wyprowadzam się z miasta
June 26th, 2008
Spokojnie, spokojnie, to nie kontynuacja sprawy mieszkania. Wirtualnie się wyprowadzam. Z miasta KIAMIL. Pisałem o nim w dwóch ostatnich postach, że nowa fajna gra, że wciągam się i w ogóle. Ale dopiero dziś (takiż jestem bystry) zrozumiałem o co chodzi. Każde wejście na stronę to jeden mieszkaniec więcej. Pojawiają się domy, zabudowania, ulice itd. Wyczytałem, że dalej rzecz będzie się rozwijać po przekroczeniu 50 mieszkańców. Myślałem, że będę mógł (jak w “Sim City”) sam decydować o zabudowie, kierunkach rozwoju, strukturze. No więc grzecznie czekałem. I przekroczyłem. I co się okazało? Żadnych decyzji. Żadnej interakcji. Nic. Jedyne co sie zmieniło, to uaktywniła się pod nowym adresem opcja przemysł, na którą też można - a nawet trzeba - klikać (analogicznie jeden klik z jednego komputera co jeden dzień) i też się coś tam rozwija. I też absolutnie bez mojej woli i decyzyjności. Jestem więc po prostu dostarczycielem kliknięć na stronie i to wszystko do czego w tej grze służę. Sorry, nie zrozumieliśmy się. Nie o taką zabawę mi chodziło. Takie gry to ja w dupie mam. Niniejszym więc ostatni raz tu o niej wspominam i sorry za zamieszanie.
W ciągu tego tygodnia bez laptopa, który wciąż jeszcze merytorycznie nadrabiam skończyła się też najdłuższa zabawa (czy też zabawo/konkurs) na tym blogu. Chodziło o łańcuszek aktorsko/filmowy i to kto będzie ostatni. Rzecz miała miejsce tu i zakończyła się zwycięzstwem lihola, który dołożył 133 ogniwo. Poproszę adres na maila, to wyślę nagrodę. A właśnie - poprzednie nagrody sprzed tygodni wreszcie dziś spakowałem i wysłałem. Trochę to trwało, ale poszło. Podobnie jak całą czerwcową wysyłkę wygranych z Allegro. Szykując ją zauważyłem (nie pierwszy raz), że ci z najkrótszym stażem i najmniejszą ilością gwiazdek najszybciej i najwięcej się ciskają o to, że tak strasznie długo czekają - w sensie już wczoraj rano zapłaciłem na poczcie a przesyłki u mnie wciąż nie ma… Stare wygi wiedzą, że może jestem nierychliwy, ale w końcu wszystko wyślę. Zauważyłem też (i to pierwszy raz), że komiksy o superbohaterkach (Catwoman, She-Hulk) kupują dziewczyny. Fajnie. Przy okazji dziś ponowna porcja wystawień na Allegro. Zapraszam.
No i dziś dalsza część zaległości wchłaniania.
Ale najpierw co zobaczyłem dziś - wreszcie dotarł do mnie następny sezon sitcomu wszechczasów. Oglądam więc dalej: Przyjaciele 7/1-4. Początek sezonu niegenialny. To znaczy bardzo dobry, wszystko jak trzeba i zgodnie z regułami zabawy, ale nic nie porywa i przewraca ze śmiechu. Czkawka po zaręczynach, dowcipy z książki erotycznej, ciasteczka z czekoladą, asystent Rachel, brudne sekrety sprzed lat - dobre, ale nie porywa.
Tajemnica twierdzy szyfrów 7-9. Brnę. I jak patrzę na żenująco szarżującego w roli sadystycznego SS-mana Żaka, czy Deląga, któremu ktoś przed laty powiedział, że jest aktorem i ten do dziś w to wierzy to robi się to uroczo abstrakcyjnie. Do tego z nudów zacząłem analizować sieć analogii pomiędzy serialami. Np. ten serial i też TVP-owski “Oficer”. Tu Małaszyński dobry, Szyc zły - tam odwrotnie. Tu Gruszka podkochuje się w Małaszyńskim i jest torturowana przez Szyca, tam podkochuje się w Szycu, a Małaszyński jest jej bratem, a jeszcze Frycz, który tam gra autorytet zmieniający się w głównego złego, tu jest złym, który powoli okazuje się racjonalny. Oj, mało mamy tych aktorów, mało. Pod koniec 8 odcinka zaczyna się jeszcze pojawiać grupa cichociemnych i robi się powoli jak u McLeane’a. Ale nie ma co się cieszyć - scena planowania przez nich zadania w 9 odcinku to śmiech na sali. Żeby ciut podkręcić nudną sekwencję wmontowano w nią pojedyńcze ujęcia z późniejszej akcji i wygląda to jakby ktoś miał wizje z przyszłości: “Tu zejdziemy na linach” JEBUD MUZYCZNE, i ujęcie kilku gości zjeżdżających na linach w nocy itd. Ale oddając uczciwość - jest też coś, co mi się zaczęło podobać. Dorociński. Od pierwszej sceny w której się pojawia kradnie serial i skupia na sobie całą uwagę. Jest dokładnie taki, jakim go uwielbiam - ironiczny, twardy, zasadniczy, totalne przeciwieństwo tej położonej roli w “Rozmowach nocą”. I wreszcie mam powód, by oglądać to badziewie. Od 8 odcinka. Łech…
No to przejdźmy do zaległych płyt. A kilka ich było. Przede wszystkim jedna z moich ulubonych. Miałem ją już kilka lat temu, ale straciłem. Gdzieś zaginęła w odmętach historii mniej więcej wtedy, gdy zmieniałem samochód - może została w tamtym. Ale wreszcie ponownie ją odnalazłem w MediaMarkcie w Markach. Oto Robert Downey Jr - The Futurist. Tak, tak ten aktor. To znaczy TEN AKTOR. W końcu to jeden z najlepszych aktorów w tym uniwersum. I właśnie on nagrał 4 lata temu płytę. Że śpiewać umie udowodnił już wcześniej, chociażby w “Ally McBeal” (na samo wspomnienie jego duetu ze Stingiem do dziś mam dreszcze). A tu autorska płyta. Taka nieśpieszna, lekko przynudzająca, jazzująca i nadzwyczaj sympatyczna. Autorskie piosenki Downey’a przypominają różne fajne, cierpkie muzyczne klimaty a dwa covery (Anderson przechodzący w Beatlesów i stary dobry Charlie Chaplin) idealnie się wkomponowują w całość. To dokładnie taka płyta, którą trudno opisać, czy zdefiniować, a nadzwyczaj łatwo się w niej zakochać. I znowu słucham jej w kółko w samochodzie.
To znaczy wtedy gdy sam jeżdżę, no bo jak nie sam, to muszę się dzielić odtwarzaczem. I np. z żoną to ostatnio słucham płyty Ania - W spodniach czy w sukience. Z Dąbrowską to ja mam tak, że pierwszą płytą się bardzo sympatycznie zaskoczyłem, drugą wręcz zachwyciłem, no a teraz trzecia. I jest dobrze, ale nie lepiej, czyli tak naprawdę trochę rozczarowanie. Bo naprawdę wierzyłem, że będzie jeszcze fajniej, a nie jest. W muzycznych klimatach Dąbrowska jest uparcie oldschoolowa - widać, że ją to bawi i kręci straszliwie - mnie nie aż tak; w tekstach wciąż istotą są trudne i skomplikowane relacje damsko męskie (nawet w tytułowej piosence “W spodniach czy w sukience” chodzi o to, że niezależnie od używanej części garderoby buzują w niej uczucia i odczucia). Ale mam wrażenie, że teksty te nie są tak dopracowane, wystylizowane i finezyjne jak na poprzedniej płycie. Czyli, że jeszcze raz powtórzę - dobrze jest, ale liczyłem na więcej.
A z dziećmi z kolei słucham ostatnio Polskie Radio Dzieciom vol. 2 - Julian Tuwim. I jak wiersze Tuwima są o poziom, dwa wyżej niż te Brzechwy to z płytami jest niestety odwrotnie. Ten krążek sprawia wrażenie, że ktoś sięgnął do archiwum, zgarnął na szufelkę wszystko z nazwiskiem Tuwima i w miarę dla dzieci, a potem dał jakiemuś idiocie ułożyć kolejność. A ten ułożył - np. 3 razy pod rząd ten sam wiersz (raz recytowany i dwa razy śpiewany). Niektóre z tych interpretacji należałoby głęboko zakopać i poskakać po tym - nie mają nic wspólnego z wartościową twórczością dla dzieci, chociażby wydumane pseudooperetkowe interpretacje, czy “Zosia Samosia”, która brzmi jak erotyk. Jest tu też oczywiście trochę rzeczy dobrych, są wyśmienite interpretacje i wielcy aktorzy: Gliński, Celińska, Kwiatkowska, Rudzki, Zawadzka. No, ale niestety. Tamte archiwalne żenady dają efekt łyżki dziegciu w beczce miodu. A szkoda. Znowu pierwsza płyta tak wyśrubowała poziom cyklu, że kontynuacja nie sprostała.
I jeszcze książka Aaron Allston - Star Wars: Dziedzictwo Mocy - Wygnanie Czwarty tom z dziewięcioczęściowego cyklu dziejącego się 40 lat po “Nowej Nadziei”. W sumie ten cykl to permutacja filmów Lucasa - znowu młodzian przekonany o swych możliwościach i potrzebach przechodzi na ciemną stronę i staje się lordem Sith. Nie spojlerując za dużo powiem tylko, że idzie w ślady dziadka. Allston fajnie pokazuje, jak klasyczni bohaterowie są już trochę zmęczeni i podstarzali. Ich dzieci przejmują główny ciężar akcji i trzeba przyznać, że nieźle sobie z tym radzą. Jak dziesiątki razy wspominałem - lubię ciągi dalsze więc czytam tę serię z dużą radością. I polecam.
I jeszcze taki drobiazg Dennis Lehane - Przed Gwen. Opowiadanko jednego z moich ulubionych pisarzy dołączone jako samodzielna książeczka jakiś czas temu do “Przekroju”. Dostałem je w prezencie ostatnio od kolegi i przeczytałem. I zdecydowanie wolę u Lehane’a powieści. W tak krótkiej formie nie sposób wprowadzić klimatu beznadziei, na jakim zwykle zbudowane są jego thrillery i kryminały. To znaczy on ten klimat próbuje załadować, ale na takim dystansie wypada to dość nieszczerze i niewiarygodnie. Sama historyjka - opowieść o wyjściu z więzienia i szukania zaległych łupów czysto pretekstowa. Gdyby to nie był gratis pewnie byłbym rozczarowany.
A następnym razem już o komiksach. Bo tu to dopiero zebrało się kilka wiaderek zaległości.
pomiędzy pracą a upałem
June 25th, 2008
Tak właśnie przelatują moje ostatnie dni. Bo nie dość, że podkręcono tempo pracy w projekcie telewizorowym, który współtworzę, to jeszcze deadliny kilku innych robót nadciągają galopem. A w tym wszystkim upał, którego nie cierpię. Dziś wreszcie odzyskałem samochód z warsztatu więc przynajmniej przemieszczam się samobieżnie…
Tymczasem na Onecie kolejne wideorecenzje: “Seks w wielkim mieście“, “Hallam Foe“, “Frontiere(s)”.
A w moim miasteczku KIAMIL nawet już zaczęli asfalt kłaść na ulicach, pierwszy wieżowiec postawili - coraz lepiej jest. Zapraszam nowych turystów i mieszkańców.
A ja piszę i czytam. I oglądam.
Wczoraj np. byłem z dziećmi na nowej animacji - Kung Fu Panda. Amerykanie w tym sezonie stawiają na kino gatunkowe. Pixar jak już pisałem zrobił hard sf w “WALL.E’m”, a oto Dreamworks i ich wariacja na kino kopane. I trzeba przyznać, że wariacja wyśmienita. W umięjętności zabawy gatunkiem i wypośrodkowaniu pomiędzy widownią dziecięcą i niedziecięcą wręcz na poziomie “Shreka”. No i oczywiście równie radosny tytułowy bohater. Znowu potrafię się z nim bez problemu utożsamić (przynajmniej w pierwszej części filmu) i tym bardziej czekam na DVD - wtedy będzie można docenić maestrię oryginalnych głosów a zwłaszcza pandy - Jack Black rules! Nie żebym miał coś do polskiego dubbingu - jest poprawny. Ale co Black to Black. Sama opowieść - historia pandy, która zostaje wybrana na wielkiego wojownika a potem udaje jej się sprostać temu wyzwaniu jest standardowa w każdym calu, ale jak podana! Polecam i oczywiście najlepiej z dziećmi. Choć niekoniecznie.
A na DVD Okna - niezły włoski film obyczajowy sprzed pięciu lat. Opowieść o marzeniach i dziwnych drogach ich spełniania (bądź nie). Dużo słodyczy, dużo widoków z okna i świetna Giovanna Mezzogiorno w głównej roli.
No i seriale - tu ten tydzień był naprawdę wypasiony. Najpierw Rodzina Soprano 2/4-13 - cała reszta drugiego sezonu, który stawia poprzeczkę jeszcze wyżej niż pierwszy. I bez problemu ją przeskakuje. Siostra Tony’ego i jej kochanek/mafiozo pięknie uzupełnili główną obsadę, a kolejne wątki które pojawiały się, by na chwilę zdominować sezon - wizyta we Włoszech i jej konsekwencje, poker dla grubych ryb (z gościnnym występem syna Sinatry, oczywiście w roli syna Sinatry), bunt pomocników Christophera zaskoczony dość abstrakcyjną strzelaniną, świadek morderstwa, bankructwo dłużnika, szukanie szpiega we własnych szeregach - pięknie jest. I najbardziej podobał mi się właśnie ów dłużnik - Robert Patrick, który zwykle gra twardzieli, policjantów, czy inne terminatory, a tu wpadł na kilka odcinków i genialnie wcielił się w żałosnego hazardzistę, który przy Tony’m stacza się w tempie ekspresowym. Rewelacyjny serial.
Ale nie tylko on, bo oto zaliczyłem też Sześć stóp pod ziemią Sezon 5 - po prostu. Cały sezon. Ostatnie 12 odcinków, które opowiadają o kolejnych śmierciach, o ostatecznych losach rodziny Fisherów, ich przyjaciół i ich domu pogrzebowego. Ball i spółka znowu stąpają po obyczajowym ostrzu noża opowiadając o adopcji w małżeństwie homoseksualnym, badaniach prenatalnych i aborcji, depresjach (tych na emeryturze i świeżo po szkole) i przede wszystkim o śmierci. Z każdym odcinkiem coraz bardziej osacza ona bohaterów, by wreszcie ich dopaść. Choć oczywiście nie w samej śmierci rzecz, co w jej konsekwencjach, rozpaczy, żałobie i refleksji. To zdecydowanie najlepszy serial obyczajowy, jaki widziałem w życiu. A jego zakończenie (ostatnie 5 minut) po prostu zachwyca w najczystszym tego słowa znaczeniu. Mistrzostwo świata.
To teraz dla równowagi coś żałosnego - Tajemnica twierdzy szyfrów 1-6 Pisałem już o pierwszym odcinku, który karnie obejrzałem w dniu premiery telewizyjnej i który zniechęcił mnie do śledzenia reszty. Ale teraz mam DVD więc oglądam. No i ten pierwszy jeszcze nie był taki najgorszy… Z każdym kolejnym widać, że Wołoszański nie potrafi ani produkować, ani pisać scenariusza. Na poziomie montażu sekwencji to już zupełna groteska (kolejnośc scen: 1) Małaszyński przyjeżdza i dostaje areszt domowy, ma siedzieć na dupie; 2) Małaszyński spaceruje po parku i ratuje spadającą z konia Dereszowską; 3) Małaszyński siedzi w pokoju, przychodzi do niego Szyc i mówi mu, że już może wychodzić z pokoju). Wszyscy tu rozmawiają o bombie atomowej na poziomie dzisiejszej wiedzy ogólnej - a mamy początek 1945 roku. Obsada ta sama co we wszystkich serialach ostatnio - Małaszyński, Szyc, Frycz, Stenka, Gruszka, Żak - tyle, że panowie w niemieckich mundurach, więc można to jakoś odróżnić od innych telewizorowych produkcji. Sama historia zaś poszarpana, niespójna, wtórna (na dłuższą metę to przecież podróba Klossa), absolutnie niewiarygodna na mnóstwie poziomów. Żenada. Ale zmęczę do końca. W sprawach seriali staram się działać konsekwentnie.
Columbo 17-18 Standardowe odcinki (jeden o środowisku perfumiarzy, drugi winiarzy), ale z rewelacyjną obsadą gościnną. W “Pięknej lecz zabójczej” nie dość, że Vera Miles i Vincent Price to jeszcze sam Martin Sheen (co prawda dość szybko ginie, ale młody wtedy był i jeszcze nie gwiazdował). Z kolei w “Koneserze win” Columbo musi się zmierzyć z samym Donaldem Pleasence. Ale to w końcu jego serial, więc wynik pojedynku jest z góry przesądzony.
Monk 18 - Monk i podejrzany w śpiączce - jakoś tym razem było przewidywalnie. W zasadzie po kilku minutach wiedziałem już kto, jak i dlaczego. Ale i tak obserwcja, jak Monk do tego dochodzi była dość sympatyczna.
Trawka 2/1-2 - a to w ilościach homeopatycznych przed snem. Śliczna i zabawna przypowieść o zakłamaniu amerykańskich przedmieść. Średnia klasa jako ostoja hodowli i używania marihuany. Ten serial zaczyna się dokładnie w tym miejscu w którym kończy się odwaga scenarzystów “Gotowych na wszystko”. Takie miałem zdanie po obejrzeniu pierwszego sezonu i jeszcze czekam aż drugi potwierdzi, a może wręcz poszerzy to wrażenie. Na razie ledwie wystartował.
I znowu drogą kontrastu Mały domek na prerii 1/7-8 - do wspólnego oglądania z małoletnimi dziećmi. Przypowieści o pionierskich czasach na Dzikim Zachodzie z perspektywy spokojnej i niebogatej farmerskiej rodziny. Dwie fabuły o tym, że musimy sobie pomagać (a to kulawej dziewczynce specjalnego buta zrobić, a to zaopiekować się dziećmi sąsiadów pod ich nieobecność). A w efekcie wszystkim żyje się lepiej. Kto wie, może jak obejrzymy cały sezon, to i moim dzieciom się to ciut utrwali. I tym optymistycznym akcentem.
lato
June 22nd, 2008
I proszę bardzo, raptem kilka dni bez porządnego dostępu do sieci a tu się pora roku zmieniła. I będzie grzało. W sensie - słońce. Szczerze mówiąc - nie przepadam. Ale co zrobić? Przetrzymam. Na razie fajnie nie jest - laptop nie działał, samochód padł na ulicy (i się warsztatuje) i jeszcze kilka innych drobnych nieszczęść. Ale powiedzmy, że powoli wychodzę z tego doła i odrabiam straty.
Tymczasem w kwestiach bieżących: kolejne wideorecenzje: “Incredible Hulk“, “Zdarzenie“, “Paranoid Park“.
I jeszcze gra. W sumie dawno odpadłem od gier komputerowych bo po prostu nie mam dość czasu. Widząc jak one się rozwijają, ewoluują, komplikują coraz bardziej się zniechęcam. Bo wiem, że nie mam dość czasu, by w pełni opanować/cieszyć się/przejść jakąś współczesną grę - za dużo obowiązków i innych popkulturowych dóbr do wciągnięcia. Ale widać takich jak ja, którzy chcieliby czasem sobie tylko w prosty sposób postrzelać, pograć w kulki, czy coś wybudować (acz bez specjalnej komplikacji), jest wielu. I takie gry jakich potrzebuje pojawiają się coraz częściej w komórkach, czy online w sieci. Tak więc mając 3 minuty i żadnej książki pod ręką grywam sobie w swej komórce w Bubble Shootera, a teraz znalazłem coś fajnego w sieci. Znalazłem to zresztą za dużo powiedziane, ot, jeden ze śledzonych przeze mnie z uwagą (głównie) komiksowych blogów poszedł sobie w bok i opisał fajną sieciową zabawę w budowanie własnej metropolii. I zacząłem budować. Na razie jestem na początku drogi, acz każdy kto zajrzy do miasta KIAMIL pomoże, bo takie są właśnie zasady tej zabawy. Wejście na stronę - nowy mieszkaniec i możliwość dalszej rozbudowy. Ot, dokładnie coś dla mnie. Zapraszam do codziennych odwiedzin w mieście i do zakładania własnych - założymy pakt miast partnerskich, czy zrobimy “Turniej miast” i będzie jak w telewizorze przed ćwierć wiekiem.
Wątek słoni uważam za wyczerpany podczas dyskusji w komentarzach. Chyba, że ktoś chciałby kontynuować.
Tymczasem niezależnie od nawału prac wszelakich co nieco wciągnąłem przez ten tydzień i trzeba się będzie powoli z tego tu na łamach otrzepywać.
Zacznijmy od kina, bo zaszła rzecz ciekawa. Zdarza się ona czasem w sezonie wakacyjnym - oto widziałem na oficjalnych pokazach dwa duże letnie hity kinowe, które jeszcze nie miały premiery w USA. Teraz często rzecz wchodzi u nas równo z Ameryką, więc pokazy prasowe (jeśli są) są wcześniej, czyli właśnie przed premierą w USA. A czasem uda mi się trafić też na jakiś mały cichy pokazik dla pierwszej grupy krytyków i znawców danej formuły zabawy w kino.
Tym razem trafiły mi się obie te przyjemności:
WALL.E - najnowsza animacja Pixara. Świetna. Czyściutkie sf idealnie wykorzystująca to co najlepsze w dzisiejszych możliwościach animacji kompuerowej i obrazów fabularnych. Bo ten film tak naprawdę miejscami leży (w sensie ideowej) gdzieś pośrodku. Przez dużą jego część, dziejącą się na futurystycznej, zaśmieconej straszliwie Ziemi nic nie wskazuje, że mamy do czynienia z animacją. I jej jakość i maksymalna wiarygodność (zero jakiejkolwiek karykaturalnych odkształceń rzeczywistości) powodują, że równie dobrze mógłby być to po prostu film fabularny ze sporą ilością efektów specjalnych. Sytuacja zmienia się, gdy fabuła przenosi się na statek kosmiczny, gdzie spotykamy futurystycznych ludzi, ale rzecz jest fabularnie fajnie wytłumaczona. Ogólnie sam pomysł z totalnym upersonifikowanie robotów (R2D2 do szechścianu) wypadł rewelacyjnie i film jest naprawdę genialny (jak prawie każdy Pixar). Obawiam się tylko trochę o jego popularność w Polsce (o USA się nie boję), bo jednak sam pomysł, że to nie zwierzaczki a hard sf może odstraszyć mnóstwo widzów. Ale pewnie jak przy “Autach” wszyscy nadrobią to na DVD i będą pluć sobie w brody i dekolty, że przegapili to z dziećmi w kinie. Jeszcze jedno (dla miłośników zwierzątek): jeden z najlepszych shortów Pixara w dziejach. Jak zwykle przed głównym filmem leci kilkuminutowa pierdółka - tym razem historia magika, jego kapelusza i króliczka, który ma z kapelusza wyskoczyć, ale jest głodny. Cudo!
Wanted. Ścigani - i tu też mi się podobało. Nie było tak pięknie i równo, ale też bardzo dobrze. Ale tu nie da się oceniać filmu bez komiksu. I udało mi się na kilka dni przed seansem wreszcie dorwać i wciągnąć Wanted Assassin’s Edition HC I podoba mi się. Oto Millar i Jones w świetnym wydaniu - jak sami to nazywają w originie anty-Spider-mana. Historia młodzieńca, który zostaje najlepszym super-zabójcą na świecie. I to świecie, którym zakulisowo rządzą komiksowi superłotrzy, którzy przed laty hurtem pokonali superbohaterów i wymazali ich i siebie z historii i świadomości ludzkości. I teraz tenże młodzian staje się takim superłotrem i oczywiście walczy z innymi superłotrami (nie licząc się ze skutkami i ubocznymi ofiarami swych treningów i późniejszych akcji). I do tego puenta, którą raczej trudno zapomnieć. Mocarna edycja HC (oczywiście z okazji premiery filmu) zawiera mnóstwo dodatków: dossier postaci narysowanych przez zaproszonych gości (Romita Jr, Silvestri, Bradstreet, Wood, Sienkiewicz, Quesada i inni), komplet wszystkich wersji okładek, wywiady, komentarze twórców itp. Piękne wydanie. Ale wracając do filmu. Z komiksowym pierwowzorem poczyna on sobie dość swobodnie. Pozostała sytuacja wyjściowa i kilka patentów. Sporo wyrzucono do śmieci (cały wątek superherosów chociażby), ale zastąpiono go czymś równie dobrym i wciągającym (np. piękna scena katastrofy kolejowej). Nie jest to film idealny - czasami w niektórych sekwencjach twórcy idą tak na boki (a to w patos, a to w bzdurę) że nie sposób powstrzymać chichotu i klimat filmu trochę siada, ale to drobiazgi. Całość poprowadzono tak liniowo i tak stopniując trudność, że wygląda to zdecydowanie bardziej na ekranizację gry komputerowej niż komiksu, ale co tam liniowość jeśli naszym przewodnikiem jest Angelina Jolie. I nawet przekonałem się do końca do McAvoy’a. Byłem nim zniesmaczony po “Ostatnim królu Szkocji”, trochę podreperował się w moich oczach “Pokutą”, a tu już jest po prostu dobry. No i idea z podkręcaniem kul podczas strzelania z pistoletu - bardzo życiowa. Słowem - to się właśnie nazywa wakacyjny blockbuster!
O serialach, płytach i komiksach next time.
chwilowo nieczynne z powodu wybuchu
June 18th, 2008
Bo mi wybuchł zasilacz od laptopa. To znaczy pierwszy przestał łączyć. A drugi, który dostałem (kupiłem) wziął i wybuchł po kilku godzinach. Jestem więc na resztkach baterii i dopiero jak zdobędę kolejny opiszę co się działo (np. jak byliśmy w ZOO i słonie się przy nas pukały) oraz kilka filmów, seriali, płyt i mnóstwo komiksów, które wciągam (tym szerszym strumieniem, że nie mam komputera).
A na razie - póki baterii - musze jeszcze napisać kilka maili.
i po Hulku
June 14th, 2008
Pojechałem, obejrzałem i jakoś nie jestem zachwycony. Może to tak jest, że moje komiksowe wzorce osobowościowe (Garfield i Hulk) są tak mocno osadzone w tym gatunku, że jakoś nie przekładają się na filmy. A może po prostu wreszcie dorastam i przestaję odczuwać potrzebę komiksowych idoli? I przekłada się to na film…
Z idolami jakoś tak jest, że się z nich wyrastam. Kiedyś takim idolem był dla mnie mój harcerski drużynowy, potem w początkach bardziej profesjonalnego zajmowania komiksami Szyłak (acz, starał się mnie z tego od razu wyleczyć - powinienem do dziś gdzieś mieć pierwszy list od niego, zaczynał się jakoś tak: “Drogi Panie, jeśli szuka Pan idola - zły adres”)> Potem ograniczyłem się już do narysowanych wzorców osobościowych - właśnie Garfielda i Hulka. No i jest jeszcze Kevin Smith. W zasadzie dziś został już chyba tylko on, ale to raczej na poziomie, że też bym tak chciał i robię wszystko, by jak na nasze polskie realia też się tak bawić i pracować. I wierzyć, że jeszcze kiedyś choć trochę uda mi się też wyjść li tylko z tych polskich realiów.
Ale wracając do Hulka, którego wciąż bardzo lubię i dalej próbuje zebrać wszystkie komiksy jakie wyszły z jego udziałem. A właściwie do najnowszego filmu: The Incredible Hulk - w sumie sam nie wiem czego się spodziewałem. Po zachwycającym momentami formalnie acz przekombinowanym poprzednim filmie, po rewelacyjnym niedawnym “Iron Manie”, naprawdę nie wiedziałem. I nie wiem dalej, ale chyba nie tego co dostałem. Sceny akcji są niezłe, acz bez przesady - kino wciąż jeszcze nie znalazło pomysłu na fajne i przekonujące pokazanie Hulka jako bestii. A reszta? Norton jest smutny i żałosny (w sensie zamierzonym, acz efekt nie jest - jak dla mnie - specjalnie atrakcyjny. Już fajniej się pokazał w krótkiej parodii u Kimmela), Hurt jakoś mało wiarygodny jako generał, Liv Tyler gra Arweną i to się nawet jakoś sprawdza. Tim Roth jest mały, wredny i idealnie nadaje się na badgyu’a. Klimat całości jest tak serio/smutny, że jakoś mnie nie kręci. Najfajniej wypadają marvelowski odnośniki. I to nie tylko tradycyjny Stan Lee, ale i nawiązania do innych hulkowych historii - Doc Samson, Jim Wilson, origin Leadera. Najsłabiej w tym paradoksalnie wypada Robert Downey jr jako Tony Stark. Ostatnia scena w filmie jest tak na siłę doklejona, że zęby bolą. W sumie - fajnie, że nowy film o Hulku jest na ekranach, ale wciąż jeszcze czekam na taki, którym będę zachwycony.
Wczoraj widziałem też jeszcze kinowy Seks w wielkim mieście. I też nie jestem zadowolony. Choć odkryłem w sobie coś z sadysty - są dni, kiedy bardzo lubię patrzeć jak ludzie cierpią. A w trakcie tego 2,5 godzinnego seansu obok mnie siedział Bartek Sztybor i cierpiał. Tak straszliwie nie była to jego bajka. Sam film to leciutko fabularyzowany ekskluzywny nowojorski product placement. Fabularnie skrzyżowanie komedii romantycznej z całym sezonem serialu (akcja ciągnie się przez rok, a 2,5 godziny to w zasadzie tyle samo ile trwał pierwszy sezon “Seksu w wielkim mieście” 10 lat temu). Całośc jest tak przerysowana, że aż śmieszna więc muszę przyznać, że nie raz się roześmiałem, acz niekoniecznie były to miejsca przewidziane przez twórców. Ale tych kilka uśmiechów naprawdę nie było warte tylu godzin w kinie. Może po prostu ta formuła jest (jak dla mnie) lepiej przyswajalna w porcjach niespełna półgodzinnych. A i jeszcze - jeśli dla kogoś to dodatkowy argument - tym razem najbardziej rozbiera się ruda + w sekwencjach z Los Angeles widać kilka nadzwyczaj sprawnie zorganizowanych silikonów i jednego siurka na zbliżeniu pod prysznicem.
Na DVD:
Gwiezdne jaja: Część I - Zemsta świrów - zabierałem się do tego filmu wiele miesięcy i wreszcie przyszła jego kolej. I nawet nie bolało. Niemiecka parodia kina SF (ze szczególnym uwzględnieniem Star Treka i Star Wars) nie jest wcale bardziej żenująca od analogicznych produkcji zza Oceanu. Tam może nie występuje Til Schweiger (przynajmniej w takich filmach), ale za to jest więcej żartów o puszczaniu bąków. Tu za to mocniej ciągną łacha z gejów. Ot, po prostu inny pakiet startowy politycznej poprawności. No i efekty specjalne - bitwy kosmiczne itp - teraz już nawet w Niemczech można zrobić je równie efektownie. Sama fabuła zaś standardowa i oczywista jak w takich wypadkach bywa. Ale i tu muszę przyznać, że końcowe rozwiązanie wątku pana Spucka było naprawdę fajne i zaskakujące.
Shocker - blisko dwudziestoletni horror Wesa Cravena. Mam do niego słabość, choć trudno nazwać go udanym. Miał najprawdopodobniej powtórzyć sukces “Koszmaru z ulicy Wiązów” i zapoczątkować kolejny cykl - tym razem o brutalnym seryjnym mordercy, który podczas egzekucji na krześle elektrycznym staje się bytem energetycznym i zaczyna przechodzić pomiędzy ludźmi-nosicielami, podróżować przez sieć elektryczną a nawet falami radiowymi pomiędzy telewizorami (bardzo lubię sekwencję w której postacie gonią się przez kolejne telewizyjne programy, filmy i dokumenty). Całośc jednak jakoś miejscami szarpie i zgrzyta, bad guy nie ma charyzmy Freddiego Kruegera, a cała fabuła jego eleganckiej oniryczności. I z dzisiejszej perspektywy może to i lepiej - gdyby rzecz się udała i powstał cykl nie mielibyśmy Skinnera (psychopatycznego mordercę Horacego Pinkera zagrał Mitch Pilleggi, który 5 lat później zaczął występować jako przełożony Muldera i Scully w “Archiwum X”) albo kilku niezłych filmów, które wyreżyserował Peter Berg. Tu gra on głównego bohatera zmagającego się ze złem, a że jakoś nie został gwiazdę to z czasem obok aktorzenia znalazł jeszcze czas na reżyseriowanie - jego jest “Witajcie w dżungli”, “Królestwo”, czy zapowiadany na te wakacje “Hancock” z Willem Smithem.
Seriale:
Sześć stóp pod ziemią 4/11-12 - dokończyłem sezon. I muszę przyznać, że tym razem spuentowali z prawdziwym przytupem. Wyjaśnia się (i to z hukiem) sprawa tajemniczej śmierci żony Nate’a sprzed ponad sezonu, a wszyscy bohaterowie wpadają w puencie w coś nowego. A i przypadkowość śmierci rozpoczynających każdy odcinek został doprowadzony do nieomal perfekcji.
Rodzina Soprano 2/1-3. A tu z kolei początek nowego sezonu. Na razie rzecz się dopiero rozkręca, powoli wprowadzane są nowe postacie na ten sezon (np. siostra Tony’ego i gangster, który wyszedł po 10 latach i ciężko mu się przyzwyczaić do nowych czasów) i jak zwykle chwila minie nim w mafii i rodzinie na nowo przestanie chlupać na boki, a sytuacja się uspokoi.
Monk w tearze 17 - a tu bieżący Monk, który tradycyjnie, by rozwiązać sprawę jest zmuszany do przekraczania kolejnych fobiowych granic - tym razem musi wziąć udział w spotkaniu trzyminutowych randek i zagrać w teatralnym przedstawieniu (scena w której musi przewrócić stół wraz z zawartością i robi to na sposób Monkowy jest fenomenalna). Dobry, standardowy jak na ten serial poziom.
I komiksy - tu wracam do wchłaniania bieżącego DC:
Nightwing - The Lost Year TPB - w tym tomie pierwszy Robin jako dorosły już superbohater Nightwing powraca wspomnieniami do młodzieńczych lat. Najpierw w opisywanym już przeze mnie blisko rok temu Annualu #2, a potem w historii “321 Days” w którym inna miłość z przeszłości staje znowu na jego drodze i znowu będzie bolało. Zupełnie fajny tom - wystawię go przy najbliższej okazji na Allegro. Jest dobry, ale na tomy jedynie “dobre” nie mam już miejsca…
Superman #674 - początek nowej sagi w której nie dość, że pojawia się Paragon (w sensie taki supełotr a nie papierek) a potem jeszcze inwazja z kosmosu. Nieźle. Acz coś przegapiłem i nie wiem skąd w życiu i mieszkaniu Clarka i Lois pojawił się jakić młody nastolatek, który potrafi latać. O co chodzi? Muszę poszperać w wikipedii.
Supergirl #26-28 - lubię jakoś tę serię. I raczej się nie zawodzę. Puckett znalazł nawet fajny patent, by pójść tym razem choć trochę w bok. Oto Supergirl ratuje dzieciaka z walącego się budynku, mówiąc, że będzie żył i wszystko teraz będzie dobrze. Nie zdaje sobie sprawy, że chłopiec jest w terminalnym stanie nowotworu i bierze jej obietnice zupełnie na serio. Gdy sprawa się wyjaśnia, ta stwierdza, że zamiast łomotać się z superzbirami zajmie się rakiem. I naprawdę uratuje chłopcu życie. To dość oryginalny początek sagi, która zawiedzie Supergirl w przyszłość, po powrocie pozwoli spotkać Ressurection Mana (stęskniłem się za nim trochę - do dziś uwielbiam jego wspólną przygodę z Hitmanem) i uwolnić z więzienia szalonego naukowca. CDN.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)