Ennis czasem wypuszcza bąki zamiast dobrych scenariuszy, ale te, które przeczytałem i mnie zachwyciły są wystarczającą zachętą, by nabywać każdy kolejny tom, jaki wyszedł spod jego ręki. Tym razem wziął i reinkarnarnował klasycznego brytyjskiego komiksowego bohatera, walecznego Dana Dare’a, który dziesiątki razy ratował GB i całą ludzkość przed złymi kosmitami. Tak jest i tym razem - Dan zostaje wezwany ze spokojnej emerytury i swym niestereotypowymi (myślałby kto) działaniami ratuje sytuację przed zielonymi ludzikami, ich armadą i czarną dziurą na sznurku. Sporo w tym BG, sporo starego dobrego brytolskiego patosu, oldskulowej fantastyki sprzed wielku dekad, kilka dość oczywistych zwrotów akcji czy żartów. Słowem - absolutnie nic powyżej średniej, ale też nic poniżej. Ot, ktoś dał Garthowi kolejną okazję na pogrzebanie w klasyce i na komiks wojenny (bo tym jest DD mimo całej otoczki SF), a ten z przyjemnością skorzystał. I efekt jest zupełnie przyzwoity.
duszno
May 23rd, 2009
Jakoś tak dzisiaj. Jakoś mi niefajnie. Trochę mam globusa (jak w “Nad Niemnem”) a trochę mam ogólnego lenia. Ale jednak zebrałem się i coś tam piszę. Nie, żeby było dużo do pisania, bo ogólnie niewiele mi się działo przez te dni. Wróć! To znaczy mało działo się rzeczy o których mogę pisać (bo znowu kilka świeżych idei i wielkich planów, z których oczywiście może jeden wypali jak dobrze pójdzie, ale pisać na tym etapie o nich nie ma co). O czym więc tu pisać?
Kończy się biały tydzień. Więc wreszcie moja córka znowu może zacząć oglądać dobranocki a nie o 19.00 wkładać białą sukienkę i pędzić do kościoła. W sensie metaforycznym, bo przecież muszę ją tam zawieść.
Zaczęły się Międzynarodowe Targi Książki. Byłem, popatrzyłem, pogadałem - bez rewelacji. Jak zwykle Amber i Egmont są na Targi obrażeni i się nie wystawiają. Jak zwykle inni przygotowali trochę nowości. Część już mam w domu, część sobie nabędę w najbliższym czasie. Chabon, Hawkingi, Pynchon, Zalewski. Kiedy ja to przeczytam? Może w samolocie.
A właśnie - “przeczytać”. Ostatnio przeczytałem kilka amerykańskich zeszytów wyrwanych z ciągłości i z serii, których nie znam, bądź do których dawno nie zaglądałem (”Petsy Walker: Hellcat”, “Targent: Superman’s Reign”, “Batman”, “Trinity”) i widzę, żę takie zerkanie bez kontekstu robi się coraz bardziej bezsensowne. Jednak co TPB, to TPB, bo w porcji zeszytowej nawet tacy starzy twardziele jak Busiek czy Morrison nie są zbyt atrakcyjni. Może to działa, gdy się zna poprzednie i czeka od tygodni na kolejną skromną porcyjkę, ale tak sięgając niezobowiązująco jest jedynie tak sobie. A może po prostu źle trafiłem…
Wchłonięte:

Kino: Stan gry - koleny film Macdonalda (reżysera “Ostatniego króla Szkocji”), który znowu kręci coś jak sprzed 2-3 dekad. Fabuła to duża afera na szczytach władzy, wielowątkowa i wielopoziomowa, którą rozwiązuje oczywiście para zawziętych dziennikarzy - amerykański remake brytyjskiego serialu. A mimo, że dużo i gęsto, to jakoś nie do końca przekonująco. NIe urzekła mnie ta historia, choć aktorsko to - trzeba przyznać - popisówka. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby skończyło się na jakichś oscarowych nominacjach. Świetny jest Russell Crowe, jako dziennikarz po przejściach, Ben Affleck idealnie sprawdza się w roli polityka-dupka (coś ostatnio w tych dupkach zaczyna się specjalizować. Czyżby odnalazł swe miejsce?), Rachel McAdams jest jak zwykle urocza i bardzo dyskretnie ponętna, Helen Mirren zasadnicza i władcza, a Jason Bateman świetny w swoim epizodzie PR-owca złamasa. Słowem - dla obsady warto, dla fabuły - też warto, ale wszystko jakoś nie przekłada się na dzieło wybitne.

DVD: Harry Potter i Zakon Feniksa - i ostatni etap domowych przygotowań do kolejnego kinowego Pottera. “Zakon” jest totalnie przeładowany fabułą i postaciami i ledwie prześlizguje się po tej potężnej książce. Przecież tam aż buzuje od emocji, od zmian, od wyrazistych postaci i ich zderzeń. A tu? Toż to po prostu bryk, streszczenie z wikipedii a nie porządna opowieść. Miło jest to wszystko i ich wszystkich sobie zobaczyć, ale w porównaniu z pierwszym filmem, który był wierną adaptacją to tu, to już lekka przesada. A ponieważ dopiero ostatnią siódmą książkę mają zamiar podzielić na dwa filmy, to przed “Księciem Półkrwi” jestem pełen najgorszych przeczuć.

Mordercza zaraza - horrorek z Jamesem “Jezioro Marzeń” Van Der Beekiem, który obejrzałem sobie poza kolejką bo jego oryginalny tytuł brzmiał “Clive Barker’s The Plague”. No to skoro “Barker’s” to nabyłem i obejrzałem. Czyli dałem się nabrać dokładnie zgodnie z założeniami. Bo przecież tylko po to Barker został wpisany do tytułu i jako jeden z producentów filmu, by tacy jak ja się nabierali. Sam film to średnio sprawna krzyżówka motywu zombie (ciut podrasowanego) z pomysłami rodem z “Dzieci kukurydzy” i “Wioski przeklętych”. Nic oryginalnego, czy godnego zapamiętania. Dokładnie tak samo, jak przy poprzednim filmie tak sygnowanym nazwiskiem Barkera (”Saint Sinner” - no connections z komiksem wg pomysłu Barkera i tym samym tytułem). I pewnie tak samo jak z kolejnym. I pewnie wtedy też dam się nabrać…

Star Trek: Voyager 7/7-8 - kolejne dwa odcinki. Pierwszy to ładna klasyczna przewałka. Najbardziej zasadnicza i kamienna postać z serialu (7z9) zmienia się po przekątnej. To znaczy w wyluzowanego i rozgadanego doktora. Tym razem jednak zaoszczędzono nam wyświechtanej zamiany osobowości - w końcu doktor to tylko hologram, więc po prostu wgrał się w postborgowe implanty 7. A dzięki temu Jeri Ryan jak rzadko rozpuściła włosy i zrobiła więcej min w jednym odcinku, niż w reszcie sezonu. Drugi z odcinków poświęcono biednemu Kimowi, który od siedmiu lat lata i lata tym Voyagerem i jakoś nie ma jak awansować. Więc korzysta z okazji, by chwilę podowodzić pewnym statkiem. No i oczywiście kłopotów z tego jest co niemiara.

Smallville 5/17 - jak dla mnie ten przeskok był troszkę za duży. W poprzednim odcinku Lana ostatecznie zrywa z Clarkiem, a tu już ćpa w najlepsze (pewnie z żalu). Narkotyk jest oczywiście na bazie kryptonitu, więc nieźle kopie i daje wizje. A że po strzale dostają również Lex i Clark to widzimy zupełnie niezłe omamy. No i jest Spike (że zostanę przy jego imieniu z “Buffy”), a tam gdzie on jest nie można mówić o nudnym odcinku.

Gwiezdne wrota 3/17-20 - a tu machnąłem całą stargate’ową płytkę. Cztery odcinki, dzieki którym faktycznie zaczynam przekonywać się coraz bardziej do postaci O’Neilla. Bo najpierw chłopina zostaje na kilka miesięcy odcięty od świat…ów na małej drobnej planetce, potem zaczyna świrować i zostaje zwolniony z wojska (oczywiście przed końcem odcinka rzecz się prostuje i to w pięknym, choć klasycznym stylu), potem jeszcze fajna opowieść o planecie rozrywanej wojną religijną (a przybycie SG-1 jest ideologicznie rozstrzygające dla losów konfliktu) i metafizyczna opowieść o odnalezieniu dziecka Sha’re. W tym ostatnim O’Neilla nie ma zbyt dużo, ale jego reakcja na tą całą metafizyczność - bezcenna.
I tyle na dziś. Dobranoc.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)