Kamil M. Śmiałkowski

wpis numer 300

May 28th, 2008

Hehe.
Czyli znalazłem kolejny powód do jubileuszu
I obejdę go sobie w sposób konsekwentny. Wczoraj obszedłem urodziny córki wrzuceniem tu mojego felietonu sprzed ponad 7 lat, opisujący wychowywanie niespełna rocznej córki. Dziś przejrzałem resztę archiwum i znalazłem jeszcze trzy. No to dziś po jednym za każde sto wpisów. Oto jak wyglądały perypetie kolejno z katarem, zębami i nocnikiem Majki. Zapraszam:

PIERWSZA MAJA ma katar

To przesmarkana sprawa mieć katar. Zwłaszcza pierwszy raz w życiu. Maja męczy się straszliwie i pełny nos przeszkadza jej w absolutnie wszystkich tradycyjnych czynnościach - nie da się ani spać, ani jeść, ani spokojnie bawić, bo co chwila zachodzimy ją z flanki i mama stara się wyczyścić nos gruszką.
Wielokrotnie widziałem małych młodych ludzi (ba, chyba nawet pamiętam siebie w tej roli), z lekkim niepokojem patrzących na swojego ojca, który wyciągał z kieszeni wielką chustę do nosa, przykładał do małego dziecięcego noska i nie przyjmującym do wiadomości żadnego sprzeciwu głosem nakazywał “Dmuchaj!”. Zawsze wtedy było mi żal dziecka, a dziś… Dzisiaj jakże zazdroszczę tym ojcom! Ach, kiedy Majka będzie w wieku umożliwiającą taką operację. Na razie każde kichnięcie młodej (które w okresie bezkatarowym wywołuje, podobnie jak kaszel, na jej twarzy zupełnie nieuzasadnioną radość) powoduje wielki alarm w całym domu. Zbiegamy się ze wszystkich stron i próbujemy zebrać w chusteczkę, zanim zje, to co wykichała, a najczęściej i jeszcze więcej, bo te smarki ciągną się w zakamarkach nosa w nieskończoność.
Przez to ciągłe podcieranie noska skóra pod nim się mocno zaczerwieniła, więc staramy się używać jak najdelikatniejszych i najbardziej miękkich chusteczek ale i tak na pierwsze oznaki zbliżania się z czymś do nosa, Majka reaguje płaczem i wyrywaniem się z rąk.. Mamie czasami uda się ją oszukać, udając że chusteczka to wariacja jednej z ich ulubionych zabaw: “Jest Maja, nie ma Mai”, ale nawet to nie zawsze się udaje.
Następna wielka fala problemów nadciąga wraz z karmieniem. Długie, ponad półroczne (czyli całe życiowe) doświadczenie Majki jest proste. Do buzi trafia smoczek (ew. mama), z którego można rytmicznie ciągnąć mleko, a sprawę oddychania zupełnie odruchowo załatwia się nosem. I nagle ta zupełnie nieabsorbująca czynność staje się poważnym problemem. Bo nos jest całkiem zapchany i nie chce oddychać. I trzeba co chwilę przerywać jedzenie, by parę razy wypuścić i nabrać powietrza. A czasem jest się przecież tak strasznie głodnym, że bardzo nie chcę się przerywać jedzenia, ale wtedy nagle brakuje powietrza i dopiero jest powód do płaczu. Że nie wspomnę o zwiększeniu szans do zakrztuszenia się przy okazji.
Tej samej natury są nocne kłopoty. Maja stara się być, no bywać damą i nie sypia w zasadzie z otwartymi ustami. A teraz trzeba. Każda próba zamknięcia buzi w trakcie snu kończy się gwałtownym rozbudzeniem i płaczem, czyli mamy dzięki temu przynajmniej kilkanaście nocnych mini-alarmów, gdy trzeba Maję uspokoić, przytulić, pokołysać i na nowo uśpić.
Całe szczęście, że taki katar to tylko siedem dni. Gorzej jeśli w trakcie choroby dziecka załapie się na niego któreś z rodziców. Bo potem w ramach rewanżu po kilku dniach znowu zarażamy młodą i tak można prawie w nieskończoność.
Ale wreszcie się udało - katar został spacyfikowany i wygnany z naszego małego mieszkanka. Czyżby wreszcie kilka dni spokoju? To dlaczego Majka coraz bardziej marudzi, pakuje ciągle łapki do buzi i chyba znowu ma gorączkę? Czyżby to ząb?

PIERWSZA MAJA i pierwszy ząb

Wychodzeniem mlecznych zębów straszy się przyszłych rodziców od samego początku: “poczekajcie, poczekajcie - wtedy zobaczycie, co to znaczy mieć dziecko: nieprzespane noce, ciągłe płacze, gorączka, dopust Boży w czystej postaci”.
Majce pierwsze zapowiedzi ząbków pojawiły się w wieku trzech miesięcy… Coś białego lekko przebłyskiwało spod dziąseł i pani doktor powiedziała, że to właściwie gotowy do wyjścia ząbek. Tyle, że gotowy nie oznacza wcale, że wychodzący więc może się on przebić za kilka dni, a może za kilka miesięcy.
Od tamtej pory każde odrobinę dłuższe marudzenie Majki, podniesienie się temperatury o kilka kresek, uparte odmowy zaśnięcia - słowem wszelkie niestandardowe zachowania młodej było przeze mnie kwitowane: “Może to ten ząbek….” Mama specjalną łyżeczką z gumową końcówką, żeby nie ranić dziąseł, opukiwała Majce wnętrze buzi ? jak będzie ząb to słychać stuk (metoda sprawdzona przez pokolenia), ale nic nie stukało. I tak minęły cztery miesiące.
Po ostatnich zawirowaniach z pierwszym w życiu Majki katarem zmęczeni i coraz bardziej doświadczeni w neutralizowaniu dziecięcych marudzeń musieliśmy jakoś przegapić pierwsze symptomy, bo oto któregoś dnia rano nagle z kuchni dobiegł mnie radosny krzyk żony: “Ona ma zęba!”
Zbiegłem na dół i okazało się, że faktycznie nagle i niespodziewanie pojawiła się sympatyczna dolna jedynka. Majka, z tej okazji z nowym, chwilowo doklejonym pseudonimem “Zębatka”, radośnie uśmiechała się pokazując ładny i absorbujący wszystkich dookoła malutki biały wyprysk na dziąsłach. Na kilka dni nasze życie zmieniło się całkowicie. Z jednej strony mama nie mogła zrozumieć w jaki sposób i dlaczego przegapiła pojawienie się pierwszego zęba - racjonalne argumenty, że przecież nie ma jakiegoś jednego określonego momentu, takiego “trzy, cztery, już” do niej niespecjalnie docierały i zacząłem się obawiać, że będzie przez najbliższe tygodnie dyżurować przy dziecku, żeby nie przegapić momentu wyKIEŁkowania kolejnych. Z drugiej strony Majka nie mogła zrozumieć czemu wszyscy dorośli jacy pojawiają się w zasięgu wzroku uparcie wsadzają jej palce do buzi i próbują otworzyć paszczę. Ale z czasem mama się uspokoiła, a Majka wymyśliła nową zabawę i na każdy świeżo umyty dorosły palec, który usiłował przedrzeć się do jej buzi reagowała potężnym silnym szczękościskiem (nie nazwę tego gryzieniem, bo przecież ząb był tylko jeden).
Po kilkunastu dniach do pierwszego zęba dołączył drugi - oczywiście zgodnie z przewidywaniami i założeniami estetyki była to druga dolna jedynka, dzięki czemu nasze dziecko coraz bardziej upodabnia się do królika. Ciekawe kiedy zacznie jeść marchewkę. Myślę o całej, bo tartą ma już w jadłospisie. Ostatnie tygodnie to w ogóle wielkie urozmaicanie dziecięcego menu. Do mleka i zupek doszły biszkopty, kawałki jabłka, piętki, paluszki bez soli, kisiel. Jak łatwo się domyśleć zróżnicowane jedzenie powoduje również zróżnicowanie na drugim końcu układu pokarmowego. Więc najwyższa pora zacząć Majkę przyzwyczajać do nocnika. Ale to oczywiście już kolejna opowieść.

PIERWSZA MAJA na nocniku

Istnieją różne teorie nocnikowe. Jedni uważają, że trzeba z tym poczekać, aż dziecko zacznie mówić i uczą je wtedy, że trzeba głośno i wyraźnie oznajmiać światu potrzeby fizjologiczne; inni, że w ogóle nie należy się śpieszyć i z czasem dziecko samo zrozumie wygodę załatwiania się w taki sposób zamiast chodzenia z pełną pieluchą; z drugiej strony są i tacy, którzy sadzają na nocniku maluchy, które ledwo nauczyły się prosto siedzieć i z zaciekawieniem patrzą na efekty takich posiedzeń. Czy właściwie wysadzeń.
Oczywiście nie mieliśmy pojęcia do której z tych grup będziemy się zaliczać. Takie rzeczy wychodzą w praniu - myślę oczywiście o praniu pieluch. Choć na całe szczęście w XXI wieku stało się to sformułowanie lekkim anachronizmem. Ze wstydem przyznaję, że nie piorę. Tak jak w matematyce wiem, że istnieje metoda na wyliczanie pierwiastka na kartce papieru bez użycia kalkulatora i nawet w liceum nasz matematyk nam to zademonstrował jako ciekawostkę, nie potrafiłbym zrobić tego z pamięci. Tak samo mam z klasycznymi pieluchami. Owszem, widziałem na filmach, mamy nawet ich niezłą stertkę do celów okołomajecznych, ale nie potrafiłbym założyć takiej pieluchy. Młoda od urodzenia ciągnie na jednorazówkach i nie narzeka (mam nadzieję, że to nie dlatego, że jeszcze nie mówi). Tak więc przynajmniej problem prania odpada. Ale i tak trzeba co jakiś czas tam (do pieluchy) zajrzeć, sprawdzić, czy coś nie wpadło, ewentualnie zmienić, również wtedy gdy minie już kilka godzin i waga pieluchy napęczniałej, acz wciąż suchej, zaczyna się niebezpiecznie zbliżać do wagi Majki netto.
Czekaliśmy więc na erę nocnikową z dużą nadzieją. Tym większą, że nasza córka od urodzenia bardzo wyraźnie i mocno daje do zrozumienia, gdy coś oddolnie kombinuje - czerwienieje, stęka, wybałusza oczy, napręża się - nie zawsze z fizycznymi efektami, ale wysiłek wkładany w pracę jest godny podziwu (zawistni mówią, że to po ojcu, ale skąd by mogli wiedzieć?). Ta wyraźna sygnalizacja dawała nam nadzieję, że szybko się będziemy orientować i zdążymy z wysadzaniem.
Pierwsza przymiarka okazała się absolutnym niewypałem. Mama dokonała epokowego zakupu - piękny nowoczesny, wyprofilowany nocnik pojawił się na naszym poddaszu. Majka siadła na próbę i natychmiast okazała swą wyraźną dezaprobatę. Bo wpadła. Nocnik był po prostu za duży - mama przeceniła wielkość swego ukochanego dziecka, a przynajmniej pewnej jego części…
Drugie podejście nastąpiło dokładnie w dniu, w którym Maja skończyła 7 miesięcy. Kupiliśmy klasyczną nocnikową fokę, Majka siadła i… zaczęła profesjonalnie stękać i czerwienieć. Nie minęły dwie minuty i wyciągnęła do nas rączki, żeby ją wziąć. A w nocniku była… No, to co powinno być w nocniku. Dziecko okazało się wprost stworzone do tej czynności. Od tego dnia codziennie rano wstajemy, siadamy na nocniku, robimy swoje, a potem idziemy na dół na śniadanie. To znaczy ja idę z Majką na rękach, bo to, że od dwóch miesięcy profesjonalnie załatwia się na nocniku nie zmienia faktu, że do chodzenia, a nawet stania bez trzymanki jeszcze trochę Majce brakuje.
I tak nocnik stał się kolejnym po rodzicach i telewizorze stałym członkiem Majkowej rodziny. Siada na nim kilka razy dziennie, na razie jeszcze wciąż na rodzicielskiego czuja, bo przecież sama nie ma pojęcia, że można zawołać. A kiedy pewnego razu siadła i sięgnęła po leżącą obok książeczkę poczułem ojcowską dumę. Moja krew.

Mam nadzieję, że czytało się fajnie. Ja sobie to przypomniałem z przyjemnością.
I jeszcze ociupinka bieżącego wchłaniania:
Serial Przyjaciele 6/9-12 W tej partii cała historia romansu Joey’a i Janine (Elle Macpherson) i w zasadzie tyle. Wszak przy Elle inne żarty trochę bledną…
W telewizorze Lost 4/8 I znowu wiaderko retrospekcji. Tym razem mają one wytłumaczyć logicznie powrót do akcji murzynka. No bo wrócił. Przyzwoity odcinek, acz wrażenie psują okoliczności, bo oto AXN ogłosił, że to ostatni przed przerwą. I nawet nie podał jak długa będzie ta przerwa. A po niej dopiero reszta czwartego sezonu - zostały jeszcze 3 normalne odcinki i finał (potrójnej objętości). W USA zresztą rzecz kończy się jutro. Pewnie nie wytrzymam i przeczytam sobie streszczenie na wikipedii jak tylko się pojawi.
Komiksy - tylko kilka zeszytów:
Green Lantern #29 - Johns jako kolejny scenarzysta bierze się za origin Hala Jordana. Oto jego młodość i trudne rodzinne układy jako dodatkowy czynnik budujący dzisiejszy charakter. Tyle razy, u tylu superbohaterów już to było, że nie sposób taką opowieścią zaskoczyć, ale czyta się nieźle.
Nightwing #140-143 - saga “Freefall” pokazująca na równi samodzielność Nightwinga i jego głębokie osadzenie w uniwersum DC. Z jednej strony to sprytny i silny bohater, z drugiej konsultuje sie z Supermanem, popija piwko z Flashem, korzysta bez żenady z kasy i sprzętu Batmana, czy prosi o pomoc w misji Robina. Bardzo sympatycznie się to czyta.

8

May 27th, 2008

Cóż lepiej pokazuje upływ czasu niż własne dzieci? Dziś moja córka kończy 8 lat. No ładnie. Ja nie mam tak jak moja żona, by twierdzić, że dopiero co była taka malutka. Malutka była właśnie 8 lat temu i każde z tych lat świetnie pamiętam - od tego pierwszego, gdy pisałem o niej felietony do niestniejącego już portalu “mamatataja”. Nazwałem cykl “Pierwsza maja” - hasło to powstało gdzieś przy pomocy Roberta Kasprzyckiego (”Niech się świeci pierwsza maja”).
Wciąż mam te teksty w moim komputerze, więc dziś w ramach urodzin reprint inauguracyjnego:

PIERWSZA MAJA w rodzinie

Maja. Ładne imię? Kłaniają się grecka mitologia, wieczorynka z dzieciństwa i jeszcze rozerotyzowane przedwojenne ilustracje… Ładne imię. Oczywiście pomysł mojej żony. Ja miałem kontrpropozycję, ale w końcu poszliśmy na kompromis - ja decyduję o imieniu męskim, ona o żeńskim. Nie grałem do końca czysto, w mojej rodzinie od kilku pokoleń wszystkie kobiety pochodziły z obrączkowania. Takie geny. A tu pan doktor po kilkukrotnym upewnieniu się, że chcemy znać wcześniej płeć dziecka, naślizgał brzuch żony jakąś mazią, przyłożył do niego coś dziwnego, spojrzał w ekranik i stwierdził “No, chłopca to z tego nie będzie”.
Więc Maja. Sympatycznie. Tym zabawniej, że urodziła się w maju, więc: Śmiałkowska Maja urodzona dwudziestego siódmego maja… jeśli jeszcze kiedyś przeprowadzi się na ulicę któregoś maja (najpewniej trzeciego, bo pierwszego już raczej nie ma, a Bronisława jeszcze nie), to będzie mogła śmiesznie wypełniać formularze.
Nie nastąpi to prędko, bo na razie wszystkie formularze, jakie dostają się w jej ręce natychmiast wkłada do buzi. A jest bardzo sprawnym stworzonkiem w temacie złapać kartkę nieopatrznie pozostawioną przez rodziców w zasięgu rączek. Właściwie ta zasada nie ogranicza się do papieru. Do buzi trafia absolutnie wszystko. Maja jest aktualnie w połowie siódmego miesiąca i wyraźnie codziennie daje nam do zrozumienia, że zmysł smaku jest najważniejszym określnikiem świata. Wzrok, słuch, dotyk są w porządku, czasami już nawet zapach, ale absolutnie najważniejszy jest smak. Kilka dni temu dostała w prezencie gumową podkładkę pod talerzyk z narysowanymi zwierzątkami - kotem, psem, kogutem, krową koniem i kozą. Jeśli naciśnie się konkretny obrazek, to z głośnika w rogu słychać nagranie z odgłosami tego zwierzaka. Fajne, kolorowe, głośne, ale i tak najważniejsze, żeby złapać za brzeg i wziąć do buzi.
Obserwacja dziecka to fascynujące zajęcie. Po lekkim zastoju w czwartym, piątym miesiącu, kiedy młoda tylko nabierała masy, ostatnie kilka tygodni to nieustanny ciąg nowości: a to już siedzi, a to złapie się za coś i próbuje podnosić, wyciąga z kojca rączki do rodziców, uśmiecha i gulgocze po swojemu, a czasami nawet odwróci się, gdy się do niej mówi. Oczywiście jeśli w tym czasie nie ogląda telewizora. Bo Maja uwielbia patrzeć w ekran (tak, wiemy, że to niezdrowe, ale w małym mieszkanku i przy moim niezbędnym do pracy ciągłym oglądaniu, pewnych rzeczy nie da się uniknąć). Nasze dziecko najbardziej pasjonuje się reklamówkami - na sygnał bloku reklamowego potrafi zerwać się nawet ze snu i to, nie mam pojęcia jak, niezależnie od programu, a przecież każdy ma inny sygnał. Myślę, że Majka traktuje telewizor jak czwartego członka naszej małej rodziny. I chyba wolę nie wiedzieć w jakiej kolejności by nas uszeregowała, gdyby ktoś ją poprosił…
Pierwsza Maja w rodzinie. Kiedy dwoje dorosłych ludzi decyduje się na dziecko, to tak naprawdę nie wyobrażają sobie ile biorą na swoje barki. I bardzo dobrze, bo jeśli trudno wyobrazić sobie ogrom rodzicielskich obowiązków, to w ogóle nie sposób wytłumaczyć na czym polega satysfakcja i miłość. Przerasta ona absolutnie wszystko. Nie ma piękniejszego widoku niż uśmiech dziecka. Zaraz za nim jest dziecko śpiące (chwila wytchnienia) i dziecko, które chętnie je. A ostatnio Maja złapała katar i nie rozumie, czemu nie daje się równocześnie jeść i oddychać. I dlaczego mama co chwila podchodzi z gruszką i próbuje wciskać ją do nosa. Ale to już temat na następną opowieść.

Tyle w ramach urodzin.
Poza tym wystawiłem znowu trochę rzeczy na Allegro - muszę się za to zabrać, bo zebrały się już wielkie sterty. W tej porcji kilka płyt “Przyjaciół” (z czasów, gdy wychodziły po jednej), jedna rzadka figurka do Heroclixa (mam podwójną) i pierwsza paczka TPB z DC - o kilku z nich nawet tu pisałem. Zapraszam do nabywania.
A. I już oficjalnie mogę powiedzieć, że Nasza Księgarnia szykuje się do wydania “Complete Peanuts” (tego wielkiego wypasionego wydania z Fantagraphic Books) i zaproszono mnie do napisania wstępu do pierwszego tomu.

No i wchłanianie - tu też było ostatnio co nieco:
W kinie widziałeś dziś Superhero. I cóż… To jest tak, że kiedy mieliśmy po 12 lat strasznie nas bawiły filmy będące wulgarnymi parodiami innych filmów, pełne postaci przewracających się po uderzeniu w cokolwiek, puszczania bąków, seksualnych żartów i Leslie Nielsena. I dziś takie filmy dalej powstają… z myślą o dwunastolatkach. Więc już nas tak nie bawią. Dla mnie oczywiście oryginalne i najlepsze będą te z mojej młodości (”Top Secret”, “Naga broń”), ale nie dziwię, że te też kogoś śmieszą. Ja już wyrosłem z żartów z przewracaniem (acz te z puszczaniem bąków, rzyganiem, czy sikaniem czasem mnie bawią). “Superhero” to przede wszystkim parodia “Spider-mana”, ale nie tylko. Rzecz poprawna w swym gatunku, choć oczywiście nic specjalnego. I zdecydowanie za mało w tym Pameli Anderson jak na jej potencjał komiczny. Zresztą na pokazie siedzieliśmy z Mykiem i Krzyśkiem Lipką-Chudzikiem i gdy w napisach początkowych w obsadzie doszło do frazy “and Pamela Anderson and Leslie Nielsen ” nachyliłem się do KoLCa i mówię:
“Zobacz. Dwa filary na których stoi ten film”.
A Krzysiek na to:
“No tak. I jeszcze Leslie Nielsen…”
Na DVD zaś oczywiście Przyjaciele 6/1-8 Zaczynam 6 sezon czyli Ross i Rachel potykają się z unieważnieniem małżeństwa zawartego po pijaku, Chandler i Monika zamieszkują razem i docierają się w świetnie napisanych dialogach, a Joey ma nową współlokatorkę (Elle Macpherson).
Monk i bardzo, bardzo stary człowiek 16 Kolejny odcinek Monka kupiony w kiosku. Tym razem komisarz policji nie dość, że pomieszkuje u Monka (co wykańcza ich obu psychicznie) to jeszcze pierwszy, przed Monkiem wskazuje mordercę. Acz nie jest ocywiście w stanie sam udowodnić mu winy. Minimalnie powyżej przeciętnej tego serialu (czyli obiektywnie naprawdę dobrze).
Książka - Elizabeth Moon - Bez wyrzeczenia. Wspominałem już, że czytam to sobie, no i właśnie dokończyłem. To rewelacyjna powieść fantasy, prequel do wydanej w Polsce trylogii “Czyny Paksenarrion”, acz nie powiązany z nią zupełnie - ot, historia dziejąca się w tym świecie wiele lat wcześniej i ustawiająca ten świat w nowym porządku. Bo to opowieść o wielkim udanym chłopskim powstaniu pod wodzą Girda (chłopa, który staje się mężem stanu). Moon rzadko pisze książki z męskim głównym bohaterem (na pietnaście, które przeczytałem to jest druga), ale wychodzi jej to równie dobrze, jak z żeńskimi. I jak zwykle dba bardzo o rzetelność świata i opowieści - gdy Grid zaczyna partyzanckie życie, to znacznie ważniejsze od ćwiczeń z bronią jest wykopanie latryn i zaopatrzenie obozu w żywność. Czytając to można zrozumieć czemu tak rzadko udają się wszelkiego rodzaju oddolne powstania - ich udany przebieg wymaga bowiem zupełnie innego rodzaju działań, innego rodzaju przywódców na kolejnych etapach. I takie postacie jak Grid - ewoluujące we właściwym rytmie - to się właśnie nazywa fantastyka.
Płyty - dawno nie było o muzyce (nic nie kupowałem nie pożyczałem, ani nie znalazłem nowego w pudłach), ale wracając w weekend z Krakowa przesłuchałem parę rzeczy pożyczonych od Roberta Kasprzyckiego. Wybór w większości jego, ale wrażenia już moje:
Martyna Jakubowicz - 30TE urodziny. czyli Tribute to Martyna Jakubowicz z okazji jakiejś jej rocznicy. Cenię Jakubowicz i jej twórczość za fajny klimat i za teksty (zwykle autorstwa Andrzeja Jakubowicza). Najbardziej za te erotyczno/sensualne. Nie ma ich wiele, ale świetnie i wiarygodnie pokazują, opisują potrzeby i zmysły tych z Wenus. Jestem w stanie w nie uwierzyć, że właśnie tak to wygląda tam w środku i tak to można wyartykułować. To jeden z kilku artystów, którzy nie stawiają przede wszystkim na damsko/męskość w swych repertuarach, ale gdy po nią sięgną - padam na kolana. Mam tak jeszcze z Kazikiem czy Janerką. A ta płyta? Jak to składanka ku czci, kilka rzeczy dobrych, kilka przeciętnych i kilka totalnych porażek. W przeciwieństwie do Roberta nawet mi weszły Kasia Stankiewicz czy Goya, nieźle interpretując w swoich światach Jakubowicz wypadli Lipali czy Pogodno, ale nieporozumieniem jest dla mnie Hurt, czy Bracia brzmiący jak Ira na wielkim kacu. Największym zawodem zaś są Ewa Bem, która utonęła w “Żaglach tuż nad ziemią” (to jeden z takich coverów o których zapominasz natychmiast, bo oryginał jest 10 razy lepszy), i zwłaszcza Krzysztof Kiljański, który totalnie położył genialną “Kołysankę dla Misiaków”. Za taką profanację tego numeru ktoś powinien mu zrobić krzywdę. I tyle.
David Gray - A New Day at Midnight - to włożyłem do odtwarzacza zupełnie nieświadom czego się spodziewać. Ot, kolega polecił, pożyczył. I zaczęło się nijako i neutralnie, a po połowie płyty nie wiem jak, ale już podśpiewywałem wszystkie refreny od pierwszego powtórzenia. To męska odmiana lubianych przeze mnie śpiewających nudziar, specjalizujących się w smędzących leciutko rockowych balladach. Gdzieś tu pobrzmiewa Dylan, Gabriel, nawet kojarzy mi się to z moją ulubioną płytą Roberta Downey’a jr - słowem: jest dobrze. A przy drugim powtórzeniu podśpiewywałem już od samego początku. Polecam.
Pudelsi - Wolność słowa. Część z tego słyszałem już wcześniej tu i ówdzie i jakoś nie byłem przekonany, acz muszę przyznać, że w pełnej wersji płytowej wchodzi to zupełnie nieźle. Ja tam mając do wyboru parodystów i pastiszowców zawsze wolę tych pierwszych, wśród pastiszowców też już bywali w tym kraju lepsi od Maleńczuka, do tego przez te 5 lat płyta mocno się zestarzała, ale w sumie nie jest źle. Nie może być, bo “Wolność słowa” zawiera chociażby nieśmiertelne “Nigdy więcej” i to w wersji, która idealnie balansuje na granicy pastiszu i czystego kiczu. Z rzeczy oryginalnych najlepiej wszedł mi jamesobrownowy “Kwas”, a zwłaszcza sekcja dęta. W sumie jednak chyba nie będę do tej płyty wracał.
I jeszcze Harry Connick, Jr. - Star Turtle - o, i to dla mnie idealna muzyka samochodowa. Gdzieś tam wywodząca się z jazzu, acz znacznie bardziej piosenkowa, pełna fajnych rytmów, brzmień i wyrasistych refrenów. Connick rządzi dla mnie nie od dziś i każdą kolejną jego płytę (a nie znam nawet ćwierci) witam z radością.
I zostały komiksy.
Najpierw coś po polsku: 5 to liczba doskonała I trzeba przyznać, że słowo “doskonałość” w tytule jest jedynie odrobinkę na wyrost. Świetna fabuła, dobre rysunki (nie w moim klimacie, ale doceniam maestrię), fajne rozwiązania formalne - kawał dobrego, niestandardowego komiksu. W treści pobrzmiewają gdzieś trylogia Scorsese, czy “Sopranos”, ale opowiadając historię o mafii inaczej się nie da. Rzecz w tym, że tu mamy mafię u źródełka, w samych Włoszech i tamte amerykańskie opowieści są raczej punktem wyjścia do fajnych kontrapunktów (świetnie to zresztą zademonstrowano w rozmowię o różnicy pomiędzy komiksami w USA i Włoszech). Emerytowany hitman, który musi jeszcze raz sięgnąć po broń - motyw wyświechtany do bólu, ale tu naprawdę ciekawie rozegrany. Dobry, a przy tym duży i gruby, komiks.
El Diablo - a to już z Vertigo. Wznowienie w TPB miniserii Briana Azzarello z 2001 r. Na lata przed “Loveless” Brian zmierzył się z mrocznym westernem i wyszedł z tej próby zwycięsko. Oto krótka, acz nadzwyczaj mięsista historia spokojnego szeryfa, którego życie może lec w gruzach. I on zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. Bardzo dobre zwroty akcji, zaskakujące elementy mistyczne, kupa trupów z przewagą trupów. Wolumin wart uwagi.
I spora porcja zeszytów:
Batman #673-674 - Morrison podprowadza pod głośno zapowiadaną ostatnio historię “R.I.P.”. Dwa zeszyty o psychodelii Batmana, jego eksperymentach na sobie, eksperymentach policji na sobie i wzajemnych kłamstwach. Dobre i mocno niestereotypowe.
Detective Comics #841-843 - Paul Dini powoli, acz konsekwentnie odbudowuje całą galerię batmanowych uberwrogów: Szalony Kapelusznik, Brzuchomówca, Pingwin. Wszystko pięknie i konsekwentnie się rozwija a równocześnie składa z pojedyńczych, całkowicie autonomicznych fabułek. Numer 842 to gościnnie scenariusz Milligana, który jest niezły (o średniowiecznej przeklętej misiurce - czy jak to się tam nazywa), ale kudy mu do poziomu Diniego. A i jeszcze, ciekawe, Dini powoli acz uparcie zbliża do siebie Bruce’a i Zatannę. Ciekawe czy coś z tego w końcu będzie? I co na to Morrison?
Wonder Girl #5-6 (z 6) Dokończenie miniserii o nastolatce, sidekicku Wonder Woman. Jest tu oczywiście mnóstwo nastoletnich superbohaterów i superzłoczyńców. Do tego wiaderko postaci mitologicznych (fajnie móc na bieżąco porównać marvelowską i DC-owską wersję Herkulesa. I Marvel wygrywa) i oczywiście sama Wonder Woman. Miałem to tylko przejrzeć, ale wciągnąłem się i przeczytałem od strzału. A to już z mojej perspektywy spora rekomendacja.
Green Lantern Corps #20-22 i Green Lantern #27-28 - próbuje wciągnąć się w bieżace historie z Green Lanternami. Johns i Tomasi mocno przemeblowują kosmiczne uniwersum DC (nowe rasy, nowe prawa itp) i trzeba przyznać, że jak nie przepadam za komiksami rozgrywającymi się w przestrzeniach międzygwiezdnych i pełnych dziwnych stworzeń to to podoba mi się coraz bardziej. Pomysł kolejnych innokolorowych Lanternów jest genialny w swej prostocie i świetnie realizowany. I tyle na dziś, bo jakoś się straszliwie rozpisałem.

trzy i trzy

May 23rd, 2008

To i dziś na początek mały fragment “Przygód młodego Huberta”. Mój czteroletni syn bawił ostatnio na placu zabaw, gdzie natrafił na kilku ośmiolatków.
“Cześć mały!” - usłyszał.
Przyjął bojową postawę (jedna noga do przodu, lekko ugięte kolana) i odpowiedział:
“Może i jestem mały, ale Ty za to na pewno nie wiesz ile to jest trzy i trzy!”
Ja tymczasem jestem po wczorajszym maratonie Warszawa - Brzesko - Warszawa. Nie licząc godzinnej docelowej wizyty w Brzeskim szpitalu i dwugodzinnej przerwy w Krakowie zajęło to 13,5 h. I muszę przyznać, że chyba od lat nie spędziłem tyle czasu z moją żoną ciurkiem i bez dzieci.
Oczywiście bliskość małżeńska nie przeszkodziła mi we wchłonięciu w podróży całej książki: Elizabeth Moon - Walka z wrogiem. Trzeci tom spaceoperowej “Wojny Vattów” wyprzedził w ten sposób inną książkę Moon, którą zacząłem wcześniej i już prawie skończyłem. Ale o niej jak skończę w jednym z najbliższych wpisów - teraz o Vattach. Uwielbiam pisarstwo Moon za to, że w jej gwiezdnych wojnach liczą się detale i drobiazgi. Trochę jak w powieściach Clancy’ego, gdzie przez 20 stron wciągasz czysto techniczny opis uzbrojenia łodzi podwodnej i wciąga Cię on bez reszty. U Moon statki kosmiczne muszą zajmować się handlem, kończy im się tlen, uzupełniają wyczerpaną amunicję (zarówno po bitwach, jak i po ćwiczeniach). W tej fascynującej codzienności gdzieś trwają konflikty zbrojne, zdarzają się bitwy czy zamachy, ale często tak wręcz mimochodem, na skraju uwagi. W której powieści czarny charakter ginie w efekcie procesu sądowego, którym sam próbował zdyskredytować bohaterkę, a nie w ramach jej akcji? I jeszcze zbzikowana stara ciotka, która okazuje się ukrytym geniuszem taktyki i szefem rodzinnych tajnych służb (ostre stare ciotki to patrząc po innych powieściach Moon jej stały pomysł fabularny). W sumie - Moon uparcie jest jedną z moich ulubionych autorek, a takie mięsiste, detaliczne i wiarygodne pisanie o codzienności w innych światach to coś co uwielbiam.
Na DVD Opactwo Northanger - najnowsza, standardowa do bólu i prosta do przesady telewizyjna adaptacja powieści Jane Austen. Anglicy pasjami ekranizują jej prozę co kilka lat i oto przyszedł czas na nową wersję “Opactwa”. Obejrzałem jak szkolnego bryka i już w zasadzie nic prawie nie pamiętam. Dla fanów.
Przyjaciele 5/5-24. No, jestem nałogiem, jestem. Jak mam - nie potrafię się powstrzymać. I obejrzałem jak leci: jak powoli wszyscy dowiadują się o związku Moniki i Chandlera, jak świat nie dojrzał do nowej torby Joey’a, jak Phoebe zaczyna i kończy chodzić z gliniarzem (świetny Rapaport), jak Ross cudnie nie umie flirtować i wreszcie jak wszyscy wybierają się do Vegas. Co tam będę się powtarzał - uwielbiam. I przede mną sezon 6 - ten z Bruce’m Willisem.
I jeszcze komiks -Fight for Tomorrow TPB. Na fali popularności scenarzysty Briana Wooda (aktualnie: “DMZ” i “Northlanders”) Vertigo zdecydowało się wydać w TPB jego wczesną miniserią sprzed 5 lat. Rysował to weteran Denys Cowan, a tuszował Kent Williams, więc jest momentami na czym oko zawiesić. Fabularnie - odpowiednik miejskiego kina kopanego klasy B. Oto Cedric chce się zemścić i odzyskać swą dziewczynę, a by to zrobić musi pobić wielu złych ludzi. A umie, bo przez lata ci źli ludzie szkolili go do walk za pieniądze, po tym jak porwali go, gdy był dziecięciem. Teraz też porywają i szkolą, więc Cedric wyświadcza tylko światu przysługę. Ot, każdy z dobrych scenarzystów ma jakieś juwenilia - Wood ma takie. Widać, że wtedy jeszcze bardziej kręciło go robienie okładek dla innych, a scenariusze se dłubał na boku. A trochę i w nosie.

nie wie wszystkiego

May 20th, 2008

Dziś kolejna porcja tekstów mojego dziedzica:
1) Przy obiedzie nie wiedzieć czemu junior zaczyna skandować dość obraźliwy dla starszej siosty tekst:
“Maja jest głupia! Maja jest głupia!”
Przerywam mu i strofuje, że to nieładnie i nie chcę więcej słyszeć takiego określenia. Na to junior bez chwili zastanowienia:
“Maja nie wie wszystkiego! Maja nie wie wszystkiego!”
2) Dzisiejsze starcie: Dostał ode mnie nowe DVD - “Dobranockowy ogród - Psoty Upsy Daisy”. Coś w klimacie “Teletubisiów” tylko świeższe. Hubert od razu się wciągnął. Obejrzał całość i zażądał powtórki. Odmówiłem. Ponowił żądanie. Ponownie odmówiłem. Na to on:
“Jak jeszcze raz tak powiesz, to ja powiem mamie, żeby kupiła nowego ojca!”
(przypominam, że mamy do czynienia z niespełna czterolatkiem)
Odpowiedziałem tym samym, że w takim razie ja soie pójdę do sklepu i kupię sobie nowego synka.
Zamilkł.
Kilka godzin później musieliśmy po coś podjechać do Galerii Mokotów. A młody w garażu zorientował się, gdzie jedziemy i wpadł w lekką panikę:
“Ale nie jedźmy! Nie kupujcie nowego synka. Ty jesteś Śmiałkowski, mama jest Śmiałkowska, Maja jest Śmiałkowska, ja jestem Śmiałkowski. Pasuję do Was!”
Na razie mnie przekonał…
Tymczasem zabawa w cykle filmowe w komentarzach do jednego z poprzednich wpisów trwa w najlepsze i przekroczono już sto ogniw. Muszę przyznać, że nie sądziłem, że uda się zabrnąć tak daleko.
Na Onecie - jakoś z opóźnieniem ale wciąż - pojawiają się nasze wideorecenzje. Oto trzy kolejne: “Co się zdarzyło w Las Vegas“, “Sierociniec“, “W dolinie Elah“.
A tymczasem wchłaniam:
W telewizorze próbowałem zmierzyć się z AXN-owymi serialami. Tym razem jednak już zupełnie padłem podczas telewizyjnych przygód Sarah Connor. Serialowego “Terminatora” obejrzę sobie chyba jednak za jakiś czas w całości na DVD. Podczas północnych seansów jestem zbyt zmęczony, by nie przysypiać - wczoraj odpadłem po kwadransie.
Za to znacznie lepiej mi poszło dziś z Lost 4/7. Niby kolejny odcinek bez większego wpływu na główną akcję, ale trzeba docenić konstrukcję. Jest prosta, skuteczna i wykorzystująca w pełni potencjał formuły serialu. Tym razem rzecz o skośnookiej parze, a wymieszanie teraźniejszości, flashbacków i flashforwardów pozwala umiejętnie doprowadzić do zaskakującego finału. Zwykle tego typu zabawy odbywają się dzięki przesunięciom w przestrzeni - jak chociażby wzorcowo przeprowadzona scena pod koniec “Milczenia owiec”. W “Lost” można bawić się czasem. I twórcy bawią się naprawdę umiejętnie. Dobry odcinek.
Na DVD zaś Sześć stóp pod ziemią 3/10. Cóż, sezon powoli zmierza do końca, więc pewne związki muszą się zacząć załamywać, inne naprawiać, wyjaśniać, czy wpadać w tarapaty. Coś się dzieje i w powiązaniu ze świetnym ogólnym klimatem serialu daje to jak zwykle bardzo dobry efekt.
Wyprawa do Krakowa miała choć jeden optymistyczny efekt - Przyjaciele 5/1-4. Udało mi się tam ustrzelić piąty sezon “Przyjaciół” i przystąpiłem do konsumpcji. Tym chętniej, że to jeden z moich absolutnie ulubionych motywów serialu - skrywane przed resztą poczatki związku Moniki i Chandlera. Zawsze jemu kibicowałem najbardziej, więc sytuacja, gdy wreszcie zszedł się z kimś na stałe i jeszcze stał się demonem seksu bardzo optymistycznie mnie nastraja. Do tego kupa świetnych dowcipów (z przewagą dowcipów) i absolutnie mistrzowski jubileuszowy setny odcinek w którym Phoebe rodzi trojaczki a równolegle w innej szpitalnej sali Joey rodzi kamienie nerkowe. Pięknie wymyślona równowaga sekwencji. Siła tego serialu jest też w tym, że przez dziesięć sezonów, 238 odcinków nikt z podstawowej szóstki ani na chwilę nie znika. W każdym odcinku są w komplecie, każdy ma jakiś swój wątek, pomysł, opowieść, sekwencję. Nie ma żadnych obsadowych zmian, czy rewolucji. To przyzwyczaja widzów do serialu i pozwala cieszyć się nim przy każdej okazji równie mocno.
I jeszcze komiksy:
Lucyfer - Dzieci i potwory Egmontowska premiera sprzed miesiąca, która trochę czekała w kolejce, ale jak już trafiła na szczyt kupki to wchłonąłem ją za jednym posiedzeniem (ponad 200 stron). Carey jest idealnym scenarzystą do czegoś takiego - bawi się mitologiami równie dobrze, jeśli nie lepiej od Gaimana, a jego wizja tytułowej postaci - nadnaturalnego szachowego mistrza, który przewiduje ruchy przeciwników (bogów, demonów i aniołów, o ludziach szkoda wspominać) mocno do przodu i bez problemu radzi sobie z każdym zagrożeniem - jest podprowadzona naprawdę świetnie. Lucyfer robi co chce - zabija bez skrupułów, wykorzystuje, czasem niechcący wyjdzie mu coś dobrego, ale to naprawdę niechcący i tylko dlatego, że pasuje to do jego dalekosiężnych planów. Świetna seria.
303 TPB Jeszcze jeden tom z wydawnictwa Avatar autorstwa Ennisa i Burrowsa. Niedawno czytałem ich późniejszą opowieść o Antychryście (”Chronicles of Wormwood”), ale to “303″ było ich pierwszą wspólną serią. Tytuł pochodzi od kalibru broni (nic wspólnego z polskim dywizjonem z Bitwy o Anglię) - to opowieść o rosyjskim pułkowniku Specnazu, który najpierw walczy z Anglikami i Amerykanami w Afganistanie, a potem wyrusza samotnie do USA, by dokończyć misję. To trochę taki “Rambo” na odwrót z elementami “Punishera” i Eastwooda. Widać tu Ennisowe fascynacje wojną, które rozkręcił w “War Stories”, widać podobne motywy co w jego “Pielgrzymie” i “Punisherze”. To, dlaczego ten tom sam w sobie jest godny uwagi, to świetne wprowadzanie i wyprowadanie postaci drugoplanowych - innych twardzieli, których główny bohater spotyka na swojej drodze. Choćby dlatego - warto.

Polecam Mutha!

May 19th, 2008

I znowu nie napisałem nic w niedzielę, czyli nie było cd. listy moich ulubionych aktorów i aktorek. Tym razem dlatego, że musiałem być w poniedziałek rano w Krakowie i pojechałem tam ostatnim niedzielnym pociągiem. Ale ten cd. w końcu nastanie obiecuję. A teraz wszystko przez Kraków. Żeby było zabawniej wszystko wskazuje na to, że w tym tygodniu muszę tam pojechać jeszcze dwa razy, acz za każdym razem z zupełnie innego powodu (jakby to było pocieszające…) Przy moim coraz większym uwielbieniu stacjonarnego trybu życia takie wyprawy to naprawdę wrzód na tyłku.
Choć pzynajmniej w pociągu mogłem sobie poczytać - wciągnąłem ponad pół świetnej powieści Elizabeth Moon. Ale o niej jak skończę.
Tymczasem skończyłem inną książkę: Jeff Lindsay - Demony Dobrego Dextera - powieść-monolog “dobrego” seryjnego mordercy. To właśnie na podstawie tej książki powstał serial “Dexter” (przynajmniej pierwszy sezon). Rzecz początkowo potraktowałem z dystansem, ale szybko się wkręciłem w opowieść i trzeba przyznać, że zarówno pomysł, jak i wykonanie są przednie. Idea dobrze wychowanego chłopca z inklinacjami do sadystycznego zadawania śmierci już sama w sobie jest rewelacyjna, a cała konstrukcja fabuły choć początkowo sprawia wrażenie przekombinowanej w puencie jednak się sprawdza. W dużej mierze dzięki zwięzłości fabuły. Bo to stosunkowo krótka powieść.
Tymczasem serial… No właśnie Obejrzałem kolejny odcinek Dexter 1/4 i znając już powieść widzę jak straszliwie dmuchany jest ten serial. Tak naprawdę literackiej fabuły starczyło by na trzyodcinkowy miniserial. I wtedy rzecz by była genialna. A tak poszerza się postacie na boki, dodaje nowe wątki, kolejne permutacje fabuły - w efekcie rzecz nie jest już oczywiście tak cudnie zwarta jak oryginał. A dodawanie kolejnych klocków (nawet niegorszych) powoduje jednak zaburzenie czystości konstrukcji i wrażenie przekombinowania fabularnego narasta i narasta…
Sześć stóp pod ziemią 3/9 - brnę dalej w ten serial i dobrze mi z tym. Tym razem rzecz z jednej strony w kobiecie z depresją, która popełnia samobójstwo (co dość mocno trafia w bohaterów - zaczynają się zastanawiać, czy nie wpędzają swych partnerek w zbyt głębokie doły), z drugiej w wystawie nowoczesnej sztuki i jej konsekwencjach (seks & drugs & art).
Mały domek na prerii 1/5-6 A w rodzinnym oglądaniu serialu o codziennym życiu biednej rodziny na Dzikim Zachodzie tym razem pierwsza miłość pierwszoklasistki (o, jakże odcinek na czasie) i sympatyczna starsza pani, która fake’uje własną śmierć, by ściągnąć na pogrzeb swe dawno nie widziane dzieci. Bardzo życiowe.
Komiksy: Countdown #12-4 - i dalej ciągnę cotygodniową serię DC, acz bardziej z poczucia obowiązku. Trochę tego jednak za dużo i za bardzo na boki. Seria na długo utknęła w Akopolips, potem bohaterowie poskakali po różnych światach równoległych (acz jakoś mniej ciekawie niż zwykle) i wreszcie lądują w domu. I dopiero teraz (zeszyt #4) robi się ciekawiej gdy wreszcie Mary Marvel goes black!
I jeszcze obiecane coś z pogranicza komiksu i literatury dla dzieci: Jon J Muth - Zdumiewające opowieści pandy. Druga już po polsku opowieść graficzna dla młodszych spod piór(k)a Mutha. Za pierwszym razem było na motywach Tołstoja, tym razem facet poszedł z zen (zresztą polski tytuł jest dość zabawną wariacją na oryginalne “Zen shorts”). Wyszła piękna, leciutka, klimatyczna opowiastka o przyjaźni trójki dzieci i wielkiej pandy, która każdemu z nich opowiada właściwą przypowieść zen. Przypowieści są treściwsze i monochromatycznie wschodnie w klimacie plastycznym, a główna narracja to piękne całostronicowe malowane plansze (jak to Muth potrafi) z pojedyńczymi wersami tekstu na stronę. Piękne, idealne dla kilkulatków i bardzo sympatycznie wydane - twarda oprawa, obwoluta. Tylko polecać, bo rzecz bardzo świeżutka (premiera na zeszłoweekendowych targach w Warszawie).

bezpośrednio: kamil@slowem.pl