Linda - Łomnicki
November 30th, 2008
Roboty w ch…olerę, więc przy niedzieli tylko szybko kolejna piątka moich ulubionych aktorów. Dziś zestaw dość ciekawy, bo po brzegach polski i z reprezentacjami m.in. kina kopanego, kobiecej atrakcyjności, czy aktorskiego geniuszu. Ale po kolei:
Bogusław Linda - bo to wielki aktor jest. A przy tym cudnie wymyślił sobie własną piaskownicę i bawił się w niej przednio przez długie lata. Lubię go za wiele filmów od wczesnej Holland, przez mojego ulubionego Kieślowskiego (”Przypadek”) po oczywiście wszystkie radosne Bromskie, Pasikowskie i Ślesickie. Bardzo go cenię za dawanie szansy debiutantom - nie raz grał główne role u reżyserskich prawiczków i czasami wychodziło z tego coś świetnego (”Kroll” Pasikowskiego, “Tata” Ślesickiego) a czasami straszna kupa (”In Flagranti” Wojciecha Biedronia - tyle sympatycznego, że się tak Foremniak i Skibińska rozbierały). No i te jego pokręcone próby reżyserskie - najbardziej lubię pojechane strasznie po bandzie “Seszele”. A jako cytat filmowy - finał z “Psów” - wszyscy to znają na pamięć, więc nic nie spojleruje, a zawsze fajnie się tą scenę przypomina:
John Lithgow - jeden z najgenialniejszych amerykańskich aktorów ekstremalnych. To znaczy równie dobrych i wiarygodnych w rolach psychopatycznych czarnych charakterów, sympatycznych sąsiadów transwestytów i komediowych kreacji w rodzaju kosmity zdziwionego ziemską cywilizacją. Oczywiście najłatwiej o ten ostatni przykład, a że ja czasem lubię iść na łatwiznę, nie zobaczycie tu dziś jakiegoś wypasionego urywka z De Palmy, tylko po prostu “Trzecią planetę od słońca”:
Jennifer Lopez - a co? Nie mogę lubić? Lubię. Więcej o pani może, gdy będę w kolejnym obrocie moich faworytów pokazywał teledyski, ale Lopez zagrała przecież w kilku niezłych filmach. Ostro seksiła się u Stone’a, była uwodzicielska u Soderbergha, czy dość szybko umarła u Kevina Smitha. A że, jak mam wybierać, to zawsze wybieram Smitha, więc proszę, oto z homeopatycznym udziałem Lopez trailer do “Jersey Girl”, jedynego niewulgarnego filmu w dorobku KS:
Dolph Lungren - są mieśniaki do których mam słabość. I do tego mam. Teraz gra już prawie wyłącznie w jakiś bułgarsko-rumuńskich koprodukcjach, które sam reżyseruje, ale nie zmienia to faktu, że lubię. Tym łatwiej, że ma spory dorobek godny szacunku: wszak to ekranowy He-Man i pierwszy Punisher; przeciwnik Stallonego i partner Brandona Lee; gość, który zagrał w Bondzie i ekranizacji Gibsona, u Emmericha i Johna Woo. Lungren ze swoją nieruchomą (tak nieruchomą, że Stallone to przy nim De Funes) twarzą nadaje się bez różnicy do ról dobrych i złych bohaterów i tak też grywa. I wolę go od tych wszystkich Van Damme’ów i kolejnych pokoleń kopaczy z półobrotu. I mimo, że rok temu przeskoczył pół wieku wciąż kopie. I strzela. Oto więc teledysk z jego kopnięć i strzałów:
Tadeusz Łomnicki - ładny przeskok, prawda? Tylko alfabetyczność może zapewnić nam takie emocje. Łomnicki to jeden z największych geniuszy aktorstwa, który miał pecha, że urodził się na światowej prowincji, bo gdzieś w Anglii, czy USA byłby pewnie gwiazdą na skalę Hopkinsa, czy Hackmana. A że z tym urodzeniem wyszło jak wyszło, zostały nam po nim li tylko Wołodyjowskie i różne takie. Ja miałem jeszcze szczęście, że załapałem się na Łomnickiego w teatrze. Jako część artystyczna wojewódzkich eliminacji OKR (Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego) w 89. a może w 90. mogliśmy obejrzeć w olszyńskim teatrze Jaracza gościnne przedstawienie jego monodramu “Ostatnia taśma” Becketta w reż. Libery. Oj, pamiętam jaki padnięty byłem po całej nocy “recytacji” z przyjaciółmi, jak niewiele mówił mi wówczas Beckett i jego twórczość, jak prawie przysypiałem, ale mimo to ciężko było oderwać wzrok od tego starszego pana na małej scenie, który uparcie manipulował starym magnetofonem. Pięknie było! Łomnicki nie był łatwą postacią, i prywatnie (czytałem biografię pióra jego ostatniej żony, Marii Bojarskiej) i oficjalnie - był mocno skażony PRL-em (czytaj członkiem KC PZPR), ale to wszystko powoli rozmywa się w przeszłości, a zostaje legenda aktorskiego geniuszu. I dobrze. A na youtubie oczywiście nie ma z nim prawie nic - z rzeczy sensownych znalazłem tylko monograficzne wydanie PKF-u (Polskiej Kroniki Filmowej) poświęcone jego śmierci w 1992 r. Nie ma tak żadnych fragmentów filmowych, ale jest tak kilka dobrych z teatru (również z “Ostatniej taśmy”). Zobaczcie:
bez kozery powiem 150!
November 30th, 2008
No, to już 150 wpis w tym roku. W porównaniu z zeszłym premierowym to lekki regres, ale i tak myślę, że jest lepiej niż nieźle. Ja sobie piszę, Wy sobie czytacie (niedługo też będzie okrągła liczba), komentujecie (i tu też będzie zaraz jubileusz) - ślicznie jest. Dziś w ramach tego jubileuszu zmieniłem opony na zimowe, a w TVN-ie zrobili specjalnie dziś finał “Mam talent”. Co prawda, to już nie to, co mocno odjechane eliminacje, ale i tak da się obejrzeć (jeśli mrugam przy wejściach Hołowni).
A mam też od dwóch dni pewne jubileuszowe przemyślenie:
Zacznijmy od newsa z Onetu: Katolicy chcą bojkotować IKEA w Polsce. Komu się nie chce klikać - streszczam w punktach:
1) IKEA wydrukowała katalog (ponad milion sztuk). W nim 20 rodzin i ich mieszkania ze sprzętami IKEI. Jedna rodzina - para gejów.
2) “Fronda” zapluła się z wrażenia i nawołuje do bojkotu sieci IKEA.
3) Szwedzkie media zapluły się z wrażenia i zrobiły raban, że w Polsce katolicy będą bojkotować sieć IKEI.
4) U nas z odbicia media (zwłaszcza elektroniczne) zapluły się z wrażenia i zrobiły raban, że szwedzkie media zrobiły raban.
Koniec wydarzenia.
I teraz moje przemyślenie: Ilu z Was czyta “Frondę”? Jaki wpływ ten tytuł na literę “F” ma na społeczeństwo naszego kraju (myślę o milionach, a nie o grupce prenumeratorów i prawicowych publicystów katolickich w TVP)? Że sparafrazuję klasykę muzyki popularnej: “Who, the fuck, is Fronda?” Nie pytam, kto miał zamiar, ale kto w ogóle wiedział o idei bojkotu? Ale przecież tak naprawdę, to dla świata zupełnie nieważne. Ważne, że F. istnieje i że jest wydrukowana. To wystarczy, by media z innego kraju (najlepiej z kraju, którego jakoś tam dotyka temat publikacji) zrobiły z tego aferę. A potem z odbicia poszło na cały świat (jako ciekawostka), a zwłaszcza na kraj rodzimy pisma na F. W tej historii my jesteśmy krajem wyjściowym newsa, a teraz zastanówcie się ile musieliśmy przeczytać wstrząsających newsów i przerażających relacji z innych krajów, które tam były li tylko głosem jakiegoś oszołowa w małej marginalnej, ekstremalnej gazetce? Ile? Sądzę, że więcej niż połowę. Wszak światem rządzi sensac!
To teraz coś zabawniejszego - nowe wideorecenzje: “HAPPY-GO-LUCKY, czyli co nas uszczęśliwia“, “Mała Moskwa“, “Ostatnie zlecenie“.
I w chwili, w której miałem zabrać się za opisywanie wchłaniania z dni ostatnich (a było tego sporo - skończyłem kilka seriali, obejrzałem parę filmów, przeczytałem książkę i kupkę komiksów, wystłuchałem płytę) strona mi się zawiesiła na kilka godzin. Teraz znowu działa, ale już po północy, więc moje wrażenia z najnowszego obcowania z panami Smithem, Łysiakiem, Mercurym, Gervaisem, Slottem i innymi już innym razem.
Znowu będę spisywał
November 26th, 2008
W zasadzie mogę to już powiedzieć oficjalnie. Za rok na MFK ukaże się mój kolejny, po Chriście, wywiad-rzeka z polskim mistrzem komiksu. Ustaliłem to już zarówno z organizatorami Festiwalu (którzy to wydadzą), jak i z bohaterem publikacji. A będzie nim Bogusław Polch. Dziś z nim rozmawiałem - bo od jutra Boguś będzie wygrzewał się gdzieś w ciepłych krajach i uczył jakiegoś sportu do którego wykorzystuje się morze i chyba rodzaj jakiejś deski. Nie sposób mu odmówić fantazji…
Tymczasem nasza Christowa publikacja stała się, z powodów oczywistych, acz smutnych, bestsellerem - tak mi przynajmniej przekazał współautor - Krzysiek Janicz, który zrobił lekkie rozeznanie. W Łodzi zostało im już tylko jakaś końcówka nakładu, więc pewnie dość szybko trzeba będzie rzecz dodrukować.
Wcześniej jakoś nie było okazji podsumować opinii o naszej książce, wiec może teraz kilka linków:
- relacja z MFK na Poltergeiście, która określa “Wyznania spisane” jako hit wydawnictw okołofestiwalowych
- recenzyjka w wiadomościach24.pl, pod - z dzisiejszej perspektywy - dość nieszczęśliwym tytułem…
- porządna recenzja z KZ, acz ubawiło mnie setnie, gdy autor tekstu a priori założył, że wstęp jest autorstwa Krzyśka, bo przecież ja bym sam tak o sobie nie napisał. Nawet jeśli to tylko on jeden dał się nabrać - warto było.
- ocena na blogu Gonza.
I starczy - dalej mi się nie chcę szukać, bo czeka wiaderko świeżo wchłoniętych tytułów:

Kino: Piorun - nowa animacja z Disney’a o której już wspominałem wpis wcześniej. Bo niezła, a nawet dobra. Nie jest to Pixar i jego poziom, ale i tak się świetnie bawiłem (może ciut przyspałem w połowie pierwszej godziny, ale zmęczony byłem jakoś strasznie). A już zupełnie się rozbudziłem i śledziłem akcję z zachwytem, gdy pojawił się chomik Attyla. Genialny geek i fanboy, czy też fananimal tytułowego Pioruna. Cudo! Świetne teksty, niezła konstrukcja, od pierwszej wypasionej sekwencji akcji po finał - znacznie bardziej realistyczny. A to wszystko na zaczynie fabularnym klasycznej opowieści o Lassie. Zupełnie dobrze wypadają też polskie głosy - Szyc, Bohosiewicz, Karolak. W sumie - idealne na familijny seans.

DVD: Pitbull III/20 Ostatni odcinek spod ręki Żuławskiego jr. niestety odpuszczony. Wątek kradzieży policyjnej odznaki i dalszych konsekwencji czy sekwencja złapania Łomiarza jakieś takie niewydarzone, nieprzekonujące i ciapowate. Ale już w następnym odcinku zmiana reżysera i może będzie lepiej.

Ranczo 1/6-7 a tu dalej oglądam z prawdziwą przyjemnością. W tej porcji przede wszystkim zupełnie sprawnie poprowadzony i rozprowadzony wątek lokalnej prasy. I psów. I jeszcze, według starej dobrej hollywoodzkiej pruderyjnej szkoły, skoro w jednej scenie mamy do czynienia z najczystszą postacią cudzołóstwa (czytaj: bohater grzeszy), to już chwilę później następuje kara boska w czystej postaci. Trochę to - jak widać - łopatologiczne, ale i tak się sympatycznie ogląda.

Chuck 1/3-7 Trzyma poziom. Trochę to taka współczesny wariacja na “A-Team” czy “MacGyvera” - czytaj: sympatyczna sensacja przekraczająca co chwilę granice zdrowego rozsądku i prawdopodobieństwa. Ale dobrze wchodzi bo jest pełna prostych żartów, fajnych lasek i lekkiego niemerytorycznego technobełkotu w rodzaju terenowych agentów CIA pracujących oficjalnie na terenie USA. Co różni “Chucka” od serialów sprzed lat to gęstość fabularna - tu jest więcej, mocniej, szybciej i z wyraźniejszymi zwrotami akcji. I muszę przyznać, że te zwroty potrafią mnie niemal co odcinek zaskoczyć i ubawić. Absolutnie nie jest to serialowa 1 liga, ale jednorazowo, na kilka niezobowiązujących listopadowych wieczorów, why not?
Miami Vice 1/5-6 - rewelacyjna płytka (wciąż jeszcze w sprzedaży, więc polecam) - 2 odcinki, których nie sposób przegapić. Najpierw (”Jednooki walet”) historia o hazardzie i zawieszeniu Crocketta do obsady dołącza na twardo Edward James Olmos (tak, tak, Admirał Adama himself), a gościnnie pojawia się Dan Hedaya (jako oficer z wewnętrznego) i Dennis Farina (jako mafiozo) a potem (”Bez Wyjścia”) odcinek, z racji moich aktorskich preferencji, wręcz najważnieszy! Oto bad guy’a, świetnie ubranego, acz wrednego i bijącego żonę handlarza bronią gra młodziutki Bruce Willis. Tak, że kto żyw do kiosków!

Komiksy: X-Men: Deadly Genesis HC bardzo dobra miniseria z marvelowskimi mutantami. Ed Brubaker pokazał wszystkim, jak się robi retcon najwyższej próby. Cofamy tu się do wydarzeń z uberklasycznego “Giant-Size X-Men”, by pokazać co się naprawdę za nimi kryło, co je poprzedzało i co od lat ukrywał profesor Xavier. Pięknie, brutalnie, mrocznie i nie dla milusińskich. Zauważyłem, że od kilku lat Xaviera zaczęło traktować się w Marvelu, jak Armię Czerwoną w III RP. Dawniej w PRL-u było o niej zawsze dużo i wyłącznie dobrze, a dziś? Nikt nie neguje, że wygoniła z terenów Polski hitlerowców, ale poza tym trudno znaleźć o nich jakieś dobre słowo. Również Charles Xavier, jak się okazało/okazuje od lat wszystkich tylko oszukiwał, kłamał, w imię swoich (jak twierdzi - wyższych) celów czynił mnóstwo zła i nie sposób mu tego wybaczyć. Ta historia to jedna z kulminacji tego nurtu. I trzeba przyznać, że Brubaker wymyślił to naprawdę przekonująco. Polecam.

Lou! - Cmentarzysko autobusów Poprzednie dwa tomy “Lou!” jakoś mnie nie przekonały, ale z tym jest znacznie lepiej. Może to efekt tego, że moja córka jest coraz mocniej w wieku szkolnym, a może miałem po prostu inny nastój niż przy czytaniu wcześniejszych prac Julien Neel. Nie wiem. Ważne, że ta opowieść o kolejnym roku szkolnym młodej gimnazjalistki, jej przyjaźniach, depresjach, domownikach i dylematach weszła mi bardzo przyjemnie. A epizod z ojcem Lou to prawdziwe mistrzostwo komiksowego rzemiosła.

She-Hulk: Time Trials TPB uzupełniłem brakujące tomy przygód kuzynki Hulka i teraz wchłaniam. I jest świetnie. Slott zrobił z tego tytułu najlepszy metakomiks Marvela (przy którym “Hitman” Ennisa to mały pikuś, choć właściwie to inny pikuś, bo oparty na zupełnie odmiennym pomyśle). Tu mamy komiksową Ally McBeal z tonami gościnnych występów innych bohaterów Marvela (wszak przy takich rozróbach co chwila ktoś kogoś zaskarża) i pełną świadomością ukazywania się komiksów Marvela - ich kolekcja służy tu za zbiór precedensów, niczym opasłe tomy wyroków sądowych. Ten tom - zgodnie z nazwą - to dodatkowo zabawy z czasem: Jennifer najpierw jest adwokatem w sprawie w której istotne są podróże w czasie, a po tym jak narozrabia sama staje przed ponadczasowych trybunałem, który osądza jej całe życie i decyduje o dalszej egzystencji. A wszystko erudycyjnie, dowcipnie i z wielkim dystansem do komiksowej materii. Świetne.
paszcza jądra ciemności
November 23rd, 2008
Dzisiejszy tytuł to najlepszy cytat z “Pioruna” - nowej animacji Disney’a na której pokazie prasowym byłem w sobotę z córką. Występuje tam genialna postać Attyli, chomika-geeka, ale więcej o tym następnym razem, bo dziś tylko w biegu (a właściwie w ucieczce, bo robota mnie goni, a jeszcze mam na głowie czterolatka, który bawi się w Himilsbacha - znaczy, nie żeby tyle pił, ale tak chrypi) coniedzielna alfabetyczna porcja moich aktorskich ulubieńców:
Zygmunt Kęstowicz - Pan Zygmunt był jednym z idoli mego dzieciństwa i nic już tego nie zmieni. I to nawet nie tyle z “Piątków z Pankracym”, co jeszcze wcześniej z genialnej “Pory na Telesfora”. Kęstowicz umarł w zeszłym roku, już za istnienia blogu i wtedy pisałem jak go cenię i jak na nim wyrastałem Dziś dla uzupełnienia, jeszcze odgrzebany kawałeczek tejże “Pory na Telesfora”:
Nicole Kidman - ma swoje lepsze i gorsze momenty, sceny, filmy ale jest piekna, potrafi grać i często li tylko na niej trzymają się dość słabe poza tym kinowe przedsięwzięcia. Po raz pierwszy zauważyłem ją (jak chyba cała reszta świata) w “Martwej ciszy” Noyce’a, gdzie pokazała właściwie wszystko. Potem w różnych filmach koncentrowała się na różnych elementach swoich aktorskich umiejętności, a to grając, a to wyglądając, a to się rozbierając. W międzyczasie władowała się w małżeństwo z Tomem Cruise’m, przez co mnóstwo w moich oczach staciła. Ale to już za nami. A ona wciąż gra: “Za wszelką cenę”, “Moulin Rogue”, “Inni”, “Godziny”, że wymienię tylko te lepsze. Najsymatyczniej oczywiście w “Moulin Rogue”, ale nie znalazłem żadnego naprawdę fajnego klipu z tego filmu, więc oto jego, powiedzmy, pochodna - teledysk piosenki Nicole i Robbiego Williamsa (jego też jakoś lubię) z coverem klasycznego “Something Stupid”:
Maciej Kozłowski - nie wiem, czemu Kozłowski nie zrobił w polskim kinie takiej kariery jak Linda czy Pazura? Może miał pecha, a może nie chciał? Jest równie, albo i bardziej od nich wyrazisty, zresztą w wielu filmach pojawili się razem - u Pasikowskiego czy Koterskiego. Mam nadzieję, że jeszcze dostanie w kinie popularnym swoje 5 minut i zagra coś z głośnym przytupem. A polski Youtube nie jest jeszcze taki zasobny w kawałki rodzimych filmów więc nie mogę pokazać tego, co uwielbiam - chociażby przedostatniej sceny z “Krolla” z genialnie zaintonowanym przez Kozłowskiego “No to chodź!”. Całe szczęście, że w ogóle coś znalazłem - oto kawałeczek żenująco słabej polskiej podróby “Dawno temu w Ameryce”. Nazywało to się “Miasto prywatne” a Kozłowski grał tam odpowiednik Jamesa Woodsa. A jak się przyjrzycie to w tle, ten z grzywką i w dresie to Linda.
Hugh Laurie i następny brytolski (się nawet urodził w Oxfordzie) mistrz komizmu. Ten co prawda dziś już bardziej niż z telewizyjnych skeczy znany jest z amerykańskiego serialu “Dr. House” (pierwszy sezon właśnie wyszedł na DVD po polsku i podskakuję z radości). A wcześniej mogliście go zobaczyć z Atkinsonem w “Czarnej Żmii”, w fabularnych “101 Dalmatyńczykach”, w serii o “Stuarcie Malutkim” czy jednej z moich ulubionych komedii romantycznych “Maybe Baby”. A - bym zapomniał - on jeszcze śmieszne powieści pisze. Znaczy jedną napisał. Ale jest po polsku. A nad drugą pracuje. A tu do obejrzenia oczywiście coś retro - kawałek kultowego telewizyjnego programu komediowego sprzed lat, który Laurie robił razem ze Stephenem Fry’em. Oto Laurie na helu wykonuje “Hey Jude” Beatlesów. Proste, a śmieszne:
Jet Li - ze współczesnych machaczy nogami w kinie ten jest, jak dla mnie, zdecydowanie najbardziej przekonujący. Zobaczyłem go mając lat bodajże z dziesięć w “Klasztorze Shaolin”, potem miałem wieloletnią przerwę, a teraz chętnie oglądam w każdej pierdółce (niezależnie czy amerykańskiej czy dalekowschodniej), a nakręcił ich dziesiątki. I najbardziej mi się podoba, gdy kręci go Bartkowiak, ale może to kwestia patriotyzmu. A poniżej kilkuminutowy wybór co ciekawszych kawałków z kilku jego filmów:
Ja też potrafię coś tam, coś tam
November 22nd, 2008
Jeśli od napisania tego postu minęło już trochę czasu i zaniknęła ogólna wiedza społeczeństwa o konotacji tytułu, to na zaś, od razu napiszę, że jest on leciutką parafrazą dzisiejszej sejmowej wypowiedzi posłanki Kruk, którą złapano pijaną na korytarzu, a ta twierdziła, że przecież jest w stanie pracować.
A na pewno stać i głupawo uśmiechać się do kamery. No to ja też potrafię.
A u mnie dzieci dalej chorują, robota się nawarstwia, śnieg zaczyna sypać (czas kupić zimówki), zapraszają mnie grudniowo w różne miejsca: 12 do Krakowa, żebym poprowadził promocję albumu “Manga” wydanego przez PWN, 19 do Poznania na festiwal kina dziecięcego, gdzie mam dyskutować o różnych animacjach.
A na świecie umarł Machulski. Chlip. Szkoda, bo to kawał aktora był. I rewelacyjny pedagog - spotkałem go 2 czy 3 razy i zawsze byłem pod wrażeniem energii i podejścia do młodych. Tak było chociażby na Akademickim Forum Kultury w Krakowie (chyba w ‘93 r.) - przyjechał ze swoimi studentami z Łodzi i robili (a on zwłaszcza) zdecydowanie najlepsze wrażenie spośród trzech szkół aktorskich, które zjechały. Nie tylko w sensie spektaklu, ale i towarzysko, imprezowo. A jeszcze kilka lat wcześniej byłem na jakimś przedstawieniu w teatrze Ochota, który prowadził i to też było świetne. I znowu nie tylko jako spektakl, ale i dzięki atmosferze, klimatowi teatru - choćby temu, że gdy wychodziliśmy po wszystkim to on stał przy schodach i sympatycznie ze wszystkimi się żegnał. Super. Bardzo utkwił mi w głowie pewien moment z tego żegnania, gdy jeden z naszej grupy (byliśmy w teatrze dużą wycieczką z Kętrzyna) żegnając się z Machulskim powiedział, żeby ten pozdrowił Julka. A ten, że dzięki. Szarpnęło mnie wtedy dość zasadniczo, bo sama idea, że prosisz kogoś, kogo widzisz pierwszy raz w życiu, żeby przekazał pozdrowienia swojemu synowi, którego w ogóle nigdy w życiu nie widziałeś, jest dla mnie z kosmosu. Ja wiem, że to wyraz sympatii i szacunku, ale jakoś od dziecka w ogóle nie łapię i nie czuję idei pozdrowień jako takich. Sorry - może jestem jakiś dziwny, zimny, nieczuły, czy aspołeczny, ale w ogóle nie czuję. Jeśli zdarza mi się w życiu kogoś pozdrowić to z całą pewnością nie przychodzi mi to naturalnie, a najczęściej w ramach tzw. pozdrowień zwrotnych - znaczy ktoś np. prosi żebym pozdrowił moją żonę i dzieci, to ja (nauczony doświadczeniem, jak głupio w tym momencie brzmi chwila milczenia) z automatu odwdzięczam się analogicznymi pozdrowieniami. I mam z głowy. Ale teraz to ja mam 37 lat i jestem cwany, a wtedy w teatrze miałem o 20 mniej i dziwiłem się jak głupi…
Z innej bajki - nowe wideorecenzje (z dzisiejszymi premierami kinowymi): “Lekcje pana Kuki“, “Dziewczyna mojego kumpla“, “W sieci kłamstw“. Jakoś w tym tygodniu byliśmy w dobrym humorze.
No i wchłanianie:

DVD: Pitbull II/13-17 i III/18-19 Ciągnę dalej serial Vegi (choć w III sezonie to nie on już reżyseruje) i dalej podoba mi się. I dalej mam mnóstwo zastrzeżeń. Bo choć aktorsko, obrazkowo i klimatycznie jest super, to drobiazgi, które mnie irytowały od początku II serii, w końcówce jeszcze narastają. I nie mówię li tylko o oczywistych oczywistościach, że dziesiątki zwłok w różnych stadiach rozkładu w tym filmie pokazuje się z widoczną fascynacją a Rosati rano po nocy seksu wychodzi spod kołdry w biustonoszu. Mówię o tym, że Vega już w ogóle nawet nie próbuje pisać scenariusza tylko przepisuje najsłynniejsze sprawy z gazet i to 1 do 1 - jak kradzież broni z jednostki w Bemowie to zamieszany (jak w gazetach) jest syn kosmonauty. A kto mi powie, że spytam się retorycznie, iluśmy tych kosmonautów mieli? No właśnie. Tak samo z Magdalenką, czy głośną historią małżeństwa w którym on groził jej, że zabije się i dzieci, ale nikt jej nie wierzył, gdy to opowiadała dalej. No to zabił się i dzieci. I w tym wątku Vega już zupełnie przegiął, bo jak wcześniej świetnie robił sobie jaja z Rutkowskiego, to tu sam pojechał Rutkowskim na całego: bez sensu i jakiegokolwiek logicznego wytłumaczenia do jeszcze płonącego samochodu ze zwłokami rodziny radiowozem podwieziono z posterunku (zanim ktoś potwierdził tożsamość, czy cokolwiek) żonę, by scena rozpaczy była jeszcze ostrzejsza i bardziej rozpaczliwa. Tak wyciągam te niedoróbki, ale to tylko z sympatii, bo sam serial mi się bardzo podobał. I płynnie przeszedłem do serii trzeciej, z nowymi postaciami i nowymi reżyserami. Pierwszego trochę się obawiałem (nie mam najlepszego zdania o młodym Żuławskim), a tu miła siupryza. To się da oglądać. I nawet trzyma poziom. Tym bardziej, że Vega (czy kto tam) bardziej się przyłożył do scenariusza zwłaszcza wprowadzając nowe postacie (fajna sekwencja konfrontacji w szpitalu), choć oczywiście dalej przepisuje z gazet - jak słynną sprawę wiejskiego linczu na wrednym dziadku.

Ranczo 1/1-5 i tak mi się spodobał Królikowski w “Pitbullu”, że ściągnąłem z półki drugi serial z nim w roli głównej. “Ranczo” - czytam i słucham od dawna, że to jakiś fenomen jest. No to stwierdziłem - trzeba się z nim zmierzyć. I faktycznie. Po pierwszym strasznie drewnianym odcinku rzecz robi się naprawdę sympatyczna. I zdecydowanie wybija ponad średnią polskich seriali. Może jest trochę rozwodniona, ale miejscami naprawdę zabawna, z dobrymi tekstami i sprytną konstrukcją każdego odcinka. Do szybkich i gęstych seriali musimy w Polsce jeszcze widać dorosnąć, ale na taki leniwy, acz zabawny i ciepły serial już nas stać. I dobrze.

Chuck 1/1-2 Jeszcze jeden dobry nowy serial. Ale tym razem już amerykański. Świeży. Spod ręki McG (pana od kinowych “Aniołków Charliego”) i w podobnym klimacie. I podobnej jakości. Rzecz o tytułowym Chucku, pracującym w ichniejszym “Saturnie” nerdzie pierwszej wody, który niechcąco staje się rządową tajną bronią. Bo do jego mózgu załadowuje się program z największymi sekretami tajnych służb. Dostaje więc do obstawy dwójkę agentów - piękną blondynę i Adama Baldwina (tego z “Firefly”) i zaczynąją się fajne, pociągnięte grubą kreską (właśnie a’la “Charlie’s Angels”) przygody, misje i problemy. W rodzaju bomby, którą Chuck rozbraja psując komputer nią sterujący, ściągając wirus z internetowej strony porno. Sympatyczna młodzieżowa rozrywka. I o to chodzi.

Star Trek: The Animated Series 11 - TOS w klimacie niezapomnianego “Kingsajzu” Machulskiego. Znaczy Kirk i koledzy się kurczą. A statek nie. A oni coraz bardziej. Odcinek nie do zrealizowania w tamtych czasach fabularnie za budżet telewizyjnego odcinka, ale właśnie do tego służy animacja. Dobre.

Komiksy: XIII Mystery - Mangusta - byłem odwiedzić Tomka Kołodziejczaka w Egmoncie to się załapałem przedpremierowo na jeden z pierwszych egzemplarzy nowej “XIII”. Nowi twórcy i monograficzny album rozwijający w bok jedną z bardziej wyraźnych postaci sagi. Takich albumów ma być więcej (jak we wstępie zapowiada Van Hamme) a ten zupełnie nieźle tę serię zaczyna. Bo oto (jak tamże tenże Van Hamme przyznaje) z wyrazistej, acz straszliwie stereotypowej i jednowymiarowej postaci Mangusty - nieustępliwego mordercy Meyer robi postać ciut głębszą i ciekawszą. Wymyśla mu wiarygodne dzieciństwo, młodość, wybory życiowe (choć tu mam wrażenie, że pan scenarzysta naczytał się sporo millerowskiej “Elektra Saga”, bo analogię są wyraźne). Umieszczenie tego albumu w continuum też trzeba przyznać finezyjne i zgodne z najlepszymi regułami retconu. I na szczęście na początku cyklu, więc wszystko wyłapałem. I tym bardziej wzięła mnie ochota, by pozbierać z regałów i pudeł podstawową serię, dokupić brakujące ostatnie cztery albumy i zrobić sobie maraton “XIII”. Może na święta.

Wolverine: Death of Wolverine HC - musze przyznać, że nie ogarniam tego mnóstwa opowieści o Loganie z ostatniej dekady. Jest tego tak dużo, że nie sposób. I nie pomaga czekanie na wydania zbiorcze, bo teraz w TPB wychodzi praktycznie wszystko. Pozostaje więc czekać na opinie, recenzje i dopiero wtedy ściągać. No i właśnie o “Śmierci Wolverine’a” czytałem sporo i dobrze. Więc sięgłęm. I cóż sądzę? Rysunki Chaykina klasyczne i wyraziste (a że jestem świeżo po zbiorczym “American Flaggu” to i dobrze mi weszły). Fabularnie najpierw na przekąskę zeszyt Aarona (tego, którego “Scalped” mnie zachwyciło) o Loganie w lochu, który od góry pilnowany jest przez faceta z wielkim karabinem maszynowym na statywie. I co kilka godzin “BUDDA BUDDA BUDDA BUDDA”. Profilaktycznie. Żeby nie wyszedł. Cóż, trzeba przyznać, że przez te ostatnie kilkanaście lat loganowe historie mocno się zbrutalizowały. Potem danie główne - tytułowa “Śmierć”, która ładnie się zaczyna, świetnie rozkręca (zgodnie z tytułem) przy gościnnym udziale Iron Mana i Doctora Strange i niestety dość stereotypowo kończy - acz w końcu to tylko kilka zeszytów serii, która ma się dalej ciągnąć. Guggenheim ma zresztą w tym doświadczenie - zanim wziął się za komiksy pisał scenariusze do telewizyjnych seriali kryminalnych, np. “Law & Order”, “CSI: Miami”. Wie więc jak po najdzikszych fabularnych harcach na końcu historii wrócić z postaciami do stanu wyjściowego.

Kid Paddle - Rodeo Blork - kolejny tomik “Klubu Kawalarzy” z Paddlem, który popuszcza wodze wyobraźni, drażni siostrę, próbuje znaleźć jakąś motywację do nauki i gra, gra, gra. I świetnie się to czyta niezależnie od wieku. To znaczy wierzę, że bawi to dzieci. A z pewnością bawi czytelnika dojrzałego i dorosłego, czyli mnie. Choć, czy mnie można do końca nazwać dojrzałym?

Hellblazer Special: Chas #4 - tegomiesięczna dostawa od mojego komiksowego dilera ograniczyła się (ponoć z przyczyn obiektywnych) do homeopatycznej ilości komiksów. Zeszytów amerykańskich były raptem 2 (słownie dwa). Cóż zrobić? Przeczytać. Oto i pierwszy. Miniseria o kierowcy Constantine’a powoli zmierza do finału - londyński demon rozrabia coraz mocniej i zaczyna interferować z lokalnymi kibolami. Rzecz w tym, że nie do końca rozumie ideę barw klubowych i może zaliczyć tradycyjny wpierdol.

Star Trek: Mirror Images #4 - i drugi z dwóch zeszytów. TOSowa, a nawet przedTOSowa (bo to w czasach Pike’a), opowieść o Mirror Uniwerse w której Kirk zdobywa (w sposób na równi sprytny co siłowy) władzę na Enterprice. Niezłe, choć trochę długawe - bo on tak zdobywa i zdobywa i zdobywa. Ale za miesiąc ostatni zeszyt to może już zdobędzie.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)