I Watched the Watchmen!
February 27th, 2009
Really.
Dziś rano.
Wczorajszy wieczór spędziłem na powtarzaniu sobie komiksu, by mieć na ultraświeżo i na 8.30 do kina (zawód krytyka kulturalnego to również pewne niedogodności).
Dzisiejsze opisywanie wchłaniania ograniczę więc tylko do przygód Rorschacha i kolegów.
Na boku dodam tylko, że są nasze nowe pogaduchy Onetowe: “Oszukana“, “Różowa Pantera 2“, “Slumdog. Milioner z ulicy“.
I do rzeczy. Najpierw komiks:

Komiks Strażnicy 1-3 oj, postarzało się. Moore na zawsze zostanie ojcem współczesnych opowieści o superbohaterach, ale synkowie dawno go przeskoczyli i to na wszystkich poziomach. Od tworzenia alternatywnych światów przez wyrazistość postaci po sztuczki formalne. Ten pomysł (upraszczając, że jak ktoś zakłada majtki na spodnie to musi być przynajmniej trochę popierdolony) w latach 80. był kopem między oczy - dziś jest oczywistością. Kilkadziesiąt grzybów w tym barszczu może oszołomić, ale może też już lekko zemdlić - Moore wrzucił tu tony pomysłów, których wystarczałoby na prowadzenie kilka długich serii (zresztą, jak przekonaliśmy się w czasach ABC - wystarczało). Nie sposób przecenić roli tego komiksu w historii, ale z dzisiejszej perspektywy i z dzisiejszczej lektury to jednak ramotka (trochę na zasadzie “Władcy Pierścieni”).

Kino: Watchmen - Strażnicy - no i film. Zacznijmy od tego, że Snyder absolutnie potwierdził swoje mistrzostwo jako komiksowy adaptator. Zrobił to samo, co przy “300″ albo i lepiej. Fani dostają dziesiątki dziesiątków komiksowych kadrów oryginału, które są filmem (a nie nieudolnie ruszających się komiksem jak w “Spirycie”). Snyder zachował fabułę, zachował postacie i ich wizerunki, zachował kolejność wydarzeń i retrospekcji z oryginału interweniując fabularnie tylko na tyle na ile to niezbędnę (tak +/- 15%, jak korytarz ERM2) - tu wywalając jakiś wątek np. komiksy o piratach, tam dodając jakąś drobną sekwencję np. więcej dzieje się w więzieniu. Dokładnie tak, jak Jackson w trylogii o wyrzucaniu obrączki. Tyle, że jak mówi stare powiedzonko: Tak krawiec kraje, jak mu materii staje. A ta materia okazała się ostatecznie mocniej niefilmowa. Dwie dekady zmagania się z ekranizacją “Watchmenów” przeleciało nie bez przyczyny. Snyder okazał się absolutnie najlepszym wyjściem w temacie “adaptacja maksymalnie wierna literze i duchowi oryginału zarazem”, rzecz w tym, że bardzo dobrego filmu nie dało się z tego zmajstrować. Bo gdy dochodzi do kolejnych monologów wewnętrznych postaci (a bez nich się nie da) film tak zwalnia, że po prostu normalni (nienerdowi) widzowie z pewnością zaczną się nudzić. I podobnie jak w drugim czy trzecim “Matriksie” nie wynagrodzą im tego najbardziej wymyślne sekwencje akcji. Choć są pierwszorzędne. I równocześnie trochę retro. Jak cały film zresztą - Snyder wymyślił sobie, że skoro to połowa lat 80. to nakręci film dokładnie taki i tak (nie licząc F/X) jak kręcono wtedy. Tak są kręcone rozmowy, sceny akcji, nawet sekwencja seksu - gdzie zobaczyć można trochę więcej i dłużej niż dziś zwykle pokazuje się w Hollywood. Do tego scenografia, kostiumy… Naprawdę wchodzisz w tamte czasy z butami (trochę jak w “Monachium” Spielberga) i dzięki temu tym mocniej biją w oczy zmiany w historii: kolejne kadencje Nixona, koniec wojny w Wietnamie itp. I tym mocniej kopią piosenki - powstałe w końcu w naszym continuum a tu pięknie pasujące: Dylan, Hendrix, Cole, Cohen, Simon & Garfunkel. I jak one są dopasowane do sekwencji!!! “Hallelujah” Cohena tak pięknie wgrało się w scene seksu, że dostało drobne brawa. Zresztą to piękna scena - jedna z najładniejszych: pupa Akerman i księżyc w pełni ślicznie się równoważą w kadrze. Genialnie też wyszły scena walki Nite Owla i Silk Spectre II w więziennym korytarzu (nie przypominam sobie w kinie drugiej równie dobrej sekwencji walki pary z tłumem - jedno idzie przodem wykańczając większość i przepusczając co trzeciego, czwartego przeciwnika, którego załatwia drugie a po kilkunastu metrach zmiana). Zresztą otwarciowa walka Komedianta też bardzo dobrze wyszła. Bo Snyder rozpoczął sekwencją, której w komiksie nie ma - czyli sceną włamania do Komedianta, dopiero po niej następują napisy (a w nich staromodne “zatrzymania w kadrze”, które opowiadają pierwsze kilkadziesiąt lat zamaskowanych herosów - świetna robota) i po tym zaczynamy w idealnej zgodzie z pierwszą komiksową planszą. Snyder (jak już pisałem) bardzo dbał o wierność kadrom i narobił się przy tym. Tak samo jak przy obsadzie. Nie tylko świetnie dobrał główne postacie, ale też - wbrem komiksowym zwyczajom - nie pozwolił sobie na ani jedno cameo kogoś z branży. Uznał widocznie, że wystarczy rewelacyjnych mignięć w kadrze znanych postaci (nie tylko politycy: Nixon, Kissinger, Castro czy Buchanan, ale też Jagger, Warhol, Capote, Bowie). A co do głównych postaci: moi aktorscy ulubieńcy Jeffrey Dean Morgan i Carla Gulino sprawdzili się świetnie (choć Carla zdecydowanie ustąpiła pola grającej jej córkę Malin Akerman). Wilson dobrze wypadł jako stonowany nerd, Goode jako omnibus, Crudup jako nadczłowiek i wreszcie Haley jako ostra wariacja na temat “co by było, gdyby Joker był po naszej stronie?”. Ogólnie więc świetnie, nie dla wszystkich i przede wszystkim (za to już ten film wielbię) przemyślnie do najdrobniejszego szczegółu - od zawartości telewizorów, tytułów w gazetach i graffiti (przyjrzyjcie się wielkim malunkom na murach w epilogu) po takie szczegóły jak to, że podczas rozmowy Ozymandiasa z biznesmenami, w której ten porównuje się do Aleksandra Wielkiego i mówi o zdobywaniu i rządzeniu całym światem jako leciutki podkład muzyczny (ot, taka melodyjka bez wokalu, jak z windy) leci coś, co po chwili zaczynam kojarzyć. I po chwili sobie przypominam - to lekki przebój sprzed lat (a dokładniej, oczywiście, z 1985 r.): Tears for Fears “Everybody Wants to Rule The World”. Cudnie. Idźcie, idźcie!
Kontrkampania
February 25th, 2009
Wielu z Was to jeszcze nie dotyczy, ale liczę na empatię i umiejętność myślenia o przyszłości. I współudział. Bo oto dziś usłyszałem w Trójce, że w marcu rusza nowa kampania społeczno-edukacyjna “Odchudzajmy Polaków”. I natychmiast zdecydowałem się na przygotowanie i uruchomienie równolegle kontrkampanii “Odpierdolcie się”. Who’s with me?
Po Oscarach, pomylonych stronach i Premierach
February 25th, 2009
Dwie doby to kupa czasu. Z przewagą czasu. Nie chcę mi się więc nic specjalnie pisać o Oscarach, bo nie dość, że wszystko już napisano, to jeszcze w zasadzie nic ciekawego, czy nieoczywistego z mojej perspektywy się nie zdarzyło. Jak na poziomie nominacji byłem zbulwersowany, to teraz wszystko potoczyło się zgodnie z przewidywaniami. “Slumdog” zgarnął pulę, “Button” na otarcie łez dostał statuetki w kategoriach technicznych (które bardziej należały się filmom komiksowym), Winslet i Ledger wygrali zgodnie z planem, Penn i Cruz też (choć tu żadnych planów nie robiłem, bo nie znałem większości nominowanych filmów). Samą uroczystość sobie odpuściłem w ramach starzenia się i rozleniwienia - co tam będę noc zarywał skoro i tak rano sprawdzę sobie w sieci. Nie bez znaczenia jest też fakt, że i tak o 7. muszę się zwlec, by odwieść Majkę do szkoły. Tyle więc o Oscarach. A co prócz tego?
Pisałem niedawno o komiksie “Loveless”. I przyznaję, że czytając go nie zwróciłem specjalnie uwagi, że ma ciut pomieszane strony - coś mnie lekko szarpnęło w dialogach, ale zrzuciłem to na karb tradycyjnie żenujących tłumaczeń z wyd. Mucha, a poza tym dało się wchłonąć i w tej pokracznej kolejności (zwłaszcza przy poetyce opowieści jaką przyjął Azarello). Ale rozliczna młodzież wykazała się czujnością. Tak więc - czuj, czuj droga młodzieży. Brawo! A Ty, weź się, kurde, wreszcie Nurek za robotę, bo album za albumem to wtopa za wtopą. Chyba, że cała ta robota i ta nazwa ma być odzwierciedleniem starego powiedzenia: “Srali muchy - idzie wiosna”. Ale to też wymówka, która starczy tylko na najbliższe miesiące. A co potem?
Dziś też napisałem teksty do już ostatniego wydania magazynu “Premiery” dla kanału Filmbox. Jutro dogram lektora i zamykamy kolejny medialny rozdział w życiorysie. Pora pootwierać kilka kolejnych, bo zaczynam mieć sporo wolnego czasu…
A skoro mam czas, to i oglądam. Dziś więc duża porcja wchłoniętych DVD i tradycyjnie dobranych ze sporym eklektyzmem:

DVD: Kontrakt - niesamowite, jak ktoś mógł podejrzewać, że negocjacje pomiędzy firmami (dokładniej opinia firmy doradczej do dużego kontraktu) mogą stanowić ciekawą oś akcji filmu? Nie ma więc co się dziwić, że fabuła (mimo dodania do niej jakiejś strzelaniny, porwania czy pościgu samochodowego) jest mdła, nudna i nijaka. I nie ratuje tego zupełnie zacna obsada: Christian Slater, Selma Blair, John Heard, Colm Feore, Robert Loggia - swoją drogą jak ich wszystkich namówili na ten projekt? Ciekawe. Ale na sam film zdecydowanie szkoda czasu.

Genialny Klan - a tu całkowicie przeciwny efekt. Znowu wiaderko świetnych aktorów: Glover, Hackman, Huston, Murray, Paltrow, Stiller, Wilsonowie, znowu niespecjanie atrakcyjny pomysł fabularny - dysfunkcyjna rodzina pełna niespecjalnie sympatycznych postaci, ale gdy za robotę bierze się Wes Anderson spodziewać się należy najdziwniejszego. I tak właśnie jest. Ta opowieść o dawnych winach i niełatwych wybaczaniach miała nominację do Oscara za scenariusz i w pełni na to zasłużyła - ta fabuła tak snuje się i zakręca, że nie sposób jej przewidzieć z kilkominutowym wyprzedzeniem. Jest śmiesznie i smutno zarazem, jest gęsto od aktorskich szarż na granicy groteski i równocześnie delikatnie jak rzadko w którym filmie. Pięknie jest, po prostu.

O - Otello - mam wielką słabość do ekranowych wizji Szekspira. I muszę przyznać, że podobała mi się kręcona na przełomie wieków porcja przeróbek Szekspira na rzeczywistość współczesnej amerykańskiej młodzieży. Ten Otello to zdecydowanie jeden z najlepszych przedstawicieli tej serii - Liceum a w nim Mekhi Phifer jako Otello, Julia Stiles - Desdemona, Josh Hartnell - Jago, do tego jeszcze Martin Sheen i Andrew Keegan. Cała intryga, którą William wymyślił wieki temu, sprawdza się tu idealnie - zazdrość, naiwność, knucia i brutalny finał. Wyszło tak dobrze, że ten film przeleżał na półkach blisko trzy lata. Bo finałowe ogólne wymordowanie się postaci (jak to u Szekspira) za bardzo kojarzyło się z aktualną wówczas masakrą w Columbine. Film więc zamiast na ekrany trafił do lodówki. W efekcie nie wyszło źle, bo te 3 lata później Stiles czy Hartnell byli już nie tylko zdolnymi nastolatkami, ale młodymi gwiazdami Hollywood. A ja po prostu lubię ten film.

Kanał, Popiół i diament i Lotna - 3 x Wajda. Wczesny Wajda - z lat 50. Jedno co łączy ten film (poza reżyserem i okołowojennością) to Adam Pawlikowski - świetny aktor, który pojawia się w jednej z ostatnich scen “Kanału” jako Niemiec czekający na powstańców wychodzących z kanału, w “Popiole i diamencie”, gra świetną drugoplanową rolę przełożonego Maćka Chełmińskiego, a w “Lotnej” już główną rolę porucznika. Same filmy zaś dają spore pojęcie dlaczego Wajdę okrzyknięto wówczas wielkim talentem i dlaczego z dzisiejszej perspektywy część jego dzieł trąci myszką - “Kanał” to kawał świetnej wojennej roboty, pełnej dramatu i akcji zarazem. Rzecz oczywiście skrojona na miarę kina lat 50. ale nadal ogląda się świetnie; “Popiół i diament” - tzw. arcydzieło, ale jak dla mnie zestarzało się straszliwie. Za dużo łopatologii, chodzących tez zamiast postaci, pobożnych życzeń w zwrotach akcji, grubo szytej symboliki - nie kupuję tego; i wreszcie “Lotna” - pierwszy kolorowy film Wajdy i nie wiem czy brakowało taśmy, czy pomysłów, ale ni cholery to się nie klei. Sceny i sekwencje nie mają specjalnie sensu ani kolejności, symbolika, która jeszcze w “Popiole” była (choć nachalna) w miare równych proporcjach do fabuły, tu nasila się do rozmiarów gargantuicznych. Do tego słynne szarży konnicą na niemieckie czołgi i niezrozumiała dla mnie fascynacja końmi jako takimi. Pamiętam, oglądałem ten film pierwszy raz na jakimś szkolnym seansie i jakoś nie potrafiłem się na nim skupić (było tyle ciekawszych zajęć w kinie pełnym koleżanek). Dziś obejrzałem po raz drugi i bez koleżanek, i dalej było niespecjalnie wciągająco…

Nikotyna - zupełnie sympatyczna meksykańska wariacja na kino sensacyjne. Ot, wziąć kilkuwątkową narrację, jak u Altmana, pomysły fabularne jak u Tarantino - wymieszać, doprawić to wszystko papierosami (ich palenie bądź nie, mocno posuwa akcję). I proszę - bardzo sympatyczne oglądadełko na leniwy wieczór.

Wypasiona wkrętka - słaba trzecioligowa wariacja na “American Pie” (i to zakładając, że oryginał był pierwszoligowy. Ja tak zakładam). Ot, opowieść o pierwszym roku w college’u i niełatwym okresie kandydowania do bractwa. Wtórne, oczywiste i bez polotu. Z perspektywy ośmiu lat widać, że nikt z rozlicznej obsady nie zrobił potem porządniejszej kariery (co najwyżej stałe role w jakichś serialach). Ot, kilka biustów, kilka żartów o seksie i masturbacji, oczywista puenta. Cykl z szarlotką to przy tym wielkie wydarzenie, a co dopiero dzisiejsze komedie Apatowa i kolegów.

Captain America 2-4 - a z dziećmi (w miarę możliwości i w przerwach szlabanów na telewizję. To jedna z najlepiej motywujących kar dla juniora) ciągnięmy Kapitana. Ten zaś walczy z kolejnymi złymi, pomagają mu kolejni dobrzy (np. Thor i Iron Man - w latach 60. Marvel nie skąpił tak na prawach autorskich i jak widać, pozwalał na częste gościnne występy). Całośc prościutka w realizacji i z nadzwyczaj miłym klimatem. Jest fajnie!

Z archiwum X 7/1 - skoro ostatnio skończyło się na Mulderze w pokoju bez klamek i Scully, która potknęła się o UFO, to nie mogłem powstrzymać się przed natychmiastowym zajrzeniem w ciąg dalszy. A tu oczywiście lekki zawód - UFO ktoś ukradł, zanim Scully zdołała je sobie spakować (czy choćby dokładnie spisać jego numery rejestracyjne), a Mulder powoli odzyskuje czucie, sprawność fizyczną i umysłową a nawet ją przekracza - bo przez chwilę może innym czytać w myślach. Ale tylko przez chwilę a potem znowu wszystko jest jak dawniej, ale jeszcze nie do końca, więc puenta tej fabuły w kolejnym odcinku.

Gwiezdne wrota 2/12-13 - podwójny odcinek o zacieśniającym się sojuszu pomiędzy ludźmi a kosmicznym ruchem oporu. Początkowo jest oczywiście z oporami i nieufnie, ale przecież żarty McGyvera potrafią rozładować sytuację, a dzięki terminalnemu stanowi ojca głównej bohaterki sojusz rusza z kopyta. Trudno zrozumieć co ja tu napisałem? To sobie obejrzyjcie.
Świat według Bundych 2/21 - 3/1 - przełom sezonów. Jest jak zwykle rozkosznie żenująco, ale warto obejrzeć odcinek kończący drugi sezon - przyjeżdża wówczas rodzina pani Bundy. Odcinek jest dedykowany pamięci Divine - gwiazda filmów Watersa, miała zagrać jednego z wujków, ale zmarła tuż przed realizacją. Ale łatwo ją sobie wyobrazić w tej roli - pasowałaby tu idealnie.

‘Allo ‘Allo! 1/1-4 - początek kultowego brytyjskiego sitcomu, którego nigdy nie oglądałem. Serio. Jakoś się nie załapałem na jego wielką polską popularność. Ani razu nie widziałem całego odcinka. No to teraz wciągnąłem cztery na raz. I jak? Tak sobie. Oczywiście każdy żart powtarzany w nieskończoność w końcu wzbudza przynajmniej nerwowy chichot, ale niewiele poza tym. Mam nadzieję, że dalej będzie fajniej, bo przede mną mnóstwo sezonów tej opowieści o okupowanej Francji, gdzie naziści są równie głupi jak angielscy lotnicy, a gospodarze też niewiele odbiegają od nich poziomem. Jak na razie po czterech odcinkach chichotnąłem porządnie może z 3, 4 razy. A ja przecież lubię brytoskie sitcomy. Czemu ten mi nie wchodzi?

Muzyka: Tito & Tarantula - Back Into the Darkness - zobaczyłem w Saturnie i skusiłem się. W końcu to zespół, który dał czadu w soundtracku do “Desperado” a potem w rytm ich dźwięków Salma wiła się w “Od zmierzchu do świtu”. No to byłem ciekaw co u nich nowego. I okazało się, że właśnie wracają do tamtego stylu. W międzyczasie ponoć trochę eksperymentowali, ale teraz znowu rżną prosty, rytmiczny mało finezyjny rock. Coś jak Aerosmith tylko bez paszczy Tylera na wokalu i w ogóle znacznie prościej. I tak to właśnie brzmi: od pierwszego riffu “Come out Clean” przez “Pretty Wasted”, “Monsters” i dalej - nieskomplikowane teksty, dudniący rytm, twarde gitary. I tak aż do finałowego “Not Enough”. A jeśli po przejrzeniu listy tytułów, najwięcej spodziewacie się po utworze nr 7 o interesującym tytule “Machete” - nie zawiedziecie się.
Slater - Spacey + bonus
February 22nd, 2009
Niedziela. Znaczy czas na aktorów. Od kilku tygodni wpadłem w literę S i jakoś trudno mi się z niej wygrzebać. Dziś też nie dobrnąłem jeszcze do jej końca. Oto więc kolejna piątka panów na S z moim najważniejszym idolem w składzie. Ale po kolei:
Christian Slater - Slater gra od dziecka, ale ja po raz pierwszy jego nicholsonowy uśmiech przyuważyłem pand dwadzieścia lat temu w “Imieniu Róży”. Potem był “Robin Hood” Costnera i równocześnie kultowe dla mojego pokolenia “Więcej czadu”. Jeszcze przez kilka lat Slater trzymał się dość wysoko w branży (”Prawdziwy romans”, “Wywiad z wampirem”, “Tajna broń”) ale od kilkunastu lat gra częściej w produkcjach drugo, trzecio, a nawet czwarto-rzędnych . I jeszcze pojawia się gościnnie w serialach np. “Prezydencki poker”, “My Name is Earl” - i to akurat dobrze (zwłaszcza pamiętając występ w “Earlu”). Ja i tak najbardziej zazdroszczę mu cameo w szóstym “Star Treku”, ale jak się ma mamę z taką pozycją w branży, to co się dziwić, że spełnia synowskie marzenia. Jego mamą jest bowiem Mary Jo Slater - pani, która szefowała castingom w setkach hollywoodzkich filmów i seriali. Do obejrzenia zaś kawałek jednego z moich ulubionych filmów ever - “Prawdziwego romansu”, ale dla odmiany, jeden z jego najspokojniejszych kawałków, ot, miłość sobie wyznają:
Kevin Smith tyle razy już pisałem, że to mój wzorzec osobowościowy i to nawet bardziej niż Garfield, że nie będę się już powtarzał. Kevin aktorsko dużo nie potrafi, ale przynajmniej jest tego świadomy. Oto kolejna wygrzebana pierdółka z nim w roli głównej:
Will Smith - nie zmieniając specjalnie poziomu prezentowanego humoru, drugi ze Smithów (acz żadnych podobieństw rodzinnych nie widać. Choć ten Smith zagrał raz u tamtego Smitha) w kawałeczku ze swego ostatniego filmu, który był jednak lekkim zawodem (w przeciwieństwie do tego akurat prostego żartu). Wcześniej Will setki razy udowodnił, że potrafi rozśmieszyć (serial “Bajer z Bel Air”), rapować i atrakcyjnie zabawiać widza w kinach. Czyli jest wzorcowym przedstawicielem grupy “sympatyczny, bezpieczny, zabawny AfroAmerykanin w Hollywood”. I wszyscy go lubią. A zwłaszcza scjentolodzy.
Wesley Snipes a tu wręcz przeciwnie. To znaczy też aktor niebiały, ale wcale nie taki sympatyczny (i brzydko uderzy - nawet kobietę, p. “Strefa zrzutu”, i przeklnie, i rasizmem pojedzie), wcale nie taki bezpieczny (oszukuje, kombinuje, trafia za kratki i nie mówię tu o fabułach filmowych) i nie taki zabawny (a przynajmniej nie zawsze). Snipes zaczął od dramatów (oczywiście u Spike’a Lee) i kina akcji, gdzie w średnich produkcjach grał bohatera (”Pasażer 57″, “Strefa zrzutu”) a w dużych badguy’a (”Człowiek-Demolka”) lub sidekicka (”Wschodzące słońce”). W ostatniej dekadzie zasłużył się przede wszystkim komiksiarzom - to jego “Blade” rozpoczął falę ekranizacji Marvela. Wesley do roli tej wracał jeszcze dwa razy, ale poza tym XXI wiek spędzał głównie na konfliktach z amerykańskim prawem i graniem w filmach akcji wytwarzanych hurtowo na rynek wideo (jak jakiś podstarzały Van Damme czy Lundgren). Trochę szkoda. Ale, żeby nie kończyć na smutno, oto trailer filmu, którego nie ma i nie będzie, ale sami przyznajcie, że zapowiada się smacznie:
Kevin Spacey na pierwszy rzut oka niepozorny, acz od kilkunastu lat jeden z najbardziej wyrazistych aktorów świata. Przez dekadę bujał się na drugim, trzecim planie ale w końcu dojrzał i przed czterdziestką wybuchnął talentem. Najpierw w “Podejrzanych” (pierwszy Oscar), potem w “Siedem” i “American Beauty” (drugi Oscar). I dalej: od K-Paxa po Lexa Luthora. Ale przypomnijmy od czego się to zaczęło, oto spokojniutki i powalający Spacey jako podejrzany:
i bonusik. Zachwycałem się dopiero co, płytą ze ścieżką z filmu “Once”. No i dziś wybierając obrazki do aktorów nagle mnie olśniło. Przecież ja nie muszę w takiej sytuacji li tylko tokować na temat - mogę coś pokazać. I oto kawałek z filmu z jedną z najlepszych piosenek: bohaterowie są w studiu nagraniowym no i (jak łatwo się domyśleć) nagrywają. I jest pięknie:
Prawda?
pożegnania
February 22nd, 2009
Nie, nie, nie zanikam, nie smućcie/nie cieszcie się (niepotrzebne skreślić), po prostu tak się złożyło, że skumulowały mi się pożegnania z konkretnymi tytułami - ot, skończyła się jakaś kolekcja, seria komiksowa, serial animowany, sezon serialu na DVD. A wszystko dokładnie w tym samym czasie. Pomiędzy poprzednim wpisem a tym.
Mógłbym się więc pokusić tu o pewne rozważania na temat zjawisku kończenia w (pop)kulturze. Wszak w dużej mierze jej siła leży właśnie w nieskończoności, w tej ciągłej odnawialności, kontynuacji, potencjalności ciągu dalszego. I oczywiście - każdą z tych rzeczy, które właśnie skończyłem można bez problemu kontynuować, ba, niektóre z tych końców wszak są tylko pozorne i służą podtrzymaniu zainteresowania (końce sezonów seriali). Inne wynikają głównie z przyczyn ekonomicznych (rzadziej są efektem przemyślanej i zaplanowanej wcześniej decyzji twórców, jak np. “Babylon 5″). Ale wystarczy lekki cień szansy na pobudzenie koniunktury by pojawiły sie kolejne serie, kolejne przygody tych samych bohaterów, bądź analogiczne przygody innych bohaterów (to dwa najczęstsze pomysły na sequele). Poważnego pecha mieli tylko raz, ale za to przy najpopularniejszym filmie wszechczasów. Ale przez kilka lat kombinowali jakby tu wymyślić coś, co by się mogło nazywać “Titanic 2″. I jestem pewien, że gdzieś po cichu, na boku wciąż kombinują.
Rozważania o sensach kończenia zostawmy jednak Millerom (nie, nie chodzi mi o Franka) - chyba, że chcecie pogawędzić w komentarzach, wtedy oczywiście stawię się. A tymczasem przecież ciekawsze jest co mi się pokończyło (i przy okazji co pozaczynało):
Jeszcze na boczku nowe pogaduchy z Onetu: “Kobiety pragną bardziej“, “Wątpliwość“, “Zamiana“.

Kino: Walc z Baszirem - izraelski animowany dokument. Słowo. Jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi. Naprawdę trudno nazwać ten film inaczej niż dokumentem, a z całą pewnością jest animowany i niewątpliwie izraelski. Rzecz o pewnym niechlubnym epizodzie z historii państwa Izrael, niechlubnym do tego stopnia, że stosuje się do niego coś nazywanego wyparciem. I o tym (dosłownie) jest ten film. Momentami nudnawy (w długaśnych dokumentalnych sekwencjach wywiadów), więc ciut przysypiałem, momentami rewelacyjny (świetna muzyka i niektóre opowieści płynnie przeradzające się w psychodelię). W sumie dziwne, acz fascynujące. Ciekawe, jak mu jutro pójdzie na Oscarach?

DVD: Trawka 3/11-15 - pierwsze pożegnanie. Mimo, że to najdłuższy sezon “Trawki”, to i tak się skończył. Spektakularnie, ogólnym lokalnym armageddonem i z przytupem. Ta historia zakłamania amerykańskich przedmieść i ich nieustannego upalenia tytułową trawką wciąż mnie zachwyca i zaskakuje. I trzeba przyznać, że i Mary-Louise Parker i Elizabeth Perkins mają w sobie pojedyńczo więcej poweru niż wszystkie desperatki razem. A patenty typu wykradzenie pięciometrowego neonowego krzyża z dachu kościoła (i ostatecznie zainstalowanie go jako dużej świetlówki w domowej uprawie marihuany) są nie do przecenienia. Z odcinka na odcinek Nancy i jej rozrastający się gang wpada w coraz to kolejne tarapaty - a każde wybrnięcie zwykle prowadzi do następnego jeszczego większego miecia przejebane. W tej porcji gościnnie dodatkowo dawno (przeze mnie) nie widziany Rodney Rowland (”Gwiezdna eskadra”).
Monk 3/7-8 - w Monkach dogoniłem kioskową teraźniejszość (zeszyty 34-35). W bieżących odcinkach Monk nie dość, że zatrudnia się jako pracownik w hipermarkecie to jeszcze bierze udział w teleturnieju. A wszystko, byle tylko złapać zmyślnych morderców. Niby to wszystko uparcie takie same, ale wciąż bawi - zupełnie jak w “Columbo”.

Spider-Woman 15-16 - i drugie pożegnanie. Ostatnie dwa odcinki serialu animowanego z 1979 r. w których bohaterka przechodzi pranie mózgu i przechodzi na stronę rasy jakichś ambitnych i zaborczych podziemnych ludzików (ale oczywiście na czas się budzi), a potem razem z całą resztą naszej planety daje się uśpić przestępczyni z kosmosu (ale oczywiście na czas się budzi). Sama przestępczyni zaś dziwnym zbiegiem okoliczności wygląda jak Darth Vader w woalce (twarz, znaczy się maska, zerżnięta w proporcjach 1 do 1). Zresztą inspiracji Lucasem w serialu jest więcej - kilka odcinków temu, jak Spider-Woman przeniosło w przyszłość, to ludzi atakowały… no, jak w pysk strzelił, Wookie. Nawet ładownice mieli identycznie przepasane jak Chewie. Oj, nie starczało pomysłów panom od animacji. Nie starczało…

Captain America 1 - i od razu (na życzenie potomstwa) zaczęliśmy następną kreskówkę z Marvela. Jeszcze starszą, z 1966 r. Ale już od pierwszego odcinka mi się spodobało. I to bardziej niż poprzednia “Spider-Woman”. W otwierającym “Przebudzeniu” Cap walczy z potężnym kroczącym robotem (na dekady przed Transformersami), który na zlecenie Red Skulla ma zniszczyć Ziemię od środka (po przebiciu się przez Biegun Północny). A jaka fajna pioseneczka jest na początku. I jakie onomatopeje! Super.

Z archiwum X 6/21-22 - pożegnanie trzecie. Tym razem z 6 sezonem przygód Muldera i Scully, czyli jestem w dwóch/trzecich całości. Ostatni normalny odcinek był bardzo sympatyczną oniryczną, wielopoziomową (no, nieomal jak u Hasa w “Pamiętniku…”) historią o tym jak agentów trawiła grzybnia, a ostatni to oczywiście potężny clifhanger - znowu Nawaho, znowu kosmici, Rakowaty, Krycek i z tego wszystkiego Mulder trafia do szpitala psychiatrycznego. Ale pewnie w następnym odcinku wyjdzie… Tyle, że to już będzie nowy sezon.

Star Trek: Deep Space Nine 2/1 - coś się kończy, coś się zaczyna. Skoro tyle pożegnań, to i napocząłem coś świeżego. Ot, na wyprzedaży w którymś z internetowych brytolskich sklepów DVD przecenili to niedawno na 10 funtów. No to już. No to mam. No to oglądam. Ależ się stękniłem. Ten sezon to przecież prawie początek - postacie już wyklute, ale jeszcze nie do końca ukształtowane. Tu, w pierwszym odcinku Kira i Chief (za zgodą Sisko) lecą na Cardassię 4, by uratować Bajoran z oficjalnie nieistniejących już obozów jenieckich. To jest serial!

(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 15: Naprzód broń! Na ramię, marsz! - i tu pożegnanie. 15. i ostatnia płyta z kolekcji kabaretowej, płyta wojenno/westernowa/policyjna. Niestety cieńka. Marzyłem o mocnym uderzeniu na finał, a tu nic z tego. Nie, żeby nie było tu nic godnego uwagi: jest Szczepkowska w rewelacyjnym wierszyku Waligórskiego “Pieśń o obronie Trembowli”, jest Jachimek z zawsze powalającą “Dwudniową przepustką”, klasyczny Potem z “Antygoną” i drugi raz z piosenką “Co na to policja?”. Na plus jeszcze trzeba zaliczyć Kabaret Młodych Panów i trochę już nieaktualni (acz wciąż śmieszni) “Policjanci BOR” oraz wizualnie za każdym razem potrafiący rozchichotać “Patrol” DNA. Ale z drugiej strony - poniżej normy - taki sobie Koń Polski, słabe klasyki (Dudek, Czechowicz), totalne nieporozumienia (Kiljan, Elita, Piasecki) i jeszcze kilka wypełniaczy niewartych wzmianki. W sumie cała ta kolekcja to jednak - moim zdaniem - zmarnowana szansa. A może mam po prostu inne poczucie humoru i nie jestem targetem. Szkoda, bo miałem nadzieję, że to będzie coś dokładnie dla mnie.

Komiks: The Pulse: Secret War i Fear - i ostatnie pożegnanie (i przepraszam za brzydki dobór okładek, ale tylko takie znalazłem). Ta seria Bendisa zamknęła się w trzech tomach (czyli 14 zeszytach) - o pierwszym pisałem niedawno, a dziś reszta. Widać nie było w Marvelu miejsca na serię z tła: opowieść o życiu gazety pisującej o superbohaterach i innych postaciach z drugiej, trzeciej linii marvelowskiego Nowego Jorku. Drugi tom to taka dokrętka do miniserii “Secret War” - jeśli jej się nie zna nie jest to do końca czytelne, ale z drugiej strony dzięki temu tom dobrze oddaje zagubienie pojedyńczej postaci w ogólnosuperbohaterskim zamieszaniu. Jessica Jones szukająca swego chłopaka Luke’a Cage, odbijająca się od wszystkich drzwi i coraz bardziej przerażona (a w ciąży to niezdrowe) - bardzo przekonujące. Tym bardziej, że rysują to goście zaprawieni w tego rodzaju opowieściach: Brent Anderson (”Astro City) i Michael Lark (”Gotham Central”). Tom trzeci i ostatni to już sam poród a w drugim, gazetowym wątku Ben Urich rozpracowujący sprawę żenującego bohatera D-Mana. Na dokładkę zaś New Avengers Annual #1, czyli ślub JJ i Cage’a. Z dzisiejszej postsecretinvazyjnej perspektywy czyta się to inaczej i uważniej w pewnych miejscach, ale w końcu Bendis tak to właśnie pisał z założenia. Z planem na lata do przodu. Tak przynajmniej twierdzi. I chyba nie łże.

Loveless: Burza nad Blackwater TPB - na koniec świeżynka po polsku. Druga (środkowy) część vertigowego westernu pióra Azzarello. Pierwszy tom, przyznaję, wciągnął mnie a drugi tylko utwierdził w pozytywnej ocenie. Azzarello w dalszym ciągu pięknie i przestrzennie bawi się flashbackami, a z czasem przechodzi do fazy drugiej i odwraca wszystko, co było wcześniej (w tej opowieści o miasteczku Blackwater, w którym po wojnie domowej zamiast uspokajać się robi się coraz goręcej) do góry nogami. A cliffhanger mnie naprawdę zastrzelił. To jest właśnie taki BA jaki wzbudza zachwyt w “100 Nabojach”. Nie wiedzieć czemu większość innych jego tytułów sprawia wrażenie robionych na odwal (ew. robionych przez idiotę), ale tu widać, że znowu bawi się takimi klockami, jakie naprawdę lubi. Co dobrze wróży ostatniemu zamykającemu serię tomowi, który, miejmy nadzieję, też kiedyś wyjdzie w Polsce. Bym znowu miał coś do pożegnania.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)