0,1 Euro za minute
July 26th, 2008
Tyle wlasnie kosztuje internet w kafejce na Sardynii. I nie daja polskich znakow (albo ja nie umiem ustawic). Wpadlem wiec tylko na moment powiedziec, ze skonczylem powiesc Weresniaka i czytam teraz “Lod” Dukaja - bardzo dobra, chlodna lektura na ten cholerny upal. Rodzina zachwycona wyspa i pogoda, ja ledwo zyje, ale musze jeszcze wytrzymac do konca miesiaca. Wiec wytrzymam.
na walizkach
July 24th, 2008
No właśnie. Za dwie godziny zanikam w (jeszcze) cieplejsze strony, co oczywiście napawa mnie poważnym niepokojem egzystencjalnym, ale cóż poradzić? Są tacy, co tak lubią (np. moja żona i dzieci). Są też ludzie, którzy lubią szpinak, albo dźwięk zgrzytania metalem o metal. Nie mnie ich oceniać. Ja tylko muszę im towarzyszyć jako tzw. rodzina. A propos junior kończy dziś cztery lata i na kolejne telefony od rodziny z życzeniami reaguje jak blondynka z dowcipu, która zatrzymana przez policjanta za przekroczenie prędkości nie chce przyjąć mandatu, mówiąc, że dostała już jeden od innego policjanta pięć minut wcześniej.
A ja wczoraj spędziłem cały dzień w pociągach do/z Sopotu, skąd odbierałem córkę po wywczasach więc niespecjalnie było jak wciągać coś filmowego, ledwie po powrocie załapałem się na serial Przyjaciele 9/5-6. Byłem tak zmęczony po mniej więcej 10 godzinach w przedziałach, że chichotałem nawet przy tych słabszych dowcipach. W szóstym odcinku pojawił sie nawet pierwszy celebrities tego sezonu: (wówczas celebrities) Freddie Prince jr. jako męska niania do wynajęcia. I chichotałem, acz już dziś trochę się tego wstydzę.
Za to w ramach lektur pociągowych wciągnąłem w jakieś dwie godziny monografię mistrza grozy: Teodoro Gomez - Stephen King. Hiszpańska książka z 2000 r. którą Muza wydała sobie teraz (bez większych update’ów) w ramach serii “Człowiek i twórca”. Biorąc to na podróż sądziłem, że czegoś się dowiem, a to po prostu nienajlepszy bryk z życia i twórczości Kinga. Krótko, po łebkach, bez żadnych wyszukanych źródeł (tyle co sam o sobie napisał) i z wytłuszczeniami jak w podręczniku szkolnym. Bieda straszna. Na blisko 200 stronach nie ma nic co by mnie zaskoczyło, a większość tej książki mógłbym sam machnąć z pamięci. Jedyne co zawsze mam po takich biografiach to żal. Do siebie. Że czasem chciałbym, powinienem sobie coś popisać. W sensie fabularnym. Nie mówię, że zaraz byłbym dobry jak King, że byłbym choć przyzwoity, ale tak w ogóle chciałbym. Ale tego nie robię. Bo nie dość, że z natury leniwy jestem strasznie, to jeszcze tak mnie rozpuściło, rozpieściło pisanie do gazet, czy robota dla telewizorów, że pisanie za bardzo niewielkie pieniądze (a tak to przecież się zaczyna) mi się nie opłaca. Zresztą, mając rodzinę na utrzymaniu, nie mam na to czasu. Wciąż łudzę się, że za kilka(naście) lat, jak się już odkuję, dzieci się trochę usamodzielnią itp. itd. Choć wtedy pewnie znajdę sobie inny pretekst, by nie pisać. Przede wszystkim z lenistwa. Ale też przez pieniądze. To z pewnością fajna zabawa, ale tania. Pamiętam, jak w czasach już sporej popularności Pilipiuka zaprosiłem go do “Misia”. Napisał krótkie opowiadanko, zapłaciłem mu jakoś (z mojej