komiksowe remanenty
December 31st, 2008
Pomyślałem sobie, że dziś posiedzę dłużej i nadrobię zaległą kupkę komiksów do opisania (zwłaszcza bieżących amerykańskich zeszytów nazbierało się sporo). No to siadłem. A tu okazuje się, że od wczoraj zebrało się też ciut DVD więc najpierw trzeba się otrząsnąć z nich. Więc proszę:

DVD Brzydula Betty 1/1-4 jakoś nie załapałem się nigdy na emisję w naszych telewizjach i teraz mogę spokojnie na czysto oddać się przygodom brzyduli na DVD. I jak jest? Nieźle. Czyli spodziewałem się więcej. Przynajmniej po ogólnych zachwytach nad tym serialem. Bo tak naprawdę to nic ponad rozciągniętym do granic możliwości “Diabeł ubiera się u Prady” skrzyżowanego z “Dynastią”. I już. Grane jest standardowo, kręcone takoż. Jedno co może trochę skupić uwagę, to obserwowanie wygibasów i balansowania na linie jakiemu oddają się amerykańscy scenarzyści, by całość (było, nie było na południowoamerykańskiej licencji) nie poszła całkiem w telenowelę. I jak na razie (4 odcinki) im się udaje. Czyli mamy dokładne zaprzeczenie polskiej “Brzyduli”, opartej na tej samej licencji, którą u nas z założenia sformatowano dokładnie jak oryginał na codzienną telenowelę i problem z głowy. I produkt w zasadzie do wyrzucenia - przynajmniej dla mnie. Choć wyniki oglądalności też nie oszałamiają.

Ekipa 4/1 No i skoro dostałem od Mikołaja z USA czwarty sezon to od razu zaczynam. A tu na początek odcinek stylizowany na klasycznego “making of” z planu “Medelin” - biografii Escobara, kręconej przez chłopaków. Niewiele atrakcji, acz rzecz ładnie trzymająca się w rytmie serialu i podsycająca zainteresowanie losem postaci i ich filmu. Więc jestem zainteresowany i jutro oglądam dalej.

Siedem życzeń 1-2 A z córką serial mojej młodości. O kocie Radamenesie mówiącym głosem Macieja Zembatego, wielkiej gwieździe polskiego rocka - Wandzie i Bandzie i zgrzebnej rzeczywistości lat 80. Bardzo dobrze wspominam ten serial (mimo uśmiercenia kota podczas zdjęć) i dobrze mi się go teraz znowu ogląda. Więc polecam.
Miami Vice 1/9-10 - jakoś nie pamiętałem (albo nie odczytywałem tego tak wyraźnie, podczas pierwszych emisji serialu, gdy większość czasu spędzałem w podstawówce), że przygody Crocketta i Tubbsa są tak przepełnione trudnymi wyborami moralnymi. A to policjant jest zmuszany przez sędziego do wydania informatora, a to policjantka udająca call-girl do seksu na służbie, a to by złapać złego trzeba popsuć życie komuś nieważnemu i w zasadzie nieszkodliwemu. I ten Don Johnson tak to pięknie przeżywa… Tym razem gościnnie: uśmiechnięty Burt Young, Terry O’Quinn z włosami i młodziutki Michael Madsen.

(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 3: Kogo męczą mleczaki (nie wiem skąd ten napis nad okładką - przecież oglądałem we wtorek) trzeci tom kabaretowej antologii to rzecz o dzieciach, a nawet bardziej o bajkach dla dzieci. Zdawałoby się kabaretowy samograj. A tu nie. Jest kilka skeczy niezłych, kilka dobrych, ale nic naprawdę powalającego. I nie pomogą półhurtowe ilości Potemów i Ani Mru Mru, że o Starszych Panach czy Dudku nie wspomnę. Nawet wyśmienita piosenka Kmitów czy “Żwirek i Muchomorek” Dna nie ratują całości. To najsłabsza z trzech dotychczasowych płyt kolekcji i coraz bardziej zaczynam się niepokoić o tę kabaretową inwestycję…

Komiksy Ultimate Spiderman HC 1, 3, 4 (my bad, normalnie tomy i okładki są tej samej wielkości) potężne uzupełnienie kolekcji marvelowskich Ultimate. Te trzy tomy Spider-mana to wzorcowe połączenie komiksu superbohaterskiego z opisem codziennego życia amerykańskich nastolatków: flirty, zejścia i rozstania, drobne problemy, które urastają do monstrualnych rozmiarów. Niezależnie od tego, że czasem tuż za ścianą toczy się prawdziwa walka na śmierć i życie. Bendis genialnie rozkłada akcenty jak nikt mieszając ból z poczuciem humoru - uwielbiam jego zabawy nieudolnymi próbami utzymania przez Petera jego sekretnej tożsamości. I w ogóle kłopoty z kostiumem. Świetne też są jego reinterpretacje klasycznych spider-manowych motywów - chociażby origin Venoma, romans z Black Cat, czy konflikt z Kinplinem. Brawo!

Ultimate Fantastic Four HC 2 I jeszcze jeden grubasek Ultimate, tym razem biorący się za bary z Fantastyczną Czwórką. I uwspółcześniający ją na miarę XXI wieku. W tym zupełnie dobrym tomie trzy historie: Ellis i Kubert pięknie rozpisują wyprawę 4 do N-Zone (uwielbiam sekwencję z przebiciem hełmów); Carey i Jay Lee bawią się pomysłem zemsty przegranej - pani, która była tylko o włos mniej inteligentna od RR i teraz ma spory żal, że to jego wybrano do rządowego cycka. Ich pojedynek będzie ostry; na koniec pierwszy Annual serii czyli pierwsze spotkanie FF i Ultimate Inhumans stworzone przez Millara i Jay’a Lee. Millar niewiele zmienia w stosunku do uniwersum 616, ale zmienia smacznie, za to Jay Lee ma tu naprawdę szanse poszaleć. Znamy i po polsku jego wizje 616-owych Inhumans i FF. Tu wyraźnie kręci go rysowanie tego samego w wersji młodszej, świeższej i nowocześniejszej. Słowem - bardzo dobrze wydane 30$ (przez zniżką).

Battlestar Galactica - Zarek TPB dobre poszerzenie świetnego serialu. Zarek (grany przez Apolla sprzed lat) to jedna z bardziej dwuznacznych postaci serialu, więc aż się prosiła o dodatkowy origin. No to ma (niezależnie, acz też chyba niesprzecznie, od istniejącej już o nim powieści). Oto więc Zarek od urodzenia po pierwsze pojawienie się w serialu, a po drodze pierwsza wojna z Cylonami, ruch związkowy (momentami istny z niego Wałęsa), ruch oporu, zamachy, więzienie. W sumie - niezły kawałek retconu.

The Boys - Good For The Soul TPB trzecia porcja hardcore’owej wariacji na “Strażników” a’la Ennis. Tym razem znowu jest sporo seksu, wulgarności i obrzydliwości, ale to tom przede wszystkim straszliwie (prze)gadany. Jeden pan drugiemu panu opowiada historię tego uniwersum i choć czyni to z iście Ennisowym wdziękiem jest tego, jak dla mnie, ciut za dużo. Z drugiej strony mamy dzięki temu, jedno z pełniej przedstawionych autorskich superbohaterskich światów. Ennis, jak wielu przed nim odbija się od Moore’a, ale w swoją prywatną stronę (pełną wulgaryzmów i żenującego seksu). Bo tak pewnie by to wyglądało (jak lekko zasygnalizował już sam Moore postacią Komedianta). Tak jak pewnie superbohaterskie walki wyglądałyby tak brutalnie jak pokazał Straczynski w “Supreme Power”. Każdy z tych panów ociupinkę zbliża cały schemat do naszych realiów i za każdym razem jest to coraz bardziej przerażające.

Misterium trochę odczekałem aż fala recenzji, analiz, kontranaliz i pyskówek na temat “Misterium” już się przewali przez sieć i spokojnie przeczytałem, pokontemplowałem obrazki (z prawdziwą przyjemnością) i chwilę pomyślałem. I cóż wymyśliłem na temat dzieła Morrisona i Mutha? A niewiele. Że to jedna z wielu we współczesnej kulturze (acz nieczęsta tej jakości wykonania w komiksie) zabaw w wystawianie piłki. My ci tu wystawimy (mówią często swoimi dziełami poeci, filmowcy, czy plastycy) a ty kombinuj jakie to fajne, wielkie, o co nam chodziło i dlaczego masz uważać, że jesteśmy genialni. I jak to przy podaniach - czasami efektem jest piękny gol, a znacznie częściej torpeda strzelona panu bogu w okno. A tym razem? Chyba nieźle - kilka scen, pomysłów, zwrotów akcji i rozwiązań fabularno/obrazkowych skłoniło mnie do momentu zadumy. A to już coś. Jestem przekonany, że bardziej wrażliwi w tej opowieści o śledztwie po śmierci Boga (a dokładniej aktora grającego Boga na scenie) znajdą tu znacznie, znacznie więcej. Ale mi się nie chce. Mniej więcej od czasu liceum. Sorry, tak mam. Ale dla równowagi nie jestem też już zainteresowany wystawianiem tak piłki. Mniej więcej od połowy studiów. I jedno co przyznaję, że tylko pozazdrościć Morrisonowi, że może sobie wystawiać przy pomocy Mutha.

Elektra - Glimpse & Echo 1-4 (z 4) a w ramach uzupełniania (do kompletu) przygód Elektry nabyłem niedawno na Allegro miniserię autorstwa samego Scotta Morse’a. Serio. Taki niezależniak spróbował zmierzyć się z kreacją Franka Millera. I nawet widać, że marzyło mu się konkurowanie z “Elektra: Assasin”, ale nie starczyło pary. Obrazkowo rzecz jest nadzwyczaj morse’owa, ale fabuła o kocie, zmarłym trębaczu, Hand, które ma się odrodzić w topowym czarnym koszykarzu jakoś nie wciąga aż tak. Jest w tym niby magia, odrobina szaleństwa, myślenie w poprzek superbohaterskich standardów, ale kudy całości do odpału Millera. Nie dziwcie się więc, jeśli nie słyszeliście o “Glimpse & Echo”.

Wildcats #4-5 no i teraz już bieżąca amerykańska świeżynka. Na początek superchłopaki i superdziewczyny Jima Lee z Wildstormu (oczywiście okładki powinny być równe, ale znowu cuś nie wyszło). Z normalnej supergrupy zmienili się w supergrupę po Apokalipsie (która spotkała całą Ziemię w Wildstormie). Tu Gage w jednym zeszycie kończy opowieść o poszukiwaniu Edenu w zniszczonym świecie i wyciąga z lamusa najstarszych wrogów Wildcats, a w drugim wspomina całą przeszłość Spartana. Standard.

Hellblazer #248-249 i oto jak kończy się (tuż przed jubileuszem) run Diggle’a w “Hellblazerze”. Kończy się z przytupem i z wprowadzeniem nowego ważnego elementu do siatki współrzędnych tego komiksu. Nie chce za bardzo spojlerować (tym bardziej, że przygody Johna wreszcie są po polsku), ale dość powiedzieć, że okładka #249 należy czytać nieomal dosłownie. Świetne.

Hellblazer Special: Chas #5 (z 5) a tu puenta miniserii w której pomocnik Constantine’a - taksówkarz Chas musi sobie sam poradzić z londyńskimi siłami nieczystymi pod nieobecność szefa. Niech Was nie zwiedzie film, w którym Chasa zagrał Shia LaBeouf, ta postać w oryginale jest znacznie, znacznie starsza (zresztą widać to po polsku, gdzie w “Strachu i wstęcie” spuścił Johnowi piękny łomot). Tu jednak Chaz nie ma swego metafizycznego wsparcia i musi radzić sobie sam. No, prawie sam. I sobie radzi. Choć oczywiście, jak na dobry horror przystało znacznie mocniejszą i straszniejszą sceną od starcia z demonem jest starcie z własną kobietą.

Daredevil #111-113 czasem mój komiksowy dealer ma lekkie zaparcie, a potem trafiają do mnie równocześnie trzy kolejne zeszyty danej serii. I tak właśnie zdarzyło się tym razem z Daredevilem i opowieścią o Lady Bullseye. Nowy ostry przeciwnik i nowa ostra jatka, jaką z przyjemnością zapewnia nam pan Brubaker robi wrażenie. Pani choć w założeniach dość wtórna (w ogóle strasznie ostatnio dużo w komiksowym mainstreemie żeńskich wersji znanych bohaterów) od razu sprawia wrażenie wiarygodnej i ciekawej. I oczywiście bezwględnie skutecznej. A Matt nie po raz pierwszy daje dowód, że jest tylko człowiekiem. I bardzo dobrze. To zdecydowanie jedna z najlepszych bieżących serii komiksowych.

Daredevil & Captain America - Dead on Arrival szczerze mówiąc nie miałem o takich rzeczach pojęcia. Wiedziałem, że w Anglii bawią się w jakieś wariacje na Marvela, ale żeby we Włoszech? A tu okazuje się, że i owszem. I oto włoska przygoda DD i CA autorstwa Faragiego i Villi (twórców m.in. komiksów “Tex”, “Diabolik” czy “Dylan Dog”). I jest zauważalnie inaczej niż po tamtej stronie Atlantyku. I obrazkowo i przede wszystkim fabularnie - od równoległego otwarcia, przez oryginalny powrót starego wroga aż po zwarcie pomiędzy herosami. Niby tak samo, a ciut inaczej. Znaczy tak odświeżająco jest. Czyli nieźle.

Angel #13-14 kontynuacja serialu Angel wkracza w drugi komiksowy rok. I trzeba przyznać, że Whedon (do spółki z Lynchem, Brianem Lynchem) tak już tu namieszał, że ciężko nadążyć. Kto jest człowiekiem, a kto wampirem, a kto demonem, a kto umarł, a kto nie żyje? Momentami mam wrażenie, że to jest jeszcze gęstsze niż oryginalny serial.

Spike#4 (z 4) a to finał miniserii spin-offu do “Angela”. To jak Lynch pobawił się postacią Spike’a spowodowało tak głośny odzew wśród czytelników, że szybko zdecydowano się na rozwinięcie jego wątku w osobnym tytule - pokazanie co dokładnie Spike wyprawiał przez pierwsze tygodnie po przeniesienie Los Angeles do piekła. Oczywiście przede wszystkim wyprawiał różne fajne rzeczy z różnymi fajnymi laseczkami (niekoniecznie ludzkiego pochodzenia). A to, podobnie jak w serialu, wychodzi mu rewelacyjnie. Rzecz oczywiście dla fanów (czyli dla mnie).

Buffy #19 tu z kolei żródło całej zabawy w kontynuację “Angela”. Czyli komiksowy ósmy sezon “Buffy”. Whedon rozpisał rzecz dokładnie i z wyraźną pasją. Ten zeszyt to akurat dokończenie czteroczęściowej historii w której Buffy spotyka inną pogromczynię z przyszłości - Fray. Whedon stworzył ją przed laty na czysto komiksowe potrzeby. A teraz wysłał Buffy w przyszłość, by laski mogły się spotkać. A łącznikiem pomiędzy czasami jest przyjaciółka Buffy, która w finale… - to trzeba przeczytać. Bo to klasyczny Whedon w najwyższej formie. Jeśli lubicie Buffy serialową to komiksowa saga “Time of Your Life” jest lekturą obowiązkową. A ja boję się co będzie dalej, bo #20 napisał niejaki Jeph Loeb…

Hulk #7-8 a tu właśnie Loeb himself. Ale co mam zrobić, skoro to on pisze teraz przygody Hulka, czy raczej Hulków? Bo teraz jest dwóch (czerwony i zielony). No muszę kupować. I czytać. Więc czytam. A Loeb dla ułatwienia nawet podzielił sobie te zeszyty na pół, by osobno opowiadać o każdym z potworów i bawi się w najlepsze nie przejmując resztą uniwersum. I co niesamowite - ludzie to kupują (tytuł jest uparcie w najlepszej dziesiątce sprzedaży a to naprawdę coś). Loeb ma bardzo prosty patent na komiks o Hulku - w każdym odcinku nawalanka. W każdym z silniejszym przeciwnikiem, a gdy ci się skończą, to w coraz silniejszych zestawieniach po dwóch, trzech, a jeszcze lepiej po dwie, trzy, cztery, bo przecież laski się chętniej ogląda niż facetów (zwłaszcza w obcisłych trykotach). Na razie rzecz się sprawdza, ale ciekawy jestem czy gdziekolwiek prowadzi. A, że moja słabość do postaci Hulka nie zna granic więc czytam to i oglądam bez przykrości. A że jeszcze panie w obcisłych trykotach, to przyznam się, że nawet miejscami z przyjemnością.

Skaar son of Hulk #4-5 nie mogę tego jednak powiedzieć o tym tytule. Syn Hulka, który krąży od urodzenia po planecie Sakaar, jest coraz bardziej wściekły i radzi sobie z każdym przeciwnikiem (a tych jest tam jak mrówków). Ja naprawdę wciąż wierzę, że to część jakiegoś większego zamysłu, ale planeta Sakaar jakoś nigdy mi nie podeszła, a z tej rodziny na razie zdecydowanie wolę tatę.

Incredible Hercules #122-123 i seria dawniej o Hulku, którą przejął po nim prawdziwy grecki bóg. I nieźle się w niej bawi na zmianę kręcąc się w towarzystwie marvelowskich superbohaterów i innych greckich bogów. Tu np. w jednym zeszycie zaczyna od bitwy z Namorem, by skończyć odnajdując zaginionego Posejdona. W drugim rzecz miesza się jeszcze bardziej, a wszechobecne wplatane przez Paka i Van Lente’a kawałki wspomnień (czyli po prostu Mitów Greckich) udowadniają calkowicie jednoznacznie, że pomiędzy nimi a amerykańskimi komiksami superbohaterskimi nie ma merytorycznie żadnej różnicy. Że i te i te są efektem tych samych ludzkich potrzeb i analogicznych form ekspresji. A przede wszystkim, że to takie same opowieści i tacy sami bohaterowie - jedyne co ich odróżnia to kilka tysięcy lat rozwoju cywilizacji.

Monster-size Hulk jeszcze grubszy one-shot z Hulkiem. Taki na Halloween (acz dopiero przyszedł i doczytałem). Oto Bruce Banner w zwarciu z “żywą” klasyką - Frankensteinem, Wilkołakiem, Draculą. Ten pierwszy wręcz na nowo ożywa dzięki promieniom Gamma. Wszystko oczywiste do bólu, ale przynajmniej rzecz z Draculą (wyjątkowo nie komiks, tylko opowiadanie Petera Davida ilustrowane przez Hardmana) dobrze się czyta.

Batman: Cacophony #1 (z 3) Kevin Smith is back! Po kilku latach zarzekania się (a wcześniej po kilku latach opóźnień w tworzonych seriach) Smith wrócił z czymś świeżym. Miniserią z Batmanem i stworzonym przez Smitha wcześniej w “Green Arrow” postacią Onomatopei. Ale nie tylko - Smith bawi się też Deadshotem, Zsaszem (genialna scena szukania miejsca na następne nacięcie), Maxem Zeusem a zwłaszcza Jokerem. Początek z Arkham Asylum jest zresztą dość czytelną i udaną wariacją na jedną z moich ulubionych sekwencji w historii DC - sceny w której do AA wpada Hitman, który ma zlecenie na Jokera.

Star Trek: Mirror Images #5 (z 5) i na koniec bieżące zeszyty Star Trek. Najpierw dokończenie miniserii z lustrzanego świata. Oto jak ostatecznie lustrzany Kirk zdobył komendę na Enterprice (a w tym świecie należy dosłownie pozbyć się poprzednika). Dobre i świeże. I może lekko będzie pasować do nowego filmu, który w końcu też ma być o młodości Kirka.

Star Trek: The Next Generation - The Last Generation a to pójście za ciosem. Skoro Mirror Universe jest już popularne od tylu dekad, to może można powymyślać inne alternatywne światy ST. I to właśnie koncepcja “Myriad Universes” - dwa tomy książek z sześcioma nowelami a teraz komiks. Oto TNG w których udał się zamach podczas konferencji na Khitomerze (kinowy STVI). A dalej jest prawie jak w “Xawrasie”. No, duże “prawie”. Ale ja tam lubię takie pierdoły, więc wyolbrzymiam.

Star Trek - Romulans: The Hollow Crown #2 dzisiejszą stawkę zamyka John Byrne w drugiej połówce swej historyjki o tym, jak w czasach TOSu Romulanie spiknęli się z Klingonami. Oczywiście złośliwie knując pomiędzy sobą na wszystkich poziomach. Ot, takie sympatyczne uzupełnienie uniwersum.
I z sympatycznym uczuciem braku zaległości w roku 2008 mogę się położyć. Chyba, że cholera, jeszcze coś jutro przeczytam…
owacje dla klarnetu Allena
December 30th, 2008
Widzieliście to w TV? Do Polski przyjechał Woody Allen i zagrał ze swoim bandem w Sali Kongresowej. Na klarnecie. A potem były owacje na stojąco, bisy itp. A najlepsze były opinie wychodzących widzów: “Genialne”, “Arcymistrzostwo”, “Wielkie wydarzenie muzyczne”, “Jesteśmy olśnieni”. Przypomnę, rzecz dotyczny kultowego reżysera filmowego, który hobbystycznie gra na klarnecie. I chodziło o tę grę. O te dość amatorskie dmuchanie w klarnet, które wydarzeniem jest li tylko dlatego, że robi to znany twórca filmowy. I państwo na widowni byli olśnieni bo siedzieli sobie wygodnie w Sali Kongresowej i mieli w zasięgu wzroku wybitnego artystę filmowego. I tyle. A twierdzenie, że to co słyszeli było genialne, było li tylko próbą wytłumaczenia sobie samym dlaczego zmarnowali swój czas i pieniądzę na tak ordynarne i oczywiste naciągactwo. Bo wartość muzyczna całego przedsięwzięcia była co najwyżej neutralna (bo z pewnością nie pozytywna). Płacenie za Allena grającego na klarnecie to zonk analogiczny do oglądania prywatnego nagrania na którym Krzysztof Krawczyk uprawia seks, czy czytania w gazecie przemyśleń Katarzyny Skrzyneckiej na temat leczenia zaawansowanych nowotworów. Ot, proste przesunięcie - skoro te postacie są znane, popularne, ba czasem wręcz wartościowe w jednej dziedzinie to uznajemy, że są we wszystkich. I traktujemy ich jako wirtuozów i omnibusów wszechdziedzin. I potem twiedzimy z pasją w głosie do telewizyjnej kamery, że Woody Allen to muzyczne wydarzenie kończącego się roku.
Wchłanianie:

DVD Ekipa 3/15-20 I ledwie zacząłem, to skończyłem (całe szczęście, że mam już czwarty sezon). Te odcinki historii kwartetu z Hollywood uświadamiają jeszcze jedną fajną prawdę o Fabryce Snów (oczywiście poza prawdą znaną od lat przez wszystkich, że rządzą tam niepodzielnie Żydzi - polecam genialny odcinek rozgrywający się w Jom Kippur), która wyjaśnia co dzieje się z tą wielką kasą zarabianą przez gwiazdy. Oto z czasem zaczyna im odbijać i one same zaczynają ją inwestować w kolejne projekty, stając się również producentami filmów. Stąd właśnie często można zobaczyć w napisach znane nazwiska, które nie pojawiają się w filmie aktorsko (jak dopiero co w moim telewizorze John Malkovich jako producent “Juno”). I to właśnie z końcem trzeciego sezonu spotyka Vince’a, który wydaje kilka milionów na prawa do ekranizacji biografii Escobara.

Kompania Braci 7-8 i powoli zima 44/45 zaczyna się kończyć. Kompania E musi zmierzyć się jeszcze potężnym ostrzałem i zaatakować miasteczko dowodzona przez pacana (a to na wojnie oznacza sporo niepotrzebnie przelanej krwi). I tak z początkowej półtorej setki zostaje ich już tylko niespełna siedemdziesięciu. Z kolei w odcinku ósmym “Ostatni patrol” patrzymy z perspektywy żołnierza wracającego do oddziału po kilku miesiącach rekonwalescencji i nie poznającego starych kumpli zniszczonych przez frontowe życie. I widzimy jak jedni dowódcy dbają o życie żołnierzy a inni nie. Oto wzorcowy serial wojenny, którego zostało mi już tylko dwa odcinki…

X-Men 1/3-7 efekt dnia spędzonego w domu z dziećmi. Spora animowana porcja przygód marvelowskich mutantów od spotkania z Magneto przez Morlocków, eskimoską konfrontację Wolverine vs Sabretooth, po Genoshę. Zdecydowanie jedna z najlepszych kreskówkowych wersji superbohaterów w historii.

(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 2: Z Marsa, z Wenus, z Kielc niestety drugi tom antologii polskich kabaretów cierpi na ta samą przypadłość co pierwszy - bardzo wolno się rozkręca i na coś genialnego trzeba czekać ponad połowę płyty. Bo niezłych (acz tylko niezłych) Młynarskim i Kaczmarku, następuje tu dobry, acz przydługawy Kabaret Moralnego Niepokoju i wiaderko klasyki: 2 x Starsi Panowie, raz Potem i raz Janowska. I dopiero w tym miejscu, przy drugim podejściu do kabaretu Potem padłem i kwiczałem ze śmiechu. Mam tak zawsze przy skeczu “Szła dzieweczka do laseczka”, zawsze czyli od ponad 20 lat. Nagrałem wtedy ten skecz z Trójki jeszcze w liceum i puszczałem go sobie dziesiątki razy nie mając pojęcia kto to, ani jak to wygląda scenicznie. Potem zobaczyłem po raz pierwszy na festiwalu “Chrypa” w 1990 r i pokochałem miłością wielką i (z tego co mi wiadomo) nieodwzajemnioną. Ale aż z trójką z nich jestem dziś na “cześć”. A co!
Wracając do DVD - na nim jeszcze na zmianę rzeczy takie sobie i wielkie. Do tych drugich zaliczam kultową “Pannę Monikę” Laskowika i “Wiesia P.” Zembatego w interpretacji Maćka Stuhra. Czyli znowu - zdecydowanie liczyłem na więcej.
A jutro już końcoworoczne remanenty komiksowe, żeby za duża sterta do opisywania nie przeszła na rok przyszły.
Monaghan - Myers
December 28th, 2008
I kolejna niedziela. Więc kolejna piątka moich ulubionych aktorów - lista z lekkim wyjaśnianiem i elementami multimedialnymi:
Michelle Monaghan - zobaczyłem ją pięć lat temu i od tego czasu moje sympatyczne wrażenia na jej widok tylko narastają. Zaczęło się od serialu “Boston Public”, potem przemknęła przez ekran w jednym z Bourne’ów i “Constantinie” (tu jest przede wszystkim w scenach wyciętych) i wreszcie uniosła (czy raczej stanowiła równorzędny element aktorskiego trójkąta) w jednym z moich ulubionych filmów ostatnich lat: “Kiss Kiss Bang Bang”. A potem kolejne role - mniejsze i większe (”Mission: Impossible III”, “Gdzie jesteś Amando?” “Dziewczyna moich koszmarów”, “Eagle Eye”). I za każdym razem lubię na nią patrzeć - niezależnie od sensu i jakości filmu. Wy sobie spójrzcie na uroczy kawałeczek KKBB z nią, Downeyem jr. i pająkiem:
Jeffrey Dean Morgan - powoli, acz bardzo fajnie starzejący się się hollywoodzki przystojniak. Jeszcze kilka lat temu był jednym z dziesiątków nierozróżnialnych pysków z drugiego planu w pojedyńczych odcinkach różnych seriali (od “Slidersów” przez “Texas Rangera” “Ostry dyżur”, “CSI”, “Star Trek: Enterprice”, po “Monka” i “Trawkę”). I nie wiem, co się stało, acz coś pękło i nagle dało się go odróżnić. Nawet w epizodach. Zagrał bardzo sympatyczny kawałek w “PS Kocham Cię”, powracającą postać ojca w “Nie z tej ziemi” i zaliczył wieloodcinkowy gościnny występ w “Chirurgach”. A za chwilę rozróżniać go już będą wszyscy, bo w przyszłym roku pojawi się w kinach (jeśli film będzie miał premierę) jako Komediant w “Strażnikach”. Tu zobaczcie go w klimatycznej sekwencyjce z “Chirurgów”, gdy jego bohater już nie żyje i plączę się po czyśćcu. A że czyściec to ten sam szpital, to czasem znajdzie się w tym samym miejscu co jego ukochana i wdowa po nim zarazem - Izzie. I wtedy nawet w czyśćcu przez moment jest szczęśliwy. I ona (choć nie wie czemu) też.
Alanis Morissette - wiem, że to nie aktorka, ale w końcu zagrała co nieco, a zwłaszcza Boga w “Dogmie” Kevina Smitha. A że uwielbiam i klimat jej piosenek i jej uśmiech to wrzuciłem ją na listę. Oczywiście z kawałeczkiem “Dogmy” - tym, w którym tydzień temu omawiany Jason Mewes (Jay) stara się zagadać swego Stwórcę:
Bill Murray - a tu też bóg. Jeden z panteonu bogów współczesnej komedii. Każda jego kreacja to masterpiece. Kropka. Jako przykład dłuższy fragment z genialnego “Dnia Świstaka” w którym Murray, tłumaczy (również niedawno omawianej na tej liście Andie MacDowell), że jest - nomen omen - Bogiem:
Mike Myers - kolejny element panteonu komediowych bogów pochodzących w dużej mierze ze szkoły “Saturday Night Live” (mam już pierwszy sezon na DVD i niedługo zacznę wciągać). Myers to przede wszystkim Wayne i Austin Powers, ale przecież także Shrek czy generał w kręconym właśnie najnowszym filmie Tarantino. Myers uwielbia (podobnie jak Murphy) grać po kilka postaci w jednym filmie, ale potrafi też bawić się odwrotnie. I to właśnie ten filmik - uwielbiany przeze mnie początek trzeciego “Austin Powersa”. Jak komuś się spodoba, to chyba można obejrzeć na youtubie po kolei całość.
A gdy wybiję północ zaczną się me urodziny. Oczekuję wyrazów sympatii.
Nie wstydzę się!
December 28th, 2008
Przed chwilą zobaczyłem reklamę kanału “religia tv” i znowu mnie szlag trafił. Zresztą to pięknie podsumowuje całą ideę świąt Bożego Narodzenia, gdzie niewierzący są (chcąc, nie chcąc) ludźmi drugiej kategorii i muszą się dostosowywać. Mimikra pełną gebą. Żeby nie dostać po gębię. A przynajmniej nie zostać oplutym. I mówię to z wieloletniego doświadczenia. I jeszcze czytam, jak to w listach pasterskich panowie biskupi określają zdejmowanie krzyży jako ograniczanie wolności. Piękne klasyczne Sienkiewiczowskie prawo Kalego. Jak my wdeptujemy w glebę ludzi za inne poglądy - to dobrze, jak ktoś chce ograniczać nam nasze - to źle. Ale miało być o reklamie. No więc czterej panowie na treningowych rowerkach, siłownia i lekka niezobowiązująca rozmowa, żeby się gdzieś spotkać. A to jeden w sobotę nie może, bo z domu nie wychodzi, a to drugi coś tam. To inny - a może w piątek? U mnie? Mam pyszną cielęcinkę. Inny na to z potępieniem - Cięlęcinkę? No wiesz, wstydziłbyś się! No i potem szatnia i okazuje się, że to czterej kapłani wiar różnych, którzy ekumenicznie pedałowali. No właśnie. Ale jeśli różnowiercy, jeśli ksiądz katolicki był tylko jednym z czterech, to czemu inni mają się wstydzić za cielęcinkę? Bo on nie jada, to już cała reszta świata ma się wstydzić? Genialne, idealne podsumowanie katolickiej wizji świata, raptem o kilkaset młodszej od rzucającego bomby islamu i wcale niekoniecznie inaczej postrzegającą świat. Z angielska “My Way or Highway” (co we “Wściekłych psach” zostało uroczo przetłumaczone, że jeśli chodzi o plan to “Albo mój, albo chuj”).
Sorry, ale nie wstydzę się. I od czasu liceum pukam się w głowę obserwując koleżanki jadące z nami na weekendowe warsztaty teatralne i wygłodzone czekające w pociągu, aż wybije północ, by była już sobota i można było zjeść kanapki z wędliną. Ludzka wiara (której we mnie nie ma, ale którą jestem w stanie zrozumieć, czy docenić) nie polega na kanapkach z wędliną, a już z pewnością nie na “wstydziłbyś się”.
Nie wstydzę się. Owszem, łamię się z rodziną opłatkiem w wigilię, ale traktuje to jako ot, świąteczny, zeświecczony zwyczaj. Ale nie biorę udziału w modlitwach (jeśli ktoś takie intonuje) tak samo jak raczej nie piję alkoholu, mimo, że wszyscy wokół akurat piją. Gdy zmuszony okolicznościami (ślub, pogrzeb itp.) bywam w kościele staram się nie wyróżniać specjalnie z tłumu, ale czynię tak jedynie z szacunku dla miejsca - podobnie zachowywałbym się w cerkwi, minarecie, czy bożnicy. A potem wracam do siebie i dalej się nie wstydzę, że jem mięso w piątek. Uodporniłem się.
Nie opowiadałem jeszcze anegdoty o czerwonej kamizelce. Miałem taką. Jak chodziłem do trzeciej klasy. Ojca przeniesiono wtedy z Sudeckiej Brygady WOP w Kłodzku do Centrum Szkolenia WOP w Kętrzynie, a ja z mamą (zanim w Kętrzynie dostaliśmy mieszkanie) przemieszkaliśmy prawie rok u babci. Pod Krakowem w małej miejscowości Proszowice, gdzie do kościoła chodzili wszyscy, łącznie z synami partyjnych sekretarzy (jak chociażby mój kuzyn, z którym byłem w jednej klasie). A ja nie. Ani do kościoła, ani na religię. Bo nie. A religia była wówczas (rok 1980) nie w szkole, ale przy parafii kilkaset metrów dalej. Zaraz po lekcjach. Więc gdy cała 3A wychodziła ze szkoły tego dnia tygodnia, chłopcy (te dziewięcioletnie bysiory) oddawali dziewczętom swoje plecaki (by mieć większą swobodę ruchów) i czekali. W końcu wychodziłem i ja, śmieszny kurdupel z fryzurą jak od garnka i w owej czerwonej (nomen omen) kamizelce. A oni się na mnie rzucali. Tak mniej więcej w dziesiątkę. I mimo moich usilnych prób ucieczki łapali mnie za nogi, za ręce, unosili w powietrze i tak nieśli te kilkaset metrów. Ulicą Kościuszki - jedną z większych miejskich arterii. A za nimi w pochodzie te dziewczyny niosące ich tornistry. Czasem mijaliśmy zdziwionych dorosłych, ale ci raczej nie reagowali. Pamiętam tylko raz. Taką starszą babcię, która widząc, jak się szarpię i próbuję uwolnić krzyknęła z chodnika po drugiej stronie jezdni:
- A co Wy go tak trzymacie?
- Bo on nie chce chodzić na religię - odkrzyknęła rebiata.
- A to bierzcie go, bierzcie. - zawołała pani i poszła sobie dalej.
Fajnie?
Tyle myśli głębszych, a teraz już spokojnie wracam do wchłaniania bieżącego.

DVD: Juno i jeszcze jeden lekki świąteczny seans dla poprawienia małżeńskiego nastroju. I wciąż jestem fanem tego filmu, zupełnie jak po pierwszym pokazie w kinie. Ciepło, prawdziwie i sympatycznie - ot świat może leciutko skręcony w stronę sitcomu, ale takiego w jaki jestem stanie uwierzyć. I który nie pomija trudnych tematów. Oscar za pogodny scenariusz o szesnastolatce, która radzi sobie z ciążą i całą resztą świata w pełni zasłużony.

To nie jest kolejna komedia dla kretynów no niestety, tytuł kłamie. I to z premedytacją. Ten film z 2001 r. to forpoczta tak uparcie męczących ostatnio parodiofilmów, w których nic już nie ma z finezji, fantazji, inteligencji Brooksa, ZAZu, czy Wayansów; jest za to w cholerę mechanicznie nawrzucanych aż pod sufit, niespecjalnie udanych, ale za to czytelnych do bólu żenujących aluzji, czy nieśmiesznych parodii. Bieda. Tym boleśniejsza, że ten film usiłuje parodiować komedie młodzieżowe z naciskiem na klasyczne tytuły Hughesa.
Miami Vice 1/7-8 - i po przerwie wracam do chłopaków z antynarkotycznego. Tym razem ścigają się łodziami i pomagają małym szmuglerom w walce na bagnach z dużym szmuglerem, bo ten duży porwał córeczkę jednego małego. Standard, acz sympatyczny.

Chirurdzy 3/22-27 i się skończyło. Końcówka sezonu oczywiście dramatyczna i podciągająca napięcie - oto wiadomo już, że jedna pani z obsady odejdzie i osiądzie w spin-offie, więc trzeba przygotować pod niego grunt (przedstawić nowe miejsce, nowe postacie, nowe potencjalne wątki), inny pan narozrabiał i właśnie producenci wywalają go dyskretnie z obsady (dyskretnie, acz jak dla mnie przekraczając granicę wiarygodności fabularnej), główni bohaterowie są już aż za dlugo stażystami więc pora (po trzech sezonach), by poszli dalej - zdają więc egzamin i zostają (oczywiście nie w komplecie) rezydentami. I ogólny wniosek po tym sezonie: Być lekarzem w serialu szpitalnym oznacza być narażonym na wiele urazów, acz z tego wychodzi się z życiem. W przeciwieństwie do bycia rodziną lekarza w serialu szpitalnym. W ciągu tego sezonu umiera tylu członków rodziny głównych bohaterów, że sprawia to wszystko wrażenie skrzyżowania niesamowitego zbiegu okoliczności z poważną (acz ukrywaną w scenariuszu) niekompetencją samych lekarzy.

Dr House 1/18-22 House też mi się skończył. Ot, święta - dużo czasu, to i seriale szybko się kończą. Obok kolejnych dobrych i lepszych historii medycznych (w jednej gościnnie dziadziuś Peter Graves, ten z oryginalnej telewizyjnej “Mission: Impossible”) końcówka pierwszego sezonu to przede wszystkim origin samego House’a (choć początkowo ukrywa on się pod postacią Carmen Electry - to trzeba zobaczyć). Uwielbiam ten serial za jego bohatera, jego motto “Wszyscy kłamią”, ale przede wszystkim za jego podejście do roboty - absolutne przekonanie do własnej racji, a gdy okazuje się, że jej nie ma (a okazuje się nadzwyczaj często) to zero użalania się i przejmowania, tylko natychmiastowe przystępowanie do szukania następnej teorii, by potem bronić jej z równym zaangażowaniem. I tak właśnie trzeba.

Ekipa 3/13-14 Trzeci sezon Ekipy podzielono na DVD na dwie nierówne części i oto wreszcie zdobyłem część drugą. I wciągam. Bo bardzo polubiłem ten serial o codziennym, nadzwyczaj sympatycznym życiu w Hollywood. Oto gwiazda i jej “Ekipa” - koleżkowie z dzieciństwa, którzy teraz opiekują się swoim dawnym przyjacielem i zarazem ogrzewają w jego słoneczku. Do tego sporo cameos gwiazd i niezłych środowiskowych żartów. I oczywiście Ari - agent gwiazdy, za którego kreację Jeremy Piven dostaje rokrocznie nominacje do Złotego Globa i Emmy a ma już na półce cztery statuetki (w proporcjach 1 do 3). Te dwa odcinki to wielka urodzinowa balanga Vince’a (impreza pod patronatem) i opowieść o tym, że jednak Ari ma jakiekolwiek hamulce (jak to ładnie sam podsumowuje: “Być może jesteśmy kurwami, ale nie alfonsami”). Świetny serial.

Kompania Braci 6 odcinek o tym, że nie zawsze było fajnie, optymistycznie i do przodu. Bo czasem było zimno (zima 44/45), głodno i w okrążeniu. Ale trzeba było sobie radzić. A dla kontrastu głównym bohaterem odcinka uczyniono sanitariusza, który początkowo zagrzewa wszystkich do walki i spaja oddział swym dobrym samopoczuciem, acz z czasem coraz bardziej je traci, kończy się, odpada, traci resztki chęci życia. Piękne, brutalne i nie do pomyślenia w polskim kinie.

Komiksy: Astonishing X-Men: Niepowstrzymani i udało mi się dziś doczłapać do komiksów. Jako pierwszy X-Meni po polsku; ba, Whedon po polsku. Whedon, który w komiksie potrafi równie sprytnie, misternie i zabawnie przekombinowywać wątki, jak w swoich serialach. I do tego albo mnie ten finał tak wciągnął, że nie zauważyłem, albo za czwartym razem wyd. Mucha już nie popełniło tak wielu żenujących błędów w tłumaczeniu, stylistyce i liternictwie, co poprzednio. Słowem - świetny komiks z pięknym wzruszającym finałem. Whedon rządzi!

Przedwieczni drugi z rzędu gruby tom Marvela po polsku, acz to akurat ciąg dalszy uroczej egmontowej zasady: wydajemy wszystko, co można na okładce podpisać “Neil Gaiman”, a to podpisali wielkimi literami. Sam komiks opisywałem już półtora roku temu, gdy przyszedł do mnie z USA w hardcoverze. I dalej mi się podoba. Chwała też Egmontowi za naprawdę dużą i fajną porcję dodatków (opisy, szkice, wywiady) - tym razem, jak rzadko, czuję się w tym temacie naprawdę zaspokojony. I podobnie jak poprzednio mam tylko lekki niedosyt po urwaniu się fabuły, więc już bez żadnych oporów zamówiłem sobie niedawno wydany w TPB ciąg dalszy ze Stanów.

Star Wars Komiks 4/2008 tymczasem kolejny zeszycik z komiksowymi historyjkami SW. Największa z Darthem Maulem bardzo oczywista, ale urzekła mnie historyjka o spotkaniu Vadera i C3PO na Bespinie. I do tego jeszcze trzecia przygodóweczka, która wygląda jak komiksowa adaptacja prostej przygody RPG rozgrywającej się w uniwersum SW. W sumie, kończąc sakramentalną formułką”, jak za 5 zł. - z przyjemnością.

Aliens Omnibus volume 5 zdecydowanie najlepszy tom z serii. Wypas dla fanów Obcych i dla fanów najróżniejszych twórców - zgromadzono tu na niespełna 400 stronach dziesięć różnych krótszych serii, one-shotów i krótkich historyjek z Obcymi. Zaczyna trzyzeszytowa seria “Alchemy” rysowana przez Corbena, która fabularnie miesza kilka ogranych wątków: rozbity statek, religia wynikła z nieporozumienia, tajemniczy potwór, itp. Potem m.in. świetne fabularnie miniserie “Kidnapped’ i “Survival”, autorski współczesny one-shot Byrne’a “Earth Angel”, drobiazg rysowany przez Bernie Wrightsona “Incubation”, świetny żartobliwy one-shot “Lovesick” i wreszcie główne danie - oryginalnie dwuzeszytowa miniseria “Havoc” w której każdą planszę rysuje ktoś inny (w sumie 41 rysowników i jako 42. Kent Williams na okładce). A wśród nich (wyobraźcie sobie takie przeskoki klimatyczne - bo fabuła jest ciągła): Adams, Gianni, Darrow, Kordey, Kelley Jones, Charest, Craig Russell, Phillips, Muth, Ha, Aragones, Leon, Lloyd, Moebius, czy Allred. Polecam.
no i po Spiricie
December 27th, 2008
W najróżniejszych sensach.
To znaczy już po premierze. Światowej. W USA. I wyszło tak sobie. W drugi dzień Świąt, gdy zadebiutował w kinach “The Spirit” uzyskał dopiero siódme miejsce w Box Office (po czterech innych premierach i dwóch filmach z zeszłego tygodnia). I chyba nikt w ten film tam specjalnie nie wierzył - wszystkie znajdujące się wyżej od niej filmy mają większą ilość kopii. Opinie też są takie sobie - najbardziej strzeliły mnie (swą trafnością) zdania napisane przez Petera Davida. Oczywiście na jego blogu.
A teraz co ja sądzę (bo już mogę, puściły okowy lojalki podpisanej przed przystąpieniem do tłumaczenia): “Spirit - Duch Miasta” to film niestereotypowy. Pięknie ujął to David, że to taki “Dick Tracy” na cracku. Ja wyszlifowałem swoją pierwszą opinię do kwestii: to duży krok dalej niż “Sin City” czy “300″, ale kto wie, czy nie jest to już krok w przepaść? Frank Miller poszedł jeszcze dalej w filmowaniu komiksu, ale przesuwając akcent raczej na komiksowość na ekranie (niczym Ang Lee w “Hulku”) niż na umiejętne przekładanie jednego medium na drugie. Jego nie interesuje jak zmienić dobry komiks w dobry film, on chce za wszelką cenę uczynić z filmu ruchomy komiks. I nawet mu się to udaje. Tylko po co? To jednak najwyraźniej błędna ścieżka rozwoju. I nic z tego dalej nie będzie. To nie znaczy, że “Spirit” mi się nie podoba - jako komiksowy freak byłem zachwycony. I jestem dalej - całymi sekwencjami, ujęciami, dialogami, pięknymi paniami (Miller jako drugi, po swoim koledze Rodriguezie, który genialnie kadrował Mendes w “Pewnego razu w Meksyku”, pokazał Evę w sposób totalnie samczy). Ślicznie jest. Aż do niestrawności dla normalnego filmowego widza. Ale mam nadzieję, że tego bloga nie czytają normalni filmowi widzowie i że Wam się też spodoba.
Dla ułatwienia przekonania się, na Onecie wiszą już polskie wersje (jam to nie chwaląc się uczynił) dwóch pierwszych trailerów filmu. Tu i tu. Sami zobaczcie.
Cóż poza tym?
W teatrze byłem. Dziś. Z dziećmi. W Lalce na “Szopce Krakowskiej”. Wspólnymi siłami żony i córki udało im się powstrzymać mnie od zaśniecia. A szkoda. Rzecz ponoć od 29 lat w repertuarze. Serio. Akurat był jakiś jubileusz i przyszedł pan twórca sprzed lat 29. Chmm, kto wie, może wtedy by mi się podobało. Choć pewnie i tak niespecjalnie. Zaciekawiły mnie mocne i urocze elementy antysemickie (serio, serio). Może nie jest to zły spektakl, ale raczej dla etnografów, jako pomocniczy materiał (o ile ma to sens jako źródło, bo zauważyłem tu obok Estreicherów czy Kolberga także elementy Gałczyńskiego), ale nie dla trzylatków. Chyba, że chcemy im od małego bez żadnego wytłumaczenia wciskać hasła typu “Obij Żyda, to uwierzy w Chrystusa”, czy niekoniecznie subtelne aluzje seksualne - w w ludowych przyśpiewkach można ich znaleźć kilka bez żadnego problemu.
I już sam nie wiem, czy przysypiając stałem się kolejną ofiarą “politycznej poprawności”, czy jedyny na sali widziałem problem.
Święta. Obżarstwo. W granicach prawa. Czy już się chwaliłem, że przestałem jeść po 19? Od jakiegoś czasu. Sprawdzam, czy to jakoś mi wpłynie. Na razie żadnych efektów - ani niespecjalnie się robię głodny, ani nie tracę tzw. kilogramów obywatela. Choć biorąc pod uwagę, żem tylko z maturą, to kraj tak dużo nie traci, jak na odchudzaniu się różnych magistrów, czy docentów.
No to może do wchłaniania:

DVD: Ranczo Wilkowyje kinowy ciąg dalszy zupełnie niezłego serialu TVP. I też niezły. Twórcy stanęli przez niełatwym (a jak na polskie warunki niemal niewykonalnym) zadaniem stworzenia dzieła autonomicznego a zarazem pełnego aluzji i znanych postaci. I udało im się. Właściwie wszystkie wątki z dwóch sezonów są ładnie kontynuowane, no i dodano jeden duży nowy - byłego męża z Ameryki, w tej roli Radosław Pazura. Kilka świetnych żartów (mój ulubiony cytat: policjant oglądający wóz i brudne światła odblaskowe - “A odkąd to gówno światłem odbitym świeci?”) i kilka niezłych - w sumie sympatyczne świąteczne półtorej godziny.

Słoń To podwójna płyta (z dwoma filmami), dodatek do miesięcznika “Premiery” z czasu mojego naczelnikostwa - acz ta okładka już z późniejszego przeokładkowania i wrzucenia krążka do hipermarketów. Zestaw dość nieoczekiwany (w sensie mało komercyjny, jak na kioski) i tak naprawdę efekt pewnej próby podkopania mojej wiarygodności. W skrócie: Długo i uporczywie namawiałem wydawcę, by pozwolił mi wybierać filmy dołączane do pisma. Zwlekał. Zastanawiał się. A filmy dobierał pewien pacan szefujący jego działowi DVD. Często złośliwie. Wbrew interesom własnej firmy. To w ogóle dłuższa historia jak dzięki jego ambicjom i gierkom rozwaliło się całe wydawnictwo. Ale teraz nie o tym. W końcu udało mi się przekonać wydawcę. Wybrałem pierwszą parę. A ta była ostatnią przygotowana przez niego. I kiedy przez tak wysublibowany zestaw osiągnęliśmy najniższe wyniki sprzedaży w historii, ten pobiegł do wydawcy, by pokazać jakie efekty dają moje decyzje. Ponieważ wyniki sprzedaży pojawiają się kilka miesięcy później zakładał, że nikt nie sprawdzi, że to jego robota. Ale ja (w końcu red. nacz.) sprawdzam wszelkie dane i gdy w rozmowie z wydawcą wyszedł ten temat z przyjemnością poinformowałem go, kto mu (i mnie) podkłada tu świnię. Tyle anegdoty. A teraz o “Słoniu” - to jeden z najlepszych nudnych filmów jakie w życiu widziałem. Inspirowana Columbine świetnie opowiedziana historia o nieoczekiwanym końcu pewnego małego świata. Bez szukania symptomów, bez tłumaczenia powodów, czysta, aż do nudy obserwacja. Czysta i przerażająca. I przejmująca. Absolutnie nie moja działka filmowa, ale z przekonaniem twierdzę, że seans obowiązkowy.
Ghost World a w duecie do “Słonia” świetna nominowana za scenariusz do Oscara ekranizacja obyczajowego komiksu. Znanego też w Polsce. Rzecz o trudach dorastania, o tym, jak zakończenie liceum jest dopiero początkiem, a nie końcem kłopotów. Dwie nastolatki i nudny świat prowincjonalnej Ameryki. No i Steve Buscemi rządzi!

Ścigany 2000 średnio udana próba ożywienia legendy. Najpierw był kultowy serial w latach 60. potem rewelacyjny film z Harrisonem Fordem w latach 90. (i taka sobie kontynuacja już bez Forda, choć wciąż z Tommy Lee Jonesem) i wreszcie ta, kolejna próba przeniesienia rzeczy do telewizora. Tym razem jednak pary starczyło tylko na jeden sezon (oryginalnie były cztery). Ani uciekający Tim Daly, ani goniący Mykelti Williamson nie byli zbyt przekonujący i mimo dość szybko postępującej fabuły (i efektów na miarę telewizji sprzed ośmiu lat) jest tak sobie. To DVD to pierwsze dwa odcinki, ale zdecydowanie bardziej polecam starsze roczniki tego tytułu.

Zaczarowana domowy seans to w zasadzie dokładne powtórzenie wrażeń z kina. Kawał dobrej familijnej rozrywki - polecam.

(ko)lekcja polskich kabaretów - Temat 1: Z ziemi polskiej i do Polski no i świątecznie zaczynam wchłanianie Andrusowej kolekcji DVD z kabaretami dokładanej miesiącami do Polityki. Uczciwie przyznaję - nie kupowałem rytmicznie, tylko odczekałem i łyknąłem boxa. I chyba lepiej. Bo gdybym kupił wtedy pierwszego i od razu obejrzał, to nie wiem, czy kupowałbym dalej. Bo zaczyna się słabiutko - przez pierwsze pół godziny chce się wyłączyć telewizor. Serio: Drugoligowy Gajos (Opole ‘90 - pamiętam, że już wtedy mi się nie podobało), średni Kabaret Moralnego Niepokoju, żenujący Kwarter Okazjonalny, średnia Neo-Nówka, nielepszy Kabaret pod Wyrwigroszem, mało czytelny Salon Niezależnych, słabiutka Elita. To nawet więcej niż pół godziny. I wreszcie… Dopiero na ósmym miejscu coś dobrego. No dobra, tu z kolei niedoszacowałem. Ten jeden skecz wart był wydania pieniędzy. To złota dziesiątka najlepszych skeczy w historii polskiego kabaretu (twierdzę to z przekonaniem i całkowitym subiektywizmem) - “Awas” z Pod Egidą w wykonaniu Fronczewskiego i Pszoniaka. Na youtubie są same niepełne, poobcinane wersje, więc nie podłącze - ale musicie to zobaczyć. Absolutnie. A na płycie potem już powolna jazda (oczywiście) w dół: świetna Kinga Preis z “Murzynem”, świetne Ani Mru Mru, urocza Zawadzka z Dudka, dobra Grupa MoCarta i dobry Gołas. I w sumie uczucie niedosytu. I jakiegoś lekkiego zawodu spersonifikowanego do postaci Artura Andrusa. Ale jeszcze 14 płyt przede mną - pewnie odzyska me zaufanie. Wszak już raz pracował na nie przez lata - zanim przestałem uważać go za słabszą podróbę Bałtroczyka i uznałem za samodzielny, odmienny i godny najwyższej uwagi obiekt humorystyczny.
I na dziś starczy. Seriale i komiksy jutro.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)