komiksowe zaległości
August 29th, 2008
Dziś szybko i na temat (żeby rozładować kolejkę rzeczy czekających na opisanie). Komiksy ostatnio wchłonięte:

Calvin i Hobbes - Wszędzie leżą skarby - zaległy tom komiksowych przygód chłopca z ADHD i jego pluszowego tygrysa. Ostatnie trzy tomy serii przekładane są na polski w odwrotnej kolejności - najpierw poznaliśmy ostatni “To magiczny świat” - zachwycałem się nim kilka tygodni temu. Teraz mamy “Wszędzie leżą skarby” i na koniec został jeszcze “Homicidal Psycho Jungle Cat” (PWC na pewno i ten tytuł świetnie przetłumaczy). Sam tomik to kolejne w tej serii mistrzostwo świata. I znowu mógłbym rzucać cytatami, ale naprawdę warto samodzielnie. To jeden z najlepszych stripów komiksowych w historii tej planety!

Kid Paddle - Cuchnąca krwiożercza mumia powraca - a tu też śmiesznie, choć oczywiście nie aż tak. Kid jak zwykle z różnym skutkiem zmaga się z grami komputerowymi, ma fantazje o fantastycznych wyczynach swego ojca i z kolegą na plecach próbuje wejść do kina na film dla dorosłych. I uwaga! Wreszcie mu się udaje wmsknąć się na salę kinową! Choć oczywiście nie do końca ze skutkiem o jaki mu chodziło. Sympatyczny nieduży tomik w sam raz na dłuższą podróż metrem (ale to tylko w Warszawie).

Indiana Jones Omnibus 1 - zeszło mi trochę nad tym tomem, ale to w końcu 350 stron. A w nich trzy pierwsze serie komiksowe z Indianą. Najpierw wydany również w Polsce “Fate of Atlantis” (dość wtórna fabuła, która miała być ponoć przed laty podstawą do czwartego filmu), Potem jej kontynuacja “Thunder of Orient” z odyseją po całej Azji w poszukiwaniu oryginalnych zapisków Buddy i wreszcie “Arms of Gold” (nie mylić z najnowszym kinowym Hellboy’em - o nim poniżej) w których Indiana strzela biczem wśród południowoamerykańskich piramid. Pierdółki bez znaczenia, przy których świetnie mi się zasypiało. Po kilku stronach. Nic więc dziwnego, że zeszło mi z tym tomem tak długo.

Batman: Lovers & Madmen HC - dziwne, dziwne. Kolejna gwiazda tvscenariopisarstwa - Michael Green (”Heroes”, “Smallville”, “Seks w wielkim mieście”) spróbował zmierzyć się z Batmanem i Jokerem, a dokładniej na nowo opowiedzeć ich pierwsze spotkanie. Na nowo, w sensie ostrzej, brutalnie, szaleniej - tak, by było bliżej nowego filmu i jego klimatów. I jest blisko, acz równocześnie jak dla mnie zbyt daleko od komiksowego Batmana. To już “All Star” Millera jest bardziej w rytmie. Batman, który wchodzi w układ z bandziorami, by Ci zamiast niego złapali i zabili Jokera - nie kupuję tego. Mimo wytłumaczenia, że to początki, błąd młodości itp. - nie kupuję. Rzecz zaczyna się fajnie, gdy Batman po rozwaleniu gothamskich mafii sądzi, że już zrobił swoje i pewnie lada dzień odwiesi pelerynkę a tu okazuje się, że zaczynają pojawiać się freaki. Nieprzewidywalne i nie poddające się schematom freaki. Rzecz w tym, że Green nie potrafi stworzyć Jokera na tyle mrocznego i szalonego jakby chciał. To Batman i inni oceniają go jako uberszaleńca - jego zachowanie i słowa do tego nie dorastają. Pomijając już, że komiks ten przynajmniej w kilku miejscach kłóci się z oficjalnym continuum. Doceniam więc dobre chęci, doceniam kreskę Cowana, ale całość mija się trochę z moją półeczką Batmanów, które warto mieć w domu.

The Authority Prime TPB - pisałem już o większości tej historii w zeszytach. A teraz przeczytałem całość i jest lepiej. Widać naprawdę wolę czytać w TPB. To zdrowa napieprzanka w klimacie Authority i wykorzystująca nieźle jej potencjał. Nic ponadczasowego, ale to tak jak być fanem i oglądać nowy film z Chuckiem Norrisem - po prostu jest miło. Jak tam mam z Wildstormem, a z Authority w szczególności. I już.

Freshmen 1 TPB - następna autorska seria z Top Cow, za którą wziąłem się z lekka nieśmiałością, a okazała się naprawdę dobra. “Freshmen” to takie “Rising Stars” na wesoło. Grupa pierwszoroczniaków w college’u dostaje niechcący najróżniejszych, często mocno pokręconych supermocy (np. wegetarianin, który może rozmawiać z roślinami, czyli już zupełnie nie ma co jeść, albo matematyczny geniusz, który jak się uchla, to potrafi zarażać ludzi swoim upojeniem alkoholowym, a nawet skłonic do rzygania) Dowodzi nimi komiksowy geek, który oczywiście nie załapał się na żadną supermoc, bo wyszedł na pizzę. Dalej rzecz napisana i poprowadzona zabawnie, acz realistycznie (jak na tę konwencję oczywiście) i nadzwyczaj konsekwentnie. Bardzo fajna pierdółeczka - muszę kiedyś wciągnąć tom drugi.

Robin - The Big Leagues TPB - lekki i sympatyczny kolejny tomik przygód pomocnika Batmana. Zwykle takie zbiorki przeglądałem bez czytania, a tu całość weszła mi bodajże w jeden wieczór. Oto Robin obchodzi dość krwawo Dzień Ojca, walczy z grupą superzłoczyńców, którzy mają do niego żal itd. Proste, młodzieżowe, bez większych rozczarowań, bez większych ekstaz.

Birds of Prey - Dead of Winter TPB - i jeszcze jeden tomik DC. Tym razem superlaski w swej kolejnej misji. Oczywiście tajnej i do tego w zimnej Rosji, gdzie łomoczą się z Secret Six, ale to standard, oczywista oczywistość. Za to świeżo i zupełnie fajnie pokazano rozgrywkę o władzę nad BoP pomiędzy Oracle a próbującą przejął władzę nad grupą Spy Smasher - rządową agentką, która ma swoje cele, potrafi knuć, szantażować i oszukiwać i bardzo jej się przydaje grupka do brudnej roboty. Na szczęście nie tak łatwo przejąć grupę superbohaterów(ek) - bo przecież wszyscy herosi to jedna rodzina. Sympatyczna szybko lektura toaletowa.

