Kamil M. Śmiałkowski

Ta ósemka to osiemdziesiąt tysięcy odwiedzin. Miło mi niezmiernie.
A co do pokory. Pisałem już jakiś czas temu, że buszuję po empikowych wyprzedarzach. Dzięki nim zapoznałem się z komiksami wydawanymi przez Roberta Zarębę (po 1 zł). Ostatnio w górnym empiku w Galerii Mokotów pojawiły się spore regały z wyprzedażą płyt. Nabyłem więc co nieco - pierwsze dwie opisuję poniżej, ale przejrzałem oczywiście setki. No i się znalazłem. Za 15 zł. Cóż… Do widoku swych dziennikarskich dokonań wyściełających kubły ze śmieciami, czy powiewających na krawędzi zsypów już przywykłem. Gazety się szybko dezaktualizują i wykorzystywane są w najróżniejszy recyklingowy sposób (na szczęście rzadko zdarzało mi się pisać w periodykach nadających się do ostatecznego toaletowego recyklingu - te moje były zwykle zbyt twarde, bądź za śliskie). Dlatego też mam słabość do rzeczy trwalszych na których znalazły się jakieś moje TFUrczości. I oto jedna z nich - płyta Agnieszki Chrzanowskiej z piosenką “Ulica Rajska”, jednym z lepszych tekstów jakie zrymowałem w życiu. Przeceniona o ponad połowę - na 15 zł. Cygan pisał, że czas, ja jednak, jak w tytule, zaryzykuję stwierdzenie - Empik nas uczy pokory!
A skoro zagadałem już o prasie. Właśnie dotarły do mnie bieżące krakowskie “Miasto kobiet” z moim felietonem filmowym i wiosenny “JBL Magazyn” z moim tekstem o “Matriksie”. Tradycyjnie polecam.
A teraz już do bieżączki:
Trochę DVD:
Młody Adam. Mocne. Kawał ostrego dramatu z Evanem McGregorem jako młodzieńcem bez moralności. Lata 50. Wielka Brytania. Niełatwe życie na barkach z węglem i nie tylko. Świetne obyczajowe kino, które wstrzącha za każdym obejrzeniem. No i jak siusiak McGregora, czy cała naga Tilda Swinton nie robią specjalnie wrażenia, to rozebrana Emily Mortimer, to widok, który na długo pozostaje w pamięci. Dobre, dobre.
Arizona Dream A to się jednak trochę zestarzało. Amerykańska przygoda Kusturicy to 135 minut nieźle zakręconej jazdy pełnej Johnnyego Deppa, odlatujących w niebo karetek, gwałtownych emocji i akordeonowej muzyki. Są sceny przepiękne, są dłużyzny, jest Bregovic i eskimosi. Somnambulizm i ezoteryka. Miejscami ogląda się to dobrze, ale gdy w jednej ze scen ktoś ogląda w telewizji kawałek “Ojca Chrzestnego” od razu straciłem zainteresowanie Kusturicą i wciągnąłem się w historię rodziny Corleone. To było objawienie. Jakby nagle w ulewę włączyć wycieraczki w samochodzie i wszystko staje się ostre i wyraziste. Ciekawe doznanie.
Seriale:
07 zgłoś się 14-15 Wreszcie odnalazłem pozostałe płyty z przygodami milicjanta Borewicza, więc oglądam. Tu przełom serii 1981/1984, czyli ostatni odcinek z Zubkiem - historia zabójstwa szantażysty na dancingu (po ponad godzinnym śledztwie okazało się, że zabiła piosenkarka, która śpiewa głosem Alicji Majewskiej) i pierwszy odcinek z Jaszczukiem (świetny Jerzy Rogalski! Ech, kiedyż wreszcie na DVD wyjdzie kabaret “Loża 44″?) - oparty na tym samym pomyśle Krupki co cyrkowa kwadrylogia komiksów ze Żbikiem rysowana przez Polcha (ta zaczynająca się od “Nocnej wizyty”). W serialu złego cyrkowca-trapezowca gra Strasburger (sic!), a jego naiwną narzeczoną trapezówkę Ewa Wencel. Cudo!
Monk i wróżka 1; i straszny grubas 2 Zaległości. Uzupełniłem wreszcie dwa brakujące odcinki z początków Monka. Od razu widać, że tu dopiero powoli określano zasady serii, sylwetki postaci itd. Wróżka przez to jest nadzwyczaj standardowa, acz już grubas to coś ciekawszego - zwłaszcza dzięki popisówce Adama Arkina w roli tytułowego tłuściocha. Za rzadko Monk dostaje jakiegoś godnego siebie przeciwnika.
Columbo - Pomocna śmierć 2 Kontynuacja wciągania zaległości. Bardzo fajny Columbo z lekko niestandardową fabułą. Bo oto morderstwo jest niezaplanowane, a w afekcie i dodatkowo mamy świetną scenę próby przekupstwa Columbo. Warto!
A w telewizorze dziś na Comedy Central dziś maraton Alex - nowszego sitcomu Jenny Elfman, niezapomnianej Dharmy z “Dharmy i Grega”. Rzecz znacznie, znacznie słabsza. Nic dziwnego, że padła po połówce sezonu. Opowieść o prawniczce, córce szefa kancelarii, która ma śmiesznego sąsiada, romantycznego narzeczonego itd. Standard, że zęby bolą. Nic z genialnego klimatu Dharmy, wielka szkoda.
Wczoraj zaś pierwszy odcinek nowego TVNowskiego serialu Teraz albo nigdy. Oj, dziwnie. Rozumiem, że to (prze)twórcze rozwinięcie klimatu “Magdy M.”, acz rzecz jest straszliwie nierówna. Miejscami na dobrym zachodnim standarcie, miejscami infantylna do bólu, pełna aktorskiego barachła i ładnych widoczków, z coraz bardziej wykształcającą się polską klasą aktorów od seriali o młodych dobrze sytuowanych, co to mają złote myśli typu “Szczęście jest w porządku”. Ja rozumiem, że takie seriale są potrzebne, ale jak to oglądam to nabieram coraz większej sympatii do “39 i pół”.
Wspomniane wcześniej płyty:
Back 2 School - dość luźna składanka, niby dla dzieci w wieku średnioszkolnym. Nie mnie rozumieć, co kierowało tym, co układał tą płytę, ale parę rzeczy widać. To znaczy słychać. Że lubi łojenie (Papa Roach, Marylin Manson), że lubi “Shreka” (2 numery z filmu), że lubi Prodigy (jako jedyne się powtarzają). Jak dla mnie jest nawet kilka sympatycznych rzeczy: Limp Bizkit, Bodyrockers, Nickelback, Live - wiem, jestem przewidywalny do bólu, ale takie właśnie rzeczy mi w samochodzie dobrze wchodzą.
Sound of Superman - a na tym składaku się zawiodłem. 14 piosenek o Supermanie ze wstępem Bryana Singera. Niestety wszystko biedne i nijakie. I brakuje rzeczy naprawdę znanych czy fajnych: “Spin Doctors” czy piosenki z serialu “Smalville”. Owszem są dwie piosenki z “Save” w tytule, ale to (nie)przypadkowa zbieżność. W ogóle większość amerykańskich piosenkarzy albo pisze piosenki o tym, że są Supermanem, albo, że chcą, by S. ich uratował. Na plus wyróżnia się jedynie Royal z piosenką “Brainiac’s Daughter” a to raczej niewiele. Także ta płytka na półkę z parakomiksowymi kuriozami.
A skoro już o komiksach:
The Boys - Volume One: The Name of the Game. Pamiętacie “Watchmenów”? I zawsze aktualne pytanie “Who Watches Watchmens?” Nowa seria Ennisa i Robertsona odpowiada na kolejne pytanie - A kto, gdy będzie trzeba, spuści im wpierdol? I słownictwo jakie użyłem jest w pełni adekwatne do klimatu serii. Przykład: Oto do “7″ najważniejszej supergrupy na naszym globie przyjmowana jest świeża krew. Ładna świeża krew. I jak wyglądają otrzęsiny? Musi obciągnąć wszystkich starszym stażem. Ennis w niezłej formie, prawda? Najbliżej to klimatem i humorem to mojego ukochanego “Hitmana”, tyle, że ostrzej, seksualniej i niestety bez tej dyscypliny, z jaką przepięknie skonstruował “Hitmana”. Dodatkowym smaczkiem jest dobór rysownika - Darick Robertson to w końcu gość od “Transmetropolitana”, czyli jednego z bardziej psychodelicznych tytułów ostatnich lat. Ale o czym to jest? O piątce tytułowych “chłopaków” - grupce bezkompromisowych agentów pracujących dla amerykańskiego rządu, którzy mają za zadanie trzymać w ryzach coraz bardziej rozpuszczonych i rozbestwionych superbohaterów. Bo ci czasem zrobią coś konstruktywnego dla świata, ale przede wszystkim pierdolą. Dosłownie. Ot i taki komiks. Kilka miesięcy i kilka zeszytów minęło zanim DC zorientowało się, co wyhodowało na własnej piersi i odpuściło sobie ten tytuł. Na szczęście czasy się zmieniły i nie oznacza to końca serii. Rzecz przejęło wydawnictwo Dynamite Entertaiment i ciągnie dalej. To już oni wydali TPB, który przeczytałem. I nieźle się uśmiałem, choć nie ma w tym mocy “Hitmana”, czy “Preachera”. Świetny bonus - wstęp Simona Pegga, brytyjskiego aktora, którego twarz nosi jeden z “Chłopaków”.
Anthony Sharpe - The Atheist: Incarnate TPB - i jeszcze jedna zmiana barw klubowych. W zeszytach ta seria wychodziła w Image, TPB wydało Desperado. I zbiegiem okoliczności to dzieło drugiego twórcy “Hitmana” - rysuje tu John McCrea. Scenariusz zaś napisał Phil Hester - tak, tak, na co dzień rysownik komiksowy (ten od “Green Arrowa” z Kevinem Smithem). Sam komiks to horror, którego bohater jest wzorem racjonalności - stąd jego przydomek “Ateista”. Nic nie przyjmuje na wiarę, wszystko musi sprawdzić, dotknąć, przeżuć. A gdy to zrobi, to Sherlock Holmes to mały pikuś. Tu trafia na sprawę niełatwą - oto umarli wracają na Ziemię wchodząc w ciała setek młodych ludzi. I nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. To dzieje się naprawdę. I trzeba jakoś temu zaradzić. Świetnie napisane, nieźle narysowane (nawet konwencja czarno/biała dobrze tu pasuje). Bardzo sympatyczny komiksowy horror, króry naprawdę robi wrażenie.
Painkiller Jane #4 - i na koniec anglojęzycznych rzeczy na dzisiaj początek crossoveru “Painkiller Jane vs Terminator”. Nigdy nie byłem fanem, ani znawcą PJ. Czytałem tylko kilka zeszytów i to właśnie głównie crossoverów. Ta kreacja Palmiottego i Quesady jakoś nigdy mnie nie przekonała, ponoć w wersji telewizyjnej też się niespecjalnie przyjęła (choć paradoksalnie grała ją Kristanna Loken, czyli pani Terminator z trzeciego filmu). No i przyszedł czas na komiksowy crossover. Oba tytuły wychodzą we wspomnianym już dziś wydawnictwie Dynamite Entertainment. I fabuła jest klasyczna do bólu - oto w nasze czasy wpada następna Terminatorka i szykuje się jatka. Koniec zeszytu. Ech, ta moja potrzeba kolekcjonowania…
Polskie tytuły już następnym razem, bo z tego wszystkiego minęła północ i już się prima aprilis zrobił.

W zasadzie tytuł mówi wszystko i mógłbym na nim poprzestać. Ale nie mogę się powstrzymać przed rozwinięciem tematu. Tydzień nieużywania bloga (pierwszy taki tydzień w historii) jednak powoduje swoisty głód i co chwila łapałem się w Egipcie na werbalizowaniu obserwacji na poziomie akapitów do zapisania tutaj. Oczywiście część z nich już uleciała w afrykańską czasoprzestrzeń, ale co nieco zostało. Więc po kolei:
Śmy polecieliśmy w czwartek i to nie byle jaki. W Wielki. Żona i dzieci z zamiarem spędzenia świąt wielkanocnych na słoneczku, ja bez zamiarów. Już w samolocie było mi niespecjalnie sympatycznie, w uszach strzelało mi jak nigdy - stwierdziłem, że pilot szarżuje ze zmianą wysokości.
No i śmy dolecieli. Do Afryki. W miarę szybko. Ciepło. Dziwnie. Jedziemy do hotelu. Wszędzie wielkie reklamy, na billboardach głównie hasła po rosyjsku. Ciekawe.
Dojechaliśmy. Rozładowaliśmy się. Padłem i stwierdziłem, że coś mnie mięśnie (czy jakkolwiek się to w moim wypadku nazywa) bolą dość mocno. Na wszelki wypadek sprawdziłem sobie temperaturę. Okazało się, że dostosowałem się dość szybko do warunków lokalnych - miałem ponad 39 stopni. I tak to się zaczęło.
Mógłbym tak długo, więc ograniczę się do najciekawszych obserwacji punktowych:
Internet. Miał być. I był. Ale nie żeby wifi czy cuś. Nie. Kafejka. Jedna w zasięgu marszu. Dodatkowo płatna. Subtelne 5 euro za godzinę. No to się powstrzymywałem.
Kultura lokalna. O żesz kurwa. Sorry, ale ja naprawdę jestem z innej bajki. Gdy co 5 metrów zaczepia mnie następny człowiek pytając skąd jestem i usiłując za wszelką cenę coś wcisnąć to szlag mnie trafia przy trzecim, a imię ich legion. Tym rzadziej wychodziłem z pokoju, tym rzadziej zbliżałem się do jakichkolwiek miejsc publicznych, tym coraz brzydszym tonem odpowiadałem, że jestem z Polski (na co każdy sprzedający odpowiadał “Jak szę mas?”, a ci co bardziej wyrafinowani językowo dogadywali: “Adam Małysz”, “Dobra, dobra, zupa z bobra”, czy “My name is Aleksander Kwasniewski”). I jeszcze to targowanie się o cenę. Jakoś czynność ta sprawia, że mam poczucie straszliwego marnowania czasu. Wyrosłem w przyzwyczajeniu, że ktoś podaje mi swoją cenę z zamiarem otrzymania takiej właśnie zapłaty, a ja decyduję, czy się decyduję. I już. W te albo we wte. Zbicie ceny nakrycia głowy mojej córki z 400 na 35 to dla mnie kosmos (a tego dokonała moja żona). Cena przejazdu taksówką - 35$. Więc rezygnuję i odchodzę. A ten mnie goni, że to samo za 10$. To nie mój świat - gdzieś mam taką rzeczywistość.
Śpiew. Wieczorami nad jednym z basenów odbywał się program artystyczny. Jeden tzw. “lokalny artysta” miał nagłośniony zestaw do karaoke i wykonywał codziennie dziesiątki znanych światowych przebojów. Naprawdę znanych - poznawałem po podkładzie instrumentalnym. Bo nie po jego wykonaniu. Pan wydawał z siebie odgłosy paszczą, z których wynikało, że niedawno odbyły się tu lokalne eliminacje do “Idola” i wszyscy, którzy potrafili trafić choć w jedną nutę wyjechali na krajowe finały. Ten został. I, za przeproszeniem, śpiewa. Mniej więcej tak, jak niezapomniany polskoidolowy wykonawca “Darów losu”.
I tyle w zarysie. Kilka dni przeleżałem, kilka przewegetowałem, zaraziłem dzieci, które z czasem przejeły pałeczkę chorowania i gorączki, byłem na plaży i opiłem się pepsi jak głupi (ponoć to zapobiega kłopotom żołądkowym). W efekcie obiecałem sobie, że kultury arabskiej wystarczy mi na wiele lat. I wróciłem.
No i jeszcze co nieco przeczytałem i obejrzałem. A konkretnie:
Jeszcze przed wyjazdem zaliczyłem (za przeproszeniem) film Sylvia. O Sylvii Plath. Pamiętam, że była to ulubiona poetka mojej pierwszej studenckiej miłości. Też zresztą Sylwi. Dziś aktorki Ateneum. Tu w poetkę wciela się Gwyneth Paltrow, a w jej męża, też poetę Teda Hudgesa - Daniel “Bond” Craig. Wtedy jeszcze nie był Bondem, ale kobiety traktował niczym 007. Co Sylvię napędzało do smutnej poezji a z czasem do udanej próby samobójczej. Smutny i ponury film (niezależnie od nieczęstych na ekranie scen z nagą Paltrow). Rozumiem, że niełatwo byłoby zrobić sympatyczny i kolorowy film o Plath, ale tu jest tak buro i smutno, że niespecjalnie chce się to oglądać.
A na wyjeździe podciągnąłem oglądanie seriali:My name is Earl 2/9-23 - dokończyłem sezon. I to z największą przyjemnością. Scenarzyści pokombinowali z postaciami mocniej je splatając, wprowadzając sporo flashbacków (świetna całoodcinkowa parodia “Cops”, czy zabawa w “Rashomona”), wyprowadzając akcję poza znane lokalizacje (np. robiąc dwuodcinkowy wypad do Meksyku) i w finale robiąc z Earla poważniejszego bohatera. A wszystko śmieszne do rozpuku. Do tego występy gościnne - John Leguizano, John Waters, Charles S. Dutton czy Sean Astin. No i oczywiście cliffhanger, który pozwala zacząć następny sezon ze sporym świeżym potencjałem. Wciąż i uparcie polecam Earla jako jeden z najlepszych sitcomów tej dekady.
Zacząłem też serial Dexter 1/1-2 - i jest nieźle. Nie, aż tak oszałamiająco jak słyszałem od najróżniejszych zachwyconych tym serialem, ale nieźle. Niezła wiarygodna obsada, dużo krwi, parę fajnych pomysłów, ale żeby zaraz “Wybitny serial”? Na razie przede wszystkim czuję dysonans na poziomie: wiarygodność przedstawiania rzeczywistości - niewiarygodność fabuły. Nie wierzę w postać Dextera, nie wierzę w postać jego przeciwnika, który rzuca mu wyzwanie, za dużo tu psychopatycznych morderców jak na jedną fabułę i to serialową. Muszę sięgnąć po pierwowzór książkowy, bo ponoć jest świetny, ale serial zaczyna się powoli i absolutnie niewiarygodnie. I nie jest ro niewiarygodność filmów Johna Woo (którą nawet lubię), a niespójność przedstawionego świata, emocji, postaci, komplikacji. Ten serial ma świetne momenty i szarpnięcia pomiędzy nimi od których można dostać choroby lokomocyjnej. Ale będę oglądał dalej, bo ponoć dalej się jednak poprawia.
A propos John Woo - w jakimś lokalnym kanale (po angielsku z krzaczkami napisów) przypomniałem sobie Broken Arrow. Ja tam tak lubię. Travolta i Slater świetnie pasują do konwencji, a jak się biją, strzelają i wybuchają bombami atomowymi to naprawdę chce się oglądać. A liczba scen, w których Slater i Mathis biegną i skaczą a za nimi coś spektakularnie wybucha, przekracza możliwości liczenia na palcach.
Z polskich telewizji mieli tam TVPPolonia i Polsat 2. Naoglądałem się więc po pachy wszelkich “Klanów”, “M jak Miłość”, “Fali Zbrodni”, “Światów wg Kiepskich”, teleturniejów Ibisza i wiadomości dla polonusów. Oszczędzę wam szczegółów poza jedną fascynującą obserwacją. Podstawą była smutna informacja o śmierci Kosy. Janusz Kosiński to jedna z legend polskich radiowców - krytyków i popularyzatorów rocka. I umarł. Szkoda. Dowiedziałem się z “Kawy czy Herbaty”. Już nie pamiętam kto był gościem, który tłumaczył dwójce młodych prowadzących program, kto zacz Kosa i czemu wielkim był. Wszystko OK. Dopóki nie zaczął wypowiadać się ów młody prowadzący. Bodajże Brzóska. Bo oto okazało się, że face(ci)k nie potrafi nawet w okolicznościach śmierci zetrzeć sobie z ust służbowego uśmiechu i mówi coś mniej więcej tak: Wszystkim nam jest żal (hihi), że umarł tak wybitny (hihi) krytyk muzyczny i wszyscy (hihi) mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się (hihi) z nim spotkamy! - no metafizyka w czystej telewizyjnej postaci! Miałem powyżej 38 więc może to były majaki, ale jestem przekonany, że widziałem to na własne oczy.
Z kolei już w naszej telewizji zobaczyłem wczoraj wieczorem Gotowe na wszystko 4/8. I jakoś nie zachwyca. Wszystkie pomysły to już tylko wariacje pomysłów z poprzednich sezonów w innych konfiguracjach. Całość ogarnia powolny marazm. Nic dziwnego, że za tydzień (jak wiem skądinąd) w ramach przewietrzenia serialu wpuszczone zostanie na Whisteria Lane tornado. Dosłownie.
A już dziś zaliczyłem sobie:
Columbo 10 - Morderca ze szklarni. Standard. Sympatyczny, acz standard. Columbo jak zwykle jest ponad i radzi sobie jak nikt, a w epizodzie Falconetti z “Pogody dla bogaczy”. Wow!
Monk i nieznajomy rudzielec 10. Odcinek z Willie Nelsonem oskarżonym o zabójstwo. I oczywiście Monk go oczyszcza. I nawet z nim sobie zagrał. A nawet zagwizdał. Fajnie być Monkiem. Szkoda tylko, że tak się przejęli obecnością celebrities w odcinku, iż sama intryga jest o połowę prostsza niż zwykle.
Przechodząc do książek (no bo co miałem w tym Egipcie robić?):
Lee Child - Elita zabójców - najnowszy Jack Reacher. Jak zwykle wszedł mi szybciutko i sympatycznie. Tym razem Jack zbiera przyjaciół sprzed lat (tych, którzy przeżyli), by pomścić tych, którzy zginęli. Ładnie, sprawnie i dość przekonująco. To już 11 powieść cyklu, więc postać współczesnego jeźdźca znikąd trochę się zmienia - miewa jednak problemy finansowe, nosi przy sobie paszport i kartę bankomatową (w USA po 9/11 inaczej się już chyba nie da). Trochę oczywisty (jak dla mnie) był finałowy twist, ale wcześniejsze były wystarczająco zaskakujące, by cała powieść dobrze bawiła. Niestety rzecz ma jeden zasadniczy feler. A imię jego edycja. Pierwsze powieści Childa wydawane przez ISA i tłumaczone przez Paulinę Braiter były mistrzostwem świata. Wyd. Albatros A. Kuryłowicza wydało mnóstwo świetnych rzeczy i bardzo je cenię, ale Childa wydaje po prostu haniebnie. Już nieraz nabijałem się z braku redakcji tych książek, ale tu przechodzą sami siebie. Co kilkanaście stron babol - pomyłki w continuum, nazwach miast, sensie wypowiedzi postaci, w paru miejscach po prostu w zdaniach brakuje słowa “nie”. Naprawdę. Żenada w czystej postaci. I strasznie szkoda, że w powieści jednego z moich ulubionych pisarzy.
Scott Lynch - Kłamstwa Locke’a Lamory - polecali, polecali więc wziąłem na zapas do Egiptu. Zacząłem bez przekonania i faktycznie pierwsze 100 stron jest zaledwie poprawne. Ot takie (dokładnie jak w blurpie na okładce) skrzyżowanie “Żądła” z “Oliverem Twistem” w kostiumie fantasy. Nic przekonującego. “Żądeł” widziałem już dziesiątki i w wersjach filmowych są znacznie lepiej strawne niż w literackiej, Oliverów po prostu nie zliczę. Więc porównywanie tego do Sapkowskiego to naprawdę srobie nadużycie. I gdybym nie był zdeterminowany potrzebą czytania nie wiem czy był dociągnął do końca. Ale byłem. I dobrze, bo dalej robi się naprawdę świetnie. Lynch okazał się mistrzem w wykańczaniu swoich bohaterów. Wiadomo - nie tytułowego, ale co do reszty nie ma żadnej taryfy ulgowej. Przez lata dość dobrze poznałem zasady konstruowania fabuł (literackich, czy filmowych) i nieźle wyczuwam, kto w danej historii jest przeznaczony na odstrzał. Ot, pojawia się na jedną, dwie dobre sceny, albo jest go w sumie niewiele, albo jest go w sumie za dużo, a tu jest naprawdę inaczej. Aż 4 śmierci były dla mnie totalnym zaskoczeniem. I pięknie rozprowadzały fabułę. Pod koniec rzecz znowu się dość ustandardowiła, acz na wyższym poziomie standardów i puenta była godna 500-stronicowej lektury. Tak, że w sumie polecam jako dobrą i dość zaskakującą introdukcję nowego cyklu łotrzykowskiego fantasy.
Dennis Lehane - Gdzie jesteś Amando? - filmu wciąż jeszcze nie widziałem, ale doczytałem wreszcie książkę. I jest równie dobrze, mocno, brutalnie i smutno jak w poprzednich tomach cyklu. Im dalej w historię o zniknięciu małej Amandy, tym dziwniej, ostrzej i pesymistyczniej. Świat (czy też Boston Lehane’a) zaludniają degeneraci, psychopaci, dilerzy, pedofile i mnóstwo innych złych ludzi, którzy może czasem i chcą dobrze, ale źle czynią. I tak aż do smutnego finału. Świetna książka. A teraz już mogę obejrzeć sobie film.
I komiksy:
Nowy Jork - Życie w Wielkim Mieście - Will Eisner to komiksowy bóg. Mistrz formy i treści, który na jednej planszy potrafi przekazać więcej niż niektórzy przez całe życie. Ten tom pokazuje, że Eisner potrafi na dziesiątki sposobów, bawi się różnymi pomysłami formalnymi, samym opowiadaniem, fabułami i anegdotkami z życia wziętymi. Nowy Jork jest dla niego nieskończonym rezerwuarem treści, które da się opowiadać wiele razy, na wiele sposobów i nigdy się nie nudzą. Jak “Umowa z Bogiem” była czymś wybitnym, tak ten tom pokazuje po prostu, że mamy do czynienia z absolutnym mistrzem komiksu. “Nowy Jork” może więc spokojnie robić za podręcznik komiksowego rzemiosła i to zarówno scenariuszu, jak i rysowania. I chyba każdy polski twórca wiele się jeszcze z niego nauczy.
Sala prób. Nie mam pojęcia na czym to do końca polega, ale podoba mi się. Ta sama fabuła opowiedziana jako film, czy książka byłaby po prostu jeszcze jednym gniotem o niełatwej młodości, przyjaźni, błędach i trudach dojrzewania. W formie komiksu rzecz wchodzi jednak fajnie i z poślizgiem. Idealnie do opowieści o grupce muzykujących nastolatków pasuje kreska i kolorystyka Gipiego, a wolno, acz niewątpliwie snująca się fabuła nie pozwala się oderwać od losów grupki. Ostatnio obrodziło u nas w albumy z muzycznymi konotacjami - widać wydawcy zrozumieli wreszcie jaka siła tkwi w połączeniu milczącego medium komiksu z głosnym rozkręconym na full tematem. A może rozumieli to od dawna, a teraz wreszcie znaleźli komiksy w których to najlepiej widać. Bo rzeba przyznać, że kończące rozdziały “Sali prób” pełne ekspresji plansze grających chłopaków wyglądają rewelacyjnie.
Dziadek Leon. I jeszcze jeden album zrzucający buty. Muszę przyznać, że nie znałem wcześniej żadnych komiksów De Crecy’ego i Chometa (komiksów, bo “Trio z Belleville” oczywiście znam). I choć “Dziadek Leon” to coś czego spokojnie mogłem sie po takim albumie spodziewać, to i tak rzecz nieźle kopie między oczy. Nie dziwię się, że dziesiątki znajomych rysowników padają na klęczki przez De Crecy’m, nie dziwię, że De Crecy zgrał się na “chore wyobraźnie” z Chometem (swoją drogą w stopce mogliby nie mylić kto w tym albumie jest scenarzystą a kto rysownikiem). Cała rodzinka przedstawiona w tym grubaśnym komiksie to idealny kontrapunkt klasycznego francuskiego mainstreemowego komiksu. Coś jak nasz Mleczko z Czeczotem i Raczkowskim pospołu, tyle, że na znacznie dłuższy dystans - ponad 150 plansz. Szacunek.

bezrefleksyjnie

March 20th, 2008

W komentarzu do poprzedniego wpisu “wątpliwy” zarzucił mi bezrefleksyjność notek. Że tylko wymieniam, pędzę, piszę: “autor fajnie prowadzi/autor kiepsko prowadzi” i tyle. Przez grzeczność nie przeczę. Nie w każdym wymienionym tytule widzę pole do refleksji i długich przemyśleń. A wymieniam wszystkie (jakie wchłonę). Traktuję to raczej jako takie publiczne notatki z bieżączki oraz (co zdarzyło się kilka razy) pretekst do wymiany opinii pomiędzy mną a czytaczami bloga. Coś jak sygnał - widziałem to i to - chcecie o tym pogadać? I już. Żadnych wielkich analiz (je piszę rzadko i niechętnie i raczej za pieniądze), żadnych wielosylabowców, trochę wspomnień, trochę autopromocji, trochę nieśmiesznych żartów. Tyle.
I po tych wyjaśnieniach mogę przejść do kolejnej porcji bezrefleksyjnej wyliczanki:
W kinie widziałem Nie kłam kochanie - następną plastikową polską komedię romantyczną, równie nieszczerą co jej główny bohater (przy okazji szacun dla Adamczyka - świetny aktor, do pierwszej sceny filmu tak wiarygodnie wyglądał na zakłamanego buca, że oczu od niego nie można oderwać. Chyba, że pokazywała się jego partnerka - Marta Żmuda piękna jest i cudnie się dziwi. I w zasadzie nic więcej w tym filmie nie robi). Scenariusz Łebkowskiej biedny. Muzyka - wtórna, gra aktorska - to za dużo powiedziane, zdjęcia i reżyseria równie plastikowe co żenujące. Nie jest to tak złe jak “Jeszcze raz”, ale dobrym nigdy w życiu bym tego nie nazwał.
Po prostu razem - jakoś z tego co wcześniej o tym filmie czytałem spodziewałem się czegoś bardziej wymęczonego. A to zupełnie sympatyczna historyjka o niełatwych ludziach w niełatwym świecie, którzy powoli, acz uparcie starają się poukładać sobie rzeczywistość, życie, uczucia i dobrze skończyć. Jak zauważyła moja żona, grający jedną z głównych ról Guillaurne Canet przypomina trochę (wizualnie) Rafała Szłapę. Pewnie tak, ja tam oczywiście znacznie bardziej skupiałem się na Audrey Tautou.
Gwiezdny pył - wreszcie to nadrobiłem. I jest dobrze. Ot, po prostu wzorcowa filmowa baśń XXI wieku. Dla dzisiejszych i wczorajszych dzieci ku dobrej zabawie. Nic ponadto. Ale też nic poniżej pewnych standardów. Całość nie porywa, nie rozczarowuje. Vaughn nie jest Peterem Jacksonem, czy Terrym Gilliamem, ale źle nie jest. Zwłaszcza, że obsada dopisała. De Niro gejuje, Pfeiffer brzydnie w oczach, Danes świeci itd. W sumie warto.
A jeszcze - jak rzadko - obejrzałem film w telewizji. Tak się jakoś złożyło. Sposób na teściową Jennifer Lopez vs Jane Fonda. Przyzwoite. Parę prostych, acz zawsze śmiesznych grepsów, ekwilibrystyka, by przypadkiem żadna z pań nie doznała uszczerbku na PRze. Ot, komedyjka jakich wiele.
Serial Sześć stóp pod ziemią 2/12-13 - domknięcie drugiego sezonu. Bohaterowie się schodzą i rozchodzą, poznają swe tajemnice i nikomu to nie pomaga, znowu ktoś umiera, raz dla odmiany ktoś się rodzi. No i jeszcze oczywiście cliffhanger, który ma zachęcić do powrotu na następny sezon. Powrócę, powrócę. Może nawet niedługo, bo to serial co się zowie.
No i wielkie wiaderko komiksów, przede wszystkim efekt WSK, na którym wydawcy się postarali i powydawali. Sama impreza stadardowa, acz sympatyczna. Mnóstwo dawno nie widzianych twarzy, trochę mniej, lub bardziej sensownych rozmów, sporo osób, które myślałem, że zobaczę, ale albo się minęliśmy, albo nie dojechały. Trochę wieści - pewnie już słyszeliście, że w październiku w Łodzi będą Liberatore, Moebius i Manara. A przy okazji - dziś zadzwonił do mnie znajomy z Amberu i powiedział, że na majowe targi książki sprowadzają Clive’a Cusslera. To już drugi raz - pierwszy był przed laty, robiłem z nim wtedy wywiady do krakowskiej Wyborczej i do Przekroju. Sympatyczny starszy pan. I płodny. Ale wracając do komiksów:
Snoopy - Była ciemna, burzliwa noc część 1-2 - coż rzec? Oczywista oczywistość - absolutna klasyka. Trochę wioska, że podzielono to na dwie części - zdrowiej i uczciwiej byłoby w jednym, spokojnie można było też zmniejszyć format. Ale to kwestia edycji - sam komiks jest po prostu wielki. Gdybym musiał wybierać, wolę oczywiście “Kelvina i Hobblesa”, ale na szczęście nikt mi nie każe. I mogę zaczytywać się też “Snoopy’m”. Mój studencki koleżka Michał Rusinek zupełnie sprawnie to przełożył, a Schulz jak zwykle zadziwia puentami i złotymi myślami - “Babcie powinny mieć imiona jak ludzie”, czy “Kojoty nie umieją czytać, więc ja się chowam na półce z książkami”.
Powerless TPB - kupiłem sobie ten marvelowski tomik na Allegro bez przekonania. Ot był tanio, coś jeszcze brałem od tego sprzedającego więc wziąłem. Sam pomysł superbohaterów bez mocy wydawał się dość prosty, twórcy mało znani, ale nabyłem. I również bez przekonania zacząłem czytać. I zachwyciłem od pierwszych stron. Bo oto mamy świat Marvela pełen znanych nam postaci, które zachowują swe charaktery, ale nie mają żadnych nadludzkich mocy czy zdolności. A całość oglądamy z perspektywy doktora Wattsa, psychoanalityka, który cały czas ma wrażenie/świadomość istnienia uniwersum Marvela i superodpowiedników ludzi z którymi spotyka się na terapii. Tymczasem Peter Parker, Logan, Matt Murdock i inni wcale się nie zmienili mimo swej “powerlessowości”. Wciąż stają przed trudnymi wyborami i jakoś sobie z nimi radzą. I nie tylko oni - mamy tu Starka, Fiska, Osborna, Bannera, Castle, Xaviera i wielu innych. Wszystko świetnie rozprowadzone, bez cackania się z dobrymi i złymi, z zaskakującymi zwrotami akcji i idealnie wyprowadzonymi aluzjami do znanych fabuł i motywów. No i z puentą, która mnie powaliła, choć pewnie bo bardziej błyskotliwi domyślili się jej wcześniej.
Żywe trupy 4-5 - dwa następne tomy serii o życiu w świecie pełnym zombie. Już pisałem, że za tę serię Taurusowi należą się brawa (a ode mnie jeszcze podziękowania za pomoc giełdową na WSK). Opowieści o zombie są dziesiątki, jeśli nie setki. To pierwsza (jaką znam) porządna, długa, rozbudowana opowieść o kolejnych miesiącach po awarii świata. Jak resztki ludzi próbują ułożyć sobie życie, jak sami dla siebie są większym zagrożeniem niż hordy zombie, które czekają tylko na ich zły ruch. Jak takie życie zmienia ludzi, zmienia obyczaje, zmienia cywilizację, która przecież sama zmieniła się już bezpowrotnie. Kirkman zupełnie sprawnie dosypuje do fabuły nowe postacie, gdy te starsze się wykruszają, mnożąc nowe potencjalne związki międzyludzkie, konflikty i brutalne konfrontacje. Zdecydowanie jedna z najlepszych serii, jakie wychodzą obecnie po polsku. A może i w ogóle.
Dni pośród nocy - Neil Gaiman i jego vertigowe dzieła rozproszone. Taki tom rozumiem znacznie bardziej od jakichś komiksowych adaptacji opowiadań Neila. Tu mamy jego autentycznie komiksowe pomysły - 3 x Swamp Thing, John Constantine i Sandman (a nawet dwóch). Świetne historie, zwłaszcza te dwie ostatnie. Absolutnie tom godny uwagi i pokazujący ile kopa miał młody Gaiman. Wiele z tego, co jest siłą tych historii Gaiman już zatracił - w swej dzisiejszej twórczości zamienił na inne, lepsze, czy gorsze, ale inne. Takim jak tu, naprawdę go lubię.
Przygody Powstania Warszawskiego - Cóż, tak to już jest, jak jakiś pryszcz nabrzmiewa i nabrzmiewa to w końcu pęka. I pękł. Pryszcz naordowo/martyrolo/ojczyźniany. I świetnie pękł. Nie idealnie, to nie jest bardzo dobre - jest nierówne, miejscami słabsze, czy głupawe, ale świetne. Panom brakuje może trochę porządnego redaktora, ale to jest właśnie to czego spodziewałem się pierwszy raz biorąc przed laty do ręki “Likwidatora” i czego mi w nim straszliwie zabrakło. Inteligencji, oczytania i umiejętności przywalania na poziomie. Dąbrowski w porównaniu z tymi panami to mały pikuś, który idzie na absolutną łatwiznę. Rzecznik i Świdziński potrafią parodiować, kopać z półobrotu, nie upraszczać i nie zaczynać czegoś, czego nie potrafią równie dobrze i mocno skończyć. Jak sobie przypomnę jak Dąbrowski wprowadził w Likwidatorze postać Tischnera, która poza nazwiskiem nie miał nic wspólnego z oryginałem (nie uchwycił w ogóle charakteru księdza-profesora, a teksty, które ten wygłaszał w komiksie, były dowodem całkowitego niezrozumienia przekazu i klimatu księdza-profesora), to profesor Bartoszewski z “Przygód Powstania Warszawskiego” wydaje mi się absolutnym mistrzostwem świata. Już tytuł tego albumu pokazuje, że mamy do czynienia albo z idiotami, albo z ludźmi o wyszukanym poczuciu humoru. Dalej jest jeszcze lepiej. I sorry, za te ciągłe porównania z Dąbrowskim, ale tam mi się jakoś skojarzyło. Głowonuku i Mazolu - idźcie tą drogą!!!
Baśnie - Folwark Zwierzęcy - i tu też jestem pełen zachwytów i pochwał. Oto Willingham dalej bawi się baśniami robiąc z nich opowieści dla dorosłych i wariując sobie na motywach Orwella. Nie ma co streszczać, czy się rozpisywać - czytajcie Baśnie! Będzie zachwyceni. Tylko nie dawajcie ich dzieciom - dekapitacja czy zoofilia to jedne z łagodniejszych elementów tej historii.
No i po tylu kolejnych zachwytach takie Piekło, niebo wypada stosunkowo nijako. Taka też i jest (nawet w zamierzeniach twórcy) ta historia i tacy bohaterowie, ale nie zmienia to faktu. Nijako i nudno. Historia snuja, który się snuje i może coś, ale jednak w zasadzie nic i to już chyba wszystko. Zdecydowanie nie moja bajka, ale jestem przekonany, że podobnie jak trafiają się miłośnicy długich irańskich dramatów o trudzie żniwiarza, tak znajdą się i czytelnicy zachwyceni, tym jak on się pięknie snuje; jak fascynującą nudą bije z tego komiksu; jak dobrze oddaje trudy dojrzewania. Mi jakoś inne oddawania podobają się bardziej, a nudy i snucia mam na tyle w życiu, że wolę wchłaniać fabuły składającego się raczej z akcji. Taki jestem płytki.
I ostatnia, zaległa kupka amerykańskich zeszytów z ostatnich miesięcy:
Daredevil #104-105 - dokończenie historii “Without Fear” Brubakera, historii w której DD nie daje rady. Dosłownie. To spora odmiana wśród zwykłych marvelowskich opowieści superbohaterskich. Ale DD dawno przestał już być zwykły. I dawno stał się moją lekturą obowiązkową… Już miałem wpisać jakąś refleksję, ale się powstrzymałem.
Freddy vs Jason vs Ash #4-5 (z 6) Zdecydowanie najlepszy post-filmowy komiks ostatnich lat. I jeden z najlepszych horrorów. Nie wiem skąd się wziął pan James Kuhoric, ale chcę go więcej. Idealnie oddał wszystkie trzy charaktery i ślicznie je poprzelatał w fabule dorzucając kilka tuzinów nastolatków do rozszlachtowania po drodze. Od wariacji na wyliczankę Freddy’ego po Jasona z maczetą zamiast ręki - jest naprawdę smacznie i zabawnie przez wszystkie strony. Rewelacja.
Angel - After the Fall #3-4 - no, wreszcie powoli co nieco zaczyna się wyjaśniać. Whedon pojechał zdecydowanie po bandzie z głównym pomysłem na ten czysto komiksowy 6. sezon “Angela”. I oczywiście zaczął komiks w samym środku zamieszania - żeby było trudniej i spektakularniej na początku. I jest. Po czterech zeszytach team jest już niemal skompletowany i pora na jakąś porządną jatkę. I jestem pewien, że nastąpi ona lada odcinek.
I wreszcie The Evil Dead #1-2 (z 4) - czyli Ash raz jeszcze w swej pierwszej klasycznej przygodzie. Ten film Raimiego nigdy nie był zkomiksowany, więc Verheiden i Bolton wzięli się za to teraz, ćwierć wieku po premierze kinowej. Znaczy wzięli się wcześniej, niektóre plansze Boltona są sygnowane rokiem powstania i widać, że rzecz nie jest z ostatnich miesięcy, ale w końcu Bolton nie ma kreski, którą robi się zeszyt w dwa tygodnie. On to wszystko pięknie i wolno maluje. I efekt jest wart tej powolności. Verheiden zaś, który znacznie częściej sygnuje dziś scenariusze seriali niż komiksów podszedł do problemu interesująco. Ten komiks to znacznie bardziej niż w filmie opowieść Asha, który poszerza na boki znaną nam (mi na ten przykład nieomal na pamięć) filmową fabułę i nadaje jej inną, fajną perspektywę. Przed laty w Dark Horse podobnie zrobiono z “Aliens”, które w werski komiksowej zmieniły się w “Aliens: Newt’s Tale” i były fabułą filmu opowiedzianą z perspektywy małej Newt. Tu Ash ma też mnóstwo do dopowiedzenia, a okropności filmu w wersji Boltona wypadają jeszcze okropniej. Pamietam, jak przed laty komiksowa wersja trzeciej części tego cyklu - “Army of Darkness” (również malowana przez Boltona) była jednym z moich pierwszych amerykańskich zeszytów w kolekcji. Oczywiście miałem tylko jeden zeszyt z trzech. Zebranie pozostałych zajęło mi lata. Ale mam już komplet, czego i Wam życzę.
I tyle. Jutro emigruję do Egiptu i nie wiem czy i jak oni tam mają internet. Więc być może będę na bieżąco, a może będę za tydzień. Dobranoc.

kra, kra

March 18th, 2008

No i wykrakali.
Tyle razy ludzie dziwili się, jak ja się wyrabiam z tym wszystkim - czytaniem, oglądaniem, pisaniem. No i przestałem sie wyrabiać. Przynajmniej w ostatnich dniach. Na WSK załapałem się na sporo nowych komiksów i pisząc dziesiątki tysięcy znaków na różne zamówienia mam jeszcze trochę czasu na czytanie. Powiedzmy, że nawet jeszcze ciut na oglądanie (widziałem dziś “Nie kłam kochanie” - nie jest to gorsze od “Jeszcze raz”, ale miejscami się starali), ale już na pisanie bloga czasu nie mam. Przynajmniej dziś. Sterta tytułów do opisania rośnie (od zeszytów Daredevila przez świeżo po polsku wydane komiksy Vertigo po świetne “Przygody Powstania Warszawskiego”) - może jutro, w przeddzień zesłania do Egiptu. Spróbuję. A dziś pozdrawiam i wracam do prac zleconych.

Większość piątku spędziłem jako rodzinny kierowca w potrzebie (to znaczy rodzina była w potrzebie, a nie ja), ale i tak coś tam popisałem, pogadałem, poplanowałem itd.
Jadąc zobaczyłem np. billboard poznańskiego “Pyrkonu”. łoł. W zeszłym roku zachwycałem się organizacją warszawskiego Polconu: koniec z akademikami i radośnie studenckim klimatem. Centrum konferencyjne, profesjonalizm i wygoda. Minęło parę miesięcy i proszę - następny fantastyczny konwent już nawet poszedł w reklamę wielkoformatową. Brawo!
Ze smutniejszych wieści - zmarł Dave Stevens, komiksiarz, twórca postaci Rocketeera. Może pamiętacie nienajlepszy film, ale komiks był niezły. Oldschollowa, sympatyczna opowieść o przedwojennym superbohaterze z silniczkiem w plecaczku. Do dziś mam pierwszy zeszyt z 1988 r. Tym chętniej, że gdy przed laty po raz pierwszy robiłem sobie komiksowy remament i po raz pierwszy sprawdzałem wartość posiadanych przeze mnie amerykańskich zeszytów komiksowych w bieżącym katalogu/cenniku, ze sporym zdziwieniem stwierdziłem, że ten drobiazg wart jest ładnych kilkadziesiąt dolarów. Nie mam pojęcia jak wpadł w moje ręce, ale niech sobie leży na półeczce. Z szacunku dla Stevensa i z myślą o emeryturze.
Z weselszych wieści - jedna zaprzyjaźniona czytaczka tego bloga została doktorem! Nie wiem na ile występuje tu jakiś związek (czytanie bloga - doktorat), ale lepiej dmuchać na zimne. Chcecie podnosić swoje kwalifikacje zawodowe - czytajcie mnie regularnie!!!
A że dziś już nie leci w telewizorze Lakier, więc mogę opisać co nieco:
No to na pierwszy ogień tenże Lakier do włosów. Cudne. Sympatyczne, cieplutkie, bezpretensjonalne, z mnóstwem świetnych kreacji, już zresztą kiedyś o tym tu pisałem. Dodam tylko, że za drugim razem, na małym ekranie ogląda się z równą przyjemnością, a dodatkowo (jak mało który film) rzecz zasysa i nie pozwala podzielić uwagi. To rzadkie, więc tym bardziej cenne.
Sześć stóp pod ziemią 2/10-11 - następne odcinki historii rodziny przedsiębiorców pogrzebowych, którzy miotają się po świecie i po swoim życiu bez większego sensu, planu i celu. Każdy bohater coś chce, coś próbuje ale zwykle wszystko obraca się przeciw niemu, a czasem jeszcze rykoszetem wali w pozostałych. Nic lepiej nie uświadamia bezsensowności życia jak kilka dobrze wyeksponowanych trupów. Tu jest przynajmniej jeden na odcinek.
Columbo - Czarna etiuda fabularnie ten Columbo nie różni się od innych, ale na innych polach to rzecz wyjątkowa. Przeciwnika Columbo zagrał przyjaciel Petera Falka, znany aktor i reżyser John Cassavetes. Ponoć nieoficjalnie to oni we dwóch wyrezyserowali ten odcinek. Na planie zaś dodatkowo towarzyszą im Pat “Karate Kid” Morita (oczywiście w roli lokaja - wszak to dopiero 1972 r.) i Blythe Danner jako żona Cassavetesa. Danner dziś kojarzona jest przede wszystkim z roli żony De Niro w komediach o poznawaniu rodziców. Niektórzy kojarzą ją też z racji córki. Kręcąc “Czarną etiudę” Gwyneth Paltrow towarzyszyła mamie w sposób trwały - była 5-miesięcznym płodem w środku Blythe.
Muzyka:
Diane, Princess of Wales Tribute 36 piosenek na dwóch CD. Wszystkie w hołdzie zmarłej księżnej Dianie. Kilkanaście rzeczy wielkich i genialnych i drugie kilkanaście takich sobie i lekko mdławych (choć często z repertuaru wielkich artystów). Nie wiem, czy będę tego częściej słuchał, ale “Who Wants To Live Forever”, “Miss Sarajevo”, “Tears in Heaven”, czy “Everybody Hurts” rzadko zdarzają się na jednym krążku.
Wolf Tracks - The Best of Los Lobos - od lat uważam Los Lobos za jeden z moich ulubionych zespołów, choć nie znam za dużo ich muzyki. Lubię ludyczną ścieżkę do “La Bamby”, uwielbiam soundtrack do “Desperado” i mogę słuchać bez końca “Collosal Head”. Tu wreszcie dostałem przekrój przez wszystkie ich płyty ułożone chronologicznie (oczywiście jak przyszło co do czego, to w zestawie brak numerów z “Desperado” i “Collosal Head”). I widzę, jak ich muzyka ewoluowała. Od kalifornijskiego meksykańsko/rockowego rzępolenia po zadziwiające rockowo/zakręcone aranże w których gra wszystko i nie sposób przewidzieć co i jaką nutą za chwilę zabrzmi. Wszystko co działo się przed “La Bambą” jest dość standardowe, potem trochę lepiej, ale dopiero zabawa przy filmie Rodrigueza dała wilczkom kopa. I właśnie “Collosal Head” i płyty przed i po niej to takie Los Lobos jakie lubię najbardziej. Czekają mnie więc zakupy “Kiko”, “This Time”, no i rzeczy z tego tysiąclecia.
No i komiksy:
Buffy, the Vampire Slayer Omnibus vol. 3 A co! Trzeci grubasek o przygodach Buffy. Całość w ramach trzeciego sezonu jej przygód, czyli jeszcze szkoła średnia, acz pogromczyni i jej koleżanki coraz doroślejsze (że też w serialu nie wpadli - jak tutaj - na pomysł party w piżamach). 300 stron komiksowych opowieści o walce z wampirami, demonami, złymi ludźmi, złymi stworami z piekła rodem itp. A każdy inny i bardziej zakręcony. Bo jeden demon jest lodowy, a inny na taśmie filmowej, a jeszcze inny ma mnóstwo dzieci, które sprzedawane są jako maskotki/przytulanki. A nocami rozrabiają. Wszystko to jednak uczciwie i sterylnie, w formule komiksu dla młodszych nastolatków, gdzie żadnych poważnych obrazów przemocy (że o seksie nie wspomnę). Wszystko co najatrakcyjniesze dzieje się pomiędzy kadrami. Czasami takie działanie świadczy o mistrzostwie twórców, a tu o prostych zasadach amerykańskiej pruderii popkulturowej. Ale i tak to lubię.
John Woo’s 7 Brothers - Director’s Cut - z taką lekką nieśmiałością podchodziłem do tego TPB. A niepotrzebnie. Bo Garth Ennis i Jeevan Kang odwalili kawał porządnej roboty. Najmniej przekonują mnie tu okładki Yoshitaka Amano (jakoś nigdy mnie nie pociągała jego kreska). Sama historia zaś to z rozmachem opowiedziana historia z pogranicza wschodu i zachodu. W każdym tego słowa znaczeniu. Woo wymyślił opowieść o iście wschodnim rozmachu, oddechu i magii, a przy tym będącą sprawnie opowiedzianym komiksem nieomal superbohaterskim. Z pewnością spora w tym zasługa Ennisa, który zrobił z tego pomysłu scenariusz. 7 potomków wielkiego maga musi stawić czoło odrodzonemu innemu wielkiemu magowi. Nigdy bym nie podejrzewał Woo o takie klimaty mistyczno/fantasy. Jego filmy to zwykle widowiska akcji pełne pistoletów i zdecydowanie pozbawione elementów nadprzyrodzonych (czasem również śladowych ilości prawdopodobieństwa, ale ja nie o tym). W sumie niezły tomik, trochę z boku głównego nurtu, ale wszedł mi z przyjemnością. Ciekawe, czy cyferka “1″ na grzbiecie to tylko tak z grzeczności, czy są szanse na ciąg dalszy?
Młodzi Tytani Tom 1 - Prawda, sprawiedliwość i Pizza! - kolejna inicjatywa Egmontu. Małe tomiki z kreskówkowymi wersjami przygód postaci z DC. Tu “Teen Titans” - Robin, Cyborg, Raven i inni. No i muszę przyznać, że na pewne rzeczy chyba jednak jestem już za stary. Jak “Marvel Adventures” jeszcze mi wchodzi, tak ich opowiednik DC jest zbyt dziecięco/radosny. I nie nadaje na mojej fali. Doceniam warsztat i pomysły właściwe dla tej grupy docelowej, ale wymiękam. Nic to, dam córce.
I jeszcze jeden dziś grubasek - The New Avengers - Illuminati TPB Nie mogłem się powstrzymać i sobie zamówiłem. I nie żałuję. Śliczny podprowadzenie pod największy marvelowy crossover tego roku (”Secret Invation”). Opowieść o sześciu super superbohaterach, którzy zakulisowo rządzą światem. I idea odesłania Hulka w kosmos wcale nie była ich jedynym i największym błędem. Trochę sprawnego retconu, trochę dobrych dialogów i mocny, wyrazisty finał. Bendis nie zawodzi.
I jeszcze wiaderko zeszytów:
Najpierw wreszcie otrzymane zaległości - World War Hulk: X-Men #3 (z 3) Hulk kontra Mutanci, runda trzecia. Wiadomo, że Sałaty nie można powstrzymać siłą, może więc da mu się coś wytłumaczyć. Za którymś razem. Proste i oczywiste, ale mi się podoba. Gage pozwolić Hulkowi spuścić Xom naprawdę ostry łomot, a przecież Hulk spuszczający łomot to jeden z najładniejszych komiksowych motywów na świecie.
World War Hulk: Front Line #4-5 (z 6) Hulk na Manhatanie z punktu widzenia normalnych ludzi. Ponieważ rzecz przyszła spóźniona, znam już całą resztę crossoveru (ba, znam ostatni zeszyt tej serii) i pewne pomysły Jenkinsa się o to przewracają. Nie zaskakują tak jak powinny. Ale całość przyzwoita i dobrze napisane.
The Incredible Hercules #113-114 A tu już bieżączka. W podstawowej serii Hulka, Sałatę zastąpił Hercules i jest dobrze. Dla amerykańskiego czytelnika może nawet i bardzo dobrze, ale my tu znamy choć trochę mitologię grecką i nie zaskakuje nas (mnie) np. historia szaty Dejaniry. Pak zainwestował w książkę z mitami i wpisuje je w scenariusz jeden za drugim korzystając z pretekstu konfliktu Herculesa z Aