wrzesień do piachu a ja sporo pochwalam
September 30th, 2008
Ale zanim zacznę chwalić, to pora na koniec miesiąca dokończyć kilka rzeczy.
Np. konkursy - poetycki zgodnie z przewidywaniami wygrała Ewa (nagroda - 1 sezon “Niani” przekażę przy okazji); konkurs na pytania do gwiazd wygrał bezapelacyjnie Badday idąc na ilość (nagroda - Corto Maltese do odebrania w Łodzi (mam nadzieję, że nie zapomnę zabrać )); a trzeci konkurs, ten z Móchami pozostaje nierostrzygnięty.
A jak ktoś nie lubi wygrywać, a chciałby sobie coś ode mnie kupić - polecam świeżą porcję rzeczy wystawionych na Allegro.
No to teraz do wchłaniania, bo sporo siedziałem w domu i zassałem (nawet robiąc inne rzeczy) kilka świetnych tytułów, które zgodnie z tytułem notki będę pochwalał:

Batman: Rycerz Gotham - oto batmański odpowiednik “Animatrixa”, czyli sześć nowelek (każda innych twórców), które w animewany sposób przygotowywały widzów do “Mrocznego Rycerza”. Jakoś nie zebrałem się wcześniej, by to obejrzeć, za to czytałem sporo opinii i w większości były one takie sobie. Więc z takim sobie nastawieniem zapuściłem sobie to DVD. I zaczęło się faktycznie tak sobie. A potem było już lepiej. Po kolei: pierwsza historyjka “Have I Got Story For You” czyli kilka opowieści dzieciaków, które napotkały Batmana a każdy widział go inaczej. Dla Josha Olsona, nominowanego za scenariusz do “Historii przemocy” to może odkrywcze, ale w komiksach z Batmanem było to już nie raz, nie dwa. Lepszy jest już następny “Crossfire (scenariusz Rucki) o policjantach, którzy wpadli w krzyżowy ogień gangsterów. Mało w tym superbohaterstwa, a dużo zwykłych bandytów, ale to z czasem okazuje się głównym pomysłem na ten zbiorek (zresztą na filmy Nolana również). I choć w pierwszym momencie ten filmik wydaje się nijaki taki, to z czasem jednak przekonuje. Przynajmniej mnie. Trzeci, “Field Test”, niby też o wojnach gangów, ale z fajnie dodanym wątkiem nieudanego testowania nowego batmańskiego gadżetu. Czwarty “In Darkness Dwells” (scenariusz Goyera, czyli scenarzysty filmów Nolana) wreszcie z superłotrami (Scarecrow, Killer Croc) i jest naprawdę dobrze. Piąty filmik, “Working Through Pain” na który wielu najbardziej ostrzyło sobie zęby, bo ze scenariuszem Azzarello okazuje się przestrzelony. Pan Brian tak się napalił na zmianę medium, na inne środki wyrazu, że chciał za wszelką cenę pograć tym, co w komiksie wychodzi tak sobie. Czyli psychologią, wewnętrzną walką B. (p. tytuł). I to wyszło zdecydowanie najsłabiej - w przeciwieństwie do zupełnie fajnych retrospekcji z fakirką. I na koniec wreszcie klasyczny pojedynek z superzłoczyńcą, tytułowym “Deadshotem” (to taki DC-owy Bullsete). Rzecz wypadła dobrze, ale to w końcu stara szkoła - epizod napisał Alan Burnett, gość z czterema nagrodami Emmy (a chyba wszystkie za kreskówki). W sumie bardzo sympatyczne 73 minuty w równocześnie superbohaterskiej i japońskiej atmosferze. O samych obrazkach się specjalnie nie wypowiadam, bo się nie znam, ale najbardziej podobał mi się najbardziej nietypowy wizerunek Batmana, ten z “Field Test”.

Tron we krwi - Makbet po samurajsku! Fabuła niespecjalnie mnie więc zaskoczyła, ale pokazane to jest świetnie. Zwłaszcza finałowa scena ze strzałami. Swoją drogą, właśnie zauważyłem ironię sytuacji - oto tu, w 1957 r. Kurosawa wziął i zaadaptował coś z zachodniej kultury na samurajów. No to potem w rewanżu kultura zachodnia nie została mu dłużna i rżnęła w najlepsze z jego “Siedmiu samurajów” czy “Straży Przybocznej”.

Appleseed - ot, i efekty przerostu zawartości półek z DVD. Niektóre rzeczy przegapię, gdy są świeże, a potem latami czekają na swoją kolej. Ale ważne, że w końcu doczekują. Ot, taki np. “Appleseed” - rewelacja! Naprawdę! Bardzo mi się podobało! I fabularnie i obrazkowo. Kawał porządnej anime na miarę XXI wieku. Samą mangę pamiętam jak przez mgłę (zawsze mi Otomo lepiej wchodził niż Shirow i jak “Akirę” do dziś świetnie pamiętam, to “GiTSa” i “Appleseed” wspominam bardziej jako klimat niż konkretną fabułę). To znaczy pamiętam, że przyszłość, że ruiny, że fajna laska i wielki robot z króliczymi uszami. I wszystko w filmie było. A do tego świetna opowieść z sensem i mocnymi zwrotami akcji. Bardzo dobre!

Battlestar Galactica: Razor - i zachwytów ciąg dalszy. Oto pełnometrażówka będąca łącznikiem pomiędzy trzecim a czwartym sezonem BG. Przynajmniej formalnie, bo tak naprawdę akcja rozgrywa się gdzieś pod koniec drugiego sezonu z dodatkowymi wspomnieniami z początku wojny, a nawet z pierwszej wojny z Cylonami sprzed czterech dekad. Bardzo dobry film opowiadający o jednej z misji “Pegasusa” pod dowództwem Lee Adamy. W retrospekcjach mamy sporo nieżyjącej już przecież admirał Cain a całość łączy iście kmicicowska i brucewillisowska postać oficer Kendry Shaw. Całość samodzielna i w zasadzie niezależna od podstawowego serialu. Pięknie pokazane zapadanie się w zło i mylenie przez Cain środków z celami. To, co nadludzkim wysiłkiem woli zawsze wychodzi admirałowi Adamie (dzięki skrupułom i kontrasygnacie pani prezydent), tu nie wychodzi. Cain wpada w spiralę przemocy, która w końcu ją dosłownie zabija (co akurat widzieliśmy w podstawowym serialu, ale tu można z przyjemnością obserwować samą spiralę). W “Razor” jest sporo świetnego retconu (widzimy sceny, o których w podstawowym serialu tylko słyszeliśmy) i leciutkie podprowadzenia pod wątki z czwartego sezonu. Za tydzień pierwsza jego połowa wychodzi w GB na DVD. Ci to mają dobrze.

Magiczne drzewo 5 - połowa serialu minęła więc czas złapać konwencję. Zamiast kolejnego odcinka z tytułem i opowieścią skupioną wokół następnego magicznego przedmiotu, mamy historię dwóch braci, którzy muszą nauczyć się i zrozumieć niełatwe zależności pomiędzy starszym a młodszym. A kij z magicznego drzewa pomoże każdemu z nich poznać obie strony medalu. Ciekawe, czy moje dzieciaki coś z tego zrozumiały?

Jeremiah 1/14 - tu dokładnie punkt przesilenia pierwszego sezonu. Straczynski jak zwykle cudnie miesza, podważając to wszystko co dotąd zbudował przez kilkanaście odcinków i stawiając pod znakiem zapytania dotychczasowe aksjomaty, a wszystko przy pomocy faceta, który, w przeciwieństwie do większości postaci z tego serialu, nosi czystą bieliznę. Nosi jakąkolwiek bieliznę. Straczynski rządzi!

Rodzina Soprano 5/1 - Tony w zalotach. Dosłownie. Korzystając z separacji z żoną Tony próbuje umówić się ze swoją ulubioną panią doktor. I kończy się jak zwykle na wyzwiskach. Do tego chłopaki kłócą się o to, kto ma płacić w knajpach (i godzą dopiero po zabiciu kelnera) a serial powoli szykuje się na kolejnego wielkiego gościa - w tym sezonie będzie to sam Steve Buscemi.

Czerwony karzeł 1/1-3 - człowiek to jednak ma krótką pamięć. Dziś niewiele pamiętam i oglądając bawię się przy tym serialu jak norka, a przecież sam przy nim robiłem - konsultowałem tłumaczenie właśnie tego, pierwszego sezonu (jestem w napisach końcowych). Żeby było śmieszniej. I mam nadzieję, że jest. A ten brytolski sitcom sf o kosmicznym transportowcu i jego nieźle porypanych resztkach załogi to idealny sprawdzian posiadania poczucia humoru wśród fanów fantastyki. Bo niefani bawią się pewnie tak sobie, a fani nie zawsze mają dystans do swej pasji. A bez dystansu nie przebrną tu nawet przez pierwszy odcinek. A każdy następny jest jeszcze ostrzejszy i lepszy. Bo najpierw technik Lister przeżywa katastrofę podczas której ginie cała załoga, budzi się po 3 milionach lat i musi sobie radzić w towarzystwie hologramu RImmera, najbardziej wkurzającego przełożonego, kota (który po 3 milionach lat ewolucji wygląda jak wysoka podróbka Jamesa Browna) i komputera pokładowego o IQ 6000 i zgryźliwym poczuciu humoru. W odcinku drugim statek “Czerwony Karzeł” podróżuje z prędkością światła, a scenarzyści bawią się pętlami czasowymi, a w trzecim Lister wkurzony na hologram Rimmera chce zdać egzamin i awansować, by ten nie mógł mu rozkazywać.

Komiks: Baśnie - Kroniki Miłosne - a na koniec coś do poczytania. I też świetne. Trzeci tom “Baśni” pięknie rozkręca historię Willinghama i ostatecznie udowadnia jej wielki potencjał. To coś równie dobrego a równocześnie zupełnie innego niż “Sandman”, czy “Kaznodzieja”. Klasyczne baśniowe postacie od setek lat żyją wśród nas i równie dużo kłopotów co z ukrywaniem się przed nami, mają z samymi sobą - kłótnie, romanse, spiski, zamachy itp. Wszyscy się seksią z wszystkimi i czasem nawet coś z tego wynika. I jeszcze jedno - ja też nigdy nie lubiłem Złotowłosej!
niedziela z maratonem
September 28th, 2008
Bo był maraton. Warszawski. Przed południem. I nie powiem - musiałem się nieźle namęczyć. A wszystko to przez jego dystans i przebieg. Po prostu zatarasował sporo ulic (zwłaszcza większość mostów w centrum) więc musiałem mocno nadłożyć drogi. Oczywiście samochodem. Ale, żeby nie było tak całkiem z pominięciem aktywności fizycznej, to jechałem dzieci na basen zawieść.
A poza tym dużo wchłaniam, przygotowuję się do wykładania, przygotowuję się do prowadzenia kanału, przygotowuję się do spotkania, które zadecyduje, czy mam dalej wymyślać żarty i jeszcze przygotowuję się do prowadzenia spotkań na MFK już za niecały tydzień: (sobota 4 X g. 16.30 - spotkanie z G. Rosińskim; niedziela 5 X g. 11.00 - prelekcja o Chriście; g. 11.30 - wideospotkanie z Januszem Christą).
Wczoraj przyszły do mnie egzemplarze autorskie drugiego zeszytu “Włatców móch”. Prezentuję okładkę (w ramach kronikarskiego poczucia obowiązku):

A skoro niedziela to jeszcze kolejna piątka moich aktorskich ulubieńców i ulubienic:
Brendan Fraser - no, jakoś lubię gościa. Urzekł mnie oczywiście w “Mumiach”, ale patrzy się na niego z sympatią i w innych filmach od pastiszu Tarzana (”George prosto z drzewa”) po role zupełnie serio (”Miasto gniewu”). Ale jak widać ostatnio (trzecia “Mumia”, “Podróż do wnętrza Ziemi 3D”) Fraser ustawia się jako specjalista od przygodówek dla young adults. W sumie to i tak o kategorię wiekową wyżej niż Eddie Murphy.
Morgan Freeman - po prostu jeden z aktorskich Bogów - zresztą coraz częściej gra właśnie tę rolę (dosłownie bądź w przenośni).
Piotr Fronczewski - jeden z najlepszych polskich aktorów wszechczasów. Ostatnio jakoś dziwnie skanalizowany - taki sobie serial na Polsacie i mnóstwo mniej lub bardziej żenujących reklam. Mam nadzieję, że jeszcze znowu nadejdzie jego czas (myślałem, że może coś odpali znowu po świetnym dubbingu w “Iniemamocnych”, ale nie) - dziś mogę najwyżej sobie wracać do jego starszych superjazd, że przypomnę kilka: Pan Kleks, Franek Kimono, Szpicbródka, role w “07 Zgłoś się”, “Kabarecie Olgi Lipińskiej” czy pod Egidą. No mistrz!
Janusz Gajos i od razu następny mistrz. Tu chyba nawet nie ma co uzasadniać. Pojawia się na ekranie i od razu jest o klasę wyżej. I wszystko jedno czy ogląda się starego “Czterdziestolatka”, “Psy” czy “Ekipę”. Co prawda byłem świadkiem jednej jego potężnej plamy (prowadzenie koncertu “Debiutów” w Opolu’95 - na przedpołudniowej próbie miał superzapowiedzi, przekombinowane wejścia, fajnie wszystko przygotowane, a wieczorem na żywo był nawalony jak nietoperz i na kilkanaście przygotowanych wejść udało mu się trafić może dwa), ale wpada była konferansjerska a aktor to wielki jest!
Sarah Michelle Gellar - no i znowu rzutem na taśmę udało się - jest kobieta w dzisiejszej porcji. I to jaka! Buffy! Ale Sarah poza tym była jeszcze rewelacyjna w “Szkole uwodzenia”, cudnie kiczowata w obu “Scooby-Doo” i powalająca w “Southland Tales” (lata tydzień w Polsce na DVD - polecam!).
No i teraz już wchłanianie:

Kino: Jaja w tropikach - zdecydowanie jedna z komedii roku. Siedem lat trzeba było czekać na nowy film w reżyserii Bena Stillera, ale warto było, bo rzecz jest na poziomie, a może i przewyższa “Zoolandera”. Ukoronowanie serii ostatnich tygodni (”Chłopaki też płaczą”, “Nie zadzieraj z fryzjerem”), choć właściwie seria będzie trwała dalej - przed seansem był już trailer “Boskiego chilloutu”. Film od pierwszej minuty powala - tym bardziej, że ta pierwsza minuta przychodzi niepostrzeżenie. Zresztą tyle mogę zdradzić - film zaczyna się od zfake’owanych reklam i trailerów, które płynnie wchodzą po reklamach i trailerach przedfilmowych. A potem zaczyna się jazda bez jakiejkolwiek trzymanki. Stiller, Black i Downey’ jr prześcigają się nawzajem w byciu najśmieszniejszym gościem na ekranie, a w kontrapunkcie do nich pojawia się równie zabawny (w finale) Tom Cruise - jak nie lubię buca, to tu jest świetny. Stiller okazuje się (obok Apatowa) najśmieszniejszym obecnie twórcą amerykańskiego mainstreemu, a ma nad Juddem tą przewagę, że nie tylko pisze i reżyseruje, ale i gra. 30 lat temu ton komediom hollywoodzkim nadał ZAZ pokazując wielką siłę gatunkowych parodii, strzelających żarty jeden do jednego. Dziś ten rodzaj zabawy pożarł już własny ogon, a teraz zaczyna trawić własne (nomen omen) jaja. A hollywoodzkiej stawce absolutnie i zdecydowanie przewodzą komedie ostre, inteligentne, wulgarne i zdecydowanie mniej wprost parodiujące filmy, a bardziej klimaty, gatunki i zjawiska cywilizacyjne. I nieważne jak poważnie brzmi to w opisie, to przede wszystkim są to filmy straszliwie śmieszne. Od pierwszej do ostatniej minuty. I jedyne co w tym wszystkim jest nieśmieszne to i tym razem polskie tłumaczenie tytułu.

Na pewno, być może - cieszyłem się już tym filmem, gdy oglądałem go w kinie. Co prawda, jak można sprawdzić, nie dopisałem jeszcze Isli Fisher do ulubionych aktorek, ale to pewnie proste przeoczenie w oczekiwaniu na jakiś kolejny film z jej udziałem, żebym sobię panią utrwalił. Na razie utrwaliłem ją lekko powtórzeniem sobie “Na pewno, być może” na DVD i dalej mi się podoba. Film też. W takim razie dalej (mimo strasznie krytycznej opinii o nim kilku znajomych) polecam go jako bezpretensjonalną komedię romantyczną dla dzieciatych po trzydziestce.

Siedmiu samurajów - dla równowagi coś z absolutnej klasyki. Jeden z najważniejszych filmów w historii kina w swej pięknej ponad trzygodzinnej wersji. Wciąż świeża forma, rewelacyjne rozwiązania fabularne, świetnie wyważone proporcje pomiędzy szybką akcją i momentami wyciszenia. Total!

Magiczne drzewo 4 - i kolejny seansik z dziećmi w ramach poznawania współczesnych nieczęstych dobrych produkcji dla dzieci Made in Poland. Odcinek “Berło” opowiada, jak łatwo się domyśleć o magicznym przedmiocie pozwalającym narzucać innym swoją wolę. I o tym jak wpływa on na przyjaźń młodych ludzi. Proste, mocne i fajnie dyskretnie dydaktyczne.
Columbo - Zabójczy trening 25 - zbrodnia doskonała nie jest możliwa, gdy w okolicy plącze się detektyw Columbo. Nawet jeśli do jej przygotowania posłużą nowoczesne, by nie powiedzieć futurystyczne (jak na połowę lat 70.) gadżety. Np. automatyczna sekretarka. Jak zwykle niezły odcinek z bardzo zabawnym Columbo na siłowni - troszkę przekombinowany jest finałowy dowód pogrążający zbrodniarza, ale co tam. Seans w sam raz na niedzielne popołudnie, gdy dzieci po mnie skaczą, coś próbuje sobie pisać, a obiad dochodzi.

Żuławski - Przewodnik krytyki politycznej - mimo dość pojechanego tytułu to po prostu wielki wywiad-rzeka. Długi, rzęsisty i mocno chropowaty (w tym sensie podobny nawet do spisanych przez nas - Krzyśka Janicza i mnie - wynurzeń Christy) - nieczyszczony do końca, z zachowaniem frazy mówiącego, pełen kolokwializmów, a nawet wulgaryzmów. Całość machnęli koledzy Kletowski i Marecki - krakowska para Piotrów, która być może niedługo staną się moimi przełożonymi, ale nie dlatego chwalę. Oni po prostu dobrze przygotowali się merytorycznie i podprowadzali Żuławskiego. A ten gadał. I to genialnie. To oczywiście (jak można domyśleć się po filmach) nie jest normalny, zdrowy człowiek, ale ma łeb jak sklep i mnóstwo ostrych jak brzytwa sądów o świecie, ludziach, dziełach, artystach. I żadnych oporów, by dzielić się nimi ze światem. Świetnie więc czyta się co on myśli o poszczególnych kolegach z branży i co to on z nimi przeżył, ale jeszcze ciekawiej co sądzi o najróżniejszych tytułach, czy wręcz całych dziedzinach kultury, sztuki, czy filozofii. I często zgadzam się z jego opiniami (np. w kwestii filmów Kieślowskiego, czy jazzu). Choć pewnie nie zgadzam się jeszcze częściej. Ale podziwiam gościa, który dyskutuje o ideach greckiej filozofii, by chwilę później zachwycać się “Sopranos”. Świetne też jest poczytanie co on sądzi o rzeczach swoich. Uroczo rozbrajający jest oczywiście totalny brak dystansu do samego siebie, ale wiele można dowiedzieć się o dobrym, wręcz wzorcowym, totalnym podejściu do tworzenia dzieła filmowego. Zwłaszcza, gdy Żuławski dekonstruuje swe filmy na poziomie przygotowań leksykalnych, muzycznych czy wymykających się percepcji scenograficznych patentów (zmniejszający się pokój w “Szamance”). Bardzo dobra książka - równolegle atrakcyjne intelektualnie i pełna uroczych anegdotek. Wywiady-rzeki mają to do siebie, że mogą (wszystko oczywiście zależy od bohatera) być lekturą porażającą i bardzo wzbogacającą horyzonty. Ten właśnie taki jest.

Komiks: popgun vol. 2 - na koniec komiksowe tomiszcze. Blisko 500-stronicowa antologia z Image’a pełna twórców z całego świata. Już nie pamietam co do końca skłoniło mnie kilka miesięcy temu do zamówienia tego zbiorku (może stosunek objętości do ceny - 30$), ale efekt jest taki sobie. Jest tu oczywiście kilka znanych nazwisk (Pope na okładce, w środku chociażby Kochalka, Larsen czy Messina) ale większość to rysownicy, którzy do komiksu trafili gościnnie, bądź dopiero w nim zaczynają na serio. Spokojnie w takim zestawie mogliby znaleźć się nasi - przynajmniej kilkunastu mamy na tym poziomie profesjonalizmu co tu obecni. Nie jest to więc tom jakoś z wyraźnie wyższej półki niż nasze katalogi pokonwentowe. Może więc tylko wymienię kilka rzeczy, które mnie zachwyciły, bo być może to nazwiska, które komuś kiedyś mogą się przydać: “Dreamtime” niemieckiego rysownika Ralpha Niece - świetny, oryginalny i niestandardowy pastisz formuły, formy i treści komiksowego superbohaterstwa; “The Story of Evolution” Tima Hamiltona - wzorcowa bezdymkowa trzyplanszówka z zaskakującą zabawną puentą; “Wolf and Bug” Nicka Thornborrowa - dwunastoplanszówka będąca w zasadzie klasyczną przypowieścią o dwóch zwierzątkach, rzecz niby oczywista w formie i treści, ale tak zrobiona, opowiedziana i narysowana, że trudno się oderwać. Powala zwłaszcza totalnie przewidywalna puenta, która jest genialnie rozwiązana formalnie; i wreszcie “Yonchi” teamu Richard Meyer, Carlos Silva i Alan Robinson (rysownik od komiksowych “Star Wars”) - realistyczna w formie i (prawie do końca) w treści historię geeka, który okazuje się wybrańcem (jak w “Matriksie” czy może bardziej jak w “Kung Fu Panda”) i jak tenże geek sobie z tym radzi. Co zabawne wszystkie cztery komiksy, które mnie urzekły znalazły się w ostatniej ćwiartce tomu. Zanim do nich doszedłem porządnie się więc już zmęczyłem…
bedzie wiencej muh
September 26th, 2008
Ano. Właśnie się dowiedziałem, że Nasza Księgarnia zdecydowała się na kolejne 4 zeszyty (czyli już będzie w sumie przynajmniej osiem). Cieszycie się? Ja w sumie tak, bo na tym zarabiam. Drugi zeszyt już nawet miałem w rękach - właśnie odebrali go z drukarni. I oczywiście jest równie “atrakcyjny” dla komiksiarzy, co poprzedni.
Nowe wideorecenzje: ostatnia porcja ze Sztyborem “Elitarni“, “Wyspa Nim“, “Babylon A.D.” i bieżące - na najbliższy weekend (już standardowo z Mykiem): “Gwiezdne Wojny: wojny klonów“, “Serce na dłoni” i “Jaja w tropikach“.
Cóż jeszcze? O właśnie wziąłem Omnibus “New X-Men” Morrisona i znowu wykorzystałem niecnie - przyłożyłem nim wafelki, żeby dobrze nasiąkły.
I co nieco wciągnąłem:

DVD: Rodzina Soprano 4/11-13 - skończyłem czwarty sezon. Pod koniec sporo się oczywiście namieszało i w rodzinie, i w Rodzinie, ale zdecydowałe najciekawszy wątek to rozstanie Tony’ego z żoną - jej narastająca depresja, kryzysy i wreszcie ostateczne wykopanie gangstera z domu pokazane są pięknie i wiarygodnie, że aż boli. Mała przerwa i trzeba będzie napocząć sezon piąty.
Columbo - Łabędzi śpiew 24 - i następny dobry odcinek. I to z gwiazdą. Złą (pedofila i mordercę) gwiazdę country gra prawdziwa wielka gwiazda country - Johnny Cash. I jest w tym naprawdę bardzo wiarygodny…

Zdjęcia próbne - reżyserski debiut Agnieszki Holland (i dwóch kolegów). Świetna trzyczęściowa opowieść o młodych ludziach z połowy lat 70. którzy niczym się nie różnią od dzisiejszych. Ba, paradoksalnie ten film idealnie koresponduje z tymi wszystkimi dzisiejszymi telewizorowymi poszukiwaniami nowych gwiazd sceny i estrady. Ona (Trafankowska) jest prowincjuszką po niespecjalnie udanej inicjacji seksualnej, on (Pieczyński) wychowankiem domu dziecka z nienajlepszymi wspomnieniami z pierwszej pracy - spotykają się na próbnych zdjęciach do filmu. Przechodzą do następnego etapu i spędzają wspólnie romantyczną noc. Następnego dnia, po następnej fazie zdjęć ich drogi się rozejdą. Pięknie wymyślone i bardzo wiarygodnie opowiedziane. Oglądając współczesne mocno pozowane pseudodokumenty o “zakulisowym” życiu uczestników tych wszystkich “Idoli” można podejrzewać właśnie takie historie, ale przecież nigdy ich naprawdę nie zobaczymy. A może to wygląda właśnie tak… W ten sposób napocząłem wydany przez Kino Polska box z czterema wczesnymi filmami Agnieszki Holland. Kolejne niebawem.

Ghost Rider - a to w ramach nadrabiania ekranizatorskomiksowych zaległości. I było dokładnie jak podejrzewałem - tak sobie. Czaszka płonie jakoś nieprzekonująco, Cage jest drewniany jak zwykle, Mendes jakoś tak mało zjawiskowa a fabuła przestarzała od kilku dekad. II liga. A może nawet III.

Miłość bez końca - a to z kolei z żoną, w ramach szukania wspólnych filmów do obejrzenia. Rzewne, ckliwe i miejscami aż mdłe. Ot film, który miał być wyciskaczem łez a aż bije z niego zimna kalkulacja hollywoodzkich producentów, którzy kombinowali mniej więcej tak: Było “Love Story”, wzruszyli się; potem to powtarzaliśmy - wzruszali się; robiliśmy na odwrót (że to on choruje i umiera) - wzruszali się; a jakby tak spróbować, żeby oboje umierali? Może wzruszą się jeszcze mocniej? I przekombinowali. Obejrzałem do końca, acz bez specjalnej przyjemności. Chociaż nie, jednak skoro ją grała Amanda Peet, więc przyjemność z oglądanie była niewątpliwa. Acz zupełnie niezależna od fabuły.

Babylon 5: The Lost Tales - najnowszy, zeszłoroczny dopisek do B5. Zupełnie sympatyczny, choć to oczywiście li tylko odcinanie kuponów od tej genialnej marki JMSa. Ale kto ma odcinać jak nie on? Więc Straczynski jest scenarzystą i reżysererm tego filmu. A sam film to dwie (lekko połączone) nowelki - pierwsza to egzorcyzmy na stacji (”Księża w kosmosie!!!”) a drugi jest klasyczną standardową wariacją na Sheridana i jego dylematy. W obsadzie raptem trzy znane twarze: Boxleiter, Scoggins i Woodward, ale stacja jest jak żywa (choć miejscami za mocno widać kontur wokół aktorów grających na blueboxie) i z przyjemnością obejrzałbym taki film przynajmniej raz do roku. Bo jednak co Straczynski (i jego nieziemskie wyczucie do fabuł, dialogów i zmiany nastrojów), to Straczynski.

I na koniec komiks Hellboy Animated - Czarne zaślubiny i inne opowieści - pierwszy z tegomiesięcznej paczki z Egmontu. Lżejsza wersja Hellboy’a (taka kreskówkowa w klimacie, treści i formie), acz zupełnie do przyjęcia. Niby tak samo, o tym samym, w pełni analogicznie, ale właśnie porównując to i oryginalne prace Mignoli można spróbować nauczyć się odróżniać rzemiosło od sztuki. I do tego ciekawostka (która nieźle zresztą demonstruje jak historie z Hellboy’em korzystają z różnych lokalnych legend i podań) - Hellboy a sprawa polska. W historii “Sądny dzwonek” pojawia się w dość dowolnych i fantastycznych kontekstach Polska, Gdańsk, Smok Wawelski, Jan Twardowski i tytułowy “sądny dzwonek”, który ponoć pochodzi ze starej polskiej legendy (myślę, że im się ze złotym rogiem pomachało). W sumie sympatyczna i niezobowiązująca pierdółka.
brawo ten pan
September 24th, 2008
Minęło już sporo czasu od lat, gdy znałem każdego polskiego rysownika komiksów. Naprawdę znałem. Połowa lat 90. - kisiliśmy się we własnym sosie. Nawet niespecjalnie lubiąc się personalnie (z powodów najróżniejszych) jakoś trzymaliśmy się razem, a przede wszystkim kojarzyliśmy się na ulicy i to już z daleka. A zresztą może dziś też tak jest - trzeba by spytać Sztybora. Tylko ja po prostu za bardzo zająłem się kinem, serialami i dziennikarzeniem w sposób zawodowy. I już nie kojarzę tych wszystkich przed trzydziestką. Ale zawsze mam Sztybora pod ręką. No i właśnie wczoraj siedzieliśmy sobie w pracy i wymyślaliśmy jednemu panu co powienien mówić i robić przed kamerą, aż tu nagle zobaczyłem coś w sieci. Odpaliłem grudniowe zapowiedzi Avatara, a tu proszę. WARREN ELLIS’ FRANKENSTEIN’S WOMB GN i któż to, któż? By Warren Ellis and Marek Oleksicki Dyskretnie pokazałem ekran laptopa Sztyborowi a ten jeszcze dyskretniej zaczął wystukiwać SMS-a (jak rozumiem z gratulacjami do tegoż pana Marka). No to się niniejszym publicznie dołączam, pozdrawiam i zazdroszczę. Nie żebym kiedyś mógł coś narysować do scenariusza Ellisa, ale sama idea tworzenia na amerykański rynek jest mi duchowo bliska i jak śpiewała w mej młodości Armia: “Nadejdzie nasz czas” (to taki subtelny pluralis majestaticus)…
A co ostatnio wchłonąłem?

Kino: Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi - bardzo sympatyczna komedia branżowa. Taka męska i do pewnego stopnia brytolska odpowiedź na “Diabeł ubiera się u Prady”. Oto młody, bezkompromisowy angielski dziennikarz od celebrities (Simon Pegg) zostaje zatrudniowy w Nowym Jorku w najlepszym piśmie tego rodzaju na świecie (taki fikcyjny odpowiednik “Vanity Fair”). I już - oto historia jego pogrążania się, zaprzedawania ideałów, romansów itp. Bardzo śmieszne, choć oczywiście w całkowicie przewidywalny sposób. I to już od poziomu castingu. Pegg był wyborem oczywistym, a i cała reszta obsadzona jest “na pewniaka” - jako młoda gwiazdka-superlaska Megan Fox, jako z czasem romantyczna kumpela z redakcji Kirsten Dunst (w zasadzie gra tu klon MaryJane Watson), twardo stąpającą po ziemi agentką gwiazd jest Gillian Anderson a cynicznym i sarkastycnym naczelnym pisma Jeff Bridges (o niebo bardziej przekonujący i na miejscu niż w “Iron Manie”). Ja się uśmiałem i polecam, acz uprzedzam, że Fox co prawda pokazuje bieliznę, ale jedyne piersi jakie widać w filmie należą do shemale (zresztą dół też widać).

DVD: Joey 2/15-22 - no i skończyłem. Pod koniec jest ciut lepiej i nawet zgodnie z moimi postulatami z poprzedniego wpisu (więcej Goldberga, mniej Coolidge), ale i tak daje to sitcom zaledwie przeciętny. Zresztą i tak te 8 odcinków już nie poszło w amerykańskim telewizorze - serial zdjęto po czternastym. I w sumie nie ma się o czym rozpisywać.

Komiksy: Myspace Dark Horse Presents 1 TPB - bardzo fajna antologia. Jak ogólnie nie potrafię przekonać się do idei Myspace, to nie mam nic przeciwko do przeniesienia jego zawartości w komiksowy tomik. Trochę zresztą to przypomina stare dobre czasy Dark Horse, gdy wydawnictwo to miało kilka świetnych serii zeszytowych antologii “Dark Horse Presents” (w którym zadebiutowało chociażby “Sin City”), “Dark Horse Comics” (pełne krótkich historii z Aliensami, Predatorami, Bondem, czy Indianą Jonesem) czy “Cheval Noir” (przegląd najciekawszych przedruków z Europy m.in. “Blueberry”, “Szninkiel”, “Rork”). Tu i teraz mamy zbiorek w którym pojawiają się Whedon, Niles, czy Mignola i bawią z innymi koleżkami krótkimi komiksowymi nowelkami. W sposób zwięzły o najlepszych: “Sugarshock” (Whedon i Moon) - nagrodzona Eisnerem za najlepszy digital comics (ale to pewnie głównie zasługa rozpoznawalnego nazwiska scenarzysty) sympatyczna opowieść o kosmicznej rockowej kapeli; “Trick of the Trade” (Brockie i Cook) - urocza opowieść o sierotce, magiku i króliczkach; “The Christmas Spirit” (Mignola i Davis) - historia o opętanym chłopcu i świętym Mikołaju, która równie dobrze mogłaby dziać się w uniwersum Hellboy’a; “Fear Agent” (Remender i Dwyer) - kosmiczna jazda w klimacie starego dobrego “Valeriana”; i wreszcie “Goon”, acz bez Powella - czterocześciową opowieść tworzą zaproszeni goście: Fillbach Brothers, Rebecca Sugar, John Arcudi, Herb Trimpe i Bob Fingerman. Ale trzeba przyznać, że klimat Goona wszyscy opanowali na piątkę. Zresztą “Goon” i “Fear Agent” to przecież normalne serie DH, które tu się promują shortami - nie tylko one: w tym tomie są też krótkie historie “Sock Monkey”, “The Umbrella Academy”, “Gear School”, “Samurai” i “Chickenhare”. Słowem - tom zdecydowanie wart uwagi i już sobie zapisałem do zamówienia wychodzący w grudniu tom nr 2.

DVD: Halloween 30 Years of Terror - a to też antologia, acz raczej zeszyt niż TPB. Z okazji 30-lecia marki i postaci Mike’a Myersa wyszedł komiks z pięcioma historyjkami napisanymi przez Stefana Hutchinsona. Rysownicy różni (Zezelj, Daly, Weldele, Zornow i Seeley) a same opowieści… jedna słabiutka, dwie takie sobie i dwie naprawdę dobre (o inspiracjach rysownika komiksów i o Myersie, który dość brutalnie udowadnia pewnej nauczycielce, że jej teorie o uśmiechu, jako najlepszej obronie: “then nothing can hurt you!”, nie sprawdza się w praktyce) - czyli zupełnie przyzwoite proporcje jak na komiks postfilmowy.
Idzie jesień
September 22nd, 2008
Z okazji nowej pory roku (przynajmniej w kalendarzu, bo w realu już za przeproszeniem piździ od dni kilku) ogłaszam jeszcze jeden konkurs. Tym razem z wypasioną nagrodą DVD - dam jakiś sezon serialu. A co! Bo zadanie trudne. Poetyckie. Serio, serio.
Oto lat temu wiele popełniłem z okazji jesieni pewien wierszyk. A dokładniej dwie zwrotki. I konkurs polega na dopisaniu trzeciej (albo i następnych jeśli ktoś się rozpędzi). Tematyka jesienna, a rytm i rym dość wyśrubowany. Oto moje strofy:
Idzie jesień
Idzie jesień
Nic nie chce się
Wszystko w lesie
Drży, bo mży
Myszka zerka
Spod futerka
Zamiast w berka
Grać jak mać.
No, kto da radę?
Co do bieżącego wchłaniania - prawie nic w całości (podczytałem jakiś komiks i jedną książkę i obie bardzo dobre, ale o nich jak skończę). W zasadzie wymienić mogę tylko:

Joey 2/9-14 - zgodnie z obietnicą idę przez ten serial jak burza. I coraz lepiej widzę w czym jest jego problem: Po pierwsze postacie - faktycznie kudy im do oryginalnych przyjaciół. Żadna z czterech, czy pięciu postaci, stałych dodatków do Joey’a nie ma siły “Friendsów” a Jennifer Coolidge to w ogóle poważne nieporozumienie. Dopiero w połowie sezonu pojawia się świetny Adam Goldberg (ten sam, który we “Friendsach” grał wrednego współlokatora Eddiego). Tu jest przyjacielem Joey’a z młodości Jimmym. I tak rewelacyjnie się sprawdza, że zostanie w serialu do samego końca. Ale to wciąż za mało by uratować całość. Szkoda.
Po drugie - brak scenariuszowej finezji. To, co kręciło “Przyjaciółmi”, o czym zresztą pisałem - umiejętność metafory - tu nie istnieje. Prosty przykład - w tamtym serialu w jednym odcinku Monica uzależnia się od ciasteczek (piękna metafora narkotyków). Tu Joey uzależnia się od czekoladowego mleka, ale na wszelki wypadek (by było dobitniej) dwaj jego kumple z pracy popalają trawkę, którą - by nie dać się nakryć - nazywają głośno “czekoladowym mlekiem”. Zero subtelności. Szkoda.
Po trzecie - słabe kalki z “Friendsów”. Nawet postać Jimmy’ego, którą chwalę wyżej, jest bardzo podobna do jeszcze lepszej - granego przez Giovanni Ribisiego, brata Phoebe. Powtarza jego gesty, zachowania, patenty, tak samo jak tamten przy byle pretekście rzuca się na swą ukochaną Ginę; inny przykład - wzajemne miłosne podchody Joey’go i jego sąsiadki Alex są prawie identyczne (choć słabsze) z analogicznymi podchodami Joey’a i Rachel w ostatnich sezonach “Friends”. Można tak długo wyliczać. Szkoda.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)