Kamil M. Śmiałkowski

No właśnie. Bo jak dla mnie kryzys doszedł gospodarczy doszedł chyba do przesilenia i ten tydzień spędziłem na poważnych próbach odbicia się od jego dna: a to wróciłem do idei sprzedania pewnego z moich pomysłów dla przedszkolaków, a to wymyślałem szczegóły programu jeszcze większego i zajebistszego od “Mam talent”, a to rozmawiałem o audycji w pewnym bynajmniej nie lokalnym radiu, a to zacząłem tłumaczyć “Zack i Miri kręcą porno”. A jeszcze czekam na detale umowy o książkę, jaką mam napisać dla wydawnictwa o niepolskiej nazwie i chwilowo jestem na pauzie w rozmowach o zajęciu, które pewnie zajmie mi najwięcej czasu w zbliżającym się roku. Tak że był to dość zajęty tydzień. Ale nie zmienia to faktu, że co nieco wchłonąłem. A nawet coś wydaliłem (pogaducha z Mykiem o filmie “Push”). Ale przede wszystkim wchłaniałem:

30 dni mroku
Kino: 30 dni mroku - kolejna ekranizacja komiksu zbliża się do polskich ekranów kinowych (z - jak za starych PRL-owskich czasów - dwuletnim poślizgiem w stosunku do amerykańskiej premiery). Komiks, o miasteczku Barrow na Alasce zaatakowym podczas nocy polarnej przez wampiry, wydano w Polsce kilka lat temu (pod tytułem “30 dni nocy”). Film okazuje się dość wierny, momentami straszny, momentami dość głośny (ni cholery nie dało się na parę minut przysnąć) nieźle zagrany (wyróżnienia dla Fostera, Hustona i Marka Boone’a Juniora), ale równocześnie spartolony na tylu poziomach, że nie sposób nazwać go dobrym. Przede wszystkim montaż - to cięła jakaś małpa z brzytwą urywając ujęcią i sceny w najdziwniejszych miejscach i nie przejmując się sensem, rytmem scen, czy całego filmu. Postacie się miotają, tygodnie mijają bez sensu, bohaterowie żywią się chyba śniegiem, a w ostatniej minucie w ogóle okazuje się, że cała ta fabuła to farsa, bo ludzi w miasteczku wciąż jest co niemiara. Przy tym wszystkim drobiazgiem są już zarzuty o bezsens - w dzisiejszych czasach - zerwania na 30 dni kontaktu ze światem (rozumiem, że scenarzyści w życiu nie byli na lotnisku po zmroku i dlatego założyli, że samoloty w ciemnościach nie latają, ale telefony?) czy o prawa fizyki: noc polarna nie zaczyna ani nie kończy się gwałtownie. Pierwszego dnia słońce pojawi się na chwilę samą górną krawędzią. Itd. Itp. Jedno co faktycznie warto zobaczyć to same wampiry (Huston i koleżeństwo) wymyślone wyraźnie w opozycji do wszelkich sympatycznych i romantycznych “Zmierchów” czy “Angelów”. Tego mi było trzeba.

17 again
17Again - bardzo sympatyczne. Oparte na schemacie wytartym jak moje spodnie w kroku, ale dobrze zrealizowane więc ogląda się z przyjemnością. Ot maruda przed czterdziestką dostaje drugą szansę od życia i znowu na 17 lat. Wraca do swojej szkoły i przy okazji pomaga z tej nowej pozycji w wyprostowaniu szkolnych i towarzyskich ścieżek swoich dzieci. Proste i oczywiste. Ale wyszło świetnie dzięki niezłemu scenariuszowi i obsadzie. Obsada bowiem to wypadkowa kilku rodzajów amerykańskiego humoru: w głównej roli Zac Efron wprost z Disney’pwskich HSM, w jego starszej wersji Matthew Perry (”Przyjaciele”) a jako ich żona Leslie Mann czyli w cywilu żona (i stała część obsady filmów) Judda Apatowa. I efekt mnie naprawdę ubawił - oto przyzwoita XXI-wieczna komedia o i dla nastolatków. Dodatkowym atutem jest wątek przyjaciela i fałszywego ojca głównego bohatera (Thomas Lennon z “Reno 911″), który jest nerdem-milionerem i cudnie uwodzi dyrektorkę szkoły - elficka kolacja w restauracji rządzi.

Ostatnie zlecenie
DVD: Ostatnie zlecenie - ciekawe czemu ci goście z delekiego wschodu uważają, że Nicholas Cage nadaje się do ich filmów? Tak było z Johnem Woo, a teraz analogicznie bracia Pang. Oto remake ich filmu już za hollywoodzkie pieniądze i z Cagem w roli głównej> Efekt? Taki sobie - kilka dobrych scen i sporo bicia piany. Ta sama fabuła w czysto azjatyckiej wersji byłaby dużo lepiej wchłanialna i akceptowalna, ale pysk Cage’a w wielu scenach po prostu zakłóca odbiór. Od początku do samego finału, który, gdyby zamiast Cage’a grał Chow Yun-Fat, byłby wzruszająco jak w dawnych filmach Woo, a tak jest po prostu plastikowo i jakoś nieprzekonująco. Bo jakoś nie mogę uwierzyć w przemianę Cage’a z twardziela w romantycznego twardziela. No, nie mogę…

Hamlet 2
Hamlet 2 - dobry tytuł to połowa sukcesu. Ten kupił mnie od razu. Czytałem co prawda kiedyś o pornusie “Romeo i Julia 2″ ale “Hamlet 2″ też brzmi zawodowo. Rzecz okazała się popisówką Steve Coogana (reżyser z “Jaj w tropikach”), wcielającego się we sfrustrowanego prowincjonalnego nauczyciela dramatu, który wbrew wszystkim wystawia ze swymi uczniami własny sequel Szekpira. A w nim tytułowy bohater wraz z Jezusem wracają wehikułem czasu, by uratować Gertudę i Ofelię. Rzecz jest oczywiście musicalowa (numer z refrenem “Kręć mnie, kręć mnie sexy Jezu” powala) a Coogan jest wielki. Sekundują mu m.in. Catherine Keener jako żona i Elisabeth Shue w roli samej siebie - Elizabeth Shue, która rzuciła Hollywood i spełnia się jako pielęgniarka w szpitalu. Trochę jej tylko brakuje całowania tych wszystkich ładnych aktorów. Ten film to humor gdzieś pomiędzy “Małą miss” a “South Parkiem” (acz nie tej klasy). Ale i tak jest śmiesznie.

