zalej głości
April 28th, 2008
Nie mam pojęcia o co mi chodziło w tej zabawie literkami w tytule. Ja naprawdę nie mam czasami pojęcia o co mi chodzi. Ot, coś tak mi się wympska i tyle. Tak sobie coś piszę i patrzę co będzie dalej. Ostatnio napisałem tak kilka treatmentów na zamówienie. Do horrorów i lekkiej fantastyki młodzieżowej. I nie wiem, jak to jest u innych, ale zauważyłem, że moja technika wymyślania fabuł jest jednak liniowa. Wymyślam jakieś postacie, jakieś otwarcie i nie mam pojęcia w którą stronę rzecz pójdzie. Oni zaczynają już sami reagować na sytuację, na wyzwania, na przeszkody. Czasem mam pojęcie jak rzecz się skończy, a czasem tylko lekkie przeświadczenie (bywa, że mylne) kto powinien przeżyć. I piszę. I ostatnio trochę takich różnych rzeczy napisałem - oczywiście nie tyle i z pewnością nie za takie pieniądze jak J. Michael Straczynski, ale wszystko jeszcze przede mną.
A dziś ciut o zaległościach.
Przez przerwy i luki przeskoczyło mi kilka niedziel i opis moich ulubionych aktorów i aktorek utknął po pierwszej porcji (na A). No to mimo, że niedziela minęła wczoraj, dziś w ramach zaległości kolejna chronologicznie piątka moich ulubieńców:
Maria Bello - uwielbiam. Ot, pani starsza ode mnie, która ma w sobie więcej energii, urody, erotyzmu i blasku niż większość ekranowych dwudziestolatek. Podobała mi się już w serialach: “Pan i Pani Smith”, “Ostry dyżur”. Potem na drugim planie w “Wygranych marzeniach” samym swoim uśmiechem załatwiała młodsze koleżaneczki, i wreszcie przyszły dwa filmy genialne - “Cooler” i “Historia Przemocy”. Teraz przede wszystkim grywa sympatyczne niezobowiązujące drugie plany, a ja już czekam na nową, trzecią “Mumię”, gdzie przejęła po Rachel Weisz główną rolę żeńską.
Belmondo Jean-Paul. Mam od dziecka do niego słabość i nic nie poradzę. Francuskie sensacje (z lekką komediową nutą) jakie powstawały hurtem w latach siedemdziesiątych niedawno zaczęły wychodzić na DVD i dalej są rewelacyjne.
Belushi John Jasne, że spora część jego legendy jest (zupełnie jak u Deana) kwestią młodej śmierci. Ale te kilka filmów, które nakręcił - “Menażeria”, “Blues Brothers”, “1941″, “Sąsiedzi” - to dla mnie mistrzostwo świata. Dlatego cieszę się jak głupi, że wreszcie zaczęto wydawać chronologicznie kolejne sezony “Saturday Night Live”. Wszystkie sobie nabędę, ale te cztery, gdy Belushi był w podstawowym składzie, oglądać będę z pewnością nie raz. I nic nie ma do rzeczy, że strasznie przypomina mojego wychowawcę z liceum…
Halle Berry - i kolejna pani z mojej top listy. Jej popularność tak naprawdę zaczęła się w na przełowie wieków po “X-Menach”, “Kodzie dostępu”, Bondzie i oskarowym “Monster’s Ball”, ale ja jestem jej wielkim fanem prawie dekadę dłużej. Wypatrzyłem ją sobie w 1991 r. w jednym z moich ulubionych filmów wszechczasów - “Ostatnim Scoucie” Tony’ego Scotta. Co prawda jest tam tylko w otwarciu i ginie rozstrzelana (a Bruce Willis nie zdąża jej uratować), ale chwilę później utrwaliłem ją sobie w “Boomerangu” z Eddie Murphy’m i już mi tak została w prywatnej ekstraklasie.
Bohosiewicz Sonia - koleżanka. Moja. To nie będę za dużo chwalił, bo jeszcze kiedyś przeczyta i się zawstydzę. Ale widziałem ją w filmie i w serialu i było świetnie. A że wcześniej widziałem ją też w teatrze i mnóstwo razy w kabarecie to dokładnie wiem, na co ją stać. I wiem, że jeszcze nie raz mnie zachwyci. I już się cieszę.
CDN
A ja tymczasem zajmę się jeszcze równie sporą zaległością. Konkurs był kilka wpisów temu. Tu. Przez jakiś czas komentowałem propozycje na bieżąco (chodziło o seriale, jakie warto obejrzeć), ale teraz czas na finał. Tym milej, że pod koniec pojawiło się parę naprawdę ciekawych propozycji - tytułów, które ledwie obiły mi się o uszy, albo wręcz w ogóle ich nie znałem (a to - nieskromnie stwierdzę - niełatwe). Oto wyniki:
Miejsce 3 - wyróżnienie honorowe - Radek za “Berlin, Berlin” - zajrzę przy okazji.
Miejsce 2 - nagroda lokalna - Karolkonw za “Eurekę” - zajrzę z pewnością. Ale o tym gdzieś coś słyszałem więc nagroda warunkowa. Konewka dostanie ode mnie dowolne DVD z mojej sterty dubletów, acz pod warunkiem, że się przytoczy z Krakowa i sam sobie wybierze na miejscu.
Miejsce 1 - DVD z dostawą do domu - sick za “Day Break” - już wpisałem na listę poszukiwanych; w życiu o tym nie słyszałem i chcę obejrzeć. Na maila poproszę adres do nagrody. Mam tam jakieś zaległe, więc pewnie niedługo wyślę hurtem.
A na koniec przechodząc do wchłaniania:
Przede wszystkim książka Dan Simmons - Hyperion. Cóż mogę rzec. Lepiej późno niż wcale. Zdaję sobie sprawę, że zachwyt nad tym tomem trwa od dekad, ale ja przeczytałem dopiero teraz i dołączam do chóru w ekstazie. To wielkie jest. A sam Simmons jeszcze większy. Facet ma równie niezmierzoną i bujną wyobraźnie w kreowaniu światów, postaci i historii co nasz Dukaj, a może i większą. Rozpoczynam szeroko zakrojone poszukiwania innych książek Simmonsa - w tej chwili czytam równolegle dwie - chcę przeczytać wszystko. I oczywiście polecam jak głupi!
A na DVD dalej Przyjaciele 2/16-24 i 3/1. Oglądam i parskam. I dalej oglądam. I dalej parskam. Świetna zabawa.
przy sobocie o komiksach
April 26th, 2008
Mam wolną godzinkę, więc pora dalej odgruzowywać zaległości czytelnicze.
Najpierw tylko zauważę w celach archiwalnych trzy kolejne wideorecenzje: “Sen Kasandry“, “Sztuka masażu“, “Meduzy“.
A teraz już do zaległych komiksów:
Titeuf - Cud narodzin - już myślałem, że Egmontowa seria wydawnicza “Klub Kawalarzy” padła, a tu taka sympatyczna niespodzianka. Następny Titeuf. Bardzo, bardzo lubię tę serię. A w tym albumie jest jeszcze dodatkowa atrakcja - Titeufowi rodzi się młodsze rodzeństwo. Jego przygotowania i późniejsze doświadczenia z małą siostrzyczką wprowadzają tego bohatera na nowy (nie żeby dojrzalszy, ale jeszcze śmieszniejszy) poziom. No i dodatkowo dzięki wprowadzeniu siostrzyczki do tony radosnych dowcipów o seksualności widzianej z poziomiu dzieciaka, dochodzi równie dużo żartów o kupach i wymiotach. A przecież od lat wiadomo, że to najlepsze i nigdy nie chybiające żarty. Tak, że Zep jak zwykle rządzi. I ponoć ma być kolejny tom w sierpniu. Już czekam.
Ultimate Power HC Ładny grubasek z Marvela w którym dochodzi do crossoveru dwóch bocznych alternatywnych uniwersów tego wydawnictwa. Świata Ultimate i świata “Supreme Power” stworzonego w tej wersji kilka lat temu przez Straczynskiego. Tym razem Ultimate Mr Fantastic wysyłając sondy do innych wrzechświatów niechcący omal nie niszczy świata SP. W rewanżu superbohaterowie z tego świata wpadają do Ultimate’ów, by złapać Fantastica i oddać go u siebie pod sąd. Oczywiście wszyscy bohaterowie Ultimate bronią swojego, a gdy go tracą jadą do świata SP z rewizytą. I jeszcze bardziej oczywiście, okazuje się w finale, że za całym złem stoi ktoś zupełnie inny, a dokładnie dwóch ktosiów z obu światów. Prosta historyjka, ale niezłe dialogi, proste, acz wyraziste zwroty akcji i całość nie dość, że dobrze narysowana przez Landa to jeszcze spod pióra trzech świetnych scenarzystów. Zaczyna bowiem Bendis, potem rzecz przejmuje Straczynski, a ostatnią 1/3 napisał Loeb. Rzecz zdecydowania dla fanów crossoverów i lubiących po kilkadziesiąt postaci w jednym komiksie. Czyli dla mnie.
Fallen Angel - Heroine Addiction TPB - czwarty tom Petera Davida dla dorosłych. I tu też zacny gościnny występ - She, japońskawa bohaterka Billy’ego Tucci. Panie spotykają się w zupełnie niezłej trzyczęściowej fabule w krainie zmarłych. A potem jeszcze dwa zeszyty o nadużywaniu narkotyków i władzy. David świetnie udowadnia, że równie mocno jak czuje się w mainstreemowym komiksie potrafi też robić na boki. Z jednej strony komiksy dla milusińskich, z drugiej właśnie takie jak “Fallen Angel” rzeczy dla dorosłych. Treści podane są tu ostrzej, dobitniej, bezkompromisowiej. No i prawie w każdym zeszycie jakaś pani się atrakcyjnie obnaża. To się nazywa scenarzysta!
Freddy vs Jason vs Ash #6 (z 6) Zamknięcie serii, która we wszystkich dotychczasowych odsłonach bardzo mi się podobała. Ale niestety oto klasyczny przykład syndromu Mastertona - twórcy horrorów, który tak ładnie podkręcał w trakcie, że później nie był w stanie wymyśleć finału, który by dorównał jakością reszcie. Tak niestety jest i tu. Katz i Kuhoric nie wytrwali do finału. Szkoda. Acz seria i tak godna polecenia.
Angel - After the Fall #5 - i ostatni zeszyt z tegomiesięcznej kupki. I również dokończenie - pierwszej sagi z komiksowego szóstego sezonu Angela. Oczywiście nic się nie wyjaśnia i rzecz kończy się wielki cliffhangerem (jak to u Whedona). Ten nie oszczędza swoich bohaterów, ani odbiorcom nie żałuje ostrych zwrotów akcji. Absolutna lektura obowiązkowa dla fanów serialu.
Dziś w ogóle będzie dużo rozwinięć różnych filmów i seriali. Bo oto teraz komiksy spod znaku “24″. Trzy tytuły: 24 - Stories - pierwsza opowieść dzieje się pomiędzy drugim a trzecim sezonem, w czasie gdy Bauer zdobywał zaufanie Salazara. Rzecz wygląda jak podmalowane fotografie i opowiada o tym jak Salazar wysyła Bauera przez granicę i ten władowuje się w aferę, gdy hotel w którym ma się z kimś spotkać zostaje opanowany przez czeczeńskich separatystów, którzy porwali właśnie amerykańskiego sekretarza stamu i rosyjskiego ministra spraw zagranicznych. Dużo się dzieje, wręcz za dużo jak na 48 stron. Bo w efekcie mamy za duże dziury, przeskoki, skróty myślowe i całość nie wchodzi jakoś specjalnie sympatycznie. Szkoda. 24 - Nightfall TPB tym razem zbiorcze wydanie miniserii, która jest prequelem do całego serialu. 2 lata przed pierwszym sezonem Bauer leci na misję do Kosowa. Misję, którą zatwierdził Palmer i która de facto ściągnie im na łby wydarzenia z pierwszego sezonu. Rzecz przyzwoicie opowiedziana, przemyślana i dopasowana - ot, taki retcon niezłej klasy, w którym wykorzystano nawet wydarzenia i postacie znane dopiero z 5 sezonu. Dobra, rzemieślnicza robota, acz bez rewelacji. I najnowszy 24 - Cold Warriors - paradoksalnie najlepszy, choć nie osadzony specjalnie w serialu. Ot, nie wiedzieć kiedy, Jack i Chloe wyruszają na misję na Alaskę. Tam Bauer spotyka starych przyjaciół, starych wrogów - dobrze oddany klimat serialu i zasady w nim panujące. Bauer też swoim zachowaniem, swoją postawą, tekstami najbardziej w tym właśnie komiksie przypomina tego serialowego. Beau Smith okazał sie lepszym podrabiaczem nastroju cyklu niż piszący wcześniejsze komiksy duet Vaughn i Haynes.
Justice League of America - The Lightning Saga HC - druga saga nowego JLA to Meltzer w świetnej formie. Tym bardziej, że w tytułowej sadze wspomaga go sam Geoff Johns. A wspomaga ponieważ opowieść ta to crossover pomiędzy JLA i JSA. 3 zeszyty jednej serii, 2 drugiej i opowieść o tym, jak w naszych czasach pojawia się supergrupa z przyszłości (zza tysiąca lat) - Legion of Super-Heroes. Mamy więc współczesnym superbohaterów, oraz tych z przeszłości i przyszłości. Idea niczego sobie. A realizacja? Wręcz wzorcowa. Mimo dziesiątków bohaterów scenarzyści nie tracą z oczu głównej linii akcji, potrafią kilkoma kreskami scharakteryzować każdą prawię postać, nieźle ich zestawiać i nazwajem podkręcać. Do tego dobry zapadający w pamięć finał i to równocześnie niezamknięty. A to już sztuka. A to nie wszystko w tym tomie. Bo są jeszcze trzy zeszyty JLA. #0 - świetny, wyrazisty i zapadający w pamięć, z mnóstwem pomysłów na przyszłość i #11-12. Jak ten drugi jest po prostu dobry, to numer 11 jest wręcz wyśmienity. Tym razem scenariusz Meltzera namalował Gene Ha. Namalował świetnie, a i materiał miał przedni. Oto Red Arrow i Tigra przygnieceni budynkiem, który wpadł do rzeki powoli toną. Ale nie poddają się i walczą o życie. Tym razem po prostu swoje życie. I jest ciężko, bardzo ciężko, bo ich zdolności na niewiele się w takiej sytuacji przydają. I tyle - nic więcej w całym zeszycie. Świetne dialogi, przede wszystkim świetny pomysł, rewelacyjny klimat (w dużej mierze też dzięki rysunkom). Rzecz zresztą znajduje się wśród 5 nominowanych tytułów do tegorocznej nagrody Eisnera w kategorii najlepszy pojedyńczy zeszyt (finał podczas Comi-Conu latem w San Diego).
Słynni polscy olimpijczycy - Hubert Wagner A, kupiłem sobie pierwszy zeszyt komiksowej serii wykreowanej przez Gazetę Wyborczą. Bo sama idea słuszna. Ale czy się przyjmie? Nie mam pojęcia. Rzecz jest po prostu średnio zrealizowanym rzemieślniczym mainstreemem. I cieszę się, że coraz więcej pojawia się go w Polsce. Acz moim prywatnym zdaniem, to tak o 20 lat za późno. Dziś (w czasach interaktywności, konsol i internetu) komiks jest już dziedziną retro. Nie ma więc co iść w mainstreem dla mas, bo te masy nie wybiorą już komiksu. Dziś znacznie lepiej sprzedają się rzeczy niszowe, skierowane do konkretnych mniejszych grup odbiorców. Tu niby też chodzi o nisze - fanów sportu, ale kto ma to kupić? Jak ktoś chce się czegoś dowiedzieć o “słynnych polskich olimpijczykach” sięgnie do Wikipedii. Jak chce popkulturowo poobcować ze sportem - odpali se FIFA w kompie i będzie zadowolony. A seria komiksów? Wątpię. Ale obym się mylił. A sam komiks? Scenariusz dość pobieżny i trochę na kolanie, rysunki Klimka miejscami równie, albo i bardziej pośpieszne. W sumie rzecz też tak wykreowana, że nie do końca wiadomo do jakiej grupy wiekowej. Nie jestem przekonany, nie jestem też jakoś nad wyraz rozczarowany. Ot, średniej wody standard twórczy. Następne tomy raczej sobie podaruję (w sensie, że nie kupię) chyba, że podczas przekartkowywania w EMPIKu coś mnie urzeknie. Już wiem, że nr 2 - Małysz mnie nie urzekł.
Chronicles of Wormwood TPB - to właśnie ten komiks o którym pisałem niedawno, że zakochałem się w jego określeniu Nowego Jorku. Ennis bywa genialny i w momencie napisania tego tekstu był. W pozostałej części tej historii Antychrysta, który ma gdzieś swojego ojca Szatana i swoją misję na Ziemi, bywa różnie. Niektóre pomysły (perwersyjny Papież) są ciut (nawet dla mnie) poza granicą dobrego smaku, inne np: Chrystus, który też akurat jest za Ziemi, ale podobnie jak Antychryst dał se spokój z wypełnianiem zaleceń Taty i stara się po prostu żyć (choć odkąd podczas antywojennej manifestacji dostał policyjną tarczą w głowę niewiele kojarzy i raczej niewielu słów używa - nie ma to jak porządne uszkodzenie mózgu), wypadają ciekawie. Do tego Dziwka Babilońska, Judasz, Joanna D’Arc, czy gadający królik. I jeszcze barman, który wkurzył Antychrysta i odtąd mu się nos z penisem na miejsca zamieniły. Ot, po prostu Garth Ennis i jego “zabawne” pomysły. Całość narysował Jacen Burrows w sposób sympatyczny i przekonujący - urzekła mnie jego wizja piekła i rodzajów pokut, jakie czekają tam ludzi. Acz tu nie będę spojlerował - zobaczcie sami. Powiem tylko, że nie znajdziesz tam muzułmańskich zamachowców-samobójców. Ci są w niebie z obiecanymi 72 dziewicami na głowę. I nie nadążają ze zmianą im pieluch, bo wszystkie dziewice są zdecydowanie poniżej pierwszego roku życia.
Na dobitkę Ennis napisał jeszcze one-shota CHronicles of Wormwood - The Last Enemy Też go od razu z rozpędu przeczytałem. Tym razem rysował Rob Steen, a Danny Wormwood (czy pisałem, że tak się nazywa Antychryst?) mierzy się tu z tytułowym ostatnim wrogiem - Watykanem i nasłanym przez Papieża (tak, tego zboczeńca seksualnego, ale jak mówią między sobą kardynałowie - Kogo mieli wybrać? Alternatywą był tylko murzyn…) Bratem Pierwszym - Morderczym Eunuchem. Dosłownie. I mimo posiadanych przez eunucha ostrzy Megiddo (jedynej broni mogącej zranić Antychrysta) ten jakoś sobie radzi. Dodatek chamskie i brutalne dwuplanszówki, które do Ennisowych scenariuszy narysowali John McCrea i Russ Braun. Prawdziwa jazda po bandzie.
Predator Omnibus vol. 2 Kolejne w zaokrągleniu 350 stron z Predatorami w rolach głównych. W sumie siedem historii - od czterozeszytowych miniserii po ośmioplanszowe drobiazgi. Predatorzy: na pustynii Nowego Meksyku walczą z Indianami i z amerykańska armią, robią porządek w więzieniu w Arizonie i na Manhattanie w latach czterdziestych; w historii “1718″ poznajemy origin starego pistoletu, który pojawia się w filmie “Predator 2″ i wreszcie w zdecydowanie najlepszym komiksie “Invaders from the Fourth Dimension” Predator trafia do Hollywood. W 1959 r. Do kin wtedy trafia właśnie najnowszy pomysł technologiczny - filmy w czwartym wymiarze. I okazuje się, że przez okulary do ich odbioru widać zamaskowanego Predatora. Rozpoczyna się brutalna i zabawna zarazem jatka (jak to w Hollywood). Świetny zeszyt, pamiętam, jak bawił mnie, gdy ukazał się po raz pierwszy przed laty. I do dziś jest dla mnie jednym z najfajnieszych komiksów postfilmowych.
Highlander vol. 1 The Colderst War i vol. 2 Dark Quickening. Najnowsze komiksowe wariacje na “Nieśmiertelnego”. I to z zupełnie sprytnym założeniem. Liczy się pierwszy film, a reszta do kosza. No, jeszcze ew. serial telewizyjny. Ale przede wszystkim to kontynuacja świetnego pierwszego filmu. I to kontynuacja dość odważna. Składająca się na pierwszy tom opowieść o stacjonujących na Syberii wyznawcach Kurgana jest niezła, ale drugi tom jedzie jeszcze dalej. Oto po wchłonięciu esencji Kurgana Connor McLeod zaczyna przejawiać też jego cechy charakteru. Staje się złym, bezwzględnym nieśmiertelnym i to takim, który poluje nawet na swojego kuzyna Duncana McLeoda. Nie przekonało mnie to specjalnie fabularne, ale czyta się dobrze i zachowuje klimat oryginału, co zeszyt pokazując jakieś fajne flashbacki z przeszłego życia nieśmiertelnych. No i rewelacyjny bonus - komplet okładek do serii. A akurat ten wydawca - Dynamite Entertainment bardzo dba o okładki, do każdego numeru przygotowując kilka i to zamawiając je często u mistrzów. Tu mamy więc m.in. Pata Lee, Michaela Avona Oeminga, Tony’ego Harrisa. No i samego Dave’a Dormana!!! Jak on maluje. Czasami kupowałem jakieś pierdoły z Gwiezdnymi Wojnami czy Aliensami tylko dla jego grafik. Uwielbiam!
Battlestar Galactica vol 3 TPB Gdzieś przegapiłem tom 2, ale co tam. Trójka i bez tego się czyta i to świetnie. Greg Pak (ten od “Hulka”) idealnie wczuł się w serial - powtarzam to dziś co chwila jak jakąś mantrę, ale w końcu o to w dziełach wtórnych popkulturowo chodzi - i umieścił swoją historię (3 tpb zawierają zamknięta 12-zeszytową serię) gdzieś w środku 2 sezonu. Pak stworzył naprawdę mocną opowieść o tym jak niewiele różni obie strony konfiktu - tą ludzką i nieludzką. A ponieważ to również, jaki ciut wyżej, wydawnictwo DE to i tu na koniec tomu spora porcja wszystkich wersji okładek do zeszytów.
I zupełnie na koniec ten sam wydawca i prawie ta sama seria Classic Battlestar Galactica - Cylon Apocalypse TPB. To też BG ale ta klasyczna z lat 70. I komiks będący jakby dodatkowym odcinkiem serialu - rozgrywająca się już po telewizyjnym finale kolejna opowieść o poszukiwaniu legendarnej Ziemi i następnym zwarciu ze złymi Cylonami. Tym razem ludzie mają wreszcie przewagę - oto w ich ręce wpada substancja zmieniająca roboty w coś w rodzaju galaretowanych zombie. Bardzo życiowe. I sprawnie skonstruowane - w końcu rzecz wyszła spod ręki Javiera Grillo-Marxuacha, Portorykańczyka, który był producentem serialów “Medium” czy “Lost”, a i z komiksem ma już trochę doświadczeń (kilka kosmicznych mini-serii dla Marvela).
Żeby wpis nie był zupełnie monotematycznokomiksowy dodam, że wciąż męczę serial Przyjaciele 2/7-15. I wciąż bawię się jak głupi. I w zasadzie niewiele więcej mam do powiedzenia.
powrót w siodło
April 23rd, 2008
Mam nadzieję. Koniec przerw i późnowieczornego zmęczenia (oby) i znowu zasiadam do pisania. Dziś wiaderko, żeby tam wiaderko, całe korytko zaległości i jeszcze kilka ogłoszeń bieżących.
Przeskoczyłem dziewięćdziesiąt tysięcy. I to akurat w czasie bezwpisowym. Tym bardziej dziękuję i przepraszam tych, co zaglądali tu licząc na coś świeżego i się zawodzili.
Na Alei Komiksu skończył się plebiscyt na najciekawsze komiksowe rzeczy ostatniego roku. W kategorii blog tym razem znalazłem się tuż za pudłem. Wygrał Śledziu, przed Motywem Drogi i blogiem Kultury Gniewu. Myślę, że zasłużenie. Raz, że sam nie do końca utożsamiam się z czysto komiksowym charakterem mojego bloga, a dwa… zresztą sami się przekonajcie. Linkuję całą pierwszą trójkę, by łatwiej było to zweryfikować.
Na Onecie trzy nowe wideorecenzje z moim udziałem “Nie wszystko złoto, co się świeci“, “Wycieczkowicze” i “Pora mroku“. O tym ostatnim filmie jeszcze poniżej.
Poza tym z dnia na dzień coraz mocniej nakręcam sprężynę do jesiennego kopa, jaki mam zamiar (i to w doborowym towarzystwie) dać w najróżniejszych mediach. Ale o tym z czasem.
Teraz do wchłaniania:
Najpierw obiecane szybkie oceny polskiego kina niezależnego - OFFscary 2008.
Zaczęło się od 5 filmów dokumentalnych. Offowe dokumenty to wielki zapał i zwykle niewiele umiejętności i doświadczenia. Tak też było i tutaj i oczywiście natychmiast wyróżnił się film 52 procent zrobiony przez zawodowców i za porządne pieniądze. No i oczywiście wygrał tę kategorię. W sumie to ten sam problem co w zeszłym roku - obok siebie w konkursie stają uczniowie szkół filmowych i faktycznie offowi zapaleńcy. A my - jurorzy mamy wybrać po jednym najlepszym. No i nic dziwnego, że uczciwie rzecz traktując zwykle wygrywają zawodowcy. Ale miało być o filmach, a nie o jurorowaniu.
Nie panikuj - niezłe. Znacznie lepsze niż ubiegłoroczny film Bodo Koxa, acz wyraźnie widać, że facet walczył o pełny metraż siłom i godnościom osobistom. Mniej więcej cztery razy kończyły mu się pomysły i zaczynał wtedy coś zupełnie innego w innym stylu i nastroju. Więc całość niespójna i to nieudolnie niespójna - zero umiejętności przechodzenia z gatunku do gatunku. Ale muszę przyznać, że kilka scen mnie naprawdę rozbawiło i to w sposób zamierzony przez twórcę. W sumie rzecz warto zobaczyć choćby dla roli Dorocińskiego, który genialnie parodiuję swą kreację z “Pitbulla” i robi to absolutnie rewelacyjnie.
Zazdrość - największa kupa imprezy. Pretesjonalna popierdówka o smutku i żałobie. I trudno stwierdzić, czy gorzej napisana, czy zagrana. Paradoksalnie ktoś nominował ten film właśnie za scenariusz i główną rolę męską. Totalna żenada. I to (jak twierdzą napisy) stworzona na motywach opowiadania Jana Brzechwy. Co im biedny wierszokleta zawinił, że się nim podpierają?
Rzeźnia numer 1 - przyznaję bez bicia: po raz pierwszy w życiu zobaczyłem film reżysera Matwiejczyka. Któregokolwiek. I nie jest źle. Ogląda to się, ma nawet scenariusz, jest nieźle zagrane (Magdalena Kielar - nazwisko do zapamiętania), nieźle pokazane. Nic wielkiego, ale da się obejrzeć.
Kilka prostych słów - zdecydowania najlepszy film imprezy. Oczywiście stworzony przez zawodowców. Opowieść o matce (drobnej przekręciarze) i córce, które uciekając przed kolejnymi wierzycielami trafiają na zadupie, gdzie mieszka jeden z dawnych mężczyzn matki. I zaczyna się bardzo fajna psychodrama. I w świetnym momencie się kończy. W sumie nagroda za rolę matki dla Agaty Kuleszy (brawo!) nagroda za reżyserię i za najlepszy film. W pełni zasłużone. Jak będziecie mieli okazję - zobaczcie, jak się fajnie kręci półgodzinny film.
Ne ma o czym milczeć - gdyby nie filmy zawodowców, pewnie ten film zgarnąłby wiaderko nagród. Tak skończyło się na tej dla najlepszego aktora (Maciej Buchwald). To zresztą też autor scenariusza i reżyser. Film do tego miał fajne, dobrze zakręcone zdjęcia i niezły rytm. Najgorzej jak dla mnie z samym scenariuszem - ot, był taki offowy (w złym tego słowa znaczeniu) i miał nadzwyczaj przewidywalną puentę. Ale w sumie OK.
Wszystko, co najlepsze - nijaka fabułka o dylematach studentki z prowincji. I tyle.
Galerianki - wszyscy się zachwycali dookoła tą fabułką o deprawacji gimnazjalistki przez koleżanki z klasy, które siedzą w galeriach handlowych, a czasem to się tam nawet położą, albo klękną. Mnie to jakoś nie przekonało.
Dziura - jeden pan se kupił program, który pozwala na cuś a’la “Sin City” i sam se nakręcił coś, co miało być zabawną wariacją na tenże efekt wizualny. Ba - niektórzy się nawet nabrali, że to faktycznie zabawna wariacja. Ja nie.
Bywa za późno - prościutka animacja z lekkim sympatycznym klimatem, acz nic co by utkwiło w pamięci.
Trójka do wzięcia - oczywiste, przewidywalne, szkolne straszliwie, ale jakoś mnie wciągnęło. Miniodyseja trójki rodzeństwa próbujących poradzić sobie po stracie matki opowiedziana lekko i z wyczuciem. Ja tam to kupiłem.
Lunatycy i Mistrz świata - dwie drobinki nominowane za zdjęcia, więc ich fabuły są czysto pretekstowe (acz i tak zdążyły być pretensjonalne). Nie dla mnie.
Cold Kenya - ładne, czarnobiałe obrazki opowiadające żenująco drewnianą fabułę. Tak drewnianą, że zęby mnie dotąd bolą. Młody pan o przeroście kasy nad osobowością radzi sobie (coraz słabiej) z rzeczywistością. Bleee.
Latarnik - dobry kabaretowy skecz nakręcony jako dwunastominutowy filmik. Nagrodzony za scenariusz (choć ja głosowałem inaczej, ale to byłby mój drugi wybór). Sprytne, zabawne, dobre dialogi, świetna obsada. I w sumie jedyny z całej stawki film, który miał za cel bawić widzów. A to bardzo zacny cel!
Mila - nadzwyczaj pretensjonalna kupa o umieraniu dziecka na raka. Jakoś uczulony jestem na takie rzeczy (pewnie trochę kwestia życiowych doświadczeń). Tym bardziej uważam, że by brać się za takie tematy trzeba coś potrafić, albo robić to sobie do szuflady i nie żenować wszystkich dookoła.
Porno - nawet wciągająca miniaturka o ostrych zachowaniach dzisiejszej dzieciarni. I o tym, że pierwsza miłość to bardzo pojemny termin.
I już. Tyle obejrzałem. Stwierdzam z przekonaniem, że było znacznie lepiej niż rok temu. Choć nie było czegoś tak spektakularnie dobrego jak “Manna”, ale nie żałuję tych dwóch wieczorów. Acz nie zmienia to faktu, że takie dwa wieczory w roku na polski off to jak dla mnie porcja w sam raz.
Tym bardziej, że z rzeczy kinowych widziałem przez ten czas też filmy produkcji polskiej. Tak się jakoś złożyło.
Po pierwsze Pora mroku. Tak naprawdę widziałem to już jakiś czas temu, acz pokazywaczka poprosiła mnie, bym się publicznie nie wypowiadał na temat. No to się powstrzymałem do premiery. A teraz już mogę powiedzieć, że to bieda jest. Nieźle może i nawet pokazana, ale bieda. Pan scenarzysta jakoś nie wziął pod uwagę, że fabuła powinna mieć jakiś sens i pojechał po czarnych. Co 15 minut opowiada coś innego, a za każdym razem bohaterka ucieka i zaczyna się od nowa, ale inaczej. A to żeby przełożyć zawartość starych mózgów do młodych ciał (bo o to tu z grubsza chodzi), trzeba te młode ciała wymoczyć. Ale uciekły. Więc zapomnijcie o moczeniu, teraz trzeba im otworzyć czaszki. Ale uciekły. Zapomnijcie o czaszkach, teraz trzeba im podłączyć takie grube kable… No żenada. I do tego mimo kilku okazji (przy ognisku, albo po namoczeniu) zero gołych biustów. To, co to za slasher pozahollywoodzki ja się pytam? W Cannes zawsze sobie oglądam kilka jakichś horrorów z Węgier, Finlandii, czy innej Szwecji i biusty zawsze są. A u nas nawet tego nie ma. Wiocha!
Skorumpowani. Chociaż jeśli “Pora mroku” to wiocha, to nie wiem jak nazwać ten film. Gumno? Byliśmy z Mykiem i choć ten się zapiera, że wciąż uważa “Jeszcze raz” za najgorszy film tego roku (tak sobie powiedział po pokazie 2 stycznia i teraz się trzyma dla zasady), to widzę, że robi to nieszczerze. “Skorumpowani” w reż. Jarosława Żamojdy (uroczym rodzimym skrzyżowaniem Eda Wooda i Uwe Bolla) to łajno sezonu. Przede wszystkim strukturalnie, bo to podobny pomysł jak z filmem “Sfora - Bez litości” - czyli wielogodzinny serial telewizyjny upchnięty w niespełna dwugodzinny pokaz filmowy. W związku z tym wątki się nie zaczynają i nie kończą, postacie pojawiają znikąd i znikają na wiele scen. Ale to nie wszystko. Zachwycający się sobą i swoim filmem (w materiałach prasowych) reżyser Żamojda ściągnął do swego dziełka zachodnich speców od kina kopanego (3 liga, ale zawsze), rodzimych zawodowych mistrzów kopania (z ilomaś tam kolorowymi pasami) i nie potrafił ich w żaden sposób pokazać. Myślę, że uważałem przez cały film i nie zauważyłem by choć raz udało się pokazać w jednym ujęciu dwa kolejne ciosy. Żenada straszliwa. Albo zamazane ciemne zbliżenia, albo dalekie plany gdzie widać, że jakby im dać rewolwery to by z tej odległości pewnie spudłowali. A ręką, czy nogą ni cholery się nie sięgną. A zaproszeni wielcy polscy aktorzy (Trela, Englert, Wakuliński) dają ciała - są po prostu tak słabi, wręcz żenujący jak rzadko, bardzo rzadko (pewnie Żamojda kazał im przerysowywać, a ci nie wiedzieć czemu go posłuchali). I kolejna próba kina popularnego w tym kraju poszła do piachu. I niech ktoś to głęboko zakopie, żeby nie cuchnęło.
Futro - no i wreszcie coś akceptowalnego. Historia małomiasteczkowej uczty z okazji Pierwszej Komuni, która przeradza się w totalną obyczajową jatkę. Choć to bardziej teatr telewizji niż kino (niewiele się dzieje, w zasadzie jedna prosta scenografia, rzecz oparta na dialogach i na wzajemnych relacjach postaci). Ale te relacje i te dialogi zupełnie niezłe. Obsada radzi sobie fajnie i dobrana też jest zawodowo. Rzecz trochę się psuję w finale - jakoś brak puenty na poziomie dotychczasowej jakości opowieści. No ale z drugiej strony są momenty…
Tyle kina. Książka. Waldemar Łysiak - Lider. Wiem, wiem. Ale jak ukazuje się nowa powieść Łysiaka, to nie mogę się powstrzymać i kupuję. I czytam. I przeczytałem. I jest lepiej, bo poprzednia “Najgorszy” była jakości zgodnej z tytułem. Tu lekko powracamy do wątków i postaci znanych z tetralogii (”Dobry”, “Konkwista”, “Najlepszy”, “Najgorszy”), ale w zasadzie Łysiak odpala nową historię. I kończy zanim się rozkręci. Ale robi dobry grunt dla następnej porządnej fabuły. Rzecz jest dość ryzykownie napisana jako kilka przeplatających się wątków rozgrywających się w różnych czasach. Całość jednak się czyta. Czasami ciut gorzej, gdy Łysiak bierze się za to, co kiedyś wychodziło mu genialnie, a teraz jest niestety raczej żałosne. Mówię o rozmowach, dialogach, słownych filipikach bohaterów - właśnie dlatego przewrócił się straszliwie “Najgorszy” bo jest on w całości rozmową. I to jedną z najbardziej sztucznie napisanych, bełkotliwym dialogiem, językiem jakiego nikt nie używa, niewiarygodnym i kanciastym, aż bolało. Tu nie jest aż tak źle, ale miejscami (zwłaszcza, gdy ktoś z kimś próbuje flirtować) robi się jakby ktoś paznokciami po szkle jeździł. Przyzwyczaiłem się do tego już, że Łysiak ustami swych postaci załatwia wiele swych prywatnych porachunków i rozdaje razy i kopniaki na lewo i prawo, ale proszę, niech oni nie próbują się tak podrywać. Bardzo proszę. Acz w sumie nie żałuję tej książki - wciągnąłem ją w 3 dni bze sporą przyjemnością. A wnioski, które z niej wypływają są nie są dla tego kraju optymistyczne. Ale przecież do tego u Łysiaka też można od lat przywyknąć.
DVD - przede wszystkim Przyjaciele Sezon 1 i 2/1-6 Lecę jak burza, bo uwielbiam. Uważam, że to najlepszy sitcom wszechczasów i oglądam go z ekstazą. Acz przyznaję, że nie kupowałem dotąd DVD, bo czekałem, aż stanieje. I wreszcie z okazji otwarcia Saturna w Blue City pojawiły się tam poniżej stówki. A to sobie postawiłem za cenę graniczną. Są po 85 zł. więc nabyłem pierwsze dwa sezony i lecę. Ziuch, ziuch! I pięknie jest!
Columbo 13 - Rekwiem dla upadłej gwiazdy - kolejny standardowy odcinek, tyle, że rozgrywający się w Hollywood. Ot, star(sz)a mocno zużyta gwiazda kogoś zabiła i oczywiście nikt jej nie podejrzewa. A Columbo tak. I udaje mu się to udowodnić. I już.
Spider-man 3 - powtórka na DVD. I dalej mnie to kręci. Dobra fabuła (dwóch nowych badguy’ów i nieźle rozłożone akcenty fabularne na 6 postaci w głównej osi fabularnej) świetna obsada (Grace najlepszy), obrazki jak trzeba; lubię ten cykl bardzo i wierzę, że to jeszcze nie koniec. I że przy czwórce spotka się ta sama banda twórców i pociągnie równie mocno!
W telewizorze też widziałem parę odcinków różnych seriali, ale pewnie więcej już zapomniałem niż pamiętam. Ale na świeżo - wczoraj Lost 4/3 - i jest nieźle. Abrams i banda jak zwykle więcej mącą niż wyjaśniają, ale oglądało się świetnie - zwłaszcza flashforwardy (sceny z przyszłości wplecone pomiędzy bieżącą fabułę), które wyglądają jak porządny Bond/Bourne. I kończą się ślicznym cliffhangerem.
Została jeszcze do opisania wielka porcja komiksów, ale jednak za jednym wpisem wszystkiego nie dam rady. Poza tym nie ma co przesadzać z długością jednego wpisu. Więc o najróżniejszych komiksowych “Ultimate Power”, “JLA”, “Predatorach”, “Highlanderach” czy “24″ już następnym razem.
wróciłem
April 20th, 2008
I znowu tydzień mnie nie było, acz mam usprawiedliwienie. To znaczy mogę mieć. Wypisać mi może pan od naprawy komputerów, bo mi laptop siadł. A dokładniej zgasł. Ekran. A kiedy się naprawił wreszcie to miałem tyle roboty do nadrabiania (i wciąż jeszcze mam), że już na blog sił nie starczyło. Ale powolutku się odgruzowuję i mogę też i tu coś skrobnąć. A dzieje się i wchłania co niemiara.
Najpierw co się działo:
W sobotę tydzień temu kręciłem film. No dobra, filmik. Taki dokument na potrzeby, w skrócie mówiąc, Unii Europejskiej o jej działaniach rozlicznych w Polsce. Kolega najpierw zaprosił mnie do współpracy przy wymyśleniu filmiku (wspólnie napisaliśmy treatment itd.) a teraz wziął na jedne ze zdjęć. Wszystko to w szczytnym celu, bym poznał robotę dokumentalisty, skoro jeden z moich coraz poważniej wyglądających projektów na najbliższe miesiące to film dokumentalny. Więc Jacek wziął mnie, bym się ciut przyuczył. I wdzięcznym mu za to. A czy się czegoś nauczyłem? Pewnie tak. Cały dzień w skansenie w Sierpcu z dziesiątkami studentów z całej Europy, którzy są w Polsce w ramach programu Erasmus, obserwowanie ich, rozmowy z nimi, wywiady - zawsze to nowe doświadczenie, które jakoś tam będzie owocować. Wnioski? Robota dokumentalisty to jak praca snajpera. Godziny czekania na jedno dobre ujęcie, często w błocie i deszczu; dziesiątki nagranych rozmów, by uchwycić dwa, trzy zdania (czyli w sumie jakieś 15 sekund materiału), które pasują do filmu. Nie jest to łatwy chleb i pewnie na dłuższą metę nie dla mnie. Co nie znaczy, że nie zrobię swojego dokumentu. Ale o tym z czasem.
I od razu następna sprawa. O tym komiksie będzie we wchłanianiu, ale chodzi o jedno zdanie. Czytałem ci ja w miarę świeży komiks Ennisa o Antychryście i natrafiłem na kwestię, w której się absolutnie zakochałem. Ideologicznie zgadzam się z nim w 100% już dziś, chciałbym też kiedyś mieć okazję wypowiedzieć je na poziomie faktów. Oto bohater opowiada, że po młodości w Anglii:
Przeprowadziłem się do Nowego Jorku, bo… no bo każdy, kto mieszka gdzie indziej, to sobie chyba, kurwa, żartuje (przekład własny). Uwielbiam to miasto i mam nadzieję udać się do niego w tym roku. Fajnie by było być tam w tej chwili (trwa największy doroczny konwent komiksowy), ale w wakacje też powinno być zawodowo.
Trzecia sprawa - zgodnie z zapowiedziami, dwa wieczory (środa, czwartek) spędziłem jako członek jury na OFFscarach. Obejrzałem ponad 10 godzin polskiego kina niezależnego (i studenckiego) z zeszłego roku (ponoć, to co najlepsze) i odniosłem kilka wrażeń. Pierwsze, zaskakujące, że jest lepiej (w porównaniu z zeszłym rokiem - wtedy wchłonąłem analogiczną porcję), tym razem totalnych nieporozumień było niedużo, za to większość dało się obejrzeć bez poważniejszego bólu dupska. Ale zresztą - w ten uroczy sposób przejść mogę do wchłaniania - ale moje opinie już jutro, bo się nagle dziwnym trafem zrobił środek nocy.
jakiś senny jestem
April 12th, 2008
Ta wiosna mnie strasznie męczy. Wstaje rano, odwożę córkę do szkoły, wracam i najchętniej bym się jeszcze ciut zdrzemnął. Ale trzeba popracować. Więc pracuję. A potem odbieram córkę ze szkoły, wracamy do domu i znowu bym się ciut zdrzemnął. I nawet czasem mi się uda w fotelu (dziś np. przespałem fragment trzeciego odcnku “Arabeli”). Wieczorem piszę, oglądam, czytam i się robi jakoś dziwnie północ, albo i dalej. No to się kładę do łóżka. I znowu chce mi się spać - choć wtedy to już chyba normalne.
Ale to wszystko nie zmienia faktu, że co nieco wchłonąłem:
W kinie Nie wszystko złoto, co się świeci. Kolejny dowód na radosną twórczość polskich tłumaczy. W oryginale to “Fool’s Gold”. A potem się dziwimy, że mówią, że polski to trudny język. A sam film to przygodowa popierdówka - ot, coś pomiędzy “Miłość, szmaragd i krokodyl”, “Tomb Raiderem”, “Skarbem narodów” i “Indiana Jonesem”. Po trochu wszystkiego, w tym kilkanaście żartów (kilka nawet niezłych); bieżąca hollywoodzka zabaweczka. Nic o czym pamiętać się będzie tydzień później. Ale jak ktoś lubi (jak Myku) zdjęcia podwodne, to proszę bardzo.
Na DVD Rzeź. Dosłownie. Reżyserski debiut Davida Arquette (tego aktora od ról ciamajd). Slasher o rockowym festiwalu w lesie podczas którego biega sobie pan z siekierą i w masce prezydenta Reagana. Niezły, acz liczyłem na więcej. Brak tu błysku talentu, sama fabuła, gołe biusty i znane twarze w epizodach nie wystarczą. To znaczy nie wystarczą, by zapisać ten tytuł w annałach gatunku, bo do jednorazowego obejrzenia oczywiście wystarczą całkowicie.
Piknik pod wiszącą skałą . Piękny klasyk. Oglądałem go bardzo dawno i w zasadzie nic nie pamiętałem. Tym lepiej mi się teraz oglądało. Świetna rzecz. Klimat, niedopowiedzenie, tajemnica, niezłe aktorstwo, no i kongenialna reżyseria. Trzeba znać. Absolutnie.
Arabela 1-3 Następny klasyk. Ze zdecydowanie innej bajki, acz też świetnej. Tu trochę więcej pamiętam z dawnych czasów, gdy rzecz leciała w telewizorze. I po latach wciąż jest piękna i świetnie napisana. Oto minęło ćwierć wieku i teraz oglądam rzecz z własnymi dziećmi. Przyznaję ciut przysnąłem w trzecim odcinku (tak na 10 minut), ale akurat trzeci pamiętam wyśmienicie. Arabela wciąż piękna, Rumburak wciąż knuje, Petr naiwny jak dziecko, a Xenia rozpuszczona. Cudny serial, który nic a nic się nie zestarzał. A gęstości fabuły mogą mu pozazdrościć hollywoodzcy spece od scenariuszy. Teraz świetnie widzę, że przyśpieszenie tempa i atakowanie dziesiątkami wydarzeń i zwrotów akcji w jednym odcinku to nie pomysł panów od “Gotowych na wszystko”, “Lostów” czy “24″. Pierwszym serialem z XXI-wiecznym tempem i postmodernizmem gatunkowym była czechosłowacka “Arabela”. Ci goście wyprzedzili świat o dwadzieścia lat.
Monk jedzie do Meksyku 13 - to ci wyprawa. Monk opuszcza nie tylko swoje mieszkanie, czy miasto, ale w ogóle USA. Ma sprawę (do wyjaśnienia). I wyjaśnia, jak zwykle błyskotliwie. Parę fajnych dowcipów (zwłaszcza z koralami i wodą mineralną), parę klasycznych Monkowyc scen i tyle. W sumie, odcinek jakich wiele.
07 zgłoś się #20 Już ostatnia płyta. Borewiczowa wariacja na klasyczny odcinek “Stawki większej niż życie” - historia szajki, której szef naprawdę nie istnieje. Fabuła ciut lepsza i lepiej pokombinowana niż ostatnio, ale z dzisiejszej perspektywy autolans Dziewulskiego jako antyterrorystycznego mistrza świata wygląda cudownie żałośnie. Podobnie jak Buczkowski jako psychopatyczny morderca śmiejący się a’la Joker. I jeszcze śliczny żart dla fanów, gdy przesłuchiwana laska (Maria Probosz, obowiązkowo rozbierająca się w odcinku) mówi do Jaszczuka (Jerzy Rogalski), że nadaje się do kabaretu. A Rogalski przecież w latach 80. należał do genialnej “Loży 44″, cudnego kabaretu, który wszystkie inne kabarety miał pod sobą.
A w telewizorze Gotowe na wszystko 4/10. I teraz przez chwilę jesteśmy równo z USA. To ostatni odcinek zrobiony przed strajkiem scenarzystów. Następny będzie miał premierę w amerykańskiej TV w najbliższy poniedziałek. To chyba pierwszy wypadek, gdy dogoniliśmy sobie USA w połowie sezonu. Oczywiście to tylko efekt zbiegu okoliczności (strajku), ale liczy się niewątpliwie. Sam odcinek to lizanie ran po cyklonu, który przeszedł przez uliczkę tydzień temu. Nie wszyscy przeżyli, nie wszyscy wyszli bez szwanku, trochę się powyjaśniało, acz bez przesady. Ciepło i nastrojowo, ostro i groteskowo - wszystko za co ten serial ma taką opinię. Opinię w pełni zasłużoną.
Muzyka: Kury - P.O.L.O.V.I.R.U.S. - wznowili! Hurra!!! Jedna z moich ulubionych płyt wszechczasów została wznowiona i w każdym EMPIKu leży po 30 zł. No to wziąłem. Znaczy do kasy wziąłem, zapłaciłem i natychmiast w samochodzie zapuściłem. I jest równie dobrze jak za każdym razem. Cudna przekrojowa parodia polskiej muzyki i liryki piosenkowej bez żadnych granic, hamulców i ograniczeń, ale za to z wielkim talentem. Jest tu wszystko i disco polo, i reggae, i techno, i metal, i poezja śpiewana, i jazz, i country. Wszystko zacnie podrobione, a potem rozpieprzone od środka. A tekstowo jest jeszcze lepiej. Jak ktoś zna, to z pewnością wielbi, jak nie - to natychmiast. Nie będę tu za dużo sprzedawał, ale, to co dzieje się praktycznie w każdym numerze powoduje, że turlam się po całym samochodzie. I jeszcze jedno. Utwór “Mój dżez”. Ja naprawdę zawsze podejrzewałem, że ta muzyka tak właśnie wygląda, jak śpiewa tu Tymon. Nigdy nie rozumiałem i nie przepadałem za jazzem, jestem po prostu jednym z bohaterów tego utworu - “ludożerki, co nie pokuma nic”.
Komiksy:
Ultimate Spider-man HC 9 - ostatni tom duetu Bendis/Bagley - najdłuższego runu w historii Marvela. Po 111 zeszytach serii Bagley’a zastąpił Immonem, co moim zdaniem jest obniżeniem lotów, ale to moja prywatna opinia. Sam tom to wielka i świetna Ultimate Clone Saga, która tu jest szybsza, ostrzejsza i bardziej zwarta od tego co znamy z polskich spider-manów sprzed lat. Bendis odwalił tu kawał naprawdę porządnej roboty i nie raz autentycznie zaskakuje. A na dobitkę Ultimate Knights - Daredevil zaprasza Spider-mana i paru innych koleżków do wspólnego zabicia Kinplina. Rzecz oczywiście zupełnie wymyka się spod kontroli i Spider-man nie ma fajnie. Fabuła (jak zwykle w tej serii) świetna, acz nie do końca przekonuje mnie Bendisowa wersja Ultimate Daredevila. Lubię tę postać, ale tu jest jakaś płaska(wa). Szkoda. Dodam jeszcze, że Bendis równie dobrze jak Vaugham w “Runaways” wchodzi w klimat nastolatkowy, tyle, że on nie opowiada o uciekinierach a o normalnej szkole (bo przecież 16-letni Peter Parker próbuje prowadzić normalne życie nieletniego i większość dylematów codzienności takiego życia go dotyczy).
Ultimate Vision TPB A tu z kolei dogrywka do Ellisowej sagi “Ultimate Galactus”. W trakcie serii Millar i Romita jr zrobili “Ultimate Vision” numer 0, który wprowadzał tę postać, takiego antySilver Surfera - herolda, który ostrzega kolejne planety przed nadejściem Galactusa. A kiedy już udało się uratować naszą planetę od inwazji milionów złowrogich i morderczych robotów, to tu okazało się, że jeden robot nie odleciał. Bo się spsuł. No to jakiś idiota go naprawił. I taki jeden robot w zasadzie też wystarczy, by zniszczyć Ziemię. Sama idea serii Carey’a i Petersona trochę przypomina mi Tolkiena. Tam też po pokonaniu wielkiego złego okazało się, że wystarczy jego znacznie skromniejszy pomocnik, by całe Śródziemie stanęło w ogniu i jedynie bitwa na polac Pellenoru uratowała świat przed tragicznym losem. Przyzwoity komiks.
I zeszyty:
Ultimate Human #3 - I pozostanę jeszcze przez moment w marvelowskim świecie “Ultimate”, acz tym razem już bez zachwytów, ba, wręcz z żalem. Bo oto miała być świetna nowa miniseria Ellisa z Hulkiem i Iron Manem, a jest kupa. Pierwsze dwa zeszyty były standardowe do bólu, trzeci jest nie tylko jeszcze standardowiejszy i bardziej przewidywalny, a do tego jeszcze przegadany. Siedzą i gadają, a potem siedzą w innymi pokoju i gadają. I jeszcze to wszystko w sumie jest niepotrzebnym, oczywistym i zbędnym flashbackiem do sytuacji, którą skończył się poprzedni zeszyt. Ellis czasami jest kongenialny a czasem z kolei daje dupska. Tu dał na całej linii. To chyba najsłabsza rzecz “Ultimate” jaką czytałem, a czytałem prawie wszystko. I bardzo wątpię, żeby w czwartym ostatnim zeszycie dało się to uratować.
Terminator 2 #7 Ostatni zeszyt serii (jak na razie) i dokończenie crossoveru z Painkiller Jane. Jane spotyka swą córkę z przyszłości, a żeński terminator trochę przeszkadza im w family reunion. Nic specjalnego, ale skoro zbieram wszelkie komiksy z terminatorem to i ten, chlub, na półeczkę.
The Evil Dead #3 - rewelacyjna komiksowa adaptacja kultowego filmu sprzed lat. Verheiden, którego nigdy specjalnie nie ceniłem jako scenarzysty świetnie dopełnił prościutką fabułę Raimiego i zrobił z niej kawał mięsistej opowieści. A Bolton to pięknie namalował. Pamiętam jego komiks na podstawie trzeciej części tej trylogii - “Army of Darkness”. To był jeden z pierwszych moich zachodnich komiksów, pamiętam, że rozkładaliśmy go na pojedyńcze kartki i wieszaliśmy na wystawie na jednej z pierwszych komiksowych imprez w Krakowie, tak z 15 lat temu. Ta nowa seria jest znacznie lepsza, w dużej mierze to pewnie kwestia oddechu - wtedy znacznie bardziej skomplikowaną fabułę ściskano w 3 zeszytach, tu prostszą rozkładają na cztery. Więc Bolton ma więcej miejsca, by poszaleć. A on potrafi.
Serenity: Better Days #1 (z 3) Whedon coraz bardziej się rozkręca komiksowo. Bo natarciu Marvelowym, a ostatnio Buffy i Angelu, przyszedł czas na jego trzecie serialowe dziecko - “Firefly”. Ale skoro w finałowym kinowym “Serenity” spora część bohaterów odeszła w zaświaty, no to pozostają prequele. Ta miniseria dzieje się gdzieś pomiędzy serialem a filmem - załoga Firefly ładuje się w kolejną ostrą awanturę, zupełnie jak w serialu. I świetnie się to czyta.
World War Hulk: Aftersmash! - Damage Control #3 (z 3) Muszę przyznać, że to jedna z bardziej kuriozalnych rzeczy z Marvela jakie czytałem w ostatnich latach. Najbardziej przypomina w klimacie “She-Hulk” tym potężnym nawiasem w jaki bierze całą superbohaterskość> Tu osobowości nabiera nowojorski budynek Chryslera. I spuszcza łomot wszystkim dookoła. Ot, taka fabuła rodem z Lyncha, tylko jeszcze na wesoło i z udziałem różnych znanych superbohaterów. Jak dla mnie to jednak ciut za dużo naraz.
Star Trek: The Next Generation - Intelligenc Gathering #3 Kolejna fabuła Startrekowa o załodze Enterprice, która staje przed poważnym problemem, pogada sobie, pomyśli i rozwiąże problem na kilka chwil przed tragedią. Jak to tylko jest dobrze napisane to ja lubię. No to tym razem też lubię.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)