perspektywy) mizernie a on potem mi oświadczył, że był to jego najlepszy w życiu przelicznik kasy za stronę maszynopisu. Ups - pomyślałem - proza jest dla pracoholików bez większych finansowych aspiracji. Oczywiście kilku z nich dorabia się genialnie, ale przelicznik literackich burżujów do debiutów jest przerażający. Dziś mnóstwo ludzi pisze. Ba, mnóstwo ludzi jest wydawanych. Po co się wciskać do tak zatłoczonego autokaru? Może jak będę absolutnie przekonany, że mam coś do powiedzenia. I nie uda mi się tego wyrazić scenariuszem komiksowym, czy filmowym. Może…
W pociągu wciągnąłem jeszcze komiks Flash - Blood Will Run TPB - spory tomik przygód najszybszego człowieka świata z początku wieku. Wszystko autorstwa Geoffa Johnsa a kawałek nawet narysowany przez Van Scivera, ale całość jakaś taka bieżąca i bez ekscytacji. Ot, seria komiksowa w jej normalnym rytmie i standardowej jakości. Johns, który dziś wraz z Morrisonem nadaje rytm całemu DC tu się dopiero rozkręcał i w zasadzie nie ma o czym mówić. Flash zdecydowanie nie jest na liście moich faworytów i utwierdziłem się właśnie, że tam właśnie (poza listą) jest jego miejsce.
A teraz na lotnisko i w świat. I z tradycyjnym lekkim niepokojem - czy oni tam mają internet?
robię w móchach
July 22nd, 2008
No bo mi zaproponowali. Więc robię. Jesienią ukaże się komiksowa wersja serialu. No i ktoś musiał wziąć scenariusz “Włatców móch”, komplet kadrów z odcinka i złożyć z tego kilkadziesiąt komiksowych plansz. Więc złożyłem. Praca czysto odtwórcza, ale praca. Kreować sobie będę gdzie indziej i pewnie za mniejsze pieniądze…
Poza tym spędziłem weekend z rodziną nad morzem, jutro zresztą znowu jadę, bo córka się tam zawieruszyła i muszę po nią wrócić. No a pojutrze w świat - tydzień z rodziną na plaży to oczywiście nie jest szczyt moich marzeń, ale czasem trzeba się poświęcić. Nadrobię pewnie trochę książek i seriali. A właśnie - przez tych kilka dni też trochę nadrobiłem:
Przede wszystkim zaczałem przedostatni sezon sitcomu wszechczasów - Przyjaciele 9/1-4. Dziecko się tam urodziło i ładnie zdominowało pierwsze odcinki. A poza tym to tu właśnie jest greps z nierozumieniem przez Joey’a amerykańskiego zwyczaju dodawania rękami cudzysłowu (za każdym razem mnie to bawi), no i pojawia się Paul Rudd, który na te ostatnie dwa lata stanie się nieomal nieoficjalnie siódmym “Przyjacielem”. I trzeba przyznać, że świetnie się w tym sprawdza.
Dexter 1/9-12 - no i wreszcie pod koniec zrozumiałem czemu ten serial się ludziom podoba. I wciągnąłem końcówkę od jednego strzału. Rozwiązanie fabuły jest dość bliskie oryginałowi, ale jednak wreszcie ktoś poszedł po rozum do głowy i właściwie wybrał co się nadaje do serialu, co trzeba zmienić, a co wywalić. A odwrócenie końcowego rozwiązanie rodzinnego problemu Dextera sprawia wrażenie nawet bardziej wiarygodnego niż to w książce. Zresztą o książkowym Dexterze niżej.
Rodzina Soprano 3/6 - ten sezon należy do Joego Pantoliano. Matrixowy Cypher, zachowuje się tu jak prowincjonalny Joker i kradnie show całej reszcie. W tym odcinku masakruje jedną z dziewczyn od tańców przy rurce i oczywiście traktuje to jak drobne nieporozumienie.
Battlestar Galactica 1/8-9 - świetne dwa odcinki o pogłębiającej się paranoi wśród ludzi, którzy coraz mocniej podejrzewają się nawzajem. Każdy może być Cylonem, każdy może chcący, czy niechcący chronić innych Cylonów i prawie każdy zachowuje się coraz bardziej irracjonalnie i niestereotypowo. Do tego sami Cyloni zaczynają pękać i doszukiwać się w sobie ociupinek człowieczeństwa, a w ludziach budzą się coraz niższe instynkty. Dobre.
I bieżąca porcja seriali kioskowych: Monk i ten dwunasty 20 - odcinek ciut bardziej groteskowy niż zwykle (z powodu wątku chłopaka Charony) acz sama zagadka kryminalna zdecydowanie najfajniejsza od ładnych kilku odcinków. I do tego jeszcze prosta wizualizacja mijanego czasu - chińską nieatrakcyjną praczkę Monka w średnim wieku gra Lauren Tom, ta sama, która w drugim sezonie “Przyjaciół” (raptem 8 lat wcześniej) była przez kilka odcinków śliczną Julie, dziewczyną Rossa.
Columbo - Przekaz podświadomy 20 - i tu też zwyżka formy. Columbo nie potrafi poradzić sobie żadną ze swoich sztuczek z doktorem Kepple’m, specjalistą od wpływania i przekazów. I nie wie jak udowodnić, że gość jest mordercą. W końcu zmienia taktykę i załatwia faceta jego własną bronią. I tyle.
Na DVD też nadrobiłem z zaległości Notatki o skandalu - rewelacyjny dramat z Judi Dench i Cate Blanchett w roli angielskich nauczycielek. Jedna jest stara i nieźle porypana, druga młoda i namiętna. I się przyjaźnią, a przynajmniej tak to nazywają, choć każda rozumie to zupełnie inaczej. I rzecz się pięknie nakręca. Dwie Oscarowe aktorki w dobrej historii - czego chcieć więcej na wieczór?
I powtórzyłem sobie film Wojna Charliego Wilsona i nadal jest świetny. Ostrzy, szyderczy i zabawny zarazem. Hanks i Roberts są świetni, Adams jeszcze lepsza a i tak wszystkich czapką nakrywa Hoffman (ten grubszy). Oto cudna i prawdziwa przypowieść jak rozwiązując jeden duży problem możemy sobie sami stworzyć kilka następnych. Polecam.
Powieść: Jeff Lindsay - Dekalog Dobrego Dextera - Dexter w wersji książkowej tom drugi. Ponoć drugi sezon serialu jest dość luźno wzorowany na tym tomie (w trzecim mają już sobie zupełnie odpuścić powiązania z pierwowzorem). Sama książka sympatyczna i w klimacie - cd. uczłowieczania Dextera (przy równoczesnym zachowaniu jego morderczych skłonności) i kolejny seryjny oprawca, który swymi metodami i zaangażowaniem rzuca Dexterami wyzwanie. Trzeba przyznać, że postać doktora Danco jest naprawdę mięsista i wciągająca (nie jest to Lecter, ale już blisko). Ciekawe cóż też Lindsay wymyślił w trzeciej książce?
I komiks: All Star Batman & Robin The Boy Wonder vol. 1 HC - świetne. Naprawdę. Frank Miller i Jim Lee to absolutna ekstraklasa amerykańskiego komiksu i tu to widać. Ten komiks to efekt niekończącego się pingponga na ideę pomiędzy Marvelem i DC. Skoro DC co kilka(naście) lat restartują całe uniwersum i update’ują originy najważniejszych postaci, to Marvel wymyślił w końcu “Ultimate Universe”, czyli nowy dodatkowy, niezależny świat z nowymi XXI-wiecznymi wersjami swych najlepszych superbohaterów. No to DC wymyśliło “All Star”, czyli właściwie to samo, ale bez wspólnego świata. Każda seria tworzy swój własny. I jak w “Supermanie” Morrison pięknie odleciał w metafizykę superbohaterstwa, to tu w “Batmanie i Robinie” Miller po prostu stworzył nowego Batmana. Na miarę dzisiejszych czasów i dzisiejszego odbiorcy. A Jim Lee to pięknie i atrakcyjnie narysował. Przy czytaniu tego w zeszytach nie czuć było aż tak mocy całej historii (zwłaszcza, że panom się nie śpieszyło - fabułę, która trwa kilka tygodni, a w większości kilka dni, wydawali przez lata). Teraz w jednym tomie ta historia kopie między oczy. Batman, który chamsko mówi (czy czasem myśli) co sądzi o Supermanie, czy Halu Jordanie, Batman, który jest brutalnym gnojem i pogromcą policji, Batman, który nie odmawia narzucającej się Black Canary i nie ma problemów z przeleceniem jej na jakimś dachu. Ale nie traćmy perspektywy - ten komiks bardzo słusznie nazywa się “Batman i Robin” bo to też (a może zwłaszcza) opowieść o dwunastolatku, który traci rodziców, zostaje porwany przez dziwnego gościa w pelerynie, potem terroryzowany w jaskini, zmuszany do walki z własną traumą i pozbierania się w ciemności (w wielu tego słowa znaczeniach) Miller jak mało kto umie bawić się komiksowym dorobkiem dekad, a skoro dostał naprawdę długą smycz to korzysta z wolności jak wariat. I efekt jest nadzwyczaj efektowny.
Imieniny m(i)a(łe)m
July 18th, 2008
To znaczy mam, gdy zaczynam pisać tą notkę, acz pewnie zanim skończę już się skończą. A gdy czytacie, to już na pewno ich nie ma. Ale były - oficjalnie 18 lipca. Dostałem laurkę, śniadanie z kokardką od córki a od syna (lekko zrealizowany nawet) prezent “spokojnego odpoczynku”.
I w zasadzie tyle o świętowaniu. Poza tym wróciłem z wojaży, rozpakowałem się, coś tam zacząłem pisać, tłumaczyć, wymyślać, ale w końcu mam imieniny…
I w kinie byłem - widziałem Dorwać Smarta - nową komedię z Carellem. Niezłą. To kinowa wersja strasznie archaicznego śmiesznie/sensacyjnego serialu sprzed lat o walce wywiadów, produkcji Mela Brooksa. I na jego poziomie jest tu większość dowcipów (czasem genialne, czasem żenujące). Carell w zasadzie jest taki jak zawsze, tak samo jak Rock, Anne Hathaway jak zwykle piękna i urocza, a dodatkowy bonus to tetryk Alan Arkin w sporej roli i to pełnej fizycznych wyczynów. I jeszcze Terence Stamp i James Caan i Ken Davitian (to ten goły grubas z “Borata”) i nawet troszkę Billa Murray’a. W sumie można obejrzeć.
Na DVD Nasza Ameryka, kameralny dramat Sheridana sprzed kilku lat o irlandzkiej, lekko przetrąconej rodzinie, która zmienia kontynent i zamieszkuje na Manhattanie. I nie mają łatwo. Ale sobie radzą. Proste, acz sprawnie opowiedziane i w sumie optymistyczne. Świetne role dziecięce, a i starsi (Samantha Morton, Paddy Considine, Djimon Hounsou) bardzo dobrzy.
Napocząłem też dzisiaj box Kurosawy. Pewnie na całość zejdzie kilka tygodni, ale na początek (chronologicznie) Pijany Anioł - sześćdziesięcioletni film w którym po raz pierwszy wspólnie popracowali Kurosawa i Toshiro Mifune (raz pierwszy z bodajże szesnastu). Niezła obyczajowa opowieść o lekarzu-alkoholiku i jego pacjencie-gangsterze. Nic tu nie jest oczywiste ani łatwe, rytm opowieści ciut się rwie, a postacie i ich motywacje (mocno dalekowschodnie) nie do końca są z naszej perspektywy zrozumiałe. Ale obejrzałem z ciekawością i zauważyłem nawet w finale lekkie podobieństwa do równie trashowej końcówki “Popiołu i diamentu”. Ciekawe…
Seriale: Rodzina Soprano 3/5 - powróciłem po dłuższej przerwie do mafijnego New Jersey i trafiłem na naprawdę świetny odcinek. Z dwójką zawodowych gości: Charlesem S. Duttonem (jako zasadniczym policjantem z drogówki) i Burtem Youngem (mafiozem -staruszkiem) i pyszną opowieścią o rodzinnej zemście, która tak kaszle, że ledwo da radę wejść na schody. I ze świetnym patentem z lampą.
Battlestar Galactica 1/7 - mocno seksualny odcinek w którym Cylonki rozgrzewają się do czerwoności kręgosłupów i karzą niepokornych. Ostre.
I jeszcze komiksy:
Następny tom zakupiony w Amsterdamie za pół ceny - Lloyd Kaufman Presents: The Toxic Avenger and other Tromatic Tales TPB. Od lat jestem zagorzałym fanem Tromy, więc pewnie kupiłbym to i bez przeceny, ale skoro przecenili - tym lepiej. Sam tom to krótkie i nadwyczaj mięsiste (jak to w Tromie) komiksiki rozwijające na boki fabuły najsłynniejszych filmów wytwórni: od tytułowego “Toxic Avengera” przez “Tromeo i Juliet” po “Surfujących nazistów (, co to) muszą umrzeć”. Jak to w antologii - jedne komiksy lepsze, inne gorsze. Oczywiście już od wstępu Kaufmana zaczyna się urażanie i obrażanie wszystkich dookoła, a potem jest coraz ostrzej i śmieszniej równocześnie. Dwa dla mnie najlepsze to komiks o szkolnym przedstawieniu “Cannibal! The Musical” i dzieciach przekonanych, że zostaną zjedzone w trakcie premiery przez swego nauczyciela dramatu i spin-off do filmu “Citizen Toxie” w którym jego scenarzysta opowiada origin superbohatera, który w samym filmie ginie w niecałą minutę po ekranowym debiucie - The Masturbatora. Powalającym pomysłem jest postać, która walczy ze złem zbijając je dosłownie z nóg swoimi potężnymi ejakulacjami, a zagrożenie wyczuwa pomiędzy nogami - powoduje ono u niego potężną erekcję. Ot i klimat Tromy w najlepszym wydaniu.
Justice League of America - The Injustice League HC - trzeci tom najnowszych przygód JLA wykorzystyje stary i oczywisty motyw kontrgrupy - czyli połączonych sił największych superłotrów z Luthorem i Jokerem na czele. I jakieś to takie proste i przewidywalne, łącznie ze wszystkimi zwrotami akcji. I nawet rysunki Beniteza już nie podobają mi się tak bardzo, jak zawsze…
I jeszcze dwa zeszyty z Amsterdamskiej porcji: Superman/Batman #36 - opowieść o kolejnej reinkarnacji Brainiaca będącej efektem kolejnej batmańskiej wtopy. Superman oczywiście ma do Gacka żal, prototyp Omaca, Metal Meni i kto tam jeszcze łomoczą się równo, a całośc nawet przyjemnie się ogląda bo zeszyt rysował Pat Lee.
Hellblazer #98 zeszyt z runu Jenkinsa/Philipsa z ‘96 roku. Niby z lekturą “Hellblazera” czekam, aż uzbieram komplet i wtedy sobie pojadę po kolei całość, ale skoro ten zeszyt był one-shotem to go sobie wciągnąłem dziś pod wieczór. I właściwie wszystko jest zgodnie ze standardem - Constantine zaczyna wchodząc przez okienko do kibla zajętego przez nieprzytomną staruszkę, a przez resztę tygodnia zajmuje się duchem, który nawiedza sąsiadów. To naprawdę świetnie wymyślona postać. Jedna z moich ulubionych.
jeszcze z Noordwijk Ann Zee
July 17th, 2008
Już za kilka godzin wracam do Polski, ale mam chwilę, to sobie coś WPISzę.
Sama wyprawa okazała się nad wyraz sympatyczna i pożyteczna (jak inaczej nazwać rozmowę z gościem, który wyreżyserował “Wall.E’go”, a wcześniej dostał Oscara za “Gdzie jest Nemo”? A jeszcze bardziej z gościem, który dał Wall.E’mu głos, ma 3 Oscary, a wcześniej stworzył tak epokowe dźwięki jak odgłosy mieczy świetlnych, czy dyszenie Dartha Vadera). Poza tym zobaczyłem Morze Północne, poszwendałem się kilka godzin po Amsterdamie i nabyłem tam oczywiście garść komiksów. I jeszcze mam kilka nowych uwag o Holandii:
a) z tymi rowerami oni tu mają hyzia. Nie tylko widziałem wielkie parkingi rowerowe koło dworców kolejowych (wielkie to znaczy na tysiące rowerów), ale ścieżki rowerowe tutaj to miejscami normalne drogi dwukierunkowe - szerokie i linią przerywaną pośrodku.
b) to niski i równy kraj, więc anteny telefonii komórkowej nie są zawieszane jak u nas na wieżach na wzgórzach, tylko korzystają z wiatraków czy nawet ledwie dwu-, trzy-piętrowych budynkach, które i tak są najwyższe w okolicy.
c) jadłem tu dziwną pizzę. Wczoraj jako prosta chłopina co już nie mogła delikatnego i wyszukanego hotelowego żarła, poszedłem na kolację w miasto. Znalazłem pizzernię, zamówiłem strzelając palcem w menu (holenderski to dziwny język) i dostałem pizzę z mięsem i pieczarkami, którą ktoś (już po wyjęciu z pieca) posypał warzywami (jak w surówce) i wkroił na wierzch ćwiartki świeżego pomidora. Dziwne. Ale smaczne.
A po tym konsupcyjnym interwale, pora na wchłanianie (ale zanim zacznę odnotuję jeszcze tylko trzy nowe wideorecenzje na Onecie: “Astropia“, “Hancock” i “Młodość stulatka“):
Na DVD Dexter 1/6-8 - no i chyba wreszcie ten serial łapie drugi oddech. I zaczyna mi się podobać. Początek był niezły, potem przeczytałem książkę, potem oglądałem dalej i byłem coraz bardziej rozczarowany jak starają się poszerzać, nadmuchiwać tę fabułę, niby trzymając się klimatu i formuły książki - a uważałem, że tak się nie da. No i wreszcie ktoś doszedł do analogicznych wniosków i odpuścili. To znaczy jadą płynnie dalej, ale już coraz mocniej w bok od literackiego Dextera, rozwijając stare i nowe postaci w innych kierunkach, przez co całość wygląda lepiej, pełniej i zdecydowanie sympatyczniej. Zaczynają się dobre, fajnie skonstruowane powroty do postaci i wątków z poprzednich odcinków, zaczynają się fajne zmyłki i porządne porcje suspensu. Jak się nie potkną w końcówce sezonu to może jednak stwierdzę, że to dobry serial.
Książka Mike Carey - Mój własny diabeł - Mag trochę przesadził z tą notką na okładce: “Powieść twórcy Constantine’a”. Carey nie miał nic wspólnego z filmem, ani nic wspólnego z kreacją postaci Constantine’a (to Alan Moore). To, że przez kilka lat pisał scenariusze do serii “Hellblazer” nie może być powodem do takiego akurat sformułowania. Ale cóż, Kasia Rodek czasem lubi sobie przesadzić. Choć trzeba przyznać, że mocno widać w tej powieści, że Carey dobrze się czuje właśnie w tych klimatach. W zasadzie spokojnie mogłaby to być fabuła kolejnego komiksu o Johnie Constantinie. Jego nowy bohater Felix Castor to też spec od magii (dokładniej od wypędzania duchów), ironiczny i lekko zakłamany facet w płaszczu i z własnymi zasadami etycznymi. Carey jedynie lekko przekręcił świat (fabuła nie rozgrywa się w naszym, a takim w którym od lat duchy i inne stwory pojawiły się oficjalnie i stały częścią wielkomiejskiego krajobrazu) i mocniej przyprawił fabułę Chandlerem (kryminalna fabuła, zlecenie, które jest tylko zalążkiem wielkiej intrygi, mnóstwo autoironicznych żartów bohatera itp.) Sama powieść jest dość przyzwoita, choć w kilku miejscach aż zęby bolą, kiedy widać jak na tacy podają bohaterowi jakiś trop, a on go w oczywisty sposób nie zauważa, by przypomnieć sobie 100 stron później, uderzyć się w czoło i wreszcie iść tam gdzie trzeba. Mimo to jest parę fajnych zwrotów akcji, sporo ciał (nadprzyrodzonych i nie tylko) i naprawdę fajna końcówka, która zapowiada jeszcze lepszy ciąg dalszy (na Zachodzie jesienią wychodzi już czwarty tom cyklu). Czyli tak, jak i komiksy Carey’a - nic wielkiego, ale niezłe rzemiosło i spokojnie nadaje się do lektury w podróży.
I komiksy: Predator Omnibus vol. 3 - to też wziąłem na podróż. Trzecia ćwiartka pełnego wydania komiksowych historii o Predatorach (w czterech tomach będzie wszystko oprócz crossoverów). Tym razem wszystko w miarę spod jednej sztancy - grupka ludzi, czasem też grupka złych ludzi, predator, jatka, jatka, jatka, niewielka część dobrych ludzi przeżywa i koniec. Zmienia się tylko tło, raz jest to New Jersey i leśne pole do painballowych bitew, raz jakieś amerykańskie zadupie pełne uciekinierów z więzienia, raz podmorskie jaskinie koło wybrzeża Chile, a raz bagna Luizjany. Całość kończą jeszcze dwie króciutkie czarno/białe historyjki z których ta druga się przynajmniej zabawnie kończy. I tyle. Dodam tylko, że jak ktoś lubi klasyków to jedną z historii (tą podmorską) narysował Gene Colan.
I jeszcze szybko wczoraj przed snem wciągnąłem kilka komiksów kupionych w Amsterdamie:
Przede wszystkim The Twilight Zone #2. Przeglądałem jakieś pudła w piwnicy pod jednym ze sklepów komiksowych (tam właściciel trzymał starocie) i zauważyłem na samej górze okładki nazwisko “J. Michael Straczynski”. I natychmiast nabyłem. To jego drugi scenariusz komiksowy w karierze (AD 1991) - prosta, acz klimatyczna historyjka w rytmie starego kultowego serialu grozy. Oczywiście lekko autotematyczna - o pisarzu i duchach z przeszłości. I z zakończeniem już pokazującym pazur Straczynskiego - niby w klimacie “The Twilight Zone”, ale równocześnie w poprzek i na przekór.
Alan Moore’s Another Suburban Romance - to z kolei znalazłem w jakiejś stercie przecenionych TPB. 3 historie Moore’a w tomie wydanym przez Avatar Press. Świetnie narysowane przez Juana Jose Rypa mocno psychodeliczno/poetyckie kawałki. Już zapomniałem jak Moore potrafi odlecieć jeśli da mu się całkiem wolną rękę, a w Avatarze mu dają. Ale są z pewnością na świecie fani takiej metaforycznej jatki obrazkowej.
Midnighter #9 - to w ramach uzupełniania serii o zeszyty niewydane w TPB. Prosta opowieść o wystawieniu Midnightera przez agencję rządową i o tym jak ostatecznie to on ich (tradycyjnie) załatwił. Dużo krwi, paskudnych mutacji i gejowskich uścisków. Rysuje Stelfreeze, który chce czasem widocznie robić coś poza okładkami. Ale (podobnie jak u Fabry’ego) okładki wychodzą mu znacznie lepiej.
I na koniec Superman/Batman #26 - powód nabycia jak wyżej, a sam komiks to piękny hołd dla zmarłego na raka w wieku siedemnastu lat syna Jepha Loeba. Historię o Robinie i Superboy’u pomogli napisać i narysować wszyscy bieżący wielcy amerykańskiego mainstreemu - po jednej, dwie plansze. Ten zeszyt wyszedł dwa lata temu, a okładkę do niego narysował Michael Turner, który sam zmarł na raka kilka tygodni temu…

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)