Kamil M. Śmiałkowski

nie taki idealny

January 31st, 2009

Ja o filmie. Wierzyłem w niego. Chciałem, żeby był dobry, ba, żeby był lepszy. I tak zresztą powiedziałem o nim w Onecie “Idealny facet dla mojej dziewczyny” (pozostałe pogawędki z tego tygodnia: “Hanami - Kwiat wiśni” i “Droga do szczęścia“).
No i wybrałem się do kina:

Idealny facet
Kino: Idealny facet dla mojej dziewczyny - w zeszłym roku “Lejdis” było najlepszym polskim filmem dla ludzi. Takim nakręconym po to, żeby się dobrze bawić w kinie. I to nakręconym i napisanym zupełnie przyzwoicie (jak ktoś nie wierzy, niech porówna sobie zeszłoroczny hollywoodzki i analogiczny zawartościowo “Seks w wielkim mieście”). I ponieważ jak dotąd każdy kolejny film duetu Konecki/Saramonowicz był krokiem do przodu na to liczyłem i tym razem. Że będzie jeszcze lepiej. No i się zawiodłem. Wróciło niestety straszliwe wrażenie nadmiaru, jakie było przy kinowym “Testosteronie”. Tam widać było, że twórcy nie mieli nad sobą bata producenta, który by ich powstrzymywał, skracał, okiełznywał. Wrażenie zniknęła przy “Lejdis”, acz jak się okazało przejściowo. Zniknęło (jak rozumiem) za sprawą świetnego zewnętrznego materiału nad którym pracowali. A teraz skoro znowu byli tylko we własnym gronie problem wrócił ze zdwojoną siłą. Saramonowicz potrafi pisać, Konecki potrafi reżyserować, ale obaj nie potrafią rozróżnić kiedy im wychodzi a kiedy nie. I wyrzucić tych słabych kawałków. Gdyby to potrafili “Facet” mógłby być filmem naprawdę bardzo dobrym. A tak jest zaledwie niezłym. Mnóstwo scen, całe wątki (jak ten z Olbrychskim) niczego nie wnoszą i tylko męczą; obok dobrych dialogów trafiają się sztuczne, sztywne i drewniane, aż zęby bolą; niektórzy aktorzy grają świetnie (Dorociński, Seweryn, Globisz, Różdzka), inni idą w słabą burleską (Wrocławski, Karolak, Olbrychski) i całość bywa momentami grubo niespójna. Zresztą to już problem na poziomie założeń scenariusza. S. wymyślił sobie bowiem komedię romantyczną skrzyżowaną z elementami wszystkich innych subgatunków komediowych (ot, chciał sobie zaszaleć i pokazać, że potrafi). Mamy więc dwa główne wątki i nieomal kabaretowe naśmiewanie się z polskich ekstremów: radia ultrakatolickiego i uczelni feministyczno/lesbijskiej, do tego komedię omyłek, elementy burleski, parodię polskich mediów i Sztuki przez duże Sz. Oj, za dużo grzybów w tym barszczu. I w efekcie zamiast ostrej jak żyleta komedii mamy długie i miejscami mdłe widowisko, w którym momenty rewelacyjne są niestety mocno przemieszane z momentami takimi sobie. Sytuację dodatkowo ratuje spora porcja golizny (już od pierwszego ujęcia w filmie) i fajne camea dobrze rozrzucone po całości. Podsumowując - liczyłem na więcej i się zawiodłem, a co gorsze, obawiam się, że mimo tego rozczarowania już nic lepszego polskiego w tym roku nie zobaczę…

Adjani box
DVD: Za rok… jak dobrze pójdzie - przeciętny francuski obyczaj (obejrzałem go w ramach napoczętego już boxu Adjani) o niespecjalnie sprawnie działającym związku młodej ambitnej zatrudnionej w korporacji Francuski (Adjani) i młodego francuskiego rysownika komiksów (Lhermitte). Całość snuje się tak sobie i nawet wdzięki Adjani i kilka scen na festiwalu w Angouleme nie potrafią mnie skłonić do polecenia tego komukolwiek.

Archiwum X 6
Z archiwum X 6/4-8 - no i sezon zaczyna się rozkręcać. A kolejne odcinki o czym by nie opowiadały, to lżej, lub mocniej nawiązują do rosnącego napięcia seksualnego pomiędzy Mulderem i Scully. Najpierw w podwójnym odcinku Mulder zamienia się na osobowości z jednym bucem (zabawy jest co niemiara), potem mamy klasyczny nawiedzony dom (i to w samą wigilię), bardzo fajny odcinek z rozpłodowym demonem (gościnnie Bruce Cambpell) i miłosną historię z panem od pogody, co to ją nie tylko zapowiadał, ale i wywoływał. Kawał porządnej rozrywki.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 2/9 - i znowu zapomniałem, że miałem kontynuować wędrówkę przez “Gwiezdne Wrota”. Ale już przypomniałem. I kontynuuję. W serialu właśnie minął rok od początku i wracamy na planetę, gdzie wszystko się zaczęło. A tam złemu bogowi się będzie dziecko rodzić. A w tym czasie dobry prezydent (w znaczeniu ten z USA) naszym dzielnym wrotonautom ordery wręcza. Czyli powolutku rzecz się turla (a przede mną jeszcze ponad 8,5 sezonu).

Ekipa 4
Ekipa 4/6-7 a tu hollywoodzki serial wewnątrzbranżowy (czyli o codziennym życiu aktora i jego kolegów). O tym jak się dogadują między sobą reżyser i producent, jak się koledzy zakładają, który dziś coś szybciej przeleci, jakim skarbem jest dobry asystent (męska wersja sekretarki. Tak trochę męska, bez przesady), jak w życiu seksualnym może pomóc kostium królika. Śmieszne i pouczające zarazem. I pewnie jeszcze w dużej mierze na faktach. Lubię.