Outsiders - Five of a Kind TPB - (oryginalna amerykańska okładka jest ciut inna, ale ta też obowiązuje) - siódmy ostatni tom serii, która po 50 numerach została zamknięta i przemianowana na “Batman & The Outsiders”. Ten tom to właśnie przejściówka - kolejni członkowie grupy zostają przetestowani przez Batmana w osobnych misjach (i osobnych komiksach różnych autorów), a potem wszystko kończy się historią, która podprowadza crossover “Salvation Run” - ależ jestem obcykany w tych bieżących wydarzeniach DC. Aż się zaczynam zastanawiać, czy to zdrowe jest…

zeszyty: Unholy Union - strasznie zaległa pierdółka - crossover Marvel/Top Cow, który zamówiłem, bo przecież już na okładce widać Hulka. W środku też go sporo, bo jak zwykle zaplątał się w miejsce rozróby i włączył się do niej z dużym zaangażowaniem. A że i z Darknessem miał już wcześniej do czynienia, to i łomotanina jest konkretna i merytoryczna. I na półeczkę.

The X-Files #0 - przy okazji nowej kinówki startuje też nowa seria zeszytów z Mulderem i Scully. A że to Wildstorm to rzecz zupełnie przyzwoitej jakości - oto nowa opowieść na miarę niezłego odcinka serialu. Mi to wystarcza.

Angel #10 - po kilku zeszytach interludium wracamy do głównej fabuły, w której Angel (już nie nieśmiertelny wampir) musi radzić sobie w piekle jakim dosłownie stało się Los Angeles. Ale od czego się ma przyjaciół.

Star Trek: The Next Generation - Intelligence Gathering #1 - na koniec jeszcze jedno uzupełnienie sprzed kilku miesięcy. I znowu sympatyczny (jak większość dzisiejszej porcji) komiks o romulańskiej intrydze powstrzymanej przez Datę i Rikera. Dla fanów - czyli oczywiście i dla mnie.
Skoro odrobiłem się z komiksowych zaległości mogę na dokładkę napisać jeszcze o dzisiejszych seansach. A byłem rano w kinie:

Hellboy: Złota Armia - del Toro rządzi. Nigdy bym nie przypuszczał, że można nakręcić spójny i dobry film, który będzie dokładnie w pół drogi pomiędzy “Facetami w czerni” a “Władcą Pierścieni”. Jest świetnie, znacznie lepiej niż w jedynce, znacznie lepiej niż w komiksach (przynajmniej dla mnie). Perlman bryluje, ale świetnie wypada też Jeffrey Tambor, Selma Blair i wszystkie inne dziwolągi. Tytułowa Złota Armia kojarzy się trochę z Cylonami czy Droidekami, zresztą mnóstwo rzeczy tu z czymś się kojarzy, ale nie zmienia to faktu, że to świetny film i wciąga się go jednym haustem. I oczywiście mocno podprowadza fabułę pod ewentualną trójkę.

DVD: Lecą żurawie - a na wieczór rosyjska klasyka sprzed pół wieku. I niestety tym razem bez zachwytów, jakie ostatnio zbierał u mnie równie leciwy Kurosawa. Tu równie głośny tytuł, a rzecz zestarzała się strasznie. Banał, klisza na kliszy i mnóstwo niedomówień - niezła robota realizatorska nie przykryje jednak komunistycznej propagandy, komunistycznych kłamstw i przemilczeń. Czyli ten akurat seans okazał się porażką. No to spać.
wiedziałem, że tak będzie
August 27th, 2008
Jak wyżej. Wprowadzenie obrazków trochę mnie wyhamowało. Bo czasem mam nawet w natłoku roboty (strasznie mi się ostatnio różne deadline’y spiętrzyły) chwilę na zrobienie notki na blogu, ale jak pomyślę, że najpierw muszę wygrzebać z sieci obrazki, dopasować je, wrzucić na serwer i dopiero mogę coś pisać, to mi się zwykle odechciewa. Ot, leń ze mnie straszliwy. Najlepszym dowodem tekst, który dziś oddałem - grubo ponad trzy lata po pierwszym deadlinie… Ale oddałem. Dziś. I są spore szanse, że już podczas tegorocznego konwentu w Łodzi będziecie mogli przeczytać rewelacyjne opowieści snute przez Janusza Christę, który w przezabawnych anegdotach opowiedział Krzyśkowi Janiczowi i mnie całe swoje życie (poczynając od historii romansu dziadka Austriaka i babci patriotki a kończąc na tym dlaczego na łódzki konwent przyjechał z psem). Już dziś polecam.
Polecam też nasze ostatnie wideorecenzje na Onecie - zwłaszcza “Krowy“, ale “Podróż do wnętrza Ziem 3D“, “[Rec]” i “Przebudzenie” też nie wyszło źle.
I jeszcze nie omieszkam wspomnieć, że powrzucałem kilka(dziesiąt) rzeczy na Allegro - nawet dwie z opisywanych dziś poniżej. A przy okazji robiąc ostatnią wysyłkę zorientowałem się jak mocno podskoczyły ceny na Poczcie. Ich chyba pokopało. Okazało się, że do większości przesyłek dopłaciłem. No i musiałem na Allegro podnieść koszty przesyłki. Cóż zrobić.
Ale do roboty z wchłanianiem - wszak o to tu głównie chodzi:

DVD: Constantine - od jakiegoś czasu chciałem to sobie powtórzyć w domu i wreszcie była okazja. I gdyby nie ten Keanu to byłby bardzo dobry film. A tak jest tylko dobry. Reeves momentami nawet pasuje do cynicznego Hellblazera, ale tylko czasami. Znacznie lepiej z resztą filmu - fabuła zupełnie w klimacie (poza żenującym ostatnim papierosem), Weisz świetna, LaBeouf zupełnie sympatyczny (choć przerobienie Chasa na nieletniego sidekicka nie do końca do mnie przemawia) a im nadprzyrodzoniej tym lepiej: nadpłciowa Tilda Swinton, rewelacyjny pomysł na wizje piekła a przede wszystkim arcygenialny, szatański Peter Stormare. Dla sceny z nim naprawdę warto zobaczyć ten film - mistrz grania obcokrajowców tym razem zagrał obcoświatowca i wyszło naprawdę nie z tej Ziemi.

Rpoint - koreański horror wojskowy. Ot grupka żołnierzy zostaje wysłana na wietnamską wysepkę skąd dochodzą radiowe przekazy od (zdawałoby się) zabitego tam wcześniej oddziału. Więc jadą. I zaczyna się horror - duchy, krew, złudzenia, rosnąca paranoja, długowłose dziewczęta stojące w milczeniu za plecami (w końcu to groza z dalekiego wschodu). Niezłe, acz nic epokowego. Świeża jest w tym jedynie scenografia.

Królestwo - od jakiegoś czasu z coraz większym dystansem podchodzę do filmów Berga - są nierówne, poszarpane i niespójne. A ten mi się podoba. Od początku do końca. Dobry film. Od łopatologicznie (na poziomie instrukcji z IKEI) przygotowanej czołówki wprowadzającej background stosunków amerykańsko-saudyjskich, przez rewelacyjną obsadę (Foxx, Cooper, Bateman, Garner i bliskowschodni aktor Ashraf Barhom) po (nieomal do końca) wiarygodną i ostrą fabułę. Naprawdę mi się podobało.

Piętno śmierci - a tu już prawdziwe mistrzostwo świata. Kurosawa grubo ponad pół wieku temu machnął film, który do dziś poraża. Nie dość, że wyprzedził o dekady całe nasze “kino moralnego niepokoju” (a opowiada to samo tylko lepiej), to jeszcze bawi się formą i strukturą opowieści z maestrią geniusza kina. To grubo ponad dwugodzinna opowieść o umierającym na raka urzędniku, który na wieść o terminalnym stanie swej choroby zaczyna nadrabiać najróżniejsze życiowe zaległości. I kiedy wreszcie umiera i wydaje się, że doszliśmy do zupełnie niezłego finału, zaczyna się druga część, która niczym “Obywatel Kane” odkrywa kolejne warstwy hipokryzji. Ale nie bohatera, nie - jego otoczenia. Takie filmy, oglądane przeze mnie w ramach nieustającej akcji: “po kolei wszystko co mam na półce” dowodzą słuszności takich działań. Przecież sam z siebie w zalewie świeżych filmów po takiego Kurosawę sięgnąłbym pewnie za lat kilkadziesiąt.

Star Trek: The Animated Series 7 - i znowu wspólny seansik z dziećmi - w tym odcinku animowanego Star Treka kilkumetrowy klon ziemskiego naukowca sprzed stuleci wspólnie z roślinnymi stworzeniami z odległej planety porywają Spocka, by go sklonować i wspólnie zawojować Galaktykę. Brzmi fajnie, prawda?
Monk i trzy ciasta 22 - (i tym razem bez obrazków bieżących kioskowych seriali - nie wiem, gdzie je znaleźć w sieci) Jak podnieść jakość Monka? Powielić go. I oto dostajemy Monka do kwadratu, czyli dwóch Monków - brata gra sam John Turturro. I tym razem cała intryga okazuje się drugorzędna w konfrontacji z genialnymi scenami pomiędzy braćmi.
Columbo - Umysł ponad prawem 22 - a Columbo nie pierwszy raz musi zmierzyć się z genialnym intelektualistą. I przegrywa. Na intelekty. Więc załatwia go na zupełnie innym poziomie. Ważny detal - gościnny występ Robby’ego - robota z “Zakazanej planety” i serialu “Zagubieni w kosmosie”

Rodzina Soprano 4/1-4 - trochę przyśpieszyłem we wchłanianiu mafii z New Jersey. Czwarty sezon to przy prawie każdej postaci jakiś nowy myk, nowy pomysł, czy nowa sytuacja - ktoś trafia do więzienia, kogoś szantażuje FBI (aż się z wrażenia porzyga), ktoś się obraża, ktoś ma proces, ktoś umiera. Scenarzyści bez oporów przerzedzają drugi, trzeci plan opowieści, bo przecież postaci i tak mają w tej fabule mnóstwo. A ogląda się to wszystko tak, że nie sposób oderwać się nawet na minutę!

Battlestar Galactica 2/2-5 - i tu też się posunąłem przez te kilka dni. I dzieje się naprawdę sporo: p.o. dowódcy Galactiki nie radzi sobie w ogóle; rozbitkowie na Kobolu biegają po lesie i giną; na Caprisi okazuje się istnieć ruch oporu, a pani Prezydent zaczyna coraz bardziej się umistyczniać. Szczerze mówiąc ten ostatni wątek najmniej nie przekonuje. Jakoś mistyka w “Babylon 5″ była na miejscu, a tu mi zgrzyta. Zobaczymy jak to rozwiną.

Muzyka: Mirosław Czyżykiewicz - Allez! - pisałem tu już kiedyś dużo o Czyżykiewiczu. A teraz wygrzebałem w sklepie jego płytę, której nie znałem. I jakoś wcale się nie zdziwiłem, że mi się podobało. Zaczyna się rewelacyjnym, energetycznym tytułowym “Allez! (deprecha)”, skrzyżowaniem świetnego nieustającego rymowanego słowotoku z wybuchającą raz po raz melodią (jest też na płycie wersja instrumentalna - i bardzo dobrze); potem kilka nowych piosenek do wierszy Brodskiego, kilka nowych i starych piosenek samego Czyżyka (z pamiętaną przeze mnie sprzed lat piosenką “Z trzydziestką na karku”. Jest przy niej data 1988, znaczy Mirek ma już pół wieku? Łoł!), “Tunel” z tekstem Kaczmarskiego - ze słów wynika, że to późny przedśmiertny Kaczmarski, czyli z czasów, gdy sam już śpiewać nie mógł. Wcale się nie dziwię, że przekazał to Czyżykowi, przyjacielowi i jednemu z niewielu bardów, którzy potrafili dorównać mu ekspresją i siłą przekazu; końcówka płyty to zrzuty z innych, gościnnych występów Czyżyka - dwie piosenki, które zaśpiewał na płycie Satanowskiego i jedna z “Aniołów Europy”, koncertu Rubika z 2004 r. I to tylko potwierdza wokalny potencjał Mirka, który nie tylko w swoim repertuarze potrafi kopnąć piosenką między oczy. I dobrze!

Mamma Mia! The Movie Soundtrack - no bo tak mi się podobało w kinie, że nie mogłem się powstrzymać. Nabyłem i mam świetną płytę do samochodu. I chyba nawet wolę te wersje od oryginalnych. Płyta jest ułożona w kolejności śpiewania w filmie, więc przy każdym przesłuchaniu przypominam sobie jeszcze fabułę. A same piosenki? Pierwsze “Honey, Honey” Amandy Seyfried ma rewelacyjne refrenowe “Aha” - ona zresztą śpiewa najwięcej i najlepiej; Meryl Streep jest jak Janda - nieczęsto w życiu bierze się za śpiewanie, ale jak to zrobi to buty spadają. Jej “The Winner Takes It All” to absolutny masterpiece! Znacznie gorzej wypadają panowie. Młody Dominic Cooper został wybrany dlatego, że umie śpiewać, ale starsi gwiazdorzy niekoniecznie. Brosman ma najwięcej piosenek i stara się jak może (a niewiele może), Firth dał radę coś podśpiewać raz jeden, a Skarsgard w zasadzie tylko czasem coś dopowie nawet niespecjalnie próbując udawać, że ma to melodię. Ale to przecież nieistotne, ważne, że całość buja rewelacyjnie i po kilku godzinach w samochodzie z tą płytą szczęka mnie bolała od darcia ryja. Serio, serio.
No i na komiksy znowu nie starczyło mi dziś siły. Widać licytacje na Allegro “Batmana” czy “Robina” skończą się zanim napiszę tu co o nich sądzę. Chyba, że jutro się zbiorę, bo stertka tych albumów rośnie z dnia na dzień i lada dzień się przewróci.
tydzień wchłaniania
August 22nd, 2008
Zgodnie z obietnicą w poprzednim poście oto tygodniowe zaległości we wchłanianiu:

Kino: Chłopaki też płaczą - tłumaczenie tytułu trochę żałosne, ale komedia przednia. Nic dziwnego, to kolejne dzieło Apatowa i jego chłopaków. Tym razem Judd ograniczył się do produkowania a większość roboty odwalił Jason Segel (scenariusz, główna rola a nawet pokazanie siurka), ale czuć w tym filmie ducha Apatowa. Oto historia kompozytora, który wyrusza na Hawaje by tam zapomnieć o byłej dziewczynie i oczywiście napotyka ją w hotelu. Fabuła oczywiście pretekstowa, ale żarty rewelacyjne w moich ulubionych proporcjach inteligentnie/popkulturowo/wulgarnie - wszystkiego po równo. W efekcie - półtoragodzinny chichot w kinie bez większych przerw na oddychanie. I jeszcze świetne piosenki: jedna o byciu “Inside of You”, druga z lalkowego musicalu o Draculi, a na końcowych napisach “Nothing Compares 2U” po hawajsku. Odlot!

DVD (sporo się nazbierało, bo jeszcze rodzinę wywiozłem na wieś i mogę pooglądać zaległości): Across the Universe - DVD w Polsce wyjdzie lada dzień, ale kupiłem sobie wracając z Sardynii (ma włoski dubbing, ale chyba się nie odważę). Oto musical z piosenkami Beatlesów. Świetny. Pisałem już tu o nim blisko rok temu, gdy wchodził do kin, ale im więcej czasu mijało od seansu tym milej mi się go wspominało. Ponowne obejrzenie tylko wzmocniło to uczucie. To co wydawało mi się słabe (naiwności, brak oryginalności, niespecjalnie udane sekwencje oniryczne) jest takie nadal, ale to co było świetne i zachwycająca (nie tylko piosenki The Beatles, ale one zwłaszcza) jeszcze bardziej mi się podoba. Polecam. Judie Taymor jak chce to potrafi. I tym bardziej czekam na jej broadwayowski musical o Spider-manie nad którym obecnie pracuje.

Planet Terror - no, tego przecież nie mogłem obejrzeć przy żonie i dzieciach. Bo też widziałem wcześniej i wiedziałem czego się spodziewać. Ba, wpisałem ten film do najlepszej 10 zeszłego roku. I w pełni podtrzymuję wszystkie zachwyty. Na DVD mogę się nimi delektować w nieskończoność a dodatkowo Rodriguez jak zwykle zadbał w dodatkach by pokazać jak powstały efekty specjalne (np. pani z karabinem maszynowym zamiast nogi, pękające bąble na twarzy Bruce’a Willisa, czy wylewające się wnętrzości z Quentina Tarantino), przedstawił obsadę i pokazał kilka innych sztuczek (zawsze polecam dodatki na jego DVD, są rewelacyjne). I oto piękne dwupłytowe wydanie DVD z najbardziej obrzydliwym filmem o zombie od lat - polecam jeszcze bardziej, niż to, co wcześniej polecałem.

No i pora na coś czego polecić nijak nie mogę Obcy kontra Predator 2: Requiem - straszna wiocha. I marnowanie potencjału. Jeszcze w jedynce ktoś się ciutkę starał, wymyślił, że na Antarktydzie itp. A tu? Jatka obco/predatorowa w małym amerykańskim miasteczku. Jakby to był siódmy Freddy Krueger, czy czternasty “Piątek Trzynastego”. No, żesz kurwa! I to jeszcze by obciąć koszta większość fabuły rozgrywa się nocą po popsuciu elektrowni, czyli w totalnych ciemnościach. E, nie chce mi się więcej o tym pisać.

Fala zbrodni - bardzo wczesny film mistrza Sama Raimi’ego. Nakręcony ponad dwadzieścia lat temu pomiedzy “Evil Dead’ami”. I pewnie wtedy by mnie bawił. Ba, może nawet jeszcze dekadę temu. Teraz chyba faktycznie trochę dojrzałem. Ot, taka młodzieńcza wprawka, wariacja na czarną komedię napisana wspólnie z kolegami (niejacy bracia Coen. Ci.) Trochę to zresztą przypomina pomysłem (nieudana zbrodnia, która przeradza się w jatkę) nakręcony rok wcześniej debiut reżyserski tychże kolegów. Narracja jest niezła, ale budżet symboliczny, aktorstwo przesadzone do bólu, a żarty (z dzisiejszej perspektywy) dość oczywiste i trącoce myszką. Ale na pewnym etapie poznawania kina i własnego poczucia humoru to z pewnością świetna filmowa zabawka.

Seriale: Star Trek: The Animated Series 5-6 - i następne dwa odcinki zaliczone z dziećmi. W pierwszym hurtowe ilości Tribbli (co się natłumaczyłem dzieciom o co chodzi i jak takie puchate kulki mogą wkurzać Klingonów), a w drugim zupełnie niezła zabawa ze zmiennokształtnym, który omal nie powoduje przejęcia Enterprice’a przez Romulan. Dobre.

Rodzina Soprano 3/10-13 - dokończyłem trzeci sezon. Wszystko zacne i godne uwagi, ale jeden odcinek zrzuca buty. I nawet gdybym tego wcześniej nie wiedział domyśliłbym się, że “Sosnowe nieużytki” wyglądają jakby miał z nimi coś wspólnego Steve Buscemi. A on je wyreżyserował. Do obsady gość dołączy później, ale już tu wypalił piętno swego klimatu na serii. Opowieść o dwóch mafiozach, którzy krążą całą noc poobijani, zmarźnięci i głodni po zimowym lesie jest powalająca. Sezon zaś kończy się sympatycznym rodzinnym wybrzmieniem i zaledwie jednym trupem w finale. Czasem robi to większe wrażenie niż duża jatka.

Battlestar Galactica 2/1 - a tu dla odmiany zacząłem nowy sezon. Pierwszy odcinek to głównie sprzątanie po kilkuwątkowym cliffhangerze z końca poprzedniego sezonu, ale oczywiście sprzątanie najwyższej jakości. Do tego poznajemy początki przyjaźni Adamy i Tigha. Jak zwykle zabawnie wygląda stary stateczny aktor taki jak Edward James Olson, którego próbują do kilku scen odmłodzić o kilkadziesiąt lat. No i na statku pojawiają się nowi pasażerowie. Blaszani.

Jednostka Sezon 1 - a to danie główne. Wciągnąłem od ręki cały 13-odcinkowy pierwszy sezon serialu o tajnych misjach Delta Force i codziennym życiu ich żon mieszkających w bazie i czekających na ich powrót. To właśnie dla “The Unit” Dennis Haysbert zrezygnował z “24 godzin”. I nic dziwnego - ciekawiej jest samemu biegać z pistoletem i strzelać do terrorystów niż być tylko prezydentem, który wydaje rozkazy agentowi Bauerowi i chowa się za ochroniarzami. A tu biega, wysadza, strzela, ratuje i robi wszystko co trzeba. Aż za dużo moim zdaniem - jakoś trudno mi uwierzyć, by Delta Force była aż tak uniwersalna - od ochraniania przez tajneagenciarstwo, odbijanie samolotów, rozbrajanie bomb po zamachy terrorystyczne. Na pewno wygląda to fajnie (i z całą pewnością świetnie się ogląda), ale naprawdę aż tak? Aż tyle? Jeśli tak - gratuluję; jeśli to zaś trochę przesada, to nie zmienia to wcale faktu, że to świetny serial. Wojskowa sensacja (niczym u Clancy’ego) wymieszana z dobrym obyczajem (żony i ich problemy). Najlepszy dowód, że wrzuciłem jeden odcinek na próbę i nie potrafiłem się oderwać dopóki nie skończyłem całości.
Włatcy móch 1/5-6 - (bez obrazka, bo coś się nie chce wkleić) Zacząłem od animacji i kończę na animacjach. Choć TAS oglądam z dziećmi i przyjemnością, a Włatców w ramach pracy - bo adaptuję ich na komiks. Te odcinki są troszkę lepsze od poprzednich i nawet zupełnie nieźle opowiadają o podstawowych kwestiach w zyciu ośmiolatków - pierwszej komunii i różnicach płciowych. Wciąż jednak uważam te historie za rzadkie - w przeciwnieństwie do nadzwyczaj gęstych odcinków takiego np. “South Parku”.

Muzyka: Osjan - księga liści i Drzewo Osjan - i następne dwie płyty Osjanu, które kupiłem razem z taką dziwną gazeto/czymśtam pt. “Ferment”. Sama gazeta to poszarpany monolog jednego z członków grupy Radka Nowakowskiego. A płyty? Jak zwykle świetne. “Ksiega liści” to zapis koncertu sprzed czterech lat - jeśli w poprzednich wydawało mi się, że panowie są zgrani to dopiero teraz w pełni zrozumiałem znaczenie tego słowa. Osjan starszy o kilkanaście lat grania ze sobą pokazuje cuda muzyczne - każdy z czterech utworów kręci, buja i zatraca się w prostych melodiach, rytmach i najróżniejszych ..sonansach. Druga płyta “Drzewo Osjan’ to reprint płyty z 81 r. (na której pięknie słychać różnice lat wspólnego muzykowania - tu panowie nie tyle razem grają, co sobie nawzajem akompaniują, co chwila inny wychodzi na plan pierwszy, a reszta się grzecznie do niego dostosowuje) z dodatkiem samodzielnych grań poszczególnych Osjanowców: Nowakowski i jego “Monodrum” (nazwa właściwie wszystko tłumaczy); Kurtis ze swoim zespołem “Drum Freaks” krąży po różnych etnicznych korzeniach i oczywiście “VooVoo” Waglewskiego z dwoma w zasadzie instrumentalnymi kawałkami z płyty “Seszele” - muzyki do filmu w reż. Bogusława Lindy. Lubię tę płytę i muszę przyznać, że ten wybór świetnie pasuje do pokazania punktów stycznych między dwoma zespołami w których udziela się Wojciech Waglewski.
A wiaderko komiksów już jutro, bo mnie północ zastała.
Nabywca
August 22nd, 2008
Długo mnie nie było - to chyba jedna z dłuższych przerw w funkcjonowaniu tego bloga, ale najpierw sporo się działo i nie miałem czasu, potem dużo pracowałem i nie miałem czasu, a potem coś się spsuło ze stroną i nie chciała mi wejść (jak się zabierałem do wpisywania). No i dziś wreszcie udało mi się z nią zsynchronizować i oto jestem. Zaległości mnóstwo, ale najpierw o czymś ważnym. Bo oto zaszła we mnie pewna przemiana. Jak sądzę na lepsze. Stałem się nabywcą kultury popularnej. Bo wcześniej byłem odbiorcą, acz niekoniecznie nabywcą. Strasznie się rozpuściłem przez te ostatnie lata. W zasadzie od pracy w “Newsweeku”, a komiksowo jeszcze wcześniej. Po prostu, skoro o tym pisywałem, to uważałem, że mi się należy. Zaczęło się od komiksów - w małym środowisku wymienialiśmy się egzemplarzami, dawaliśmy sobie je z dedykacjami, autografami (nie żebym ja miał często co dawać, ale dostawałem jako jeden z kilku publicystów komiksowych początków lat 90.), zakładaliśmy wydawnictwa, tworzyliśmy, z pewnością trochę dysfunkcyjną, ale jednak, rodzinę. Gdy stałem się etatowym dziennikarzem opiniotwórczego tygodnika dopiero się zaczęło - pokazy prasowe filmów, płyty, książki, z czasem DVD, gry komputerowe - więcej niż byłbym w stanie wchłonąć. Po lekkiej przerwie w czasach “Misia” (acz z rozpędu dostawałem jeszcze mnóstwo), przyszło “Wprost”, potem “Premiery”, “Zap” - tony stuffu. No i rok temu strumyk zaczął powoli wysychać. Zaczęło się, jak łatwo się domyśleć, od komiksów - pojawili się nowi wydawcy, którzy nie widzieli potrzeby dawania mi (za wysługę lat) swoich nowości, tym bardziej, że często wychodziły w niskich nakładach, tym bardziej, że często w ogóle mnie nie znali, a może nawet nie kojarzyli. Potem całkowicie urwały się płyty, gry (z nich i tam mało korzystałem, raczej rozdawałem znajomym), książki. Zostało tylko kino w którym jednak wciąż siedzę (choćby robiąc co miesiąc magazyn “Premiery” dla Filmboxu i Nonstopkino). Początkowo byłem zbulwersowany - jak to, ja nie dostanę? To nie przeczytam! Ich strata! Nie przeczytam i… no właśnie i co? Nie napiszę na blogu? Nie powiem o tym kilku(nastu znajomym)? Co prawda część z nich pisuje do gazet, czy ma programy w telewizorze, ale moja opiniotwórczość już nie jest tak powszechna jak dawniej… I tak mijały miesiące a ja wzorem starszych kolegów (mam przynajmniej dwóch takich - jeden jest ważnym redaktorem wydawnictwa, drugi ważnym teoretykiem - uważają, że im się należą wszelkie nowości za darmo właśnie za wysługę lat i rozliczne zasługi) czułem się niedoceniany i niedopieszczany egzemplarzowo. Jedynie gdzie nie miałem oporów i kupowałem to w sklepach DVD. Bo nie wszystko dostawałem, a chciałem bardzo obejrzeć, bo nie wszystko wychodziło na polskim rynku, a chciałem obejrzeć, więc ściągałem z Zachodu. A jeszcze kupowałem też sporo zachodnich komiksów - ich nie rozdają za darmo w Polsce, więc kupowałem od zawsze. Bo przecież mnie stać. A to całe niekupowanie wynikało z jakiejś głupiej przekory (na złość mamie odmrożę sobie uszy), jakiejś blokady w psychice. I powolutku ją przełymałem przez ostatnie miesiacę - chcę posłuchać jakiejś muzyki - idę i nabywam, chcę książki czy komiksu - kupuję. Nawet do kina pójdę wieczorem i kupię bilet (dotąd jak nie byłem na darmowym pokazie prasowym, to zwykle czekałem na DVD). Ot i proszę. Stałem się pełną gębą nabywcą kultury. I to nie boli. I czytam, oglądam, słucham to na co mam ochotę, a nie to co mi przyślą. A jak przyślą (niektórzy wciąż przysyłają), to jestem wdzięczny i też wchłaniam. W zasadzie mógłbym dalej nie kupować - mam zapasy książek i filmów na wiele, wiele lat. Ale w końcu trzeba być na bieżąco - jak się chcę być opiniotwórczy. Nawet jeśli akurat w tym momencie tylko na blogu.
No to teraz spokojnie do bieżącego wchłaniania - a nazbierało się trochę. Ale to już może w osobnym wpisie za kilka godzin.
klimat się zmienia
August 16th, 2008
Się porobiło: trąby powietrzne, burze, że o 18 w Warszawie zmierzchło, a potem pierdulnęło piorunami i ścianą deszczu - jeszcze trochę i zaczną się monsuny czy inne zlodowacenie. Takie czasy, takie czasy. Może awaria akwarium i zalanie dwóch pokojów też można jakoś podciągnąć pod zmiany klimatyczne? Nie wiem. Nieważne. Dziś głównie zaległości we wchłanianiu:

I znowu byłem w kinie. Tym razem towarzysko. Na filmie Uprowadzona - to kolejna produkcja Luca Bessona, z jego scenariuszem i reżyserem z jego stajni. Z tej bardziej amerykańskiej linii (tej co “Transportery” czy “Człowiek-Pies”), czyli anglojęzycznych i z rozpoznawalną na świecie obsadą. Film sam w sobie przypomina radosne hollywoodzkie kino B z lat 80. - w rodzaju “Commando”, czy wczesnych Van Damme’ów - jeden człowiek przeciw wszystkim; człowiek, który bez większego problemu zabija wszystkich złych i ratuje kogo trzeba. Jedynym ustępstwem dla nowych czasów (czasów Matta Damona jako Jasona Bourne’a) jest, że tego jednego człowieka gra Liam Neeson. Poza tym wszystko zgodne z tamtą specyfiką scenariuszy pisanych grubą kreską i na kolanie - dziś w Hollywood już tak nie potrafią. I trochę szkoda. Bo raz na jakiś czas taka historia ojca, emerytowanego antyterrorysty, który ratuje córkę porwaną przez handlarzy żywym towarem to coś co się ogląda z prawdziwą przyjemnością. A przy tym to film - kuriozum: zrobiony głównie przez Francuzów i za francuskie pieniądze film o tym, że amerykańskie nastolatki nie powinny jeździć do Paryża, bo tam mogą je porwać, napchać narkotykami i sprzedać do burdelu; że jeden amerykański emeryt jest lepszy od wszystkich Paryżan (przestępców, policjantów, ABW, prywatnych ochroniarzy wyższych sfer, prywatnych ochroniarzy szejków i kto się tam jeszcze nawinął) i wreszcie o tym, że 17-latki nie powinny specjalnie dbać o własną cnotę, bo jeśli złapią je handlarze żywym towarem, to dziewice są droższe, lepiej chronione i inaczej upłynniane, więc jak ojciec będzie chciał je odbić, to będzie miał więcej roboty, będzie musiał zabić więcej złych ludzi i w ogóle film będzie dłuższy.

DVD:Bibliotekarz: Tajemnica włóczni Telewizyjna wariacja na Indianę Jonesa z Noahem Wyle (”Ostry dyżur”) w roli głównej. Gra on tytułowego Bibliotekarza (z dużej litery), faceta od specjalnych zbiorów Biblioteki Metropolitarnej (tak przynajmniej jest na okładce, w filmie chyba inaczej to tłumaczyli), a tam jest właśnie większość skarbów tego świata: Arka Przymierza, Graal, Puszka Pandory, oryginał “Mony Lisy”, Excalibur, żywy jednorożec, Włócznia Przeznaczenia. I właśnie tą ostatnią ktoś kradnie i zaczyna się zabawa. Rzecz od strony komplikacji i efektów specjalnych mniej więcej na poziomie serialu “Relic Hunter” z Tia Carrerą. Ot, pierdółka, z niezłą obsadą w epizodach i kilkowa żartami na średnim poziomie - nic godnego polecenia, ale może lecieć w tle podczas robienia kolacji.

Rockefeller Plaza 30. 1/13-21 - No i po sezonie. Dzień był wczoraj mdły i duszny, więc tylko pykałem jeden za drugim kolejne odcinki. I już. W drugiej połowie serial trzyma poziom (kilka tekstów, które mnie zastrzeliły: “Chodzę po mieszkaniu goły, żeby starszy syn wiedział, kto ma w domu największego”; podczas przymusowego wieczoru pracy w Walentynki: “Cholera, a wziąłem coś na potencję i miałem się zabawić” “Z kim?” “Z nikim”). Kolejni goście: Rip Torn, LL Cool J, Nathan Lane, Emily Mortimer, Sean Hayes (rewelacyjny redneck -zupełne zaprzeczenie jego roli w “Will and Grace”) i kolejne dobre pomysły fabularne dobrze osadzone w mediach i w rzeczywistości Nowego Jorku (negocjacje nowych kontraktów, nagrody branżowe, fajerwerki, które przeradzają się z zagrożenie terrorystyczne). Ostatecznie - po całym sezonie - polecam z przekonaniem, choć zdaje sobie sprawę, że to raczej zabawa wewnątrzbranżowa.

Literatura: Brad Thor - Pierwsze przykazanie - debiut w naszym języku zupełnie sympatycznej kolejnej seria thrillerów sensacyjnych. Szkoda tylko, że w Polsce zaczęto jej wydawanie od szóstego tomu. Pozostałe są mocno wspominane i chętnie do nich zajrzę. Wszystkie mają wspólnego bohatera - agenta Scota Harvatha, który oczywiście nadludzkim wysiłkiem woli, intelektu i sprawności fizycznej radzi sobie z kolejnymi atakami terrorystycznymi. Tym razem terrorysta napastuje jego najbliższych, a dodatkowo prezydent USA (który tak wiele mu zawdzięcza po wcześniejszych częściach) odwraca się od Harvatha i karze go złapać, ew. zlikwidować. Proste, szybkie i w sam raz do przeczekania pobytu dziecka na basenie. Jeśli szukać jakichś wzorców to jest w tym po trochu Ludluma (sam przeciw wszystkich), Forsythe’a (gry wywiadów i te rzeczy), Clancy’ego (elementy technobełkotu i szersza perspektywa) i Browna (styl, krótkie rozdziały, uproszczenia). Efekt - nie jest to pierwsza liga, acz sympatyczna druga, która miło wchodzi i bez oporów wrócę do autora przy kolejnej okazji.

No i komiksy: Kolejny grubasek - Fallen Angel - Red Horse Riding TPB. Piaty tom autorskiej serii Davida z IDW to oczekiwane od dawna poważniejsze starcie - do tej pory poznawaliśmy postacie, bądź wędrowaliśmy po peryferiach, czas na konfrontację. I jak zwykle u Davida rzecz napisana jest świetnie: zaczyna się od spojrzenia z boku - opowieści małego czarnego chłopca, który we śnie trafił do miasta Bete Noire i z boku widział niektóre epizody starcia nadludzkich potęg. W kolejnym zeszycie wracamy do poczatków rozróby i oglądamy ją już po bożemu: jest ostro, trup ściele się gęsto, anioły tracą głowy, rzeczy, wydawałoby się niezmienne, zmieniają się i kończy się wieloletnie status quo. Połknąłem całość w kilka godzin i znowu już nie mogę doczekać się kolejnego tomu. To jedna z moich zdecydowanie ulubionych serii komiksowych i wciąż dziwi mnie jak mało ludzi ją zna.

No i obiecane zeszyty (z góry mówię, że nie jest łatwo z ich okładkami, czasem są bez liternictwa, czasem w jakichś zestawach, ale co znajdę to wrzucę, ku nauce i uciesze oglądających): Na początek dokończenie Star Trek: New Frontier #4-5. Druga komiksowa fabuła o USS Excalibur (jak wszystkie autorstwa Petera Davida) kończy się - jak widać na jednej z okładek - pojedynkiem Calhouna z samym sobą. A raczej ze swoją wersją z Mirror Universe. Kiedyś przeczytałem pierwsze tomy serii książkowej “New Frontier” (pierwszego literackiej fabuły ST która nie była rozwinięciem któregoś z seriali) i bardzo mi się podobało. Teraz kompletuje sobie całość (by przeczytać kiedyś po kolei), ale oczywiście komiks przeczytałem na bieżąco. I jest świetnie. Przy okazji mimochodem dowiedziałem się mnóstwo o zawartości poprzednich tomów sagi Davida, ale co tam - mi spojlery nigdy nie przeszkadzają. No i jeszcze dodatkowo Mirror Universe - każde użycie MU w startrekowych fabułach to sama radość (będzie jeszcze o tym za chwilę), a David to w końcu jeden z mistrzów rzemiosła poruszania się w światach wykreowanych przez innych.

Star Trek: Year Four #3-4 - a tu bezpośrednia kontynuacja TOSa napisana przez klasyczną scenarzystkę ST - D.C. Fontanę. Rzecz o jednym z większych problemów w konsekwencji ST (obok wyglądu Klingonów) - dlaczego Romulanie i Klingoni mają maskowanie, a Federacja nie. Nie ma go nawet sto lat później w czasach TNG. To historia o próbach z aparaturą do maskowania statków federacji (oczywiście próby wykonywane są na USS Enterprice), a dodatkowym smaczkiem jest powrót znanego z TOSa klingońskiego kapitana Kora.

Star Trek: Mirror Image #1-2 - a tu już Mirror Universe pełną gebą. Klasyczny pomysł z TOSa, kontynuowany potem w kolejnych serialach, książkach i komiksach wcześniej czy później pociąga prawie każdego kolejnego wydawcę, redaktora, autora. Bo pomysł równoległego świata w którym w miejsce Federacji istnieje jej przeciwieństwo - złe, skorumpowane Imperium Ziemskie w którym nie ma pozytywnych postaci, kręci jak mało który. W tej serii cofamy się do czasów przedTOSowych, gdy Enterprice znajdowało się pod rządami kapitana Pike’a, a kolejne intrygi przeciw niemu knuje zły i podstępny pierwszy oficer Kirk. Fabuły z MU zawsze dobrze się wchłaniają - ta również, skoro Spock wykorzystuje w niej swą logikę dla złych celów, oriońskie niewolnice chętnie zrzucają ciuszki, a Bones gra na kilka frontów.

I na koniec tego tematu Star Trek: Assignment: Earth #3 - autorska seria Johna Byrne’a rozwijająca nienakręcony spinoff do TOSa w klimacie Doctora Who. Tym razem o eksperymentowaniu z klonowaniem żołnierzy przez armię amerykańską podczas wojny w Wietnamie. Jak to piszę, to brzmi poważniej, niż faktycznie wygląda. Ale wchodzi zupełnie sympatycznie. I widać po zapowiedziach, że Byrne coraz bardziej zadomawia się w IDW i jego stattrekowych seriach.

Army of Darkness/Xena #4 - dokończenie najbardziej kuriozalnego crossoveru roku (na obrazku malusienieczkie obie wersje okładki - ja mam tę po prawej stronce). Nawet niezłe, choć mam wrażenie, że był w tym porypanym pomyśle większy potencjał. Scenarzysta pod koniec przyśpieszył - pojawia się T. Rex, supermarket w czasach Xeny i uroczy kadr z widokiem przez przestrzelinę we wrogu (aluzja do “Szybkich i martwych”, twórcy postaci Asha - Sama Raimiego, bądź do “Hard Boiled” Millera i Darrowa, jeśli ktoś woli aluzje komiksowe). Mimo to mam niedosyt. Co nie znaczy, że kupię, już zapowiadaną drugą serię zeszytów z tą serią… Nie kupię - poczekam na TPB.

Buffy, the Vampire Slayer #16 Do sezonu ósmego wraca ojciec-założyciel Whedon i zaczyna opowieść o spotkaniu Buffy z jej następczynią w odległej przyszłości Fray. Wszystko przez to, że przed laty popełnił on komiks o Fray - pogromczyni z przyszłości (to była pierwsza komiksowa robota Whedona) i teraz sprytnie łączy to z oficjalną komiksową kontynuacją serialu. Na razie, po jednym zeszycie trudno coś oceniać - rzecz dopiero się zaczyna - Slayerki spotykają się dopiero na ostatnich planszach, ale Whedon rzadko daje plamę. Tym bardziej, że to jeden z mistrzów przerywników - tu też zanim dojdziemy do głównego dania spotyka nas kilka fajnych fabularnych przystawek np: Buffy odbija z radości, gdy po raz pierwszy w życiu odwiedza Nowy Jork, a Dawn staje się centaurzycą.

Wildcats vol. 5 #1 - no właśnie, to już piąta seria. Ale uparcie zbieram wszystko z Wildcats w nazwie, nabyłem więc i to. Po różnych eksperymentach powrócono do pierwszego składu (z małymi zmianami - dodano Ladytron) i wrzucono go do świata zmasakrowanego po niedawnym crossoverze Wildstormu pod nieprzypadkowym tytułem “Koniec świata”. Wildcatsy próbują teraz te resztki uporządkować, a dawny kolega Majestic im nie pomaga. Niezłe.

Hellblazer #246 - cóż, nie każdemu udaje się wymyśleć Constantine’owi przygodę na poziomie. Tym bardziej, że przez ponad 20 lat serii ten poziom został mocno wyśrubowany. I Aaron, mimo rewelacyjnej własnej serii “Scalped” tu nie podołał. Jego dwuzeszytowe “Newcastle Calling” zaczęło się tak sobie, a teraz kończy się nijako. John pojawia się by posprzątać i powspominać stare dobre punkowe czasy (w tym pomyśle był spory potencjał), ale nie ma to ani dobrego pomysłu fabularnego, ani wyrazistego klimatu, a dwie czy trzy dobre odzywki jeszcze nie robią dobrego zeszytu serii “Hellblazer”.

Hellblazer Special: Chas #1 - tu trochę lepiej. W świecie Constantine’a debiutuje kolejny bieżący scenarzysta Vertigo Simon Oliver (”Exterminators”) i opowiada o drugoplanowej postaci zaprzyjaźnionego z Johnem taksiarza (pojawił się w jedynym polskim “Hellblazerze”). A oprócz niego o jego rodzinie, ulicach Londynu, mrocznych mocach, no i oczywiście nie obyło się bez samego Constantine’a. Niewiele jeszcze z tego zeszytu wynika, ale sympatycznie rzecz się zapowiada.

Daredevil #109 - przedostatni zeszyt ze wspólnej historii Brubakera i Rucki. Choć narzekałem już wcześniej na zgrany pomysł fabularny (niewinny w celi śmierci nie chce dać się uratować), to teraz przyznaję, że rozegrany przynajmniej jest nieźle. A cliffhanger przed ostatnią częścią robi wrażenie. I dlatego właśnie od lat zbieram wszystkie komiksy z tej serii.

Skaar: Son of Hulk #2 - choć niespecjalnie przepadałem za sagą “Planet Hulk” i komiksy o Skaarze kupuje raczej z poczucia obowiązku kolekcjonera Hulkożercy, to tu muszę przyznać, że Pak się postarał. Oto nawalanka Skaar kontra smoki nieźle zrównoważona drugą opowieścią, że niezależnie, kto wygrywa walki pomiędzy możnymi tego światami, to wieśniakom i biedakom zawsze wiatr w oczy. Niby nic odkrywczego, ale dobrze sobie to od czasu do czasu przypomnieć. Nawet w fabule o odległej planecie pełnej fantastycznych stworów.

Incredible Hercules #119 - międzyplanetarna wojna ze Scrullami, która ostatnio absprbuje większość uniwersum Marvela tu na boskim poziomie (dosłownie). A swoją drogą, niedawno przeglądając kolejne doniesienia o crossoverze “Secret Invasion” wreszcie zauważyłem jego podobieństwo w założeniach do “Battlestar Galactica” - wszak i tu i tu chodzi o paranoję, jaką wywołuje inwazja złych, którzy mogą bezkarnie i niezauważenie podszywać się pod ludzi. Wracając do Herculesa, w tym zeszycie opowiedziana jest historia Scrullowego szpiega w ziemskiej drużynie istot wyższych i zaczyna się finałowa jatka pomiędzy bóstwami. I tym razem Pak się postarał. Więc w tym miesiącu 2:0 dla niego.

Spike: After the Fall #1 - i na koniec rozczarowanie. Jak lubię Spike’a i coraz bardziej podoba mi się komiksowy szósty sezon “Angela” to ich skrzyżowanie w osobnej miniserii wypadło jakoś biednie. Rzadko zawodzę się na Brianie Lynchu, jako scenarzyście, ale tu jakoś w ogóle mi nie podchodzi. Jakieś mdłe to i popaprane - zwykle cudnie wyrazisty Spike jakoś mało się odznacza w świecie, który stał się piekłem pełnym demonów i innych pokręconych stworzeń. Gdybym nie kupował rzeczy wokółwhedonowych z założenia, to pewnie, po takim początku, bym sobie tę serię odpuścił.
CD zeszytów N.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)