XIII Spisek
XIII Spisek - telewizyjny miniserial (3 godziny) na motywach komiksu Van Hamme i Vance to dzieło takie sobie. Ot, materiał ten potraktowano tak, jak zasługiwał na to na początku, gdy sprawiał wrażenie li tylko lekkiej wariacji na “Tożsamość Bourne’a”. I tym właśnie jest - mierną i niskobudżetową telewizyjną wariacją na Bourne’a.W tej roli Stephen Dorff, a gdzieś w tle kojarzeni przez znawców Caterina Murino, Stephen McHattie czy Jessalyn Gilsig. Na osłodę nieprzekonujący Val Kilmer jako Mangusta i tyle. Fabuła obejmuje w zasadzie pierwszą pętlę fabularną komiksu z leciutkim clifhangerem, gdyby jednak zaskoczyło i ktoś chciał oglądać tego więcej. Myślę, że nie ma takiej możliwości. Oj, Van Hamme nie ma coś farta do ekranizacji - serial “Largo Vinch” też do wybitnych nie należał.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 3/9-12 - trzeci sezon, trzecia płyta a na niej: SG-1 odnajduje zapomniane oddziały nieżyjącego Apofisa w mundurach SG (miały robić za V kolumnę); śmierć żony Jacksona i jego żal (i halucynacje); planeta z mieszkańcami z amnezją i oczywiście pewną tajemnicą; i wreszcie SG-1 idzie do piekła. Dosłownie. Ciekawe, czy oni tam w tym writers roomie co jakiś czas zakładają się, kto logicznie rozpisze najbardziej idiotyczną ideę? Nawet jeśli, to efekt jest zadowalający. Bonus - wiadomości o śmierci Apofisa okazały się przesadzone.

Z archiwum X 7
Z archiwum X 7/13-16 - również cała płytka Muldera i Scully: odcinek ze scenariuszem samego Williama Gibsona, który nie dość, że się straszliwie postarzał przez tę dekadę (w sensie odcinek, nie Gibson) to jeszcze jak dla mnie był od początku li tylko słabą powtórką “TRONu”. Poza tym facet od zaklęć i laleczek voodoo mści się na lekarzu (w tej roli James Morrison - ciekawe raz zobaczyć go w innej roli niz oficer dowodzący, p. “Gwiezdna eskadra”, czy “24 godziny”), Palacz znowu mąci Scully w głowie (odcinek napisany przez samego palacza - Williama B. Davisa) i dość standardowa opowieść o rozdwojeniu jaźni.

Columbo - Test na inteligencję 39 Mensa pewnie nie zgodziła się na wykorzystanie swojej nazwy, więc oto organizacja Sigma skupiająca najinteligentniejszych ludzi na świecie i zabójstwo w jej lokalnej siedzibie. Oczywiście zabił mózgowiec, więc zagadka jaką musi rozwiązać Columbo nie jest łatwa. Ale wokół jest sporo innych mózgowców którzy chętnie pomogą porucznikowi. A przynajmniej im się wydaje, że pomagają. I jest naprawdę zabawnie.

Dr House 2
Dr House 2/20-21 - u House’a zaś to, co stać się kiedyś musiało. Oto jeden z diagnozowanych pacjentów nie dość, że umarł to jeszcze zdążył zarazić czymś paskudnym jednego z głównych bohaterów serialu. W efekcie mamy po raz pierwszy fabułę dwuodcinkową, House jak rzadko czymś się naprawdę przejmuje (choć oczywiście stara się, by nie było tego zbyt widać), a w finale okazuje się, że to wcale nie koniec. Dobre. I jeszcze zapomniałem poprzednio zacytować dialog, który mnie powalił: przychodnia, student, House pyta co mu dolega i słyszy: - Kocham krowy. - absolutnie nie zdziwiony doktor kontynuuje - Jakiejś konkretnej rasy?

Smallville 5
Smallville 5/13 - smutny odcinek pełen żalu, smutku i wściekłości po przedwczesnej śmierci ojca. Nawet wiarygodnie. Coś o tym niestety wiem…

Queen Flash Gordon
Muzyka: Queen - Flash Gordon - i ostatnia (jak dla mnie) płyta z kolekcji grupy Queen. Oto soundtrack do kultowego i zajebiście kiczowatego filmu “Flash Gordon”. Obraz ten był jedną z wielu nieudanych prób zdyskontowania sukcesu “Gwiezdnych Wojen”, ale komiks z lat 30. jakoś nie przełożył się na wciągający film. Jednym z niewielu pozytywów tego dzieła była właśnie ta płyta. Od najsłynniejszego “Flash’s Theme” przez “Vultan’s Theme”, “Battle Theme”, “Marriage of Dale and Ming” po “Crash Dive on Mingo City” (akurat w większości podobają mi się kompozycje May’a). Kawał porządnej rockowej muzyki, jaką wówczas (1980) niełatwo było spotkać w filmach w większych ilościach. Na dowód teledysk, który streszcza w zasadzie większość filmu, pokazuje co nieco z oryginalnego komiksu, a w warstwie muzycznej jest słynnym “Flash’s Theme” z nieśmiertelnym zaśpiewem: “Flash A-Ah! Saviour of the Universe!”:

Northlanders - Sven The Returned
Komiks: Northlanders - Sven The Returned TPB - czytałem i opisywałem rok temu trzy pierwsze zeszyty tej serii a teraz mam tom z ośmioma. I w kupie jest jeszcze lepiej. To faktycznie “Thorgal” na ostro pełen brutalności, seksu i równie trudnych dylematów co u Van Hamme, tyle, że Wood nie podpiera się prawym synem z gwiazd tylko wszystko rozgrywa i rozwiązuje twardymi metodami ludzi z północy. To ten sam Brian Wood, którego tak chwaliłem ostatnio za obyczajowy “Local”, a wcześniej też za wojenny “DMZ”. I teraz też chwalę - świetna, wciągająca, wiarygodna opowieść o Wikingach. Biorąc pod uwagę popularność u nas “Thorgala” i coraz lepsze notowania Wooda nie powinniśmy długo czekać na polskiego wydawcę. Czego nam wszystkim życzę.

Niebo nad Brukselą
Niebo nad Brukselą - i proszę. Egmont zdecydował się wejść na tereny dotąd zarezerwowane dla innych wydawców i zaczął serię komiksów problemowych. I pierwszy jest taki 3 x P. To znaczy równocześnie polityczny, poetycki i porno. Będąc złośliwy mógłbym dodać jeszcze czwarte P - poroniony, ale nie będę. Oto Bernar Yslaine chciał w jeden barszcz nawrzucać wszystkie grzyby świata z halucynogennymi na czele i wyszło jak wyszło. Ot, mamy tu gwałt w imię pacyfizmu, “Imagine” Johna Lennona w Babilonie dwa i pół tysiąca lat temu czy niespecjalnie zrozumienie przez bohaterów (i pewnie twórcę również) idei funkcjonowania telefonów komórkowych. Ale z pewnością fani komiksowego seksu i pacyfistycznego bełkotu będą zachwyceni.

Aldebaran
Aldebaran - a tu ja jestem zachwycony. Grubaśna, sympatyczna przygodowa sf w najlepszej wersji. Oto 250 stron świetnego komiksu o przygodach na dalekiej planecie gdzie mamy ludzką kolonię (lekko zacofaną i pod totalitarnymi rządami), oryginalną florę i faunę, problem pierwszego kontaktu z obcymi, dojrzewanie bohaterów i wiele innych elementów. Saga Leo to naprawdę porządna rzemieślnicza komiksowa robota i takich powinno być na naszym rynku jak najwięcej - tym bardziej, że za przyzwoitą cenę dostajemy kawał komiksu, który zarówno ilością, jak i jakością fabuły spokojnie może konkurować z literaturą sf zapełniającą półki w księgarniach.

Star Wars Komiks 8
Star Wars Komiks 4/09 - tegomiesięczna porcja obrazkowych opowieści z uniwersum Lucasa. I jak w zeszłym miesiącu było bardzo dobrze, tak teraz jest niewiele gorzej. Tym razem duża historia to opowieść o kolejnej grupce mającej żal do Vadera i próbującej go (ten żal) z nienajlepszym dla siebie efektem okazać. Dużym plusem tej historii jest rysownik Brian Ching - jeden ze sztandarowych (acz z drugiej linii) twórców Top Cow, a to oznacza dużą precyzję i realizm kreski. Do tego krótka historia z czasu wojny z Vongami (rzadkość, nie ma wiele komiksów z tego okresu: +25ANH; niedługo ma się to zmienić) i zabawna pierdółeczka samego Stana Sakai. Warto.

Berlin 1
Berlin - miasto kamieni - następna rzecz wielka i ważna. Jason Lutes w przystępnej i niebanalnej zarazem formie pokazuje panoramę miasta z końca lat 20. zeszłego wieku. Czyli moment starcia niemieckiego faszyzmu z niemieckim komunizmem, który aż za dobrze wiemy jak się skończył. A ludzie, bohaterowie tej opowieści byli gdzieś pośrodku - szukając sobie miejsca, odbijając się od najróżniejszych środowisk (miejscami fabuła ta ociera się o podobne klimaty co niezapomniany “Kabaret”), przytulając do ideologii, żyjąc wspomnieniami i marzeniami. Piękna i prawdziwa opowieść. Dwie uwagi na boku: 1) pewnie nasza warszawska rzeczywistość tamtych czasów bardzo się nie różniła. Chętnie zobaczyłbym i taki komiks; 2) pokazany tu pochód pierwszomajowy był wtedy wyrazem odwagi i buntu. Jakimż chichotem dziejów było to, że pół wieku później ten sam pochód był żenującym, obowiązkowym pokazem propagandy sukcesu. Historia to naprawdę ultrazłośliwe i sarkastyczne bydlę.

Muzyka Marie 1
Muzyka Marie 1 - wyd. Hanami jak zwykle wyszukuje mangi niebanalne. I znowu coś znaleźli. Usumaru Furuya stworzył lekko odrealniony, postapokaliptyczny świat w którym wszystko turla się jak trzeba a z nieba na ludzii spogląda tytułowa Marie - wielka robot-bogini. Para młodych ludzi Pipi i Kai wydają się być dla siebie stworzeni, wszystko jednak wskazuje na to, że pomiędzy nich wejdzie (i to równie dosłownie jak wisi na niebie) bogini Marie. Oryginalnie, ciekawie i z sensem, a jeśli jeszcze dobrze zrozumiałem napis na końcu: “Zakończenie w tomie II” i rzecz faktycznie ogranicza się do zaledwie dwóch części to możemy mówić o naprawdę dobrej mandze.

Całkiem o tym wczoraj zapomniałem. Miałem napisać, że wspierałem w ostatni weekend faszyzm. W sensie byłem w piątek na imprezie organizowanej przez telewizję publiczną, a dokładniej na urodzinach TVPKultura i wręczaniu ich dorocznych nagród - Gwarancji Kultury. Wyglądało to tak, że najpierw było czytanie - aktorzy z Teatru Starego w Krakowie czytali (głównie) barokowe żarty i anegdoty pod wspólnym tytułem “Rzeczpospolita Babińska”. Żarty przerywali młodzi aktorzy rapując wiersze księdza Baki i Dorota Segda błyskając dekoltem (choć ona to właściwie nie przerywała tylko robiła to równolegle). Było zabawnie i inteligentnie (w zamierzeniu), a faktycznie ciut nudnawo. Choć kilka żartów - przyznaję - mnie roześmiało. Potem Chacina poprowadził doroczne wręczanie nagród i w trakcie nagle zorientowałem sie, co wspieram. Bo oto nagrodzony w jednej z kategorii artysta Sasnal nie zjawił się i przesłał list, że w zaistniałej sytuacji i bieżącej konfiguracji i wobec wrogiej abstrakcji on nie może przyjąć tej nagrody. Rozległy się oklaski. Długie. Głośne. A po części oficjalnej nastąpiła wyżerka i te same ręce, które tak pięknie oklaskiwały protest Sasnala rzuciły się z talerzykami do paśników, by wbrew własnym brawom wspierać faszyzm z Woronicza. I ja tam byłem i soczek piłem. Znaczy i ja wspierałem.

Dziś przedszkolny cytat dnia nie należy do mojego juniora, choć jest z nim mocno związany. Bo Hubert od jakiegoś czasu powtarza wszędzie, że jak dorośnie to zostanie prezydentem. Mi to tam nie przeszkadza, może mu przejdzie. I oto (jak relacjonowała nam wychowawczyni), któregoś dnia już po wyjściu juniora jeden z jego kolegów z grupy opowiadał jak wracał z babcią samolotem z Bułgarii i babcia nie chciała mu kupić podczas lotu Prince Polo tłumacząc się kryzysem gospodarczym. W tym momencie chłopiec przerwał i rozejrzał się dookoła: Hubert już poszedł? Zapomniałem mu powiedzieć, żeby - jak już będzie tym prezydentem - odwołał ten kryzys.

Zanim przejdę do wchłaniania wyjaśnię jeszcze o co chodzi w tym nawiasie w tytule. Bo oto dzięki kolegom z Motywu Drogi dowiedziałem się rzeczy tak cudnie absurdalnej, że wymiękłem. Oto tworzący dla TVPKultura magazyn o komiksach red. Szlach Tycz po raz kolejny przeszedł samego siebie. Ot, ostatnio jednym z tematów w jego magazynie był nagrodzony Eisnerem album “Skasowałem Adolfa Hitlera” (jeden z kilku zaległych albumów, które nabyłem i jeszcze czekają na przeczytanie). I tenże red. Slach Tycz pokazując okładkę tego komiksu z własnej nieprzymuszonej woli wypixelował znajdujące się tam swastyki. Sic! Wyobrażacie sobie coś bardziej idiotycznego? On nie tylko kompromituje się, ale tym razem również nie taki zły kanał telewizyjny i komiksy jako takie. Wszystko hurtem.
Red. Szlach Tycz nieraz już machał takie numery, acz dotąd na mniejszą skalę. Mój ulubiony (stąd zresztą ten pseudonim) to wielka recenzja Daredevila w “Przekroju” w której z uporem godnym lepszej sprawy wielokrotnie nazywał bohatera tejże recenzji “Dare Devilem”. Szkoda, że już tam nie publikuje - chętnie poczytałbym o Su Per Manie, Wolve Rinie, czy Ave Ngers…

Stargare Box
DVD: Gwiezdne wrota 3/5-8 - dziś walnąłem całą płytkę O’Neila i kolegów. I było fajnie: opowieść o nieprzyswajalności kultur, coś z mojego ulubionego gatunku “światów alternatywnych”, Bounty Hunter (widać “Stargate” pozazdrościł “Star Wars” Boby Fetta i zupełnie nieźle go przerobił by pasował do tego uniwersum. Czyli dużo gadał) i opowieść o planecie na której panuje średniowieczny katolicyzm (znaczy do sprawdzenia prawdomówności stosuje się “próbę wody”). Pierwszy sezon tego serialu był niezły, drugi - dobry, ten jest jeszcze lepszy. Super.

Columbo - Staromodne morderstwo 38 - tym razem stonowana, nieśpieszna, wręcz liryczna opowieść o morderstwie w muzeum. A wszystko za sprawą zadziwiająco subtelnej morderczyni. Właśnie tytułowo “staromodnej”. Raz na jakiś czas - czemu nie?

Dr House 2
Dr House 2/18-19 - odcinek o bezsenności (+ niełatwe wyznania) i drugi w którym House mocuje się z Bogiem. No, wreszcie przeciwnik na jego miarę! Nie zdradzę puenty, bo nie jestem taki.

Pierścień Nibelunga
Komiks: Pierścień Nibelunga - P. Craig Russell po raz pierwszy. Ten gość zrobił się specjalistą od adaptowania. A tu przeszedł samego siebie - zkomiksował operę, ba, cztery opery na raz - całą tetralogię Wagnera. Muszę przyznać, że już sama idea wydała mi się abstrakcyjna - oto jedno powoli odchodzące w przeszłość medium bierze się za adaptację drugiego, które w przeszłość odeszło już wiele dekad temu. I po co to wszystko (że spytam jak Paweł Felis po obejrzeniu kolejnego hollywoodzkiego blockbustera)? A dla rozrywki. Twórcy i czytelników. I faktycznie, przyznaję, rozerwałem się zupełnie nieźle. I zrozumiałem, że opera i komiks mają sporo ze sobą wspólnego. Opery Wagnera (w warstwie fabularnej) okazały się nadzwyczaj komiksoprzyjazne. Są opowiadane równie wyraziście, postacie pociągnięte są grubą kreską, akcenty muzyczne dają się bez większych kłopotów przełożyć na akcenty na komiksowej planszy. Fajnie wyszło. Podejrzewam, że gdyby nie komiks Russella nigdy nie poznałbym tak dobrze perypetii bohaterów Wagnera (jakoś nie potrafię przekonać się do opery. Uwielbiam ten żart o tym, że po przyjściu tam, rozpoczęciu spektaklu i odczekaniu półtorej godziny, po spojrzeniu na zegarek okazuje się, że minął kwadrans), więc już choćby z tego powodu było warto to przeczytać. A że przy tym narysowane i skomiksowane jest nieźle, więc dodatkowy plus.

Koralina
Koralina - P. Craig Russell po raz drugi. I też adaptacja. Tym razem powieści Gaimana. Ostatnio Russell jakoś głównie tym się zajmuje - bierze fabuły, które Gaiman uznał za nadające się na prozę i tak stworzył, i robi z nich wtórnie komiksy. Ten konkretny wyszedł dobrze (i stwierdziła to nawet moja 9-letnia córka, która po raz pierwszy przeczytała blisko dwustustronicowy komiks), ba dostał nawet niedawno nominację do Eisnera, ale nie zmienia to faktu, że jest po prostu wtórny. To bryk z Gaimana, umiejętny, udany bryk, ale bez żadnej zauważalnej wartości dodanej. I tak należy go traktować.

Trzy paradoksy
Trzy paradoksy - świetny drobiazg Paula Hornschemeiera. Przynajmniej tak wygląda na pierwszy rzut oka. Ba, takie nawet może być pierwsze wrażenie po przeczytaniu. Dla niektórych może nawet ostatnie. Ale to biedni ludzie, bo ten komiks to coś więcej, to coś bardziej, to prawdziwa perełka - subtelna, delikatna i wielowymiarowa opowieść o przemijaniu, dorastaniu i świadomości tychże. Do tego bardzo sympatyczna, łatwa w odbiorze kreska (umiejętnie różnicowana), idealne zrozumienie i wykorzystanie potencjału środków formalnych jakie daje medium komiksowe. Na tym poziomie to komiks bliski Śledziowym NSS, acz równocześnie znacznie bardziej uniwersalny. Nie wiem co tam pan Hornschemeier jeszcze stworzył czy stworzy, ale chętnie przeczytam. Ba, kupię. W ciemno.

Kubuś Piekielny
Kubuś Piekielny - kolekcjonerskie, twardooprawowe wydanie jednego z najstarszych komiksów mego dzieciństwa. A może wręcz pierwszego. Dziś już nie pamiętam dokładnie co było w pierwszym “Świecie Młodych” jaki podebrałem starszemu bratu. Pamiętam, że natychmiast zaczytałem się w komiksowej opowieści na ostatniej stronie, zakochałem się w tej formie opowiadania fabuł i wymogłem na rodzicach, by kupowali mi odtąd każdy numer tej gazety - trzy razy w tygodniu. To był rok 1977. I z pewnością wtedy po raz pierwszy zetknąłeś się z kolegą Piekielnym. Może coś było przed nim, a może nie - nieważne. Ważne, że do dziś mam sporą dawkę sentymentu do tej produkcji pani Paweł (znacznie większy niż do jej Kleksa). I dziś przeczytałem to wszystko ponownie i… utwierdziłem się w opinii jaką mam już od ładnych kilku lat. Że to słabe, wtórne i pełne zasłyszanych żartów. Niestety. Zwłaszcza widać to w części kolekcjonerskiej właśnie z tymi najstarszymi odcinkami. Więc li tylko z tego wspomnianego sentymentu postawię sobię ten tom na półce “Szanujmy wspomnienia”. Bo obiektywnie rzecz biorąc powinien znaleźć się na innej - tej z “Niewydarzonymi kuriozami”.

I na dziś tyle, choć to jeszcze nie koniec sterty. Ale znowu mnie północ zaskoczyła i przeskoczyła. Dobranoc

już nie pierdolę i jadę

April 21st, 2009

I to się nazywa szybka reakcja. Wczoraj w bojowych nastrojach śmy bojkotowali, a tu już po sprawie. Dziś z samego rana dostałem list od Mamuta (czy traktując rzecz oficjalnie - od Dyrektora MFK Adama Radonia), że pożegnali się z kolegą Skrzypczykiem (twórcą Seminarium i jego tematu). Naukową część Festiwalu panowie organizatorzy wymyślą na nowo, a i ja i KRL tam będziemy i piwo wypijemy. To się nazywa sukces akcji obywatelskiej (wolę sobię tak to interpretować, niż domyślać się, że może nasza akcja i ostateczne rozwiązanie kwestii seminaryjnej po prostu przypadkowo zbiegły się w czasie).
Tymczasem mała kupka innych spraw:
Na Onecie mój tekst o Disney’u i nasze pogaduchy o filmach “Generał Nil“, “Hanna Montana Film“, “Nieproszeni goście” i “Vicki Cristina Barcelona
W telewizorze z kolei dziś dziś w głównych “Wiadomościach” TVP1 pani bez najmniejszej żenady streściła w trzech zdaniach fabułę “Tataraku” (najnowszego filmu Wajdy) razem z puentą. No brawo, przecież do kina nie chodzi się po to, żeby śledzić fabułę. To takie prostackie… A rano słyszałem jak red. Pałasiński w TVN24 opowiadał o znalezieniu grobu Kleopatry i twierdził z przekonaniem, że Marek Antoniusz był rzymskim cesarzem. Taaa… A Kleopatra biskupem.
W sumie to każdy dzień zaczynamy od poranka TVN24 i ogląda go również junior, który od jakiegoś czasu ma bajkową dietę (w sensie, że mniej ogląda) więc jest na głodzie. Często wpada do pokoju z włączonym telewizorem, by pooglądać cokolwiek. I kilka dni temu przed wyjściem do przedszkola obejrzał jakiś bieżący raport o Euro2012 i potem mi streszczał: “Tata, słyszałem, że nasze miasto ma zająć jakieś ukraińskie miasto”.
Cóż poza tym? Dobre wieści z obozu Kevina Smitha. Jest już oficjalna data polskiej premiery kinowej “Zack i Miri kręcą porno” - 26 VI. Ponad tydzień wcześniej Kevin w ramach spotkań z fanami (słynne sesje Q&A wydawane czasem na DVD jako “Evening with Kevin Smith”) pojawi się w Carnegie Hall. Niestety ten wieczór nie będzie rejestrowany, a jakoś nie mogę wtedy podskoczyć do Nowego Jorku…
Za to złe wieści z obozu Oscariady i Akademii OFFscarowej. Od dwóch lat byłem do niej zapraszany, by nagradzać to, co najlepsze w polskich kinie niezależnym. W tym roku też mnie zaproszono. Ale imprezy nie będzie. Miasto wycofało się ze współfinansowania i trzeba było zamknąć. OFFscary odbędą się w innym terminie i miejscu (w sensie - poza Warszawą). Mimo to, postaram się wziąć udział.
A teraz już do wchłaniania:

Stargare Box
DVD: Gwiezdne wrota 3/4 - dobry odcinek o tym, że czasem równie dużym problemem jak wrogowie są bronie wymyślone do walki z nimi. Naprawdę coraz bardziej lubię ten serial.

Z archiwum X 7
Z archiwum X 7/12 - odcinek nr 150. No to trzeba było coś wymyśleć. I wymyślili. “X-Cops” - skrzyżowanie archiwum X i popularnego amerykańskiego formatu “Cops”, czyli biegania z kamerą za prawdziwymi gliniarzami podczas patrolu. I tak właśnie wygląda ten odcinek: kręcony z ręki, w biegu, przez ekipę “Cops”. Mulder i Scully wspólnie z lokalnymi gliniarzami tropią istotę, która spełnia największe strachy różnych ludzi. Świetne.

ST DS9 sezon 2
Star Trek: Deep Space Nine 2/17-20 - a tu machnąłem całą płytkę. Jadzia trenuje młodego Trilla, Quark zrobi (prawie) wszystko w imię dawnej miłości, trzej starzy Klingoni (wszyscy znani z TOSa) wyruszają z Dax na swą ostatnią bitwę (przynajmniej dla niektórych) i wreszcie zaczyna się historia Maquis, która będzie gruntem pod “Star Trek: Voyager”.

Columbo - Filmowe morderstwo 37 - i wbrew pozorom pozostajemy w klimatach startrekowych. Bo w tym autotematycznym odcinku (mordercą jest aktor wcielający się w serialu telewizyjnym w genialnego detektywa) główną rolę gra sam kapitan Kirk - William Shatner. Ba, nie tylko on, bo w epizodzie pojawia się jeszcze Walter Koenig. Shatner gra równie manierycznie (i znacznie bardziej wkurzająco) co Falk, a ten najwyraźniej świetnie się w tym odcinku bawi, chichocząc pod nosem przy wysłuchiwaniu długich monologów Kirka. Przyznaję - też chichotałem.

Dr House 2
Dr House 2/14-17 - a u House (prawie tak wciągającego jak “Na dobre i na złe”): przeszczep serca zarażonego rzeżączką, żona dosłownie ozłacająca męża, wyjałowiona młodsza siostra Buffy (w sensie Michelle Trachenberg) i szpitalny turniej pokerowy, który zamienia się w walkę o życie sześciolatka.

Nic do stracenia
Literatura: Lee Child - Nic do stracenia - skoro wiosna, to pora na najnowszą powieść Childa. Jedenastą po polsku (zostały jeszcze dwie gdzieś z środka cyklu), ale wiosną wychodzi zawsze ta najnowsza. Tym razem Jack Reacher trafia do uroczego tandemu miasteczek: Nadziei i Rozpaczy. I oczywiście robi w nich porządek (z pomocą atrakcyjnej pani szeryf z Nadziei). Rozpacz bowiem - zgodnie z nazwą - okazuje się miastem mało sympatycznym i z mnóstwem tajemnic. Reacher zaś jak mół pancerny przechodzi przez wszystkie przeszkody, wyjaśnia co trzeba i rozwala wszystko i wszystkich po drodze. Trzeba przyznać, że Child wie jak pisać i wie co chce napisać. To trochę literacka wariacja na klasyczne fabuły z lat 80. z Arnoldem czy Sylwestrem. Ot, opowieść o panu, który ze wszystkim radzi sobie siłą i godnością osobistą. I już. Prosto i na temat. I w świetnym stylu. Polecam, jak za każdym razem.

Damien Rice 9
Muzyka: Damien Rice - 9 - druga (i pewnie ostatnia) płyta Rice’a nie jest tak dobra jak “O”, którym się niedawno zachwycałem. Ale i tak ma kilka numerów, które rzucają na kolana: “9 Crimes”, “elephant”, “rootless tree”, “me, my yoke + i” czy końcowy “sleep don’t weep”. Pięknie jest. Posłuchajcie (i popatrzcie sobie) na ten pierwszy ze ślicznym kanonem w refrenie.

Y - Cykle Y - Jeden mały krok
Komiks: Y - Ostatni z mężczyzn: Cykle i Jeden mały krok - komiksowa wariacja na “Seksmisję” rozwija się coraz ciekawiej. Yoryk trafia do nadzwyczaj dobrze zorganizowanego miasteczka (i dowiaduje się skąd ten porządek w babińcu) i próbuje pomóc w lądowaniu kosmonautów równocześnie walcząc z izraelskimi komandoskami. Na dokładkę historia pewnego teatru rysowana gościnnie przez Paula Chadwicka. W sumie bardzo przyzwoita pulpa sf. Tak trzymać!

Hellraiser II
Hellraiser II - druga porcja komiksów z mrocznego świata Clive’a Barkera. A dokładniej z uniwersum z pewną kostką w centrum. Wybór jak wybór (ja tam zbieram oryginalną serię “Hellraiser” z Epica - brakuje mi jeszcze pięciu zeszytów), ale rozumiem, że wrażenie miał tu zrobić przede wszystkim zestaw nazwisk: Ross, Van Fleet, Bolton czy Doran. Główne danie tomu, czyli dwuczęściowe “Powołanie” jest niezłe, acz to jedynie proste skrzyżowanie mitologii Barkera z klasycznym superbohaterskim podejściem do komiksów. Obok niego różnoklimatyczne (acz umiejętności wytwarzania klimatu nie sposób im odmówić) “Dziewczynka z wizjera”, “Ręka nieboszczyka”, “Demony dla jednych, anioły dla drugich” czy “Drogi Pamiętniku” i zapadające w pamięć okrutne i mroczne pin-upy. Ten tom to faktycznie “Obrazy grozy” - czasem ta seria robi bokami, ale tu jej nazwa sprawdza się w 100%.

Tum przerwał, lecz… sterta komiksów została. Ale północ wybiła pół godziny temu, więc czas spać.

pierdolę, nie jadę

April 20th, 2009

Wiem, mam zaległości kilkudniowe, ale natłok spraw zawodowo-towarzysko-rodzinnych zjadł mnie trochę w drugiej połowie tygodnia. Jutro się odrobię i nadrobię a dziś jedna sprawa. Za to ważna:

Zaczęło się ode mnie. Potem był Śledziu, dyskusja zainicjowana na forum przez Konewkę, znowu Śledziu, Karol, no i teraz znowu ja. Rzecz (dla tych, którzy nie lubią klikać w linki) w temacie i rozwinięciu tegoż, tegorocznego Sympozjum Komiksologicznego odbywającego się obok i w ramach łódzkiego Festiwalu Komiksu. Ot, tym razem pan organizator Sympozjum przeszedł samego siebie i na dzień dobry obraził większość obecnych twórców komiksów. Tak mi się zdawało gdy pisałem o tym po raz pierwszy. A potem inni to potwierdzili i rozwinęli. No i teraz nie pozostaje mi więc nic innego (po dłuższym zastanowieniu) jak zgodzić się z Karolem i nie odpuścić. Skoro organizatorzy (mając jeszcze blisko pół roku nie widzą powodu, by coś z tym zrobić) to pozostaje li tylko wyraźny gest z naszej strony. Więc nie odpuszczam. Nie jadę. Miałem na ten rok zrobić drugi wywiad-rzekę, tym razem z Bogusiem Polchem, ale w tej sytuacji nie zrobię (z Bogusiem już rozmawiałem i przeprosiłem, do organizatorów napisałem). Będzie jeszcze okazja. A w tym roku z szacunku do kolegów i do tego wszystkiego co od lat jakoś w miarę sympatycznie się tu turla, zostanę w domu. I zaproszę Karola.

PS. A żeby nie było całkiem na smutno - mały konkurs. Z jakiego filmu cytatem jest tytuł tego wpisu (dla ułatwienia mówi to Cezary Pazura)? Kto pierwszy zgadnie dostanie cuś na DVD.

definitywnie po świętach

April 16th, 2009

I nie mam nic przeciwko (za to mam urocze świąteczne zdjęcie wręcz idealne na tego bloga, ale wstawianie obrazków wciąż nie działa - jak tylko ruszy to je wrzucę, niezależnie jak bardzo będzie już po ptakach). Choć znowu trzeba zwlekać się o 7.00 by córkę odwieść do szkoły i znowu zewsząd dzwonią różni ludzie i coś chcą (a to jakiś tekst, a to jakąś wypowiedź w temacie, a to pytają czy sprzedaż mieszkania wciąż aktualna). Nie narzekam, choć łeb mnie coś dziś boli to zaiwaniam. A w przerwach droczę się z kolegami na forum.
A zaległości narobiło się w taką małą, ale jakże istotną dla przedłużania gatunku część ciała. To spróbuję się ciut odgrzebać. Zacznijmy od linków (choć niektóre trafią we właściwe miejsce przy wchłanianiu): na Onecie moje spisane wrażenia po “Nocnym pociągu z mięsem”, nasza z Mykiem pogaducha o trzecim sezonie “Skazanych na śmierć” a krakowskie “Miasto Kobiet” wrzuciło na swoją stronę napisany przeze mnie do ich ostatniego numeru paszkwil na “Włatców Móch”.

A teraz do wchłaniania:

Vicky Cristina Barcelona
Kino: Vicky Cristina Barcelona - Najnowszy Allen. Fajny. Po raz pierwszy od lat nieźle i wiarygodnie erotyczny. Przy tym zabawny. Przy tym naprawdę mądry. Z jednej strony wkurzają ciągłe podpórki narratorem (jakby Allenowi coraz mniej chciało się opowiadać środkami filmowymi) z drugiej wielki plus za olanie kinowych stereotypów, że trzeba opowiadać o jakichś ważnych, przełomowych dla bohatera sytuacjach, wielkich zmianach, nieodwracalnych wyrwaniach z rytmu itp. Bullshit. Trzeba opowiadać dobre historie. Ta jest dobra. I piękna wizualnie (więcej wrażeń na Onecie).

Powrót do Garden State
DVD: Powrót do Garden State - świetny film. Fabularny debiut Zacha Braffa (tego z “Hożych doktorów”), który pięknie oddał sytuację powrotu młodego coraz popularniejszego aktora na rodzinne zadupie. Jest neurotycznie, momentami infantylnie, tkliwie i romantycznie. Pięknie jest. I momentami naprawdę zabawnie. Braffowi świetnie sekundują Ian Holm w roli ojca, Peter Sarsgaard jako kumpel z dzieciństwa pracujący na cmentarzu (mam dokładnie takiego samego i też na cmentarzu) i Natalie Portman jako ukochana. I do tego rewelacyjna ścieżka dźwiękowa. I jeszcze pamiętam fajną anegdotkę z tym filmem: kilka lat temu, gdy wchodził do kin akurat w Gdyni trwał Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Czyli wszyscy co ważniejsi, co funkcyjniejsi i co bardziej publikujący krytycy filmowi byli przez kilka dni tam, a nie w Warszawie. Co więc zrobił dystrybutor? Ot, pewnego dnia wszyscy akredytowani na imprezie dziennikarze znaleźli w swych skrzynkach kontaktowych zaproszenie na pokaz filmowy “Powrotu”, który odbędzie się w jednym z gdyńskich kin tego dnia o 22. To się nazywa elastyczność i pomysłowość. W końcu i tak się wybrałem na jakiś filmowy raut zamiast na ten seans i zobaczyłem “Garden State” dopiero teraz (czego z dzisiejszej perspektywy mogę nawet ciut żałować), ale doceniam ideę. I spokojnie twierdzę, że gdybym poszedł, byłby to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) film oglądany podczas tego festiwalu.

Harry Potter i więzień Azkabanu
Harry Potter i więzień Askabanu - po całej aferze przy poprzedniej części do trzeciej podchodziłem z taką lekką nieśmiałością… Tym bardziej, że WIDZIAŁEM ją już wcześniej w kinie. Ale korzystając z przerwy świątecznej obejrzałem znowu z córką. I było świetnie. To chyba najlepsza (jak dotychczas) część z cyklu - wielka w tym zasługa reżysera (Cuaron rządzi), ale i nowe twarze w obsadzie i świetna fabuła z pętlą w czasie. Po prostu kawał dobrego fantasy na granicy kina familijnego. Super.

Ładunek strachu
Ładunek strachu - nieduża hiszpańska produkcja sensacyjna o młodych nurkach, którzy tracą łódkę i wskakują na gapę na statek, którego załoga nie składa się z miłych scoutów. Ot, nic epokowego, nawet nic wyraźnie dobrego, ale w pojawiającej się u mnie często kategorii “do obejrzenia jednym okiem podczas pracy” daje mu 6 (na 10).

Zatopieni
Zatopieni - kiedyś sobie obiecałem, że będę oglądał wszystkie filmy z Seagalem. No to teraz jestem sam sobie winien. Ten ma cztery lata, Seagalowi towarzyszy Vinnie Jones, a akcja skacze z ambasad na łodzie podwodne i do opery. Seagal jest oczywiście mistrzem świata we wszystkim, a naprzeciw niego m.in. podwójni agenci i niewinni ludzie po praniu mózgów. Słowem - standard. Ale lubię patrzeć jak Seagal kopie i macha rękami. No i znowu se popatrzyłem.

Zły porucznik
Zły porucznik - naście lat temu ten film błyskawicznie zdobył status kultowego, a potem równie błyskawicznie w zasadzie o nim zapomniano. Widać wielkość filmu Ferrary nie polegała na czymś naprawdę szczególnym a po prostu na chwilowym szoku bo w kościele tu dość wyraziście gwałcą zakonnicę a Keitel jest bardzo złym policjantem, co to biega z fiutkiem na wierzchu. Fiutek został dość szybko przelicytowany przez inne większe i bardziej spektakularne fiuty na ekranie, a sama historia wielkomiejskiego katharsis widać była nie dość frapująca. Dziś, z perspektywy lat ten film jest po prostu nudny, łopatologiczny i słaby.

Dirty Sanchez
Dirty Sanchez. The Movie - gówno. W czystej postaci. Bohaterowie nawet je liżą (po wcześniejszym zamrożeniu). Do tego mnóstwo innych numerów mających na celu udowodnić, że ci z “Jackassa” to małe misie bez jaj. Ci tu mają jaja i nawet chętnie je pokazują. I jest to po prostu niesmaczne. Totalnie pozbawione finezji i jakoś (w przeciwieństwie do “Jackassa”) mnie nie bawi (więcej wrażeń na Onecie).

Zarżnięci żywcem
Zarżnięci żywcem - kameralny (acz niezły) brytyjski komediohorror. Czy właściwie komediothriller, bo nic nadprzyrodzonego tu nie ma. Są za to Andy “Gollum” Serkis i Reese “Liga dżentelmenów” Shearsmith. I dzięki temu jest śmiesznie. A dzięki niezłemu specowi od efektów specjalnych momentami dość makabrycznie. Film nie dorównuje “Martwicy mózgu” czy “Evil Deadowi”, ale już z taką “Czarną Owcą” może konkurować (więcej wrażeń na Onecie)

Świt żywych trupów
Świt żywych trupów - kolejny wstyd. W sensie, że wcześniej nie widziałem oryginalnego filmu Romero. A teraz już tak. I tym bardziej doceniam remake Snydera. Zack faktycznie przerobił ten pomysł na potrzeby XXI wieku. Nie znaczy to, że film Romero jest zły - jest po prostu lekko archaiczny. Od rozwlekłości kina lat 70. przez niebieskawych zombie (jak opowiadał szef efektów Tom Savini robił szarych - w hołdzie czarno/białej “Nocy żywych trupów” - ale w efekcie na kolorowej kliszy wyszli na niebiesko) po łopatologiczny przekaz społeczny. Grubo ponad dwie godziny z których wynika, że to ludzie ludziom zgotowali ten los, ale i tak jest jeszcze miejsce na happy end. Ot - kino lat 70. w pełnej krasie.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 2/21-3/3 - przełom drugiego i trzeciego sezonu. Najpierw SG-1 niechcący cofa się o 30 lat i musi znaleźć drogę na “powrót do przyszłości”. A potem zaczynają się kolejne jazdy i konfrontacje z Goa’uldami: Hathor, Sethem, Kronosem, Nurrti, Yu. Uniwersum serialu ładnie się poszerza i wciąga coraz mocniej. Jakże fajna w tym kontekście jest myśl, że nie jestem nawet w jednej czwartej całości. I że ta całość czeka na mnie na mojej półeczce.

Ranczo 3
Ranczo 34-39 (3/8-13) - i skończyłem trzeci sezon. Zdecydowanie najlepszy. Wcześniej po dwóch rozumiałem dlaczego uważa się “Ranczo” za jeden z lepszych seriali ostatnich lat (mówiąc o serialach polskich), teraz przy trzecim z przekonaniem twierdzę, że można już odpuścić sobie ten nawias. Poziom “Rancza” dalej rośnie i teraz to już po prostu dobry serial. Z dobrze przekombinowanymi postaciami, fajnymi autonomicznymi fabułami odcinków i przede wszystkim z naprawdę świetnymi dialogami. Jest naprawdę dobrze. A odcinek z nowym wikarym (Kasprzykowski), który robi porządek we wsi niczym anioł z ognistym mieczem do tej pory mi się odbija czkawką ze śmiechu.

Z archiwum X 7
Z archiwum X 7/9-11 - najpierw odcinek o wężach a potem podwójny ostatecznie rozwiązujemy sprawę porwania siostry Muldera. Przy tym drugim miałem lekkie deja vu i początkowo nie wiedziałem skąd. A potem spojrzałem na datę pierwszej emisji (luty 2000). I przypomniałem sobie. To była moja pierwsza wizyta w USA. Małe mieszkanko mojej teściowej na Greenpoint’cie, malutki telewizorek i ja przylepiony do niego oglądając wieczorami wszystkie możliwe seriale i czując się, jakbym skoczył w czasie w przyszłość o 2-3 lata (tyle wówczas mniej więcej mieliśmy opóźnienia). Ten odcinek “Archiwum X” był jednym z tych skoków. I pomyśleć, że to już prawie dziesięć lat temu…

ST DS9 sezon 2
Star Trek: Deep Space Nine 2/14-16 - następna porcja wprost ze stacji kosmicznej. Najpierw odcinek w zamyśle mocno przypominacy ideę powieści “Wyspa skazańców” Lehane’go, którą właśnie ekranizuje Scorsese. Potem piękna opowieść - metafora komunizmu (idea wcielana w życie po trupach i wbrew woli uczesników), ale z hollywoodzkim happy endem i wreszcie bardzo fajna iście Dickowska fabuła o granicach realności. W “Star Treku” jest wszystko. Jak w Biblii.

Świat według Bundych 3/17-19 - jeszcze jedna płytka z dysfunkcyjną amerykańską rodzinką. Tu rodzice wybierają się na zjazd absolwentów i tam świetnie się bawią (przez dwa odcinki) a potem junior ma kłopot bo koledzy już randkują a on nie. Poza oczywistą porcją małowybrednych żartów dodatkowym dowcipem (z perspektywy tych dwóch dekad) jest obsada ról kolegów juniora. Wtedy to oni pewnie zazdrościli Faustino dużej, stałej roli w seriali. Dziś nazwiska (wówczas trzynastoletnich) Stevena Dorffa i Giovanniego Ribisi mówią na świecie ciut więcej.

Smallville 5
Smallville 5/7-12 - po kilkutygodniowej przerwie wróciłem do przygód Clarka Kenta. A tu dziwniej i dziwniej. Najpierw pojawia się nowy czarny Kryptonit, który robi z niego paranoika. Pomaga mu prof. Fine (Spike z “Buffy”), który oczywiście okazuje się tym, który mu podesłał ten kamień. W kolejnym odcinku Fine zaraża czymś Marthę Kent i w ogóle miesza. I znika. Potem świetny odcinek świąteczny, w którym Lex ma wizję swojego szczęśliwego życia jako męża Lany, a Clark pomaga i poznaje prawdziwego Św. Mikołaja. W międzyczasie Lex i tata Supermana ścigają się w wyborach na senatora. Robi się ostro (zamachy, psychopatyczni fani itp.). I wreszcie jeden wygrywa. I niedługo potem umiera. Dokładnie w 100 odcinku serialu. Tak, na jubileusz. CDN.

Columbo - Ostatni toast za komandora 36 - iście agatochristowska fabuła o morderstwie starego marynarza. Jak rzadko w tej serii zagadka utrzymuje się praktycznie do końca. Ale nie zmiejsza to zabawy. A nawet Columbo sprawia wrażenie jeszcze bardziej wyluzowanego niż zwykle.

Dr House 2
Dr House 2/1-13 - naczekałem się na drugi sezon House, to i nic dziwnego, że teraz chapię go wielkimi kęsami. I już jestem w połowie. Oglądam, rozmarzam się przy każdym odcinku: ech kiedyś mieć taką pozycję zawodową, by móc tak traktować ludzi i chichotam co chwilę. Trzeba przyznać, że scenarzyści wymyślają House’owi naprawdę pokręcone przypadki, a i nie oszczędzają w życiu prywatnym. To zdecydowanie jeden z najlepszych seriali ostatnich lat, choć w końcu i w nim zauważyłem pewną rysę. Za mało tu zejść. Przy takiej ilości komplikacji, powikłań, błędnych diagnoz itp to tam co tydzień, dwa powinien ktoś umierać. Nie doczekać właściwej diagnozy, paść po drodze. A tu zawsze odratują. Od tej strony ten uroczy kryminał medyczny (bo tak należy gatunkowo zakwalifikować te ciągłe śledztwa House’a w poszukiwaniu właściwej choroby) to trochę bajka. Ale tak uroczo chamska i niepoprawna politycznie w dialogach, że ją uwielbiam.

Muzyka i komiksy (dużo komiksów) już nie dziś. Dobranoc.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl