o żesz ku!
October 31st, 2008
rwa! Miałem już dwie trzecie dzisiejszego wpisu - ciut o Whartonie, Lacie, Mendesie, sporo o rzeczach ostatnio wciągnietych: Błękitnej Nucie - nieźle zakręconym filmie Żuławskiego o Chopinie i jego towarzystwie; Rodzinie Soprano 6/10-12 - trzech odcinkach, w których rozwiązana zostaje kwestia gejowska i zaczyna się Boże Narodzenie; Z archiwum X 5/5-6 - dwóch odcinkach, w których pojawia się Jerry Springer i nieznana córka Scully; Spider-manie 1/9 - ostrym (jak na animację) pojedynku Spidey vs Venom (okładki poniżej).

I pisałem właśnie sobie o komiksie Towarzysze zmierzchu, gdy coś nacisnąłem jakoś nie tak i wszystko szlag trafił. I mnie też. Bo przecież jakbym nie mógł kilka razy w trakcie pisania wcisnąć sobie wcześniej “Save and Continue Editing”. Przecież zwykle tak robię. A dziś jakoś nie. I mnie pokarało. To pozwólcie, że zacznę już od komiksu, bo w jego wypadku - jak to często mówią w mediach - naprawdę warto.

Towarzysze zmierzchu - bo oto komiks, który mnie absolutnie zachwycił! Z pewnością załapię się do krótkiej listy komiksów roku, a może nawet wyżej! Bourgeon w swej autorskiej kreacji średniowiecza osiągnął poziom Eco, Annaud, Sapkowskiego, czy wczesnego Verhoevena (”Ciało i krew”). Jestem absolutnie zachwycony pomysłowością, idealnym oddaniem detali tamtych czasów, świetnie wymyślonymi, wiarygodnymi postaciami, uwielbiam tak dużą dawkę erotyzmu w komiksie i wielopoziomowe fabuły, które umiejętnie balansują pomiędzy realizmem a magią. No, pięknie jest. To kolejny z komiksów, które przed nastu laty polecał i zachwalał mi Birek. I jak z dzisiejszej perspektywy polskich wydań Manara i Moebius postarzeli sie i bardzo zawodzą, Miller z Darrowem wciąż bawią, to Bourgeon o kilka poziomów przewyższa to wszystko razem a nawet ówczesne zachwyty Wojtka. To piękne i wielkie jest. I polecam, jak mało co w tym roku!

Antologia - 75 lat Koziołka Matołka - a tu wręcz przeciwnie. To tegoroczne festiwalowe wydawnictwo miało piękne założenia i przyniosło słabiutki efekt. Tak słaby, że wręcz żenujący. Godny uwagi w całości jest li tylko wielki tekst Adama Ruska o historii edycji tetralogii Makuszyńskiego i Walentynowicza. Bo żadna z gwiazd zaproszonych do antologii nie sprostała wyzwaniu w sposób godny uwagi. No, może wyjątkiem jest okładka autorstwa Tomka Leśniaka. Reszta zawodzi: Marciniak może i jest Butenkologiem, ale przekombinował z prostotą jego klimatu w scenariuszu i nie mam pojęcia, czemu mistrz BB coś tak słabego narysował; Pawel mnie w ogóle nie bawi; Baranowski przesadził z egocentryzmem - on w zasadzie oddał tu hołd sobie a nie Matołkowi; Raczkiewicz jest po prostu żenujący; Kiełbus niestety nijaki; Niewiadomski jak zwykle zupełnie nie dla mnie; Dąbrowski jak zwykle bez sensu; Tomaszewski na tle całej reszty wypada ciut lepiej, ale obiektywnie patrząc jest co najwyżej przeciętny; Śledziu sprawia wrażenie jakby się cofnął w rozwoju przynajmniej o dekadę; Lachowicz to drugi jaśniejszy fragment tej antologii, acz też przyzwyczaiłem się u niego do znacznie wyższego poziomu (choć muszę przyznać, że zaklęcię “Matoł! Matoł! Matoł!” to najlepszy patent całego tomu); i na koniec jakieś zupełne nieporozumienie autorstwa panów Foksa i Sobańskiego. W sumie zamiast atrakcyjnego tomu okolicznościowego dostaliśmy dość żenującą zbieraninę słabych rzeczy, które firmują znane nazwiska. Buuu!

City Stories 3 - i na koniec jeszcze jedna antologia poMFKowska. Trzecia z cyklu krzyżowania się twórców z różnych krajów/miast. Tym razem Łódź/Lyon. 4 Francuzów, 4 naszych i różne konfiguracje twórcze, których efektem jest 7 komiksowych nowelek. Nie czytałem poprzednich dwóch tomów, ale tu jest dokładnie tak jak się spodziewałem, czyli tak sobie. Efektem takich zabaw są zwykle dość przypadkowe dzieł(k)a, dające bardzo nierówny efekt końcowy. Już nie chce mi się opisywać wrażeń z każdego komiksu, ale jedyne co mi zostało po ich lekturze (poza przeświadczeniem, że Konior i Gawronkiewicz wiedzą co robią i robią to nieźle) to to, że pani Kamila Pawluś, co to “interesuje się współczesnym komiksem artystycznym” pisze tak nijakie, wydumane, przeintelektualizowane i żenujące scenariusze, że aż żal dupsko ściska.
ależ jestem opiniotwórczy
October 30th, 2008
Aż sam się zaczynam siebie bać. No bo dopiero co w jednym z wpisów napisałem, że trafił mi się popsuty egz. pewnego komiksu i że będę musiał jakoś skontaktować się z wydawcą, co by mi wymienił, a ten już sam do mnie dzwoni. Sam Jaśnie Wielmożny Pan Wydawca. I śmy się spotkaliśmy i już mam inny egzemplarz. No, jestem pod wrażeniem.
Tymczasem znalazła się trzecia zaginiona zeszłotygodniowa wideorecenzja - “Klasa“. Myku poleca.
A ja sobie czytam, oglądam, czasem coś napiszę, albo przez telefon nawrzucam Sztyborowi. Proza codziennego życia.
Ale to przynajmniej napiszę o tym co wciągnąłem:

Godzilla - to już 10 lat minęło od tej popapranej amerykańskiej wersji. Pamiętam, z jakim niesmakiem obejrzałem ją wtedy w kinie jako dowód na zupełne niezrozumienie klimatu i magii oryginału. A dziś? W zasadzie nic się nie zmieniło - choć nie patrzę na ten film już tak krytycznie. Jego największą wadą wciąż pozostaje podszywanie się pod cudną japońską serię, ale teraz widzę tu trochę więcej pozytywów. Dawniej podobała mi sie tylko piosenka - zresztą podoba mi się nadal. Zresztą, co se będę żałował - miałem się multimedialnić - więc proszę bardzo:
Dziś patrząc na to widzę jeszcze: radosną rozpierduchę Nowego Jorku (trzy lata później po WTC już sobie by na coś takiego nie pozwolili), fajnie przerysowanego Azalię, Jeana Reno, który przerysował się jeszcze mocniej, no i oczywiście samą ideę, że wszystko przez Francuzów. W oryginalnych japońskich Godzillach była ona efektem amerykańskich prób jądrowych, tu oczywiście należało wyjaśnić sprawę inaczej. Czyli zwalić wszystko na Francuzów i ich próby atomowe. A, i bym zapomniał: ktoś mi kiedyś powiedział, że rewelacyjną łopatologią tego filmu jest nieustanna podwójna realizacja - postacie, zwłaszcza Broderick równocześnie coś robią i to samo mówią. I faktycznie. I faktycznie co chwila. To pewnie tak na wszelki wypadek - jakby w kinie siadła wizja. Albo fonia. Bardzo sprytnie wymyślone.

Chirurdzy 2/2-8 - serial o stażystach z Seattle ślicznie się rozkręca, pary się schodzą i rozchodzą, pacjenci przeżywają albo i nie, Alzheimer rządzi, operacje robi się w windzie, panowie zachodzą w ciąże, panie profilaktycznie wycinają sobie wszystko, a ciąże pozamaciczne przydarzają się oczywiście lekarzom. No i scenarzyści zajęli się pogłębianiem ostatniej jednowymiarowej postaci. I tego akurat trochę szkoda… I już w szóstym odcinku jatka sezonu - pociąg sie wykoleja i radości w szpitalu co niemiara - tu mnóstwo stóp niepasujących do reszty ciała, tam świeżo zapoznana para połączona dość niestandardowo metalowym prętem itd.
Miami Vice 1/2 - dokończenie pierwszej fabuły o policjantach z Miami. Z jednej strony panowie dwaj wreszcie się dogadują i zaczynają razem pracować, ale żeby było uczciwie i w miarę wiarygodnie to ich pierwsza wspólna sprawa kończy się niepowodzeniem, znaczy łapią łobuza, ale ten później wymyka się za kaucją i odlatuje w dal. I koniec. Ale wróci. Oni zawsze wracają…

Rodzina Soprano 6/5-9 kolejna spora porcja mafii z New Jersey. Zwłaszcza polecam świetny odcinek ze ślubem córki mafioza, który na tę okazję dostaje sześciogodzinną przepustkę z więzienia (w reżyserii Steve’a Buscemi) i ten w którym Chris leci do Hollywood, żeby spróbować przekonać Ben Kingsley’a do zagrania w “skrzyżowaniu “Piły” z “Ojcem Chrzestnym” i dać po twarzy Lauren Bacall kradnąc jej kosz z upominkami. No i główny wątek sezonu - trudno dorównać Buscemiemu z piątego sezonu, ale i tak jest nieźle. Vito, mafiozo-gej i reakcja reszty familii na jego “inność”. Ja się bawię naprawdę dobrze.

Z archiwum X 5/1-4 początek następnego sezonu. Najpierw dwa odcinki z rozwiązaniem clifhangera. Kolejna wielkie zmiany, które w zasadzie nic nie wnoszą, śmierć kogoś bardzo ważnego, acz zupełnie nieistotnego dla fabuły, śmierć kogoś bardzo ważnego dla fabuły, ale oczywiście ciało znika, więc zgon jest raczej strategiczny niż faktyczny. Trochę mnie już takie odcinki męczą. Za to uwielbiam takie pomysły jak w 5/3 “Unusual Suspects” - rewelacyjny retcon o początkach “Samotnych Strzelców” i o tym jak oni właśnie zarazili Muldera wiarą w rządowy spisek. A na dokładkę klasyczny stand-alone z wydzwiękiem ekologicznym.

Spider-man 1/5-8 Majka też dołączyła i teraz oglądamy Spider-many we trójkę (acz nie spodziewam się, by w przy kolejnych odcinkach moja żona też się wciągnęła). Obejrzeliśmy zwarcia z Mysterio, Octopusem i pierwsze dwie cześci sagi czarnego kostiumu. Czyli następnym razem już czas na Venoma.

Włatcy móch 1/9-12 - a tu służbowo, ja na statek służbowo. W sensie, że obejrzałem kolejne cztery odcinki, bo nad nimi usiadłem, by zrobić z nich kolejne, tak niecieszące się powszechnym branżowym szacunkiem, komiksy. I robię. A niektóre już nawet zrobiłem. Bo taką pracę mam.

Literatura: Clive Barker - Historia Pana B. - kilka miesięcy musiała poczekać, ale wreszcie znalazłem chwilę i wciągnąłem najnowszą powieść Barkera. I… spokojnie mogła poczekać jeszcze trochę. Nie do końca wiem, co CB chciał tym razem osiągnąć. Bo ani to horror, ani to pastisz literatury sprzed wieków. Uwielbiam wczesne opowiadania Barkera, bardzo lubię mroczne wielosetstronicowe eposy dark fantasy i myślałem, że w nich się będzie już specjalizował. A ten wrócił do średniej długości (i średniej jakości) powieści grozy. “Historia Pana B.” to monolog demona, który wyłowiony z piekieł trafia wprost do XIV Europy pełnej mroku, magii i złych ludzi, a z czasem zostaje zaklęty w tę księgę. Własnie tę, którą czytam. I niechętnie opowiada swoje losy (przyznaję, że miejscami dość makabryczne - bardzo sugestywna scena z panią, która trafia do kotła z wrzątkiem, a po w miarę szybkim wyłowieniu, jej twarz schodzi z czaszki jak mięsko z kości w dobrze wygotowanej kurze - ale kudy im do dawnego Barkera z “Ksiąg Krwi”), co chwila przerywając i namawiając do spalenia książki. Za trzecim, piątym razem to jeszcze było jakimś patentem, za dziesiątym było już po prostu nudno, za pietnastym zaczynało być męcząco i pretensjonalnie, a za dwudziestym… Jakoś mi się Barker popsuł i już mi tak nie smakuje.

Komiksy: Wędrowiec z tundry - i po raz kolejny wyd. Hanami nie zawodzi wyszukując mangi naprawdę godne uwagi. I nie dość, że dobre, to jeszcze one-shoty nie wymagające przeczytania trzydziestu tomów kontynuacji. “Wędrowiec z Tundry” Jiro Taniguchiego to zbór sześciu nowelek mieszczących się gdzieś pomiędzy Jackiem Londonem (do czego zresztą Taniguchi się przyznaje), Japonią a “Wielkim Błękitem”. Każda inna i każda świetna. Niezależnie czy mowa o wieloletniej walce z niedźwiedziem, dziecięcym zauroczeniu czy autotematycznie o twórcy mang. Jak na komiksy japońskie to zdecydowanie najlepszy tom, jaki przeczytałem od ładnych kilku lat.

Arzach/Czy człowiek jest dobry? - Moebius w swej najczystszej i najbardziej krystalicznej postaci. I co? I nic. Znam Arzacha od lat i nigdy mnie jakoś nie ruszał. Doceniam maestrię kreski i jej możliwości przekształcania się w zależności od potrzeb, ale fabuła? Jakoś nie dostrzegam istoty, wagi i epokowości tego tytułu. Druga część tomu, czyli zbiór szortów “Czy człowiek jest dobry?” jest niezła, acz z dzisiejszej (ponad ćwierćwiecznej) perspektywy strasznie się zestarzała. Tytułowa nowela jest rozciągnięta do nieprzyzwoitości, a najlepsze w zestawie “Ballada” i “The Long Tomorrow” też by można (niczym polskie filmy) bez żalu skrócić o 1/3. Słowem - to album, który należy znać, ale niczym lektury z literatury staropolskiej naprawdę niełatwo dobrze się przy nim bawić.

Hard Boiled - Czyli zupełnie odwrotnie niż tutaj. W tym komiksie zakochałem się na samym początku mojej komiksowej drogi (jakieś 16 lat temu) i uwielbiam go do dziś. Miller idealnie utrafił w tej prościuteńkiej fabule w środeczek pomiędzy cyberpunkiem a klimatem psychodeli Dicka, a Darrow zrobił z tego obrazkowe cacuszko do którego chce się wracać i wracać w poszukiwaniu kolejnych setek detali i smaczków. Pamiętam, rozmawiałem kiedyś o nim z prof. Skarżyńskim, który opowiadał, że był kiedyś u Darrowa w pracowni. I widział, jak ten rysuje to na wielkich, potężnych planszach, które później sa wielokrotnie zmniejszane do albumu. Patrząc na “Hard Boiled” łatwo uwierzyć, że w rysunkach Darrowa zakochali się bracia Wachowscy i pozwolili mu zaprojektować większość uniwersum Matrixa. Szkoda tylko, że jeden z moich ulubionych żartów z tego komiksu (okładkę trzeciego zeszytu) spartolono w tłumaczeniu - a przynajmniej ja tak uważam. Chodzi o to, że pan strzela drugiemu panu przez głowę, bo trzeci pan - jego cel jest za tym drugim. I dlatego mówi: “Sorry! I’m late“. Co ja bym przetłumaczył jako “Sorry, śpieszyłem się“, a tu jest “Przepraszam za zwłokę“. Bez sensu.

Zaczarowana Altana - i drugi na dziś przykład mojej opiniotwórczości. Ten komiks dostałem od kolegów podczas MFK wraz (jak twierdzili) z osobistymi pozdrowieniami od prezydenta Bydgoszczy, właśnie po to bym opisał go i rozsławił na moich łamach. Co niniejszym czynię (i odwzajemniam pozdrowienia dla pana prezydenta). Bo “Zaczarowana Altana” to supełnie sprawna pierdółeczka dla młodszych, mająca promować miasto Bydgoszcz. Pominę wątpliwą, jak dla mnie, PR-ową siłę komiksu jako medium XXI wieku, ale chciałem się ciut skupić na samym albumie. Bo rysuje Sławek Kiełbus - jedno z moich największych objawień z czasów “Chichotu” (kiedyś o tym opowiem). Tu jednak Sławek tylko rysuje, ale w jego wypadku to “tylko rysuje” jest gwarancją świetnej, pasującej (gdy trzeba) do młodszego odbiorcy, świetnie przyswajalnej kreski. Za fabułę i słowa odpowiada zaś pani Ewa Karska i przyznaje, że jej praca wypadła bardzo przekonująco. Fabuła o dzieciakach przeskakujących w czasie do dnia nadania praw miejskich Bydgoszczy (Guest Star - król Kazimierz Wielki) jest prosta i sympatyczna a teksty - rymujące się od początku do końca - dobrze płyną, nie szarpia narracji (niełatwe przy utrzymywaniu rytmu) i unikają rymów gramatycznych i oczywistych - a to straszliwa zmora współczesnej “poezji” dla dzieci. W sumie - sympatyczna lokalna pierdółka, której nie trzeba się wstydzić. Nieczęste.

Znakomiks 13 - Reinkarnacja magazynu komiksowego ze Szczecina. Andrzej Baron zebrał na nowo siły i po dłuższej przerwie wydał, jak gdyby nigdy nic, kolejny numer. A w nim? Trochę zrzutów z Zachodu (Sharp, Mills, Langley, Suydam), ale nic pierwszoligowego, raczej najtańsze co było dostępne z takim nazwiskiem. Zresztą rzeczy Śledzia i Ronka też sprawiają wrażenie raczej drugiego sortu. Do tego publicystyka Barona, komiksy ze scenariuszami Barona i w ogóle wszystko Barona. Ten magazyn to jego dziecko, jego pasja, to cały on i niestety nie wychodzi to pismu na dobre. Brakuje tu po prostu redakcji - grupki ludzi, którzy spierając się i kompromisując tworzą profil pisma. Bo Andrzej ma niestety zbyt mało (pomysłów, dystansu, do powiedzenia samodzielnie), by wypełnić ciekawie i profesjonalnie cały numer. Ale próbuje. Efekty? Ot, pozwolę sobie złośliwie zacytować początek otwierającego magazyn komiksu “Jen” (oczywiście ze scenariuszem Barona): “Jesteśmy na miejscu. To główna wieża CSRS*. Jedyne wejście znajduje się na górze. Na dole są tylko rury odprowadzające odpadki” Przypis na dole strony: *CKSR - Centrum Konstrukcji Robo-Szkieletów.
W zasadzie powinienem to pozostawić bez komentarza, ale dla ułatwienia wyjaśnię, że te czteroliterowe skróty przepisałem dokładnie i bez pomyłki.
wracając do aktorów
October 26th, 2008
Już ładnych kilka tygodni minęło odkąd zademonstrowałem tu ostatnią porcyjkę moich ulubionych filmowych wykonawców, i dziś wreszcie robię wpis w niedzielę więc pora wrócić do zabawy. Skończyłem wówczas na SMG (zresztą gwieździe filmu, o którym poniżej), oto więc ciąg dalszy literki G:
Gina Gershon - po chwili zastanowienia jednak tak. Gershon to aktorka nierówna i występująca w bardzo dziwnym repertuarze, ale za każdym razem jest w niej coś fascynującego i pociągającego. I wszystko jedno czy to epizod drapieżny w “Bez twarzy”, czy towarzyski w “PS Kocham Cię”, czy jest tańczącym seksem w “Showgirls” czy namiętną lesbijką wprost z więzienia w debiucie braci Wachowskich “Brudne pieniądze”. No, lubię ją.
Ricky Gervais - chyba jeden z moich obecnie najbardziej oczywistych idoli. Mistrz oryginalnego, ostrego i brutalnego sitcomu (”Office”, “Statyści”) a przy tym upierdliwy i mało atrakcyjny prawie tak jak ja. A może nawet bardziej. A to niełatwe. Więc go podziwiam i też chce mieć takie osiagnięcia, jak dorosnę.
Paul Giamatti - i następna cudna aktorska ciapa. Czystej wody loser, który jest w tym loserstwie naprawdę genialny i mogę go takim oglądać bez końca. Przede wszystkim oczywiście w “Bezdrożach”, ale też w “Planecie małp” czy “Kobiecie w błękitnej wodzie”. A osobne wyróżnienie należy się temu panu za “Człowieka z księżyca” - kto nie widział, ten tronba!
Mel Gibson - mimo wszystko. Mimo tych wszystkich bzdur wyprawianych w ostatnich latach i oszołomstwa religijnego w jakim zaczął się pogrążać. To jednak gość od “Mad Maxów”, “Zabójczych broni”, czy “Godziny zemsty”. Jeden z najlepszych psycholi (patrz chociażby “Bunt na Bounty”) w historii kina. Więc jest na mojej liście. Te listy zrobiły się ostatnio dość modne.
Valeria Golino - i na dobranoc dzisiejszej porcji jedna z moich absolutnie ulubionych aktorek do patrzenia. A ona nieraz sporo pokazywała. Włoszka, która często i chętnie dawała się wykorzystywać w Hollywood, ale i u siebie we Włoszech zagrała w kilku dobrych filmach. Kilka tytułów dla niezorientowanych, o kim mówię: “Rain Man”, oba “Hot Shots”, “Królewska dziwka”, “Wieczna miłość”.
Właśnie przyszło mi do głowy jak uatrakcyjnić tę zabawę - może od następnej porcji zacznę wrzucać jakieś urywki z YouTube’a z moimi ulubionymi scenami danych aktorów. Będzie ładniej. I wizualniej. Wszak jednak nie samym “słowem” człowiek żyje…
A teraz już niedzielne wchłanianie:

DVD: Koniec świata - płytka jest tak świeża, że jeszcze nie znalazłem w sieci polskiej okładki. Ale wygląda mniej więcej jak ta, tyle, że zamiast oryginalnego tytułu jest napis “Koniec świata”. To drugi film w reżyserii Richarda Kellye’go (tego od “Donnie Darco”), który po cichutku wyszedł w Polsce na DVD. A pomyśleć, że 2,5 roku temu był jednym z najbardziej oczekiwanych filmów świata. Aż do pokazu w Cannes 2006. Ja się wtedy nim zachwyciłem , ale byłem w absolutnej mniejszości. “Southland Tales” dostało najniższą średnią ocen ze wszystkich filmów na festiwalu (bodajże 1,1) i wrócił do domu w niesławie. Odwołano premierę, kombinowano z rok jak to poprawić, czy zmienić, ale to było dzieło kompletne i nie do poprawienia. W końcu dołożono kilka animacji, wywalono parę pobocznych wątków (zmniejszając niestety rolę Kevina Smitha) i wpuszczono w końcu do kin w jakiejś homeopatycznej ilości kopii. Czyli praktycznie wyrzucono do kosza. U nas też rzecz wyszła po cichu, na boku i bez jakiejkolwiek promocji. A szkoda. No to przynajmniej tu popromuję. Może teraz powiem o co chodzi. Ten film to psychodelia sf w klimacie Dicka (znacznie bardziej niż chyba wszystkie jego ekranizacje), mocno oparta na wątkach z Apokalipsy Św. Jana, wykorzystująca wszystkie dostępne gatunki filmowe (od thrillera po musical) i dziesiątki świetnych aktorów obsadzanych bądź w rolach totalnie przerysowujących ich image, bądź wbrew temu image’owi. Np. Rock wygląda i zachowuje się tu tak, jakby był nienajlepiej wyrenderowaną postacią z gry komputerowej, Sarah Michelle Gellar gra Kristę Teraz - ex-gwiazdę porno, która zaczyna karierę na wielu innych polach, m.in. prowadzi z koleżankami (też ex) własny talk-show i to nie w klimacie Drzyzgi. To raczej taki Lis i jego tematy, choć forma i teksty nieco atrakcyjniejsza (”Uważam, że należy sprzeciwiać się przemocy i dlatego nigdy nie godziłam się na anal”). Do tego tony aluzji kulturowych, literackich i religijnych a wszystko w nadzwyczaj atrakcyjnej, wizualnej, choć często odrealnionej (w sensie zdrowo porypanej) polewie. A podczas finałowego Końca Świata naprawdę sie można wzruszyć. W sumie osiągnięto taki efekt filmowy, jakie lubię najbardziej - wielką setmilionową klapę, która mi, w przeciwieństwie do reszty świata, bardzo się podoba. I chętnie bym sobie o niej z kimś podyskutował.

Jeremiah 1/15 - i tak jakoś przy niedzieli następny Jeremiasz. Tym razem scenariusz nie Straczynskiego, a kolegi, co czuć już z daleka. Sztampą czuć. Bo oto J. z kolegą trafiają do postapokaliptycznego domu uciech, skąd przy pomocy pojedynku bokserskiego uwalniają jedną z pracownic. Po czym pomagają jej w akcji łączenia rodzin i przy okazji - niczym Owsiak przed laty - uwalniają słonia. I tyle. Z atrakcji - kilka fajnych nagich biustów i wdepnięcie w słoniową kupę.

Chirurdzy 2/1 - to jeden z niewielu seriali, który podoba się nie tylko mnie, ale i mojej żonie. Więc jak tylko pojawił się drugi sezon to złożyliśmy się i nabyliśmy go drogą kupna, by tego samego wieczoru przystąpić do wspólnej konsumpcji. A sezon zaczyna się szybko i z kopa (choć tak naprawdę to jeszcze nie jest tak do końca nowy sezon - tam było jakieś zamieszanie wakacyjne i cztery ostatnie odcinki z sezonu pierwszego przerzucono na po wakacjach. Dlatego drugi sezon ma aż 27 odcinków. Co cieszy perspektywą długiego oglądania). Stażyści ze szpitala w Seattle od pierwszych minut mają mnóstwo roboty a i życie osobiste ich nie rozpieszcza. Podoba mi się tempo i intensywność tego serialu. I jak sądzę (jeśli się mylę - niech mnie ktoś poprawi) duża wiarygodność i szczegółowość medyczna produkcji.
Miami Vice 1/1 - i kolejny gazetowy serial czas rozpocząć. Znowu zacne wspomnienia z dzieciństwa (ach, te czwartowe wieczory gdy na jedynce leciały kryminały. A nie było praktycznie innych kanałów. Że o innych atrakcjach - np. video, nie wspomnę). Produkcja pana Manna broni się dziś zupełnie fajnie, a pilot w którym panowie się poznają i bija po pyskach przez te ćwierć wieku postarzał się jedynie troszkę. I urzekła mnie scena negocjacji w sprawie zakupu narkotyków, podczas których okazuje się, że policja w Miami działa jak Stasi w NRD - jeśli spotykają się cztery osoby to trzy z nich muszą być agentami.

Muzyka: Voo Voo - Samo Voo Voo - najnowsza płyta. Miała być od 10 X ale w Empiku znalazłem ją dopiero przedwczoraj. I słucham. I słucham. I faktycznie trochę jest w tym sporo powrotu do korzeni i do prostego grania w li tylko własnym towarzystwie. Teksty Wagla tym razem niestety jakieś takie nijakie i nietrafiające w moje potrzeby, stany i bieżące klimaty. I trochę szkoda. Ale może potrzeby, stany i klimaty zmienią mi się za tydzień, dwa, a płyta będzie czekać. Całość zaczyna się tak lekko i ascetycznie, że dopiero po minucie, czy 1,5 minuty można się zorientować, że to Voo Voo a nie jakiś zespół z gminnego ośrodka kultury bo i pierwsze riffy, i pierwsze rytmy, i pierwsze słowa “Dzisiaj jest ładna pogoda” wydają się zadziwiająco prościutkie. Potem jest różnie (choć oczywiście wyróżnia się wybrany na pierwszy singiel hołd dla Lecha Janerki) a krążek urzeka mnie dopiero w ostatniej ćwiartce: od lirycznego “Łan Łerd Łan Drim” z sympatycznym gitarowym zakończeniem, przez brutalnie rytmiczne “Dziki”, sympatyczne “To ładnie wychodzi” (ze świetnym i bardzo Pospieszalskim finałem), aż po finałowe, leciutko mentorskie “Nie manipuluj”. Jak zwykle u Voo Voo - świetna płyta, ale do mojej Top 5 tej grupy na razie ten album nie ma szans się przebić. Szkoda.
zawieszam śledztwo
October 25th, 2008
A od kilku dni je prowadziłem z naprawdę dużym zaangażowaniem. Mówię o śledztwie w sprawie “Prosto z piekła”. To zdecydowanie jeden z najważniejszych tomów komiksowych w historii, ale jak to bywa przy tytułach głośnych “From Hell” komiks traktuje czysto instrumentalnie. Zupełnie jak Ci goście co stwierdzili, że komiks będzie najlepszą formą przedstawienia raportu w sprawie WTC i tak też go napisali. I tak też sobie pomyślał Alan Moore chcąc zrekonstruować historię Kuby Rozpruwacza. A że przy okazji jest jednym z bogów komiksowego scenariuszopisarstwa mamy dzieło epokowe. Kiedyś w poprzednim stuleciu przywiozłem sobie pierwszy zeszyt “From Hell” z któregoś z zachodnich wojaży. Przeczytałem pierwszych kilka plansz, bez specjalnego zrozumienia i stwierdziłem, że zostawię sobie to na przyszłe lata, gdy mój angielski podskoczy o kilka pięter, albo ktoś to wyda w całości po polsku. No i wyszło. I brawo. Za odwagę dla wydawcy, za śliczne tłumaczenie (to oczywiście po znajomości). I czytam. Po kawałku. Na bieżąco wchłaniając uwagi Moore z pierwszego dodatku. Z zachwytem. I z coraz większym zrozumieniem, że zupełnie niezły film “From Hell” był właśnie li tylko niezły. A to jest wielkie. Aż tu nagle pod koniec siódmego rozdziału zostałem zmuszony do przerwania śledztwa. Bo oto w moim, nabytym odpłatnie egzemplarzu “Prosto z piekła” cztery strony się powtórzyły. Od poniedziałku biorę się więc za ściganie wydawcy, by mi wymienił egzemplarz, a do tego czasu zawieszam śledztwo. I mogę się zająć opisywaniem reszty wchłoniętych ostatnio tytułów:

DVD: Rodzina Soprano 6/1-4 No i czas na ostatni sezon z Tony’m - a tak naprawdę pierwszą połowę ostatniego sezonu. Historia ostatniego sezonu jest zabawna, ale już chyba tu opowiadałem, jak pan Chase i koledzy usiłowali wybrnąć z deklaracji, że sezonów będzie tylko sześć. A zaczyna się naprawdę atrakcyjnie. W pierwszym odcinku przekonać się można jak kruche są życia, zdrowia, a przede wszystkim dobre wole mafiozów. W efekcie Tony postrzelony zupełnie niechcący przez własnego wujka trafia do szpitala i kolejne dwa odcinki toczą się dwutorowo - po pierwsze obie rodziny czuwają przy jego łóżku i oczywiście dość łatwo można się przekonać na którą z nich Tony naprawdę może liczyć; po drugie majaki Tony’ego układają się w spójną i mocno psychodeliczną opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Dziwniej i dziwniej. A potem zaczyna się oczywiście powrót do świata żywych i powolna rekonwalescencja. Tym bardziej, że sąsiadująca mafia z Nowego Jorku przechodzi poważne przemiany na szczycie i wszystko wskazuje na to, że zbliża się wojna.
Nieustraszony 1/1-2 - pilot jednego z najsłynniejszych seriali lat 80. Skrzyżowanie gadającego samochodu, Davida Hasselhoffa i pomysłu Glena A. Larsona (ten serial wymyślił ten sam facet, który stworzył “Battlestar Galactica”). “Knight Rider” dołączył właśnie do seriali kioskowych i kolejne odcinki można kupować i oglądać co dwa tygodnie. Ja pewnie ograniczę się do pilota, w którym akcja się zawiązuje a Hasselhoff okazuje się być efektem operacji plastycznej (w pierwszych scenach postać tę gra inny aktor, a nie jak w “Twarzą w twarz” ten sam Małaszyński tylko z blond grzywką i trzydniowym zarostem). A samochód gada jak głupi. Bardzo śmieszne (jak na 1982 r. oczywiście).

Z archiwum X 4/21-24 Udało mi się ustrzelić pierwszą z dwóch luk w mojej kolekcji. Kupowałem w kioskach “Z archiwum X” uzupełniając te sezony, których nie miałem wcześniej. Ale dwa razy przegapiłem. I oglądając po kolei całość (i opisując tutaj) doszedłem do pierwszej luki i przerwałem. A teraz mogę podjąć. Oto cztery ostatnie odcinki czwartego sezonu, czyli kontynuacja zamieszania na linii Mulder - Skinner - Rakowaty; Skully coraz bardziej choruje; Mulder ma amnezję, a w cliffhanderze wręcz ginie (choć oczywiście tak nie do końca, bo przecież następne sezony już czekają). W tych odcinkach akurat nic rewelacyjnego się nie wydarza, ale kolejne już niedługo przede mną. Choć w piatym sezonie znowu luka - jak ktoś ma na zbyciu 29 zeszyt “Z archiwum X” z kolekcji DeAgostini to z przyjemnością odkupię. I będę mógł spokojnie dooglądać już Scully i Muldera ciurkiem do końca.
Pogoda dla bogaczy 1-2 - i następny serial kioskowy. A ten już będę kupował rytmicznie. Bo to świetny obyczaj i jedno z moich zupełnie sympatycznych telewizyjnych wspomnień z dzieciństwa. Młodziutki Nick Nolte jako bardziej zawadiacki z braci Jordache. I amerykańska rzeczywistość powojenna pełna małych piekarni, imigrantów i starych nauczycielek francuskiego. Świetne.

Spider-man 1/1-4 a z juniorem zacząłem wciągać seriale animowane Marvela. Od “Spider-mana”. I znowu, pamiętam, jak to pierwszy raz leciało naście lat temu i wciągało mnie bardzo. A teraz wciąga młodego, a ja przyznam się uczciwie trochę przysypiam. Ale nadal podziwiam konsekwencję rozwoju wątków i przygotowywanie gruntu pod następne pomysły (wczesne wprowadzenie Brocka, czy Felicji, acz jako koleżanki z liceum). I z przyjemnością pooglądam sobie to wszystko wreszcie we właściwej kolejności.

Powieść: Karen Traviss - Star Wars: Dziedzictwo Mocy. Poświęcenie Sam środeczek sagi “Dziedzictwo Mocy”. Czyli Jacen Solo (syn Hana i Lei) zostaje Sithem i zmienia imię na Darth Caedus. Aby ostatecznie stać się Sithem musi zabić kogoś bliskiego. I pada na ciotkę. Czyli z dużej chmury mały deszcz - ponieważ Mara to postać, która zadebiutowała już w ramach EU, nadal jedynym filmowym bohaterem, którego uśmiercono jest Chewie. Ale już zapowiadają kolejne książki i może za rok, dwa jeszcze kogoś ukatrupią. Ja tam będę wytrwale czytał. Bo lubię. W tym tomie jeszcze dodatkowo jest świetnie poprowadzony watek starego Boby Fetta, który razem z wnuczką lata sobie po wrzechświecie i załatwia różne sprawy.

Komiksy: Star Wars Komiks 2/08 No to skoro jesteśmy przy SW to od razu drugi zeszyt bieżącej polskiej serii komiksowej. A w nim Vader kontra mściwy łowca nagród (przewidywalne, ale niezłe), Boba Fett uczy się fachu od taty (dobre) i spory blok o “Dziedzictwie” - opisy świata i postaci w SW ponad 100 lat później i pojedyńcza historia o szturmowcu-świeżynce, który aklimatyzuje się w jednostce i nowych, dziwnych czasach, w których szturmowcy walczą ze szturmowcami.

Baśnie z 1001 Nocy Królewny Śnieżki Piękne. Willingham udowadnia, że jego świat Baśni nie zna granic. I że on potrafi go rozwijać w nieskończoność. I to sensownie. Nie dość, że piękne nawiązuje do Szecherezady (w finale nawet dosłowne) to jeszcze świetne fabularne wariuje na znane baśnie. I to w dobrym towarzystwie: Kaluta idealnie nadaje się na ilustratora głównej fabuły a potem m.in. Bolton w wariacji na siedmiu krasnoludków (bardzo zacnej), Jean pięknie rysuje księcia co zmienia się w stresie w żabkę, Wheatley wyjaśnia skąd się wziął i do czego jest zdolny Wilk Bigby, a McPherson i Andrews na dwa rysunkowe głosy opowiadają chyba najlepszą baśń - o Wiedźmie. Świetny tom, który idealnie pokazuje potencjał jaki tkwi w komiksach, fantasy, reinterpretacji baśni i szeroko pojętym postmodernizmie.

Bez urazy - polska próba akcji “Dzień Darmowego Komiksu”. Już drugi raz timof coś wydaje w ramach tej akcji, a że na MFK dokładano to na różnych stoiskach to mam kilka egzemplarzy (znaczy za jakiś czas będę tu rozdawał). “Bez urazy” Fernandesa to miniaturka o przemocy w rodzinie, nieźle skonstruowana i opowiedziana, ale nie na tyle nieźle, żeby było jakoś dobrze i wstrząsająco. A skoro nie jest aż tak dobrze, to nie dla mnie. Ja się głównie bawię komiksem mainstreemowym i rozrywkowym. Ja się głównie komiksem bawię. I dlatego takie komiksy (zaangażowane i jedynie niezłe) mnie niespecjalnie kręcą.

Dynia z majonezem kolejna obyczajowa manga z Hanami. Opowieść o Miho, młodej pracującej dziewczynie, która utrzymuje finansowo swojego chłopaka muzyka, miota się po różnych pracach i różnych związkach by dojść do jakichś docelowych wniosków. Hanabi robi dobrą robotę pokazując jak wygląda sprawna obyczajowa manga dla (o) dwudziesto i trzydziestolatków. Od lat w zalewie “Czarodziejek z księżyca”, “Akir” i hentaiów byłem przekonany, że istnieje i coś takiego. I faktycznie. Nie, żeby było to to co mnie w komiksie kręci najbardziej (p. poprzedni akapit), ale co jakiś czas chętnie coś takiego przeczytam.
banki się podszczypują
October 24th, 2008
Zauważyliście? To najlepszy dowód, że jest kryzys. Telewizyjne reklamy banków idą na konfrontacje i podszczychujki. Już pomijam, że skończyły się promocje kredytów a teraz wszyscy chcą tylko by się u nich lokować, ale spójrzcie jak to wygląda. Blondasek w reklamie Nordei najpierw mija kilka pięter z innymi bankami i na jednym “przypadkiem” idzie sobie ktoś z charakterystycznym psem (tym, który zawsze towarzyszy Fronczewskiemu w jego bankowych reklamach. W serialu zresztą też). Weiss w najnowszej reklamie lokaty BPHu też najpierw rozmawia z kilkoma przedstawicielami innych niby anonimowych banków, acz ich kolorystyka i wystrój kojarzą się dość jednoznacznie. I wreszcie, najbardziej łopatologiczna reklama Multibanku, że niby film z suspensem itp. a w finale pani wychodząc dzwoni na komórkę “Panie Konradzie, proszę przelać wszystkie pieniądze do Multibanku”. Że ten Konrad to niby takie mrugnięcie jest. Subtelne jak głośny bąk na szkolnym apelu…
Tymczasem tydzień minął i dwie nowe wideorecenzje: “Tajne przez poufne“, gdzie z Mykiem kłócimy się o braci Coen i “High School Musical 3“, gdzie nieomal tańczę. Nie wiem gdzie podziała się trzecia wideorecenzja z tego tygodnia “Klasa”. Onet jakoś zapomniał ją włożyć na stronę, ale za to do pozostałych zaczął dołączać reklamy.
Jeszcze jedno - tym razem serwisy komiksowe mnie wyprzedziły, ale to nie znaczy, że sam mam się nie pochwalić. Tak wyglądać będzie okładka najbliższego wydawnictwa z którym będę miał coś wspólnego (jak już wcześniej wspominałem napisałem do niego wstęp):

Odgrzebałem się wreszcie z deadline’ów, więc pora zacząć opisywać to, co przez ten tydzień wchłonąłem. A było tego sporo:

Najpierw filmy: Testosteron - żona wcześniej nie widziała, więc odpaliliśmy sobie na DVD. I z perspektywy tych kilkunastu miesięcy od kinowej premiery ten film się mocno postarzał: szwy wychodzą coraz bardziej na wierzch, monstrualna teatralność całości, upajanie się przez twórców efektami specjalnymi i żartami wizualnymi (ja rozumiem, że to po to by odciągnąć uwagę od tej teatralności, acz strasznie to nachalne). A wszystko to dodatkowo szczypie z perspektywy “Lejdis”, czyli dowodu na to, że Konecki i Saramonowicz potrafią lepiej. Musieli się jednak po prostu nauczyć. Co w “Testosteronie” broni się niewątpliwie to sporo one-linerów w których pan S. jest naprawdę niezły. A niezła obsada zupełnie nieźle potrafi je podać. Choć czasami panowie też teatralnie przerysowują - ciekawe czy to na życzenie reżyrerów, czy wręcz przeciwnie, bo ci ich za mało pilnowali?
,
, 
Ostateczni Mściciele, Ostateczni Mściciele i tajemna cywilizacja i Niezwyciężony Iron Man - trzy pełnometrażowe animacje ze stacji Marvela. Pierwsza to po prostu animowana pełnometrażowa adaptacja “Ultimates”. Dla ułatwienia nazwano to “Ultimate Avengers”, co na polski przetłumaczono dosłownie jako “Ostateczni mściciele”. Ogląda to się sympatycznie i bezstresowo (wszelkie zadry i bardziej wysublimowane fragmenty scenariusza Millara umiejętnie spiłowano). Film był w Stanach sporym sukcesem, więc rok później pojawił się ciąg dalszy. Nie był on jednak adaptacją “Ultimates 2″ (to by było zbyt proste, albo może wręcz przeciwnie, to by było zbyt skomplikowane jak na kreskówkę), tylko samodzielną, niezależną kontynuacją pierwszego filmu z zachowaniem zarówno wszystkich dobrych jak i złych charakterów z jedynki. To znaczy doszedł jeszcze pan Czarna Pantera i jego ojczyzna, ale zgrabnie wpleciono ich w konflikt z Obcymi z jedynki. Nawet sympatycznie ogląda się jak zupełnie inaczej mogły potoczyć się losy Ultimate Black Widow, Hanka Pyma, czy Hulka. Trzeci film z cyklu już nie powstał - Marvel zdecydował się na opowieści o pojedyńczych superbohaterach i zaczął od Iron Mana (rzecz miała miejsce jeszcze przed premierą filmu kinowego). Wyszło nieźle i gęsto, tym bardziej, że w fabule zdecydowano zmieścić i origin i aferę z firmą i mistyczny powrót Mandaryna i kilka innych wątków. A wszystko oczywiście na poziomie dla młodszych nastolatków, więc gdy w finale główna bohaterka przez ładnych kilka minut biega nago, to biega tak, że zawsze ją zasłoni a to mgła, a to długa szata Mandaryna, a to jakiś inny zbieg okoliczności. Gdyby to był komiks mieliby do dyspozycji jeszcze dymki z dialogami, ale tu w animacji przynajmniej tego nam oszczędzają. Ale, że nie samymi kreskówkami dla dzieci człowiek żyje to następnym filmem jaki obejrzałem był:

Diabeł A to w ramach uzupełnienia do przeczytanego niedawno wywiadu-rzeki z Żuławskim. Tytułowym diabłem jest Pszoniak i trzeba przyznać, że świetnie sprawdza się w tej opowieści o zawierusze końca XVIII wieku. Sama fabuła to pogrążanie się w fantasmagorii i urojeniach, które kończą się niespecjalnie sympatycznym seksem i ogólna jatką. Idealnie rzecz pasuje do postaci Żuławskiego jaka wyłania się z książki. Mam gdzieś na półkach jeszcze dwa jego filmy - muszę je znaleźć i sobie zapodać.

Ostrza chwały A na drugą nóżkę (albo którąś kolejną, już się pogubiłem) komedia z Willem Ferrellem, który profanuje następny amerykański sport narodowy. I tym razem jakoś mnie nie przekonuje. Może trochę dlatego, że akurat ten sport (jazda figurowa na lodzie) mnie w ogóle nie kręci, a może wszystko jest tu zbyt oczywiste i nachalne. Ale zwykle te tanie chwyty Ferrella mnie bawiły… Może to kwestia Hedera, do którego wciąż nie mogę się przekonać, a może fabuły, która po rewelacyjnym pomyśle wyjściowym (męska para na lodzie) rozmywa się na boki w nieumiejętnie przerysowanych czarnych charakterach, czy straszliwie oczywistych żartach treningowych.

Akira Kurosawa - Dokument i domknięcie boxa z Kurosawą (choć jeszcze coś znalazłem na półce na dokładkę) - dwugodzinny dokument o życiu (niełatwym) i twórczości Akiry. Uczciwie i z wielu perspektyw pokazane skąd Kurosawa się wziął, jak się rozwijał, jak się zmieniał, jak się zmieniały jego filmy, jak świat z nich czerpał. Na krążku jest wspólne zdjęcie Akiry z Wajdą, ale oczywiście w samym filmie nasz mistrz się nie pojawia (bo i po co?). Jak z tego wybrnięto? Oto przed dokumentem mamy kilkunastominutowy spicz Wajdy jak to bliski był mu twórca “Siedmiu Samurajów” i jak to się spotkali. Wajda szuka głębi w każdym zdaniu jakie Kurosawa do niego powiedział, a zdań tych nie było zbyt wiele. I były raczej grzecznościowe… Ale oczywiście mistrz Wajda do prostego “Dzień Dobry” jest w stanie dorobić trzy wiaderka głębi i udowodnić, że to było bardzo specjalne “Dzień Dobry” wynikajace z głębokiej więzi pomiędzy dwoma wielkimi artystami. Brawo.
A o serialach i komiksach już jutro.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)