Columbo: Kryzys tożsamości (33) i Kwestia honoru (34) - przełom czwartego i piątego sezonu. Scenarzyści coraz dalej sięgają w poszukiwaniu fabuł na Columbo mamy więc tu morderstwo szpiega (w tej kilkuminutowej roli Leslie Nielsen na dwa lata przed pierwszym spotkaniem z ZAZem), czyli zabawę w ciuciubabkę z CIA i zagraniczną meksykańską fabułę z corridą. Tak się złożyło, że gwiazdami (przeciwnikami Columbo) są w tych odcinkach świetni aktorzy, którzy właśnie dopiero co umarli, i to dzień po dniu. W pierwszej historii to Patrick McGoohan (klasyczny numer 6 z “Prisonera”, który zmarł 13 I), a w drugiej (jak zresztą zapowiadałem) Ricardo Montalban, czyli sam Khan! I oba odcinki jak najbardziej godne obejrzenia - ten z Khanem (34) wciąż jeszcze w kioskach.

Miami Vice 1/14-15 - finał pierwszego podwójnego odcinka - Castillo umiejętnie rozprawia się z dawnym wrogiem i opowieść, jak chłopaki rozpracowują bandę szantażującą i mordującą przemytników. W sumie standard, co w wypadku tego serialu oznacza zupełnie przyzwoitą rozrywkę.

Kabarety 8
(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 8: Promil powietrza w wydychanym alkoholu - jak łatwo wywnioskować to zbiór alkoholowy i (ciekawa obserwacja) złożony raczej ze starszych kawałków. Widać trzeba swoje przeżyć i swoje wypić by coś zabawnego o wódce napisać/wykonać, a starsze pokolenie ma cały handicap PRLu, gdzie nie było wiele więcej do roboty. Poza chlaniem. I w zasadzie wszystko mówi już otwierające płytę genialne “W Polskę idziemy” Gołasa. Potem jest naprzemiennie - staro i młodo, dobrze i tak sobie: świetny Moralny Niepokój w skeczu o izbie wytrzeźwień i mdławy Daukszewicz; Młodzi Panowie i Skecze Męczące udający pijaków i śpiewające Słowiki Ateneum i Alosza Awdiejew; rewelacyjny Dziewoński w klasycznych “12 butelkach” (rarytas!) i niezły Opania w parodii “Mojego magicznego domu”. I jeszcze drugie tyle. Acz słabsze. Tam warte uwagi jest już tylko Potem z klasycznym songiem “Ludzie lepiej sie prowadźcie”. No właśnie.

Geppert - Nic nie muszę
Muzyka: Edyta Geppert - Nic nie muszę - Edyta Geppert wielką wykonawczynią jest. I na 25-lecie wydała sobie płytę składającą się wyłącznie z piosenek skomponowanych przez Seweryna Krajewskiego. A nie musiała (jak sama stwierdziła w tytule), nie musiała. Tak jak zresztą moja żona nie musiała jej nabywać, a ja słuchać. Ale skoro już się to wszystko nałożyło to i na jej temat się wywnętrzę. Bo ta płyta to niestety trochę kuriozum - jakieś dziwne świadectwo, że Geppert i Krajewski zostali dziwnie otumanieni (a może szantażowani) przez niejaką Grażynę Szałkowską. To autorka ponad 1/3 tekstów na tej płycie. I jest to tak strasznie żałosne, żenujące i do dupy, że nawet Geppert i Krajewski nie jest w stanie tego uratować. Niezłe kompozycje, dobry wokal i interpretacja i nic. I poetyckie disco polo, wiocha śpiewana. Szałkowska swe piosenki buduje przeważnie na żałośnie prostackich wyliczankach (przewidywalnych, oczywistych i najlepiej jedno-dwu wyrazowych). Jedyna tu piosenka niewyliczankowa “Łzy księżyca” opiera się na wielokrotnych powtórzeniach wyrazistych rymów: “być - żyć”, “czas - nas”, “sny - łzy”. To naprawdę straszliwie złe jest. A wrażenie pogłębia się przez bezpośrednie sąsiedztwo. Czyli genialne i nieśmiertelne piosenki z tekstami Osieckiej: “Nie żałuję” (idealny przykład jak pisać dobre tekstowe wyliczanki), “Kiedy mnie już nie będzie”, czy “Śpiewka o pękniętym sercu” (a tu z kolei pokaz jak radzić sobie z nieskomplikowanymi rymami męskimi). Na płycie są jeszcze pojedyncze teksty innych, ale nie ma o czym mówić - Młynarski jakiś strasznie przegadany, a Poniedzielski mdławy. Sama Geppert śpiewa jak zwykle wzorcowo, Krajewski jak zwykle pokazuje, że jest jednym z najlepszych melodystów w historii polskiej muzyki rozrywkowej, więc wszystko w rękach tekstu. Dlatego tak przerażające jest, że aż tyle wyszło spod ręki tak straszliwej grafomanki. Przerażające i niesamowite.

A o komiksach już jutro, bo noc głucha.

Odpowiednie dać rzeczy słowo

January 29th, 2009

Nie, nie, spokojnie to nie będzie ciąg dalszy komentarzowej wymiany piłek. Mam wrażenie, że tam już temat się wyczerpuje, obie strony powiedziały co miały do powiedzenia merytorycznie, jak jeszcze coś się pojawi to wrócę do zabawy, ale dochodzimy do poziomu “Nie, to Ty jesteś głupi” (zdaniem wielu, ten poziom został już osiągnięty kilkadziesiąt komentarzy temu), a mój oponent zaczął przeszukiwać archiwa tej strony by znaleźć coś kompromitującego - ostatnie na dzień dzisiejszy jest stwierdzenie, że rozmawiałem z Rubikiem i Ziobro. Czyli faktycznie pora kończyć sprawę. Tym bardziej, że pasja polemiczna zajęła mi czas, który racjonalniej wykorzystać można na nowe wpisy. Oto więc i on:
A jego tytuł dotyczy szarpnięcia, jakie miałem przechodząc wczoraj koło kiosku. Bo oto patrzę, a tu “Gala”. A na jej okładce Weronika Rosati i wielki tytuł “Urodziłam się, by cierpieć”. Oż, kurwa mać! Jaka ona biedna. Musiało ją jakieś nieszczeście strasznie kopnąć w pupę. Ciekawe, co? Paznokieć jej się złamał? Na balu ktoś miał taką samą sukienkę? Akurat byłem świeżo po filmie dziejącym się w sporej części w indyjskich slumsach (p. niżej) więc problem cierpienia miałem chyba umocowany na trochę innej skali: bezpodstawne policyjne tortury, oślepianie dzieci, by wzbudzały litość i lepiej żebrały, śmierć najbliższych. Przecież takie coś leżące na widoku w kioskach to totalna kompromitacja. I to na równi: rozpieszczonej córeczki polskiej klasy wyższej i redaktorów tygodnika, którzy coś tak kuriozalnego wyciągnęli na okładkę. Jak czasem w toalecie podczytuję żonie “Galę”, to ten numer (i przynajmniej kilka kolejnych) obejmuję prywatnym bojkotem. Taka mała akcja obywatelskiej postawy językowej.

A kiosk mijałem, bo musiałem na chwilę podjechać do Krakowa. Odebrać córkę z ferii u rodziny. Niedawno twierdziłem, że byłem w Krakowie krótko jak nigdy, więc oczywiście już zdarzyło mi się pobić ten wynik - mój wczorajszy pobyt w Krakowie: 12.02 - 14.00. Niecałe 2 godziny. Tyle, żeby wyrobić się z jednym spotkaniem i odwiedzić dwie księgarnie. Przy okazji kończy się chyba ostatecznie Zielona Sowa: miejsce, w którym pracowałem nie istnieje już od dawna, ale z czasem resztki przeniesiono na Plac Wszystkich Świętych do Księgarni Humanistycznej (tego samego właściciela). I wczoraj zobaczyłem tam na szybie napis: “Wyprzedaż - wszystkie książki po 5 zł.” Wszedłem, rozejrzałem się, zobaczyłem na jednej z półek dwie ostatnie stertki komiksów z dawnych czasów, westchnąłem i wyszedłem. Ot, nawet humanizm się w Krakowie nie przyjął. I się wyprzedaje.

Mimo wyjazdów i blogowych konfliktów coś tam wchłonąłem:

Slumdog
Kino: Slumdog. Milioner z ulicy - to właśnie film, który mi tak interferował z Rosati. I przy okazji film, który, jak sądzę, zgarnie najważniejsze Oscary. Boyle zrobił bowiem (tylko w lepszym momencie) z Bollywoodem coś takiego jak Tarantino w “Kill Billu” z dalekowschodnimi bijatykami. Po prostu uczynił materiał wyjściowy i klimat przystępnym, przyswajalnym dla zachodniego widza. I to właśnie teraz - gdy Bollywood zdobywa coraz większą popularność w kinach całego świata, a jako hasło jest już znane nieomal wszystkim. No i proszę - znany brytolski reżyser opowiada nam współczesną indyjską bajkę o kopciuszku (wychowanym w slumsach nastolatku, który zwycięża w “Milionerach”) i wszyscy są szczęśliwi. Widzowie, którzy mają wrażenie, że widzieli kawałek Bollywoodu, telewizja za product placement “Milionerów”, Akademia, która nagrodzi to i będzie w zgodzie z najnowszymi światowymi trendami. Niezadowolony będzie tylko KoLeC, który cierpiał przy każdym odstępstwie od trzymanego w dłoni literackiego pierwowzoru, choć z drugiej strony klaskał w najdziwniejszych miejscach ciesząc się z jakichś cameo, czy wewnętrznych bollywoodzkich żartów (siedzenie obok takiego ortodoksa na pokazie nie jest łatwe, ale rozumiem, że analogicznie siedzi się koło mnie na pokazie nowego Kevina Smitha). To nie jest zły film (choć bez problemu wierzę, że książka jest lepsza) - to sprawnie opowiedziana historyjka z kilkoma świetnymi sekwencjami i nieomal (bo kilka dziur jednak jest) logicznie opowiedzianą fabułą. To po prostu film, który idealnie się wstrzela w swój rok: ssanie na Bollywood, fajny akcent telewizorowy (indyjscy “MIlionerzy” to coś równocześnie swojskiego i egzotycznego; przy okazji wiem już czemu u nas nie padł milion. Przez analogię - więcej nie zdradzę, by nie spojlerować) i wbrew pozorom prosta liniowa opowieść. Kawał przyzwoitego kina, ale bez większej ekstazy.

Adjani box
DVD: Opętanie - i trzeci znaleziony na półce film Żuławskiego. Ostry, paranoiczny horror z Isabelle Adjani (wyszedł w Polsce w ramach boxu trzech jej filmów) i Samem Neilem. On wraca do domu z jakiejś dalekiej wyprawy/delegacji i widzi jak żona dosłownie wymyka mu się z rąk (znika na całe dnie, zachowuje się coraz irracjonalniej), prawda, którą z czasem odkrywa, jest przerażająca. Naprawdę. To jeden z tych horrorów, które w przeciwieństwie do seryjnej produkcji rzemieślniczej straszą na zupełnie innym poziomie. Tak jak Polański czy Kubrick, Żuławski ma do opowiedzenia pewną historię, nie zważając na to że wyjdzie mu akurat horror. Element nadprzyrodzony jest tu niezbędny, ale i całkowicie służebny - nie jest tu celem samym w sobie, a środkiem dzięki któremu postacie trafiają w finale na właściwe miejsca. I naprawdę jest strasznie. Warto.

Rzym 2
Rzym 2/6-10 - i skończyłem. Druga połowa drugiego sezonu miejscami już ciut przekombinowana. I nie wciągająca aż tak - jednak konflikt między Antoniuszem a Oktawianem nie ma w sobie tyle mocy, co żywot Juliusza Cezara. Veronus i Pullo już się trochę miotają (po byciu legionistami, kupcami, senatorami, ochroniarzami niewiele im zostało dostępnych funkcji w społeczeństwie, a przy tym mam wrażenie, że przez te 20 lat powinni się jednak trochę zestarzeć). Finałowa egipska dekadencja wydała mi się jakaś przestylizowana, a wyraziste postacie żeńskie pouciekały w końcówce gdzieś na trzeci plan wracając jedynie do licznych (to akurat miłe) sekwencji seksualnych. Wyjątkiem Gaia (Zuleikha Robinson - kto oglądał “Lone Gunmen” ten wie o kogo chodzi) ostra, zaborcza niewolnica, która wie czego chce i zdobywa to po trupach. W sumie - serial absolutnie obowiązkowy i zakończony w dobrym momencie, gdy zaczął boksować w miejscu i nie było powodu ani sensu na siłę robić trzegiego sezonu. Najlepszy tekst z tych odcinków, to ogłoszenie miejskiego herolda (cytuję z pamięci): “Z okazji wizyty żydowskiego władcy Heroda nakazuje się, by szydzenie z Żydów i ich Boga ograniczyć do niezbędnego minimum”.

Archiwum X 6
Z archiwum X 6/1-3 - sezon 6. Nudy… To znaczy może nie tyle nudy, co męczące powtórki. Bo przecież to już było, że Mulder i Scully nie mogą zajmować się sprawami z archiwum x, że mimo to próbują, ale ich przeganiają, że jak wezmą się za normalną sprawę to się okazuje, że sprawa też jest nie z tej Ziemi, ale nikt im nie chce uwierzyć. Nuda. Inaczej robi się w odcinku trzecim, ale on z innych powodów okazuje się ambitną porażką. Bo oto Carterowi zamarzył się odcinek w kilku ujęciach (niczym “Lina” Hitchcocka). I w zasadzie prawie mu się udało, tylko niewiele z tego wynika. A specjalnie do tego wymyślona fabuła z podróżą w czasie (Mulder w trójkącie bermudzkim przenosi się do 3 IX 1939 r. na luksusowy brytyjski liniowiec opanowywany przez Niemców) sensu specjalnie nie ma. Tym bardziej, że w role postaci z innych czasów włożono podstawowych aktorów z serialu (Anderson, Pillegi’ego, Davisa). Po co to wszystko i dlaczego trudno stwierdzić. Jeśli tylko dla kilku scen z Mulderem w niemieckim mundurze to szkoda zachodu. Bo ani to archiwum na serio, ani to jeden z tych świetnych odcinków autoparodiujących schemat. Choć niewiele brakowało. Może dalej będzie lepiej.

Spider-woman
Spider-Woman 5-6 - następne archiwalne animowane Marvele. Uroczy jest zwłaszcza “Kinplin kontratakuje”, gdzie nowojorski król podziemia jest pokazany jako nasterydowana wersja doktorka z królika Bugsa. I nawet też cały czas pogryza marchewkę. Rozkoszne.

Kabarety 7
(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 7: Zostańcie Państwo z nami - kolejna dobra płyta (acz do bardzo dobrej trochę zabrakło). Temat to telewizja/kino i jak łatwo się domyśleć sporo skeczy powyżej średniej: od otwierającego klasycznego Salonu Niezależnych, przez Grupę Rafała Kmitę, Moralny Niepokój, kultową “Pelagię” Tey’a i “Supermarket” Ani Mru Mru - czyli na początek pięć trafionych pod rząd. Potem dobra, choć mocno abstrakcyjna “Kiełbasa” Łowców.B i zaczyna się zjazd w dół. Stary i straszliwie infantylny Szpak, biedna Afera, niezły Maciek Stuhr, ale po nim znowu napełniająca mnie (jak zwykle) niesmakiej Elita. I do końca jest już średnio - nic godnego uwagi na plus, czy na minus. No może poza “W małym kinie” - końcową solówką Soni z Kmitów. Pamiętam byłem na sali podczas tego nagrania i ładnych kilka minut zajęło po tej piosence doprowadzenie sceny do porządku.

Queen 10
Muzyka: Queen - Live Magic - jednak nabyłem. Jak nałogowy kolekcjoner po chwili wahania, czy koncertowe płyty (za którymi zwykle nie przepadam) też nabywać, wziąłem i nabyłem. Bo by mnie mierziło na półce, że po 9 jest 11. A płyta? Dokładnie taka jak się spodziewałem. Pełna rozpoznawalnych przebojów, których uboższe brzmieniowo i nie tak czysto zaśpiewane wersje rekompensuje energia jaką daje scena i wielotysięczna publiczność śpiewające każde słowo z Freddiem. Niby fajnie, ale ja jednak wolę studyjnie. Tak mam. Tylko kilka zespołów ma dla mnie wystarczająco mocnego kopa, by kręciły mnie ich płyty koncertowe. I Queen nie jest jednym z nich. Szkoda.

Prince - Rock

January 26th, 2009

Niedziela. Nie przerywając więc wymiany uprzejmości z PD w komentarzach do jednego z poprzednich wpisów pora na następną piątkę aktorów na których naprawdę lubię popatrzeć:

Prince - i znowu - ja wiem, że z niego dupa nie aktor (”Dobry” tekst, prawda?), ale w kilku filmach jednak zagrał. Przede wszystkim wielbię jego muzykę, ale “Purple Rain” to też kawał przyzwoitego kina, jego kontunuacja “Graffiti Bridge” jest genialnie żałosna, podobnie jak czarno-biały “Under the Cherry Moon” (te dwa także w jego reżyserii). Oto reprezentatywny fragment tego ostatniego, w którym - jak widać - zadebiutowała nominowana później do Oscara (ale za co innego) Kristin Scott Thomas:

Jean Reno - ten Francuz jakoś wzbudza szacunek. I przyciąga uwagę. Niezależnie czy gra w czymś wybitnym, następnej durnej komedii, czy reklamie piwa. I zaczęło się na większą skalę tu - od Leona:

Christina Ricci - uwielbiam. Najpierw czysto estetycznie podziwiałem urocze dziecko w “Syrenach”, “Rodzinie Addamsów” czy “Kacperku”. A potem dziecko dojrzało. I zaczeło się - Ricci to wzorcowy przykład, że kobieta zmienną jest. Potrafi pomiędzy dwoma kolejnymi filmami zmienić się z patyczaka w grubego babsztyla z wielkim biustem przy kości. Ale cały czas gra genialnie, a to co wyprawia tym ciałem (i twarzą) jest rewelacyjne. Od loliciej “Burzy lodowej” przez świetną sarkastyczną “Wojnę płci”, mrocznego “Jeźdźca bez głowy” czy zakręcony występ w “Ally McBell”, po - ostatnio - nietypowy “Jęk czarnego węża” i plastikowego “Speed Racera”. Wybrany fragment oczywiście nadzwyczaj tendencyjny:

Alan Rickman - kolejny mistrz świata z wysp brytyjskich. Równie zabawny, co (gdy trzeba) poważny. A jeszcze kobiety mówią, że przystojny, ja tam się nie znam. Znalazłem w sieci niezły przegląd jego możliwości i to nie uwzględniający czterech ról (z mojego punktu widzenia) najbardziej podstawowych: “Szklanej pułapki”, “Robin Hooda”, “Dogmy” i “Galaxy Quest”. Te filmy koniecznie w całości, a tu kawałki innych:

Chris Rock - japa mu się nie zamyka. A to co gada, to naprawdę śmieszne jest. Czasem w filmach (w takiej “Dogmie” można zaliczyć i Rickmana i jego), czasem na scenie. To kawałek ze sceny. O gejach, więc będzie ostro i śmiesznie:

Skoro niedzielne obowiązki poszły w miarę sprawnie, to jeszcze dokończę dziś ostatnie wchłaniania:

Queen 9
Muzyka: Queen - Innuendo - i następna płyta Królowej. Ostatnia studyjna. Umierający Freddie i podtrzymujący go (tak to widzę) przy życiu, przy śpiewaniu pozostali muzycy nagrali coś wielkiego. Coś totalnego. Od monumentalnego otwierającego płytę tytułowego “Innuendo” przez zapadające w pamięć “I Can’t Live With You”, “These Are The Days of Our Lives”, “Delilah” po kończący wszystko ostatecznie “The Show Must Go On”. Piękne. I naprawdę wzruszające. Przemyślana, absolutnie monumentalna puenta kariery. Jestem pod wrażeniem.

Lou! - Sielanka
Komiksy: Lou! - Sielanka - z tomu na tom chwalę tę serię coraz bardziej i teraz nie będzie inaczej. Bo jest naprawdę nieźle - Julien Neel okazuje się coraz lepszym znawcą nastoletnich charakterów a opowieść o wakacjach Lou wciąga i bawi. Może to efekt większej ilości bohaterów (w tym tomie Neel obok tytułowej nastolatki prowadzi przez cały album równolegle ponad 10 innych postaci) ale jeśli tak - tym bardziej zasługuje na podziw i szacunek. Świetnie sportretowane nastoletnie dziewczęta i chłopcy (oraz ich opiekunowie); zgrabna, spora (acz nie przytłaczająca) porcja popkulturowych aluzji i żartów; prosta i przewidywalna, acz zgrabnie poprowadzona fabuła - bardzo dobry komiks dla dziewcząt, a to przecież rzadkość. No i muszę przyznać, że moja 9-letnia Majka wkręciła się na maksa. Dałem jej ten albumik w samochodzie, by przejrzała, czy jej się spodoba. I już następnego dnia musiałem szukać w stertach trzech poprzednich, które wyrywała mi z rak nie zwracając uwagi na kolejność. W ten sposób serię, która w przeciwieństwie do chłopięcych “Kid Paddle” czy “Tifouf” rozwija się liniowo z albumu na album Majka zassała w kolejności: 4, 3, 1, 2. Można i tak.

Hulk: Red Hulk
Hulk: Red Hulk HC - i jeszcze raz w zbiorczej edycji. I pierwszych 6 zeszytów serii Loeba i McGuinnessa nie czyta się tak źle jak w zeszytach. To znaczy hurtem ta opowieść przestaje sprawiać aż tak durne wrażenie i wchodzi w zasadzie bezboleśnie. A może nawet momentami z przyjemnością. Oto powrót do starej idei (acz zintensyfikowanej do absurdu): Hulk spuszcza łomot po kolei każdemu bohaterowi, za każdym kolejnym razem większemu, nie wypada wcale tak źle. Ba, wyniki sprzedaży w USA dowodzą, że wypada wręcz rewelacyjnie. Wszystko pociągnięte straszliwie grubą krechą (zwłaszcza sprawa tajemnicy tożsamości Czerwonego Hulka) i narysowane przed Eda w świetnej symbiozie z wyluzowanymi fabularnymi pomysłami Loeba. Oto więc idealne potwierdzenie stereotypu o głupich i prostackich komiksach, acz potwierdzające do tego stopnia, że zaczęło mnie to w końcu bawić. Fascynujące.

Superman Batman Search HC
Superman/Batman: The Search For Kryptonite HC - a to dla odmiany naprawdę nieźle napisane. Michael Green (wcześniej scenarzysta nie tylko komiksów, ale też seriali “Seks w wielkim mieście”, “Smalville”, czy “Heroes”) wymyślił świetną opowieść o dwóch chłopakach w pelerynach. Począwszy od tego, jak obserwują kręcenie filmu fabularnego o nich samych, przez ideę zbierania po całym świecie ton kryptonitu (którego napadało na Ziemię od cholery) po konflikt z rządem USA, który wolałby mieć na Supermana jakiegoś (zielonego) haka. A to nie koniec - potem jeszcze czeka na nich ostre zwarcie z Laną i kilka niezłych puent. Ten tom to zdecydowanie jeden z lepszych komiksów z uniwersum DC z ostatnich miesięcy. Polecam.

Tribute to Michael Turner
A Tribute to Michael Turner - hołd a nie komiks. Zacząłem wchłanianie od umierającego Freddie’go i kończę też dość grobowo. Bo to zbiorowe, przepiękne i naprawdę przejmujące pożegnanie ze zmarłym kilka miesięcy temu na raka Michaelem Turnerem. Dziesiątki rysowników, scenarzystów i innich współpracowników tego artysty tu właśnie oddaje mu ostatni hołd. Dosłownie: dopracowany żałobny splashpage, kilka akapitów wspomnień, prosty szkic. Widziałem już w życiu wiele albumów tego typu (kilka nawet wyszło po polsku) - żaden jednak nie ma w sobie tyle siły, miłości i żalu. Piękna i smutku. To, co Turner stworzył w “Witchblade”, “Fathom”, “Superman/Batman” czy “Soulfire” jest, jak dla mnie (i mojej półki), kanonem komiksowego mainstreemu przełomu wieków. Ten tomik (z którego sprzedaż w dużej mierze przeznaczono na fundację walki z rakiem) to proste, acz przejmujące posłowie do tej komiksografii. Warto!

rasiści

January 25th, 2009

Ja o szanownej Akademii. Bo mną trzęsie. Kilka lat temu było długo i głośno o tym, jak Oscary lekceważą czarnych. Że aktorzy z ciemniejszą skórą choćby się wysilali do wytrzeszczu gałek ocznych, to szans nie mają na statuetkę za główną rolę. Że ten jeden Poitier (1963) to listek figowy, a cała reszta to pieprzony rasizm. Gadali, gadali i gadali, aż tu zaczął się XXI wiek i pękło. DUP! Denzel i Halle - dwa Oscary za główne role na raz. Pełne zadośćuczynienie. I od tego czasu jest już w miarę normalnie: 2004 - Jamie Foxx, 2006 - Forest Whitaker. Gra i buczy.
No to teraz kto inny robi za czarnucha. A imię jego - kino popularne. W tym roku trudno było o lepszych kandydatów do Oscarów za najlepszy film niż “Mroczny Rycerz” czy “Wall*E”. Nie tylko publiczność, ale i krytycy, wreszcie i szeroko pojęty zdrowy rozsądek wskazywałby, że mają szansę, że powinny, że zasłużyły, że najwyższy czas, by Akademia zauważyła coś poza biografiami i dramatami o Holokauście. Ale nie. Bo nie. I pewnie jeszcze długo nie. A kto wie, czy w ogóle? Bo nauczyłem się na przykładzie polskiej krytyki filmowej, że nie w przemianie pokoleń rzecz. Bo to nie jest tak, że starsi wymrą, a młodzi będą bardziej elastyczni - zawsze znajdą się młodzi (np. Paweł Felis), którzy ledwie zaczną, już dadzą się poznać, jako jeszcze bardziej konserwatywni, sztywni, zasadniczy, słowem jeszcze starsi od swych poprzedników. Tam jest pewnie tak samo - staruszków zastępują młodzi, kórzy są jeszcze sztywniejsi od sztywniejących właśnie ciał ich poprzedników. No i mamy efekt: nominacje, w których “Mroczny rycerz” dostaje 8 szans na Oscara, ale jest pominięty w najistotniejszych kategoriach - film i reżyser. Również szansy nie dostaje “Wall*E” - film lepszy, mądrzejszy, a przede wszystkim odważniejszy formalnie i fabularnie od większości nominowanych. Superbohaterzy, fantastyka, groza, komedie - wyraziste kino gatunkowe może się załapać ew. na coś technicznego czy drugoplanowego. “Władca Pierścieni” robi więc tu chyba za Poitiera - a to oznacza, że może trzeba będzie czekać jeszcze kilka dekad. Ech… Pieprzeni rasiści.
Jedyna radość, że prawie pewny Oscar dla Kate Winslett za film o Holocauście ona sama przepowiedziała sobie już jakiś czas temu (posłuchajcie tak w czwartej minucie):

Kontynuując multimedialne przyjemności - tegotygodniowe pogaduchy z Onetu: “Obywatel Milk“, “Opór“, “Opowieści na dobranoc“.

I jeszcze ps. do poprzedniego wpisu - złamałem się i zaprenumerowałem kolekcję figurek. Ot, w pewnych kwestiach nienajlepiej u mnie z silną wolą…

A teraz już do wchłaniania:

Droga do szczęścia
Kino: Droga do szczęścia - miał być Oscarowy faworyt, skończyło sie na trzech mało ważnych nominacjach i jakoś się nie dziwię. Najnowszy Mendes w ogóle mnie nie przekonał. Ot, wtórne to i oczywiste. Trochę z “American Beauty”, trochę z “Małych Dzieci” wszystko w sosie “Daleko od nieba” - banał. Że już w latach pięćdziesiątych ludzie dusili się w konwenansach, sztywnych kołnierzykach, domkach z ogródkiem i dziećmi w ogródku. I że się miotali, ale często nie znajdowali wyjścia. Koniec filmu. Winslet i DiCaprio (i Bates) po raz pierwszy razem od zatopienia Titanica. Mendes w swoim czwartym filmie ostatecznie jak dla mnie udowadnia, że sukces i jakość “American Beauty” to jednak zasługa Alana Balla (p. dla odmiany jego dalsza droga twórcza).

Big Nothing
DVD: Big Nothing - tytuł iście proroczy - nabrałem się na tą czarną komedię straszliwie. No bo obsada zapowiadała się intrygująco: Simon Pegg, David Schwimmer, a jeszcze Natasha McElhole na drugim planie. Efekt jednak okazał się po prostu żałosny - ot ktoś w Ameryce usiłuje bawić się w angolską czarną komedię i nie idzie mu strasznie. I to od słabego początku w którym poznaje się dwóch loserów, po finał po którym nie ma już nikogo (spojleruję, ale naprawdę nie warto tego oglądać). Faktycznie wielkie nic.

Komora
Komora - ekranizacja jednej z powieści Grishama. Młody prawnik -wnuczek rasisty skazanego na śmierć za zabicie w zamachu żydowskich dzieci, robi co może by powstrzymać egzekucję. Gene Hackman jak zwykle szarżuje jako dziadek, a jak to u Grishama wszystko jest naczyniami połączonymi i coś, co może uratować dziadka może go również pogrążyć. Są lepsze Grishamy (książkowe i filmowe), ale są i gorsze.

Z archiwum X - pokonać przyszłość
Z archiwum X: Pokonać przyszłość - pięć sezonów obejrzanych, pora na film kinowy. Carter nakręcił go właśnie wtedy (jak się okazało po kilku latach mniej więcej w połowie całej zabawy). Film nie jest zły, ale mimo rozmachu (wybuchy, UFA itp) merytorycznie nie daje więcej niż podwójny odcinek serialu. U złych nastąpiła lekka zmiana warty (ktoś zginął, ktoś się pojawił), dalszy kawałek konspiracji został obnażony, zamkniete (nie wiem już który raz) Archiwum znowu zostaje otwarte - nihil novi. Ale trzeba było w tym momencie zobaczyć, by płynnie wejść za chwilę w sezon szósty.

Kabarety 6
(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 6: Dzidek, nie opuszczaj przewodu - antologia kabaretowych numerów telekomunikacyjnych z naciskiem na telefoniczne. Czyli już z założenia jest nieźle, bo zaczyna się od nieśmiertelnego “Sęka” z kabaretu Dudek. I od razu jest pięknie. I wszystko co młodsze od tego, a polega na człowieku na scenie trzymającym słuchawkę i mówiącym do niej jakoś musi się od tego odbijać - czasem bezpośrednio, jak kończący płytę “Duży sęk” również z Dudka (zupełnie niezły), a zwykle po prostu formą jak dobry Moralny Niepokój z “Imprezą u Bogdana”, przesadzony Pazura z “Cichym wielbicielem”, nudny Grabowski z “Nartami we Włoszech”, jeszcze dwa razy Dudek (udało się, więc szli za ciosem), czy Laskowik ze słynną “Mamuśką” (szkoda, że takie słabe nagranie). Ale na płycie też parę innych niezłych numerów, jak Grupa MoCarta z “Komórkami”, czy Grześ Halama jako “Józek o Internecie”. W sumie nie jest źle, ale poziomu poprzedniej płyty nie udało się utrzymać.

Spider-woman
Spider-Woman 1-4 - kolejny animowany serial Marvela. Tym razem z tych starszych - “Spider-Woman” ma wszystkie zalety i wady trzydziestoletniego amerykańskiego serialu. Junior oczywiście bawi się zaletami, mnie ciut drażnią wady (powtarzalność schematów, jednopłaszczyznowość postaci). Fajne jest swobodne dłubanie w uniwersum - gościnny występ Spider-mana w pierwszym odcinku, marvelowskie nadprzyrodzone siły zła w kolejnym. Na razie machnęliśmy dopiero cztery odcinki, ale tego się w dużych porcjach nie da. Bo mdli nawet juniora.

Cycero
Literatura: Robert Harris - Cycero - I zanim ostatnie DVD, najpierw napiszę o książce. Bo sprzężone są. Oto przeczytałem bowiem (i to błyskawicznie) nową powieść Harrisa (tego od “Vaterlandu” i “Enigmy”, który w tym stuleciu wziął się za antyczny Rzym - najpierw napisał “Pompeję”, a teraz to). “Cycero” to pierwszy tom trylogii mającą być lekką, acz bardzo ściśle trzymającą się faktów biografią Cycerona. I czyta się to genialnie. Już w “Pompei” Harris pokazał, jak można genialnie opisać tamten świat, by stał się zrozumiały z całą obyczajowością i strukturą społeczną. Tu jest jeszcze więcej i lepiej. Z jednej strony opowieść o młodości najsłynniejszego mówcy antycznego świata czyta się dosłownie jak najlepszego Grishama (kolejne wygrywane procesy i awans społeczny od drobnego adwokata do najwyższego honoru w Republice Rzymskiej - stanowiska konsula). Z drugiej Harris, jakby mimochodem, opisuje i tłumaczy zasady funkcjonowania Rzymu u schyłku Republiki (79-64 p.n.e.). Wreszcie rozumiem o co chodziło z tymi wyborami, konsulami, senatorami, pretorami, edylami, trybunami - to wszystko okazuje się proste i logiczne. A do tego jeszcze spore wiaderko faktów i ciekawostek o codziennym życiu nobili i zwykłej rzymskiej chołoty - super. Naprawdę świetna książka. Cyceron okazuje się postacią charyzmatyczną, ale i w ostateczności koniunkturalną do bólu. Niestety powieść kończy się dość nagle - Cezar dopiero zaczyna swoje podjazdowe wojenki, Pompejusz buszuje na wschodzie, a Katylina dopiero zaczyna dostawać do dupie. I od razu przypomniałem sobie, że przecież mam w kolejce serial:

Rzym 1 Rzym 2
Rzym 1/1 - 2/5 - pierwszy sezon widziałem już wcześniej, ale z radością sobie powtórzyłem, tym bardziej, że dzięki Harrisowi rozumiałem teraz o wiele więcej (od nazw funkcji bohaterów a za tym idąc dlaczego ktoś mógł w senacie coś zawetować a inny nie, po chociażby sens i pochodzenie kolekcji masek pośmiertnych w domach rzymskiej arystokracji). A jeszcze wszedłem w tę fabułę dość płynnie, bo przecież “Rzym” zaczyna się w roku 52 p.n.e. czyli raptem tuzin lat po zakończeniu książki. I nie tylko książkowy Cyceron, Cezar czy Pompejusz mają się tu świetnie, ale pojawia też spora gromadka postaci drugoplanowych (łącznie z narratorem książki - Tironem, osobistym sekretarzem Cycerona). W serial zaś wsiąkłem tak, że już jestem w połowie drugiego sezonu i pędzę jak głupi - powstrzymywany tylko przez żonę, która nie życzy sobie, bym w jej obecności oglądał coś tak brutalnego. Bo faktycznie mordują się, torturują, gwałcą, ucinają głowy i kończyny. Ostro jest. Czytaj wiarygodnie. Bo jakoś znacznie bardziej wierzę w taki Rzym niż ten z Sienkiewicza, czy nawet Gravesa. Marka zobowiązuje - “Rzym” to koprodukcja HBO i BBC, trudno o lepszą rekomendację dla serialu. Choć oczywiście fabularnie rzecz jest nieźle podkolorowane: para głównych bohaterów serialu, początkowo legioniści Luciusz Vorenus i Tytus Pullo (postacie historyczne wymienione w pismach Juliusza Cezara) co chwila nieźle mieszają w historii: to dzięki ich działaniom (zwykle czynionym niechcący) Cezar przekracza Rubikon, czy ginie w finale pierwszego sezonu. Że o ojcostwie dziecka Kleopatry nie wspomnę. Wszystko pięknie przekombinowane i pięknie pokazane - plan serialu kręconego w rzymskich studiach Cinecitta był największą scenografią na świecie (z tych wybudowanych poza halami produkcyjnymi). I ja na nim byłem. Naprawdę. W sierpniu 2006 r. HBO zaprosiło mnie na wycieczkę do Rzymu i na plan “Rzymu”. I był kolosalny. I nawet mam w komputerze jakieś zdjęcia. O, proszę:

Rzym HBO 1

Rzym HBO 2

Rzym HBO 3

Ech, wspomnienia mnie wzięły, to idę się im oddać, a o komiksach już innym razem.

mądre to to nie jest

January 22nd, 2009

Jesteśmy właśnie świadkami dość zabawnego nieporozumienia. Ktoś bierze nas za kawałek Zachodniej Europy. I mądre to to nie jest. Ale nie ma się co przejmować - w końcu to nie my wykładamy spore pieniądze, a mamy (fani amerykańskich komiksów) dzięki temu trochę rozrywki. Więc bardzo nie narzekam.
Już tłumaczę o co mi chodzi. Od kilku miesięcy zaczął się u nas istny festiwal marvelopochodny. Jak rozumiem ten festiwal na Zachodzie trwa sobie w najlepsze od dekad, ale przy bieżącym sezonie ktoś zaczął nas traktować jako równorzędnych klientów i odbiorców całej zabawy. Mimo, że marvelowskie zeszyty nie wychodzą u nas dziś i nie wychodziły prawie nigdy - cała działalność TM Semic i pozostałe epizody to ledwie mrugnięcie, chwilka w kontekście dekad comiesięcznych premier w USA i nie tylko w USA. Nie mamy więc przygotowania, podłoża, gruntu pod kolejne permutacje tej zabawy (czego najlepszym dowodem dość żenujące - w porównaniu ze światem - wyniki komiksowych superprodukcji w naszych kinach) a tu nagle nastąpił ich prawdziwy wysyp.
Najpierw animacje. Po kilku filmach wydanych przez Vision znalazł się wydawca seriali. Hucznie zapowiedział dziesiątki tytułów i zaczął wydawać. W miesięcznych odstępach ukazały się trzy porcje (po trzy seriale) i … tyle. Ostatnio zauważyłem, że po kilku miesiącach przerwy ukazało się coś nowego i raczej żenującego. W pierwszej porcji był bowiem pierwszy sezon świetnego serialu “Spider-man”, teraz zaś ukazało się łączne wydanie sezonów 1-2. Czyli czyste skurwielstwo. Bo nie można sobie kupić drugiego sezonu, jeśli masz już pierwszy. Nie, musisz kupić łączne wydanie obu, a jak kupiłeś tamten wcześniej to sam jesteś sobie winien. Pomijając nieetyczność to najlepszy dowód, że hurraoptymistyczne plany wydania mnóstwa seriali zostały już brutalnie zweryfikowane.
Potem ruszył magazyn o Spider-manie. W każdym numerze trochę komiksów, trochę zabaw dla dzieci (choć niektóre splashpage moim zdaniem niespecjalnie nadają się dla najmłodszych) i porcja kart kolekcjonerskich (kolejna amerykańska tradycja, która nie miała okazji się u nas przyjąć), które niby tam układają się w jakąś prostę grę. Świetnie wydane, tak sobie przetłumaczone. Nie przeczę - kupuję każdy numer (oczywiście dla syna) i ciekawy jestem jak długo pociągną. Na razie wychodzą - doszli już zdaje się do 16 numeru. Może to dlatego, że rzecz skierowana jest do młodszych, ojcowie kupują synom i jakoś się bilansuje.
A dziś pojawiła się rzecz trzecia - jak na polski rynek kultury popularnej kuriozum w najczystszej postaci. Kolekcja ołowianych figurek. Nie zabawek dla dzieci, ale figurek do kolekcjonowania (”Przeznaczone dla osób powyżej 14 lat”). Do tego telewizyjne reklamy i w ogóle. Oj, ktoś na tym strasznie wtopi. Przecież to nie ma szans się sprzedać u nas (jako seria). Bo kto to kupi? Ja oczywiście kupiłem sobie pierwszą (promocyjnie tańszą) figurkę Spider-mana i jest fajna. Bardzo fajna. A do niej 20 stron o Spider-manie i jeszcze kilka stron reklamy całej kolekcji. A wszystko po polsku. I tu zaczyna się dopiero zabawa dla fanów Marvela. Bo słyszeliście o takiej postaci jak “Ona-Hulk”? Albo że Wolverine “obronił Kanadę przed próbą przejęcia”? A Spider-man i Doc Ock to “gorzcy wrogowie”? A Daredevil “człowiek, który się nie boi”? A jak Wam podoba się zdanie “Marvel zastanawia się nad prawdziwymi wydarzeniami 11 września”, czy informacja o produkcji figurek, że “z ekipą Marvela współpracuje grupa badaczy, która wybiera charakterystyczne pozy i cechy bohatera”. Niektóre frazy i zdania zostawiono zaś w ogóle po angielsku - i może to i lepiej. A może odwrotnie - ta rozkoszna parodia tłumaczenia ma właśnie tak rozchichotać nabywców, że podwyższy sprzedaż?
Żartuję, to i tak nie uratuje tego poronionego pomysłu. Gdzie w Polsce znajdą się “przynajmniej 14-letni” chętni, by co 2 tygodnie wydać 20-30 zł na kolejną figurkę superbohatera? Ja sam waham się, czy będę kupował wszystkie (bo Hulka na pewno). A jeśli ja - ultrafan amerykańskiej popkultury się waham, to kto to kupi?
Mądre to to nie jest.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl