Kamil M. Śmiałkowski

powracam

March 31st, 2009

Po dłuższej przerwie z przyczyn różnorakich zdecydowałem się na bardziej hurtowy powrót na łamy Onetu. Będę tam teraz często i dużo wrzucał - pewnie w dużej mierze będą to zresztą pogłębione, bądź przemyślane opinie, którymi tu dzielę się zaraz po seansie. Na początek poszły dwie tegotygodniowe nowości kinowe “Gran Torino” i “Miasto ślepców“. A jutro napiszę o właśnie świeżo obejrzanej “Zapowiedzi”. A skoro już o niej:

Zapowiedź
Kino: Zapowiedź - najnowszy Proyas najbardziej zawodzi właśnie na poziomie świadomości kto to zrobił. Po kim jak po kim, ale po twórcy “Kruka”, “Mrocznego miasta”, nawet “Ja, Robota” spodziewałem się czegoś bardziej stylowego. A dostajemy przez większość seansu neutralne i lekko mdławo-nudnawe (i pełne brzydkiej muzyki) kino o tajemnicy. Takiej mocno Shyamalanowej. Właściwie cały ten film mógłby wyjść spod ręki M. Nighta i może zresztą byłby wtedy bardziej spójny i przekonujący. Bo od samej idei po happy end z dupy wzięty cały jest jak z głowy pana od “Znaków”. Ale co mi się tu bardzo spodobało (uwaga, bo w tym momencie straszliwie spojleruję) to, że wreszcie ktoś pojechał do końca i puścił naszą planetę z dymem. Do końca. Bez Bruce’a Willisa, który weźmie większość asteroidy na klatę i mimo zniszczenia kilku kontynentów nasza cywilizacja przetrwa. Tu nie przetrwała. I pokazano to sympatycznie i spektakularnie. Podobało mi się. Choć oczywiście nie mogli się powstrzymać i dodali happy end z dupy wzięty. A do tego bonus przebijający hollywoodzki zwyczaj, że wszystkie rasy we wszechświecie mówią po angielsku - oto w tym filmie jasnowidzów już w latach 50. obowiązuje współczesny amerykański system GPS. Brawo.

Rodzinny dom wariatów
DVD: Rodzinny dom wariatów - sympatyczna i świetnie obsadzona rodzinna komedia świąteczna. Danes, McAdams, (Diane) Keaton, Parker, (Luke) Wilson, Mulroney i nie tylko. Oto do super wyluzowanej rodzinki najstarszy syn przywozi swą narzeczoną (sztywniarę z wielkiego miasta). Robi się ostro i zabawnie. A potem przyjeżdza jeszcze jej siostra. Klimat, humor, prosta, acz przekonująca opowieść - świetne.

10 minut później: Trąbka
10 minut później: Trąbka - zestaw 10-minutowych nowelek, które mają traktować o czasie. Wyszło dość różnorodnie - Spike Lee i Werner Herzog zrobili krótkie dokumenty (jeden o przegranych wyborach Gore’a na Florydzie, drugi o zanikającym plemieniu z Ameryki Południowej), Jarmusch uroczą pierdółkę o przerwie w zdjęciach (z Chloe Sevigny), Wenders kino drogi, a Erice piękny drobiazg o źle podwiązanej pępowinie. Do kompletu są jeszcze Kaige (niezły) i Kaurismaki (najsłabszy). I tyle.

Bękarty diabła
Bękarty diabła - jakoś nie przekonał mnie “Dom 10000 trupów”, więc nie śpieszyłem się z obejrzeniem jego ciągu dalszego. I to był błąd. Bo tym razem jakoś film p. Zombie wszedł mi znacznie lepiej (a może po prostu dorosłem). Niby to też tylko wariacja na zgrane dziesiątki razy patenty i motywy kina grozy o makabrycznej rodzince, ale całość podana jest tak lekko i swobodnie (co nie zawsze jest tożsame z dowcipnie), że wyszedł bardzo fajny film. Grają jak trzeba, krwi i obsceny jest dość, aluzje kulturowe dobre i nienachalne i nawet kilka dobrych dialogów (urzekło mnie zwarcie pomiędzy fanami Groucho i Elvisa). Kawał porządnej obrzydliwości.

Intruz
Intruz - dziwna, drugoligowa pierdółka z Charlotte Gainsbourg, będąca skrzyżowaniem niezobowiązującej fantastyki spod znaku eksperymentu filadelfia, seksualnego thrillera i głupoty scenarzystów. W skrócie chodzi o to, że pani poznaje pewnego wdowca, wychodzi za niego, a potem zabija jego pierwszą żonę pistoletem wyprodukowanym ponad rok po zabójstwie. Dziwne? W sumie tak, ale nie jestem przekonany, czy aż tak, by to polecać. Chyba w sumie nie.

Gotowe na wszystko 4
Gotowe na wszystko 4/13-17 - i po sezonie. Wszystko się ładnie wyjaśniło, poplątało finałowo i porozplątywało. Kawał porządnego obyczaju, którym jednak już sami twórcy byli na tyle zmęczeni, że po tym sezonie (co zasygnalizowano na koniec) przeskoczyli w fabule o 5 lat. I dobrze, bo każda z desperatek da radę w tym czasie nazbierać nowych brudów za paznokciami. I znowu będzie co oglądać.

Świat według Bundych 3/14-16 - tradycyjna cotygodniowa porcja Bundy’zmów. Ot, znika dom sąsiadów, którym Bundy mieli się opiekować, Kelly zaprosiła koleżanki na noc w piżamach, Peggy zarabia na prowizji od kosmetyków, które sama kupuje, a proces wytoczony motelowi, który nagrał Bundych uprawiających seks zakończył się zerowym odszkodowaniem w myśl sentencji - Jaki seks, takie odszkodowanie. W jednym z odcinków jako szef fastfoodu w stylu Star Treka młodziutki Pauly Shore.

Z archiwum X 7
Z archiwum X 7/5 - odcinek o superprędkości. Ot, w Liceum kilku młodziaków nabywa mocy niczym z komiksu. I oczywiście jeden jest zły, drugi dobry, a ona między nimi. No i są jeszcze Mulder i Scully dziwiąc się kolejnym wydarzeniom. Taką pracę mają.

Czak Norys vs Ojciec Dr. III
Komiks: Czak Norys versus Ojciec Dr. III - jakoś nie mogłem się powstrzymać od tej grzesznej przyjemności i na WSK nabyłem sobie trzeci zeszyt o starciu tych dwóch ikon XXI wieku. Mam słabość do wyszukanych i wulgarnych dialogów, jakie serwuje kolego BS w swych komiksach i tym razem też się nie zawiodłem. Nie jest to równe, nie jest to zawsze zabawne, ale jak czasem kopnie między oczy. Przynajmniej mnie. Ot, w takich frazach jak: “Życie jest jak transwestyta, niby wszystko piękne a tu chuj!”. Dla takich zdań, zawsze będę kupował jego komiksy.

Zaczarowana altana 2
Zaczarowana Altana 2 - a to dokładnie drugi kraniec komiksowej skali. Grzeczny komiks dla dzieci i to robiony na zamówienie. I równie dobry. Miasto Bydgoszcz postawiło - jak widać - na własną serię komiksową promującą miasto i jego historię. To nawet już nie takie rzadkie w naszym kraju, ale oni zrobili to zatrudniając (i to już rzadkie) świetnych zawodowców. Rysuje Sławek Kiełbus, który po prostu to potrafi, a pisze nieznana mi bliżej pani Ewa Karska, dla której (podobnie jak przy pierwszej części) jestem pełen podziwu. Bo wymyślić fabułę i napisać dialogi, które się idealnie zgrabnie i rytmicznie rymują to dziś nadzwyczaj rzadka sztuka. A ta pani to potrafi. I to już drugi tom z rzędu. Polecam więc i czekam na ciąg dalszy. I tradycyjnie dziękuję panu prezydentowi Bydgoszczy za egzemplarz.

Wartości rodzinne 2
Wartości rodzinne 2: Małpa na przyjęciu - zeszytowa seria Śledzia rozwija się dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Fabuła rozwija się nieśpiesznie, acz zdecydowanie, zwrotów akcji jest dokładnie tyle ile potrzeba w zeszycie, podobnie jak nowych tajemnic i clifhangerów. Ale osobiście najbardziej cieszy mnie i kręci cała otoczka, te dodatki: reklamy, plakaty, pierdółeczki. Uwielbiam to, a tym razem po zobaczeniu na III okładce reklamy powieści Sylwii Sputnik, a zwłaszcza napisanego najmniejszym druczkiem “Wydawnictwo wydało Wydawnictwo Ha!aft” dochodziłem do siebie kilkanaście godzin.

Lupus 1
Lupus 1 - i wracając do czytania sterty zaległości. Peeters, którego “Niebieskie pigułki” były przed kilkoma laty w Polsce sporym wydarzeniem, zrobił komiks sf. Czy raczej wykorzystał kostium sf, by znowu poopowiadać o połamanych ludziach ich rozterkach, wyborach i kłopotach. Dobre, nietypowe i warte lektury. I akurat teraz, gdy to przeczytałem (4 lata po wydaniu) wyd. Post szykuje się - z krakowskim pośpiechem - do wydania drugiego tomu serii. To ja poproszę.

Vaughn - Whitford

March 30th, 2009

Niedziela w pełni (i to już ze zmienionym czasem) więc oto kolejna piątka moich ulubionych aktorów. Alfabetycznie, więc jak łatwo zauważyć powoli finiszujemy. Ale póki co jeszcze nie skończyliśmy - oto następnych 5 panów (tak wyszło) i to 5 anglojęzycznych (powinien w tym zestawie znaleźć się jeden z moich polskich faworytów Krzysztof Wakuliński, ale nie znalazłem niestety żadnego kawałka z nim na youtube. A wielbię jego głos, lubię twarz i oglądam z przyjemnością nawet w najgorszych kupach i soup operach made in poland):

Vince Vaughn - jeden z najśmieszniejszych aktorów z mojego pokolenia. Zaczynał od grania na serio (był chociażby Normanem Batesem w nowej wersji “Psychozy”), ale potem zaczął bawić. Od drobnych epizodów do pierwszej popisówki w “Niezaliczonej” (polecam!). A potem były już “Polowanie na druhny” i “Sztuka zrywania”. Vaughn doszedł do perfekcji w graniu na krawędzi neutralności i wybuchu, co świetnie się sprawdza by w odjechanych i odważnych komediach a gorzej już w komediach mainstreemowych (np. ostatnie “Cztery gwiazdki”). Ale i tak jest świetny. Znalazłem jeden z fajniejszych kawałków “Polowania na druhny” w którym Vince’owi towarzyszy Isla Fisher - aktorka z filmu na film coraz zabawniejsza i atrakcyjniejsza (ale co się dziwić, w końcu w cywilu jest żoną Borata):

Christopher Walken: aktorski Bóg. Jeden z największych. Każde jego pojawienie się na ekranie wywołuje dreszcze. Uwielbiam go wszędzie, ale best of the best jest dla mnie jego zwarcie z Bondem (gdy przyjmuje 007 w swoim gabinecie i błyskawicznie go dekonspiruje). Chciałem to znaleźć, ale ledwie zacząłem szukać natrafiłem na coś tak cudownego, że nie mogłem się powstrzymać i od razu to podpiąłem. Jakość jest taka sobie, ale nic to - wyobraźcie sobie, że Walken opowiada bajkę o trzech świnkach:

Damon Wayans - mój ulubiony czarnoskóry komik. Jedni lubią Murphy’ego, inni Rocka, czy Pryora, ale ja jestem fanem Damona. W komediach robi i to od zawsze praktycznie cała rodzina Wayansów (najpierw w komplecie w “In Living Colour”, potem (już bez Damona) w pierwszych “Strasznych filmach” i następnych wspólnych komediach Keenena, Shawna i Marlona), ale Damon pierwszy się usamodzielnił i to jak! Wtedy go zresztą poznałem - w moim ukochanym filmie Scotta “Ostatni Scout”. Potem było “Mo’Money” i kolejne tytuły. I wreszcie “On, Ona i dzieciaki” - świetny sitcom będący dla mnie XXI-wiecznym odpowiednikiem “Cosby Show”. Oto kilka jego fragmentów:

Steven Weber - najpierw niefrasobliwy brat w “Skrzydłach” (do dziś lubię ten sitcom), potem wzorcowy buc w dziesiątkach filmów i seriali oraz jeden z częściej wykorzystywanych aktorów w telewizyjnych adaptacjach Kinga (np. główna rola w nowej wersji “Lśnienia”). Ale dla mnie przede wszystkim gość ze “Skrzydeł” - oto kawałeczek:

Bradley Whitford - widziałem go przez lata w dziesiątkach różnych tytułów, ale traktowałem jako element tła. I kopnęło mnie dopiero podczas wchłaniania “Studia 60″. On świetny jest. Dyskretny i rewelacyjny. I już się cieszę, że na półce czeka na mnie cały “West Wing” z nim w roli głównej. Tu - “Studio 60″, kawałeczek z końcówki serialu - zaczynający się zresztą od duetu Whitforda i Webera. Tak, tego o którym pisałem kilka wersów wyżej:

I na dziś tyle. Ciąg dalszy za tydzień.

chrapię

March 29th, 2009

Dziś będzie osobiście i cieleśnie, więc jak ktoś nie lubi to można od razu przeskoczyć do wchłaniania. Bo chodzi o to, że chrapię. Bardzo. Tak bardzo, że żona i dzieci jakoś przestają mnie nocami kochać, bo się budzą. Ba, czasem sam się budzę. Tak chrapię. Od kilku miesięcy żona coraz mocniej kopie mnie, żebym coś z tym zrobił. No i wreszcie zrobiłem. Powiedziałem lekarzowi. Ten mnie odesłał do laryndgologa. Tak na początek. To poszedłem. Ten spróbował zajrzeć mi w gardło wkładając szpatułkę. Nie udało się (mam jakiś odruchowy szczękościsk, gdy ktoś usiłuje włożyć mi coś do ust i zbliżyć to do mojego gardła - tym bardziej podejrzewam, że nie sprawdziłbym się w pewnych rodzajach kontaktów międzyludzkich). Poprosił więc tylko o “AAA” i świecił latarką. Stwierdził, że mam wąskie gardło i wielki język. I jak śpię to język się cofa i zatyka. I chrapię. I dał namiar na jakieś specjalistyczne miejsce, gdzie mnie zdiagnozują, położą spać, okablują, sprawdzą, a potem coś z tym zrobią (w domyśle operację). No dobra - pomyślałem. Pójdę.
Tego dnia później byłem na spotkaniu u Owsiaka i po wszystkim sobie gawędziliśmy. I mówię o wizycie u lekarza i tym wszystkim. Na to jeden z nowych kolegów mówi, że to bzdury. Że to z pewnością kwestia zapchanych zatok i że on ma jednego lekarza, najlepszego w Polsce i że to z pewnością zatoki. I żebym sobie kupił takie plasterki na nos na noc, że one jakoś tak pomagają, bo podnoszą czy obkurczają już nie pamiętam. No to kupiłem. A dziś inny lekarz powiedział mojej żonie, że to wszystko przez otyłość, bo mi coś tam się zapasło i zwęziło. Każdy jest mądry a ja dalej chrapię. Dziś po raz pierwszy założę na noc na nos plasterek i zobaczymy. Czy raczej usłyszymy. Czy raczej oni usłyszą. Albo nie.

Nowe pogaduchy na Onecie: “Gran Torino” (u mnie nie ma obrazu a dźwięk się wyłącza w 1/3 a u Was?), “Miasto ślepców“, “Zapowiedź“.

Wchłanianie:
Bez odwrotu
DVD: Bez odwrotu - sensacyjny produkcyjniak, o którym zapomnieć można z dnia na dzień, gdyby nie jego wartość historyczna - to wczesny Russell Crowe z początków jego amerykańskiej kariery (zaraz po “Szybkich i martwych”). Ot, agent FBI w potrzasku: tu misja, tam szantaż, te rzeczy.

Okręt podwodny 707
Okręt podwodny 707 - anime. Niezły kontrapunkt do ostatnio obejrzanego “U-571″. Tym lepszy, że to znacznie ciekawsza fabuła. Futurystyczna opowieść o lekko staromodnym japońskim okręcie, który walczy ze złym admirałem Redem i jego ultranowoczesnym okrętem UX. Okrętem, który pokonał połączone floty całego świata. A japoński 707 mu dokopał. Naciągane to i lekko nippocentryczne, ale co z tego, skoro wciąga. I fajnie się ogląda. I nie ma ciągu dalszego. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. I nie mam nic przeciwko.

Gotowe na wszystko 4
Gotowe na wszystko 4/1-12 - kolejny rok przygód z Visteria Lane. W kilka dni machnęliśmy z Dagmarą ponad 2/3 sezonu (skróconego przez strajk scenarzystów). Od pojawienia się nowej desperatki (Dana Delany, którą lekko obserwuję od “Tombstone” i “Exit to Eden”), przez tornado (prawdziwe), które przeszło nad ulicą, po początki wyjaśniania tegosezonowych tajemnic (kto kogo w przeszłości i z kim i w jaki sposób). Mimo przejaskrawionych do bólu charakterów głównych bohaterek ten serial wciąż się świetnie ogląda. To oglądamy.

Chirurdzy 4
DVD: Chirurdzy 4/1-8 - A to się jeszcze świetniej ogląda. Mówię za siebie. Zdecydowanie to bieżący szczyt ewolucji seriali obyczajowo/medycznych. Fajne perypetie towarzysko/łóżkowe i świetne przypadki medyczne - do tego rewelacyjnie (jak dla mnie - profana) pokazane. Dagmara wciąż narzeka, że zebranie w jednym miejscu tylu lekarzy, którym faktycznie się chce i próbują pomóc pacjentowi to sf. Co prawda jeszcze większą determinację widać w “Doktorze House”, ale ci wygrywają na ilość. No i skoro “Chirurdzy” to i “chorzy” dość widowiskowi: a to po wybuchu domowej fabryczki narkotyków do szpitala trafia niemowlę uzależnione od prochów, a to facet sam sobie odcina nogę, a to chłopak z ołówkiem w oku itd. Krwawo i ostro. I czesto bez happy endu.

ST DS9 sezon 2
Star Trek: Deep Space Nine 2/7-8 - następna trekowa porcyjka: odcinek bardzo ferengowy - startrekowi biznesmeni usiłują wkroczyć ze swymi interesami do nowego kwadrantu. To w tym odcinku pada po raz pierwszy hasło “Dominion” a w tle mamy opowieść o emancypacji i o ferengowej Nawojce. A potem najnowsze śledztwo Odo, które zmusza go do powrotu do sprawy sprzed lat i pierwszego spotkania z Kirą. Flashbacki z DS9 za czasów okupacji cardasjańskiej - bardzo stylowe.

Smallville 5
Smallville 5/6 - trzeba przyznać, że udowadnianie z odcinka do odcinek, że nie jest to już serial dla dzieci zaczyna przybierać dość groteskowe rozmiary. Dość przyznać, że spora część tego odcinka dzieje się w nocnym klubie a Lois Lane tańczy w nim na rurze. Nie, żeby to się brzydko oglądało, ale inaczej sobie wyobrażałem rozwój tego serialu. Ciekawe, co dalej?

Stargare Box
Gwiezdne wrota 2/17 - największy wróg z początku serialu oddaje się umierający w ręce SG-1. Oczywiście tylko dlatego, że goni go ktoś jeszcze gorszy i jeszcze potężniejszy. I niełatwo będzie go zatrzymać. Ot, kolejna opowieść poszerzająca uniwersum Stargate w zupełnie ciekawym kierunku.

Monk 3/10-11 - pojawia się nowa “asystentka” Monka. Jak (wiedząc o niej tylko ze słyszenia) byłem dość sceptycznie nastawiony do tej zmiany, to muszę przyznać, że jest dobrze. A może nawet lepiej. Muszę przyznać, że od razu zaiskrzyło i już mam wrażenie, że ta zmiana wyszła serialowi na dobre. Choć z drugiej strony - sam kryminalny schemat Monka staje się tak oczywisty, że rozgryzam zagadki jeszcze szybciej niż bohater serialu.

Southland Tales OST
Muzyka: Southland Tales OST - polecałem już film, polecałem komiksowy prequel - czas i polecić soundtrack. Tym bardziej, że tani jak barszcz - kupiłem go na wyprzedaży w krakowskim Media Markcie za 9,99 zł. I warto. Nie ma co prawda musicalowego numeru Timberlake’a, ale jest cała reszta a nawet więcej. Przede wszystkim mnóstwo Moby’ego (w tym kilka rzeczy premierowych) - ten gość to jedyne z szeroko pojętej muzyki do windy (tak jakoś nazywam sobie cały ten gatunek), które słucham z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością. A poza tym równie eklektycznie jak w filmie - od Pixies na otwarcie po Berthę Tillman z 1960 r. Od “Me & Bobby McGee” w wykonaniu Waylona Jenningsa z 73 r. po niepokojąco skrzypiące na skrzypce i wokal wykonanie amerykańskiego hymnu. Od śpiewającej Sarah Michelle Gellar po potężną kilkunastominutową koncertową grzałkę - “Three Days” Jane’s Addiction. Ta płyta z pewnością nie pozwala zasnąć.

The Beatles/ 1962-1966
The Beatles/1962-1966 - to z tego samego Media Marktu i z tej samej półki z wyprzedażą. Kiedyś miałem to na winylach, więc natychmiast nabyłem w ramach nostalgii. 26 hitów Beatlesów na dwóch CD. I pięknie zarysowana ewolucja od pierwszych prościutkich pioseneczek o miłości (przy których na koncertach - jak to mówi mój kolega Janusz Radek - laski majtki przez głowy ściągały) po coraz bardzie wymyślne aranże, melodie, pomysły formalne. Zaczyna się to (w tym układzie) gdzieś od “We Can Work It Out” i powoli, acz uparcie rozwija się aż do finałowego “Yellow Submarine”. Kiedyś muszę sobie nabyć analogiczny drugi zestaw z największymi hitami 1966-1970. Tam to się dopiero dzieje!

Queen - Miracle
Queen - The Miracle - coraz rzadziej piszę o kolejnych płytach Queen, bo w drugiej połowie kolekcji są już w większości albumy koncertowe, które mnie nie interesują. Ale na szczęście nie tylko. Przykładem “The Miracle” - płyta chronologicznie bodajże przedostatnia i jakoś mnie nieprzekonująca. Niby różnorodnie, niby z przebojami (”I Want It All”, “The Invisible Man”) ale nic mnie mocniej nie porwało, ani nie zakręciło. Taki nijaki taki ten album.

SW Piekło
Literatura: Troy Denning - Star Wars: Dziedzictwo Mocy-Piekło - świetny tom. Denning, którego wciąż najbardziej lubię za “Gwiazdę po gwieździe” pokazuje, że on po prostu tak potrafi. I nawet niespecjalnie razi to, że większość morderczych pojedynków musi kończyć się bez rozstrzygnięcia (wszak jesteśmy dopiero w 2/3 historii) - klimat postępującej paranoi i wyalienowania nowego mistrza Sith i jego manipulacji, które rozwalają Galaktykę jest naprawdę świetnie oddany, podobnie jak gwałtowna przemiana Luke’a, czy wkurw Lei. Najbardziej jednak kopnęła mnie sekwencja w Akademii Jedi i jatka, jaka tam miała miejsce (już sobie oczywiście sprawdziłem w sieci, że bynajmniej nie wszyscy tam zginęli, ale co mnie zmroziło czytając, to moje). Bardzo dobra powieść i już się cieszę, że to Denning zakończy “Dziedzictwo Mocy” i on właśnie rozpisze ostateczne zwarcie z Darth Cadeusem.

Księżycowa Gęba
Komiks: Księżycowa gęba - i jeszcze przede mną wielka sterta przeczytanych w ostatnich tygodniach komiksów. Zaczynam od drugiego (po “Bouncerze”) dziele duetu Jodorowsky/Boucq. I muszę przyznać, że choć początkowo mnie skręcało, zniesmaczało, mdliło i nudziło, to z kolejnymi albumami (w polskim wydaniu w jednym tomie jest wszystkie pięć) zaczynało mi się podobać. To alegoryczna fikcja teologiczna, która rozrasta się (jak podejrzewam) w miarę coraz większych porcji drugów wchłanianych przez Jodorowsky’ego. Wyobraźcie sobie coś jak świat późnego Yansa, tylko logiczny i spójniejszy. I pełno aluzji i alegorii religijnych. To właśnie “Księżycowa Gęba”. W sumie niezła rzecz - ale jak widzę tę nadrukowaną cenę 150 zł. to nie wiem, czy to aż tyle warte…

Gapiszon i Korniszon Gapiszon i Zuzia
Gapiszon i Korniszon i Gapiszon i Zuzia - Butenko rządzi. I super, że kolega Kaczanowski się wziął, założył wyd. Ongrys i zaczął wydawać polskie starocie. Butenkę zaczął co prawda od końca (”G. i Korniszon” to czwarty, chronologicznie ostatni z tomów zbierających w całość stripy z Gapiszonem), ale wierzę, że wyda wszystkie. W tym jest mnóstwo świetnej przedszkolakowej zabawy na najwyższym poziomie, a momentami wręcz czuć pewne lekkie korespondowanie z “Fistaszkami” czy “Calvinem i Hobbsem”. A dodatkowo (jako miły bonus) “Gapiszon i Zuzia” - cieniutki tomik zbierający tematycznie wszystkie paski G. flirtującego z dziewczynami. Butenko rządzi. A przy okazji - dziś kupiłem młodemu wydane na DVD animacje “Gucio i Cezar”. I wciągnął się.

Rycerz Janek 1
Rycerz Janek - W szponach szaleństwa - komiks dostany na WSK w efekcie obietnicy radiowej . No a jak dostałem to przeczytałem. No i w zasadzie tyle mam do powiedzenia. Rzecz jest na poziomie III, IV-ligowej amerykańskiej produkcji komiksowej ze wszystkimi jej wadami i zaletami. Scenarzyści muszą się jeszcze sporo nauczyć i to na każdym poziomie - od konstruowania i konsekwencji gatunkowej opowieści po gęstość i jakość serwowanych żartów. Rysownik powinien zrozumieć, że komiks czarno/biały to nie to samo co komiks kolorowy, tylko bez nałożonych kolorów. Nie żeby to było złe, ale dobre też jeszcze z pewnością nie jest. Ale przecież nie od razu coś tam, coś tam… Kombinujcie dalej.

Miłość Krok po kroku 1
Miłość Krok po kroku 1 - i teraz już wierzę, że w Japonii są mangi na każdy temat: od pornodemonów, które walczą w wiekich robotach ubranych w marynarskie spódniczki po poradniki hodowli królików. Bo oto po polsku wydano przekład mangowego fabularnego, acz zawierającego sporo wiedzy praktycznej i teoretycznej poradnika życia seksualnego dla młodych małżeństw. On, ona, aranżowane małżeństwo i co dalej? Jak się do tego zabrać? Co zrobić, żeby było fajnie? Prościutka fabuła, wspomagana danymi statystycznymi i rysunkami w przekroju. Wiarygodnie i uczciwie. I wierzę, że niejedna japońska para tak właśnie zdobywa swą seksualną wiedzę. I bardzo dobrze. Nie mam pojęcia, kto i po co kupuje to u nas, ale jako zbieracz komiksowych dziwactw z przyjemnością stawiam sobie ten tomik na półeczce. I może nawet kupię sobie ciąg dalszy. Oczywiście z powodów czysto naukowych…

Warto wstąpić
Warto wstąpić - i jeszcze jedno komiksowe kuriozum - WSKowy prezent od scenarzysty zeszyciku Maćka Jasińskiego. Oto najnowszy autoryzowany odcinek Żbika, będący propagandowym druczkiem kujawsko-pomorskiej policji. Żeby wstępować. Oto nasz Żbik wprowadza swego świeżo wstępującego do policji wnuka w tajniki służby. A wnuk podczas szkolenia przechodzi przez najróżniejsze piony służb poznając ich specyfikę i urok. Sympatyczna pierdółeczka.

I na dziś starczy, bo przecież zmiana czasu, czyli już w zasadzie prawie rano.

urocza ta wiosna

March 26th, 2009

Tłumaczac tytuł dzisiejszego wpisu osobom czytającym go z opóźnieniem (lub przebywającym daleko) - wiosna ‘09 zaczęła się oficjalnie i kalendarzowo kilka dni temu a tu wczoraj nad ranem spadł śnieg. I stopniał. I znowu spadł w trakcie dnia. I znowu stopniał. I znowu spadł w nocy. I został. I rano miałem go na tarasie ładnych kilka centymetrów. Dziś nie było lepiej. W pewnym momencie po południu, gdy wracałem ze spotkania z Owsiakiem zrobiła się wzorcowa śnieżna zadymka z widocznością na góra 15-20 metrów. Mnie tam to nie rusza - wychowany na polskiej Syberii (znaczy w Kętrzynie) lubię zimę, ale dużo osób dookoła to jakoś strasznie narzeka (by nie rzec, że po prostu wkurwieni są…).
No, to pogadaliśmy o pogodzie, a co poza tym? Tłumaczę sobie, że tłumaczenie i przygotowanie do dubbingu animowanego filmu “Prawdziwa historia kota w butach” może być fajną zabawą. I próbuję. Ten film to takie moje “Jersey Girl” - pierwsza robota nad polską wersją językową jakiegoś filmu, gdzie nie mogę używać wulgaryzmów. Znaczy psuję sobię markę. Czas pokaże, czy to dobrze.
I wpadłem na kolejną radosną ideę. Którą to już będzie w tym miesiącu? Pewnie nasta. Ale z tym wyszedłem poza samo wpadanie i nawet zacząłem go przegadywać tu i ówdzie. Chodzi o internet. I o komiksy. I na razie tyle powiem.

Dziś wchłanianie głównie o serialach, ale kilka normalnych (że sobie tak zażartuję) filmów też obejrzałem w międzyczasie:

Prawo pożądania
DVD: Prawo pożądania - wczesny (ponad dwudziestoletni) film Almodovara z Banderasem, który gejuje tu w najlepsze, fabułą prostą jak drut, ale pełną seksualnych prowokacji, piosenką Brela, którą na szczęście nie śpiewa Bajor i z tytułowym pożądaniem, które się aż wylewa z ekranu, ale ponieważ to głównie pożądanie męsko-męskie to jakoś bardzo mnie nie kręci.

jackass 2
jackass - świry w akcji 2 - A tu mnie kręci. I śmieszy. I w dupie mam, że to głupie, żenujące i poniżej wszelkich standardów. Ale śmieszne. Nie tak bardzo jak jedynka (nie ma tu nic na miarę robienia sobie zdjęcia RTG mając resoraka w odbycie), ale i tak jest śmiesznie. Chłopaki piją końskie nasienie, gryzą sobie fiuty żywym wężem, przystawiają pijawki do oka, jedzą kupy, znaczą się rozpalonym żelazem, robią lewatywę z piwa i uderzają się czym się da. A jako gwiazdy Spike Jonze chodzi po mieście ucharakteryzowany na stuletnią babcię, której biust wychodzi na wierzch i John Waters zapowiadacy sztuczkę magiczną bardzo w jego stylu. To wszystko to dokładnie takie zabawy o jakich marzyliśmy będąc dziećmi i o których na szczęście zapomnieliśmy dorastając. A Knoxville, Bam, Stevie-O i reszta bandy nie zapomniała. I nawet przy tym (mimo pełnoletniości) niespecjalnie dojrzali, bo niczym dziesięciolatki korzystają z każdej okazji by sobie nawzajem sprzedać piąchę w krocze. Urocze.

U-571
U-571 - wojenna opowieść, jak to dzielni Amerykanie zdobyli szturmem U-Boota i przejęli Enigmę. Nieprzekonujące, nudnawe, fałszywe i z Matthew McConaughey’em w roli głównej. Czyli nic ciekawego.

Sycylijczyk
Sycylijczyk - najpierw był książkowy spin-off “Ojca Chrzestego”. Puzo napisał powieść o wielkim sycylijskim robinhoodującym mafiozie, w której pojawia się młody Michael Corleone podczas swego zesłania do Włoch w latach 50. Fabułę o Salvatore Giuliano nakręcił w końcu w 87 r. Michael Cimino (po usunięciu wszelkich nawiązań do Corleone - prawa autorskie, te rzeczy) z Christopherem Lambertem w roli głównej. I widać, że starał się żeby było epicko i jak u Coppoli, tyle, że nie potrafił. Ale próbował i próbował przez ponad dwie godziny. Ale, że zaczął od zupełnie fajnej sceny z gołą i piękną Barbarą Sukową, to tak całkiem tego filmu nie odradzam.

Świat według Bundych 3/8-13 Al nie zawodzi. Reszta Bundych również. Wykorzystują do granic możliwości darmowy przelot pierwszą klasą, opłakują śmierć fryzjera i grzebią wujka, który im zapisał w testamencie tyle, że wystarczy na jeden obiad w restauracji. Peggy okazuje się najbardziej rozchwytywaną mamą podczas dnia “matki z córką” (dziewczyny zachwycają się jej domową pozycją), Kelly stepuje tak sobie, ale potrafi tańczyć do “Fever” i wreszcie Steve bije karła. A do tego spore wiaderko mniej lub bardziej prostackich dialogów i dowcipów, a wśród nich kilka perełek. Mnie najbardziej ubawił ten, że w 1989 r. wszyscy dookoła mają VHSy a Al uparcie trzyma w domu Betę i nie ma co oglądać.

Captain America
DVD: Captain America 11-13 - pani psycholog uznała, że junior powinien zrobić sobie sporą przerwę w oglądaniu bajek w których się biją i strzelają, więc przygody Kapitana dokończyłem samodzielnie, a następne animowane Marvele na razie trafią na półkę. Ale jeszcze do nich wrócimy! A Kapitan? Ostatnie trzy odcinki to wspólne przygody z Avengersami i stawanie przeciwko kolejnym wrogom, którzy czarami, narkotykami czy supertechnologią próbują pokonać dobro. Ale Kapitan za każdym razem sobie radzi i cało wychodzi z najgorszych opresji. Tak się podśmiechujkuje, ale przyznaję, że ostatni odcinek ze Swordsmanem i Mandarynem, potrójną przewrotką i niejednoznaczną puentą naprawdę zrobił na mnie wrażenie. W życiu bym się czegoś takiego nie spodziewał po serialu animowanym z lat 60.

Pogoda dla bogaczy 21-22 - i w zasadzie nic nowego, ale dociągnę ten obyczajowy serial do końca, choćby dla samego finału z Falconettim, który świetnie pamiętam, mimo, że widziałem go w telewizorze ponad 30 lat temu.

Smallville 5
Smallville 5/4-5 - a tu się zaczyna: uniwersum Smallville wreszcie zaczyna się porządnie rozrastać. To znaczy Flash pojawił się już wcześniej, ale tym razem zawitał do serialu sam Aquaman, co to pływa lepiej i szybciej od Clarke’a. I ratuje Lois. Lana za to dostaje się do studenckiego bractwa, które (jak się okazuje) składa się tylko z wampirzyc. Ponętnych. Bardzo. Pisałem już, że podoba mi się jak ten serial dorasta?

Stargare Box
Gwiezdne wrota 2/16 - tu zaś rozkręcamy mitologię serialu. O’Neil niechcący wchłania wiedzę starszej i mądrzejszej rasy i mózg mu się przeładowuje. I zaczyna mówić językami. I w ogóle. A potem leci do innej galaktyki, gdzie Asgardczycy go reperują. I przy okazji opowiadają mu o czterech rasach, które są dobre i słuszne. I że jak będziemy grzeczni i dobrze poewoluujemy to może zostaniemy następną. I stąd właśnie tytuł odcinka “The Fifth Race”.

Miami Vice 2/1 - podwójny pilot drugiego sezonu - Crockett i Tubbs na gościnnych występach w Nowym Jorku. A w serialu gościnnie Pam Grier, Charles S. Dutton i Anthony Heald. To fascynujące ile rozpoznawalnych z późniejszych rzeczy twarzy pojawiło się w tym serialu. A, i po tym odcinku utwierdzam się w przekonaniu, że Nowy Jork to jest to. Miami w tym serialu wygląda bardzo atrakcyjnie, ale wystarczyło, że chłopaki wpadli do Nowego Jorku i od razu się poczułem bardziej swojsko.

Trzeci Oficer 1 Trzeci Oficer 2
Trzeci oficer - najnowszy polski serial policyjny wciągnąłem sobie na dwa wieczory. Trzynaście odcinków. I z pełnym przekonaniem twierdzę, że ta trzecia seria przygód Kruszona i reszty to kolejny spadek formy scenarzysty Tomczyka. Ten pan już w ogóle nie przejmuje się spójnością swej TFUrczości - wystarczy popatrzeć na ewolucję postaci generała Matejewskiego. Przecież to się żadnej kupy nie trzyma. Podobnie jak dodawanie na siłę do trzeciej serii postaci Granda. Bo co? Bo Małaszyński popularnym aktorem jest? To może jest jakiś powód, ale realizacja dość żenująca. Podobnie zresztą jak zarys głównej fabuły, rozwój postaci, dialogi, śródpuenty i cała reszta. Oto przykład: specjalna grupa pościgowa CBŚ jedzie na akcje i przed walką kłócą się, który ma założyć jedyną kamizelkę kuloodporną. Bardzo wiarygodne. A takich bzdur i bzdurek jest tu mnóstwo. Niby nie żałowano kasy na realizację, ale z drugiej strony pościg po mieście (i to z helikopterem) polega na krążeniu wokół jednego mostu, tam i z powrotem, przez godzinę, albo dłużej. Szyc szarżuje strasznie, podobnie jak Kozłowski i Topa. Znacznie lepiej wypadają Różdżka, Pazura, Cynke i Braciak. I jeszcze - bym zapomniał - w jednym z odcinków rozbiera się Katarzyna Maciąg. Ale nie będę ułatwiał i nie powiem w którym.

ST DS9 sezon 2
Star Trek: Deep Space Nine 2/5-6 - a na stacji kosmicznej DS9 kolejne metafory naszej XX-wiecznej codzienności. Najpierw opowieść o wojennych sierotach, które pozostawione przez jednych, zostają wychowane przez drugich w nienawiści do swego ojczystego narodu/rasy, a potem historia niepełnosprawnej bohaterki, która oczywiście okazuje się w podbramkowej sytuacji w czymś lepsza i sprawniejsza od innych. Wszystko proste i oczywiste, ale w kostiumie sf ogląda się z przyjemnością. I ma ochotę na więcej.

Z archiwum X 7
Z archiwum X 7/2-4 - Mulder po sporych i długich perturbacjach wraca do zdrowia (bo jeszcze ten sezon zostaje w obsadzie) i czas na następne paranormalne śledztwa. W pierwszym chodzi o chłopca tak głodnego, że zjadłby konia z kopytami. A że koni nie ma w okolicy zjada tych, którzy mu się nawiną. Drugi zaś to epilog do innego serialu Cartera - “Millennium”, w którym to epilogu Mulder walczy z czterema zombie-jeźdźcami Apokalipsy. Wszystko stąd, że serial z Henriksenem nie dociągnął do sylwestra 1999/2000 i aż się prosiło, żeby go sfinalizować gościnnym występem Henriksena w “Archiwum X”. Samo “Millennium” obejrzę sobie na spokojnie w całości jak skończę z Archiwum. Zresztą mam nadzieję, że do tego czasu do mnie wróci - pożyczyłem wszystkie trzy sezony koledze z Krakowa i jakoś kontakt nam się urwał. Kilkanaście miesięcy temu… Może ktoś z Wam ma jakiś bieżący namiar na Andrzeja Chwalisza? Byłbym wdzięczny.

Monk 3/9 - pożegnanie z Sharoną. To właśnie w tym momencie serialu Monk zmienił sobie (czy też mu zmieniono) asystentkę. I teraz wkraczam na zupełnie nowe obszary, bo jestem pewny, że nie widziałem ani jednego odcinka z tą nową. A tu Monk po raz pierwszy (i pewnie ostatni) zaczyna brać lekarstwo na swe nerwice i zmienia się nie do poznania. I oczywiście już nie jest takim świetnym detektywem. Więc oczywiście przestaje brać. I rozwiązuje sprawę. Koniec odcinka.

Skazany na śmierć 3
Skazany na śmierć Sezon 3 - to był rok strajku scenarzystów, więc tylko 13 odcinków. No to też wciągnąłem je już w całości. I świetnie się bawiłem. Trzeci sezon “Prison Break” przypomina pierwszy - Scofield znowu siedzi i znowu musi uciec z więzienia zabierając kogoś z sobą. A że odcinków jest mniej, to i rzecz nie zdąża się znudzić. Pewne patenty się oczywiście powtarzają (nieudane próby, wciąganie kolejnych skazańców w plan, śmierć ważnej postaci na początku sezonu itd.), ale całość jest zrobiona na tyle dobrze, płynnie i w tempie, że to w ogóle mi nie przeszkadza. I w zasadzie tyle mam do powiedzenia.

Reszta seriali, płyty itd - next time.

Dziś ogłosili wyrok. I okazało się, że mi kolegi nie skazali. Szanse były - panie Balcerek i Deka (polskie tłumoczki filmów kinowych) żadały dla niego kilku miesięcy więzienia. W zawieszeniu, ale zawsze. Za co? Za to, że Michał Ch. kilka lat temu napisał na łamach “Filmu”, że one źle tłumaczą. I panie go za to pozwały. I chciały przykładnie ukarać, by nikt ich więcej nie krytykował, bo im to przeszkadza w pracy. Proces się ciągnął i ciągnął, ale wreszcie się skończył. Michał Ch. relacjonował mi go na bieżąco i było to piękne - to, co w sądzie mówiły i pisały panie tłumoczki było tak kuriozalne, że z utęsknięniem czekałem na każdą kolejną rozprawę. Ale dziś się skończyło i Michał Ch. jest już znowu Michałem Chacińskim a ja trzymam go za słowo, że udostępni mi część dokumentów procesowych (tych z argumentacją tłumoczek) bym mógł je tu przytaczać. Czekajcie więc, bo warto!
Tymczasem w Onecie pojawiły się pozostałe filmowe pogaduchy z zeszłego weekendu: “Zapaśnik” dalej mi się wiesza, ale już “Marley i ja” i “Złoty środek” są w całości.
Nic nie pisałem o prelekcji w Muzeum Powstania Warszawskiego. Byłem tam w ostatnią sobotę i w ramach warsztatów komiksowych opowiadałem o amerykańskich superbohaterach. Od “Supermana” do dzisiaj. Przez godzinę. Muszę kiedyś to spisać i wydać jako książkę, bo jak sam siebie słuchałem, to nawet miałem kilka ciekawych przemyśleń. W audytorium siedziało ponad dwadzieścia osób (w tym kilka znajomych twarzy) a całość z samej góry pańskim okiem konia tuczyli główni animatorzy warsztatów, czyli Tobiasz Piątkowski i Przemo Truściński. Ja tam powiedziałem swoje i poszedłem, a impreza trwała dalej. I mam wrażenie, że była naprawdę sensowna.
A przed chwilą zadzwonił pan FilmForum, z propozycją, bym trzeci raz z rzędu wziął udział w OFFowej Akademii Filmowej i przyznał OFFscary. I nie odmówiłem. Ale to dopiero za miesiąc.

A skoro już o filmach to pora zacząć nadrabiać wchłaniane zaległości:

Podpis mordercy
DVD: Podpis mordercy - stary, drugoligowy thriller z Jamesem Belushi. Teraz ten pan świetnie się sprawdza na Comedy Central w sitcomie “Jim wie lepiej”, ale wtedy (1992) komuś się wydawało, że sprawdzi się we wszystkim. Cóż… Towarzyszy mu tu blond Lorraine Bracco (już po “Chłopcach z ferajny” acz oczywiście przed “Rodziną Soprano”). Sam film standardowy do bólu z obowiązkową porcją zwrotów akcji i zaskakujących zaskoczeń. Takie sobie.

Magnolia
Magnolia - z cyklu “mój pierwszy raz”… Może, gdybym zobaczył to na świeżo dziewięć lat temu zrobiłoby na mnie większe wrażenie. Nie, żeby było źle, ale strasznie to dla mnie przekombinowane i bez tej swobody z jaką takie przeplatane opowieści o kilkunastu postaciach robił chociażby Altman. Oczywiście finał z żabami jest świetny i podnosi ocenę całości o kilka punktów, ale jednak liczyłem na więcej. Ba, znając potencjał Macy’ego, Hoffmana, Reilly’ego czy Moore liczyłem na dużo więcej, choć oczywiście trudno mi teraz wyartykułować co konkretnie. Dalej więc moim ulubionym filmem tego Andersona będą “Boogie Nights”.

Boy hotelowy
Boy hotelowy - i przyszła pora na rozpoznanie bojem kolejnego fenomenu amerykańskiej popkultury. A jego imię Jerry Lewis. Zdobyłem kilka filmów z jego udziałem i oto pierwszy. Z 1960 r. Film w zasadzie pozbawiony fabuły, do czego zresztą uczciwie przyznają się w pierwszej scenie. Ot, ciąg skeczy z życia pracowników luksusowego hotelu na Florydzie. Miejscami zabawne, miejscami oczywiste, miejscami z brodą (choć może to tu miały swoją premierę). Po tym filmie jeszcze nie do końca łapie klimat i powód wielkiej ówczesnej popularności Lewisa, choć z pewnością już widzę, że to brakujące ogniwo ewolucji pomiędzy epoką braci Marx czy Flipa i Flapa a nowoczesną komedią czasów SNL czy ZAZu. Gdzieś na półce czekają kolejne jego filmu - może bardziej mnie wciągną…

Hitman
Hitman - następna taka sobie ekranizacja gry komputerowej. W “Hitmana” ciut grałem, tym bardziej czuję więc brak klimatu oryginału. Do tego łysy Oliphant wygląda bez sensu. Jego oczy sprawdzały się w “Deadwood”, “Dziewczynie z sąsiedztwa” czy nawet od biedy w “Szklanej pułapce 4.0″, ale w połączeniu z łysą pałą straciły cały power. Fabuła (i jej realizacja) też jakaś nieprzekonująca i przewidywalna straszliwie. Jedyny porządny plus tego filmu to Olga Kurylenko, która tu (w przeciwieństwie do “Maxa Payne’a” i ostatniego Bonda) pokazuje nie tylko co potrafi, ale też co ma ładnego.

Jumper
Jumper - Anakin Skywalker wraca i to z talentem teleportacji. I nie jest źle. Film Limana to żadna rewelacja, ale ogląda się go jakoś zupełnie sympatycznie. Christensen gra o niebo lepiej niż w SW (choć o to akurat nietrudno), a towarzyszący mu Jamie Bell, Rachel Bilson i sam Mace Windu świetnie dopełniają obraz całości. Nie jest to film dla dorosłych widzów (raczej pierdółka w klimacie “Alexa Rydera”), ale raz na jakiś czas można sobie taką pierdółkę obejrzeć. I chwilkę pomyśleć, jakby wyglądał taki film o teleportacji na ostro. Np. w reżyserii Verhoevena.

Umowa
Umowa - na koniec jeszcze jedna satyra na Hollywood, którą warto obejrzeć chociażby ze względu na kreację Macy’ego. Wciela się on tu w zrezygnowanego producenta filmowego, który po nieudanej próbie samobójczej wraca do branży. I pokazuje jak można pod pretekstem kręcenia filmu wszystkim i wszystkimi manipulować. Od etapu pisania scenariusza, przez kontakty z wytwórnią (panią z wytwórni jest zresztą Meg Ryan) po kłopoty na planie. Sam kręcony film, który początkowo jest biografią XIX-wiecznego brytyjskiego polityka Benjamina Disraeli, przekształca się bez większego trudu w kino akcji pełne strzelanin i wybuchów. “Umowa” to nie jest dzieło na miarę “Hollywood atakuje” Mameta (też zresztą z Macy’m), ale w kilku momentach mnie nieźle ubawił.

Następnym razem seriale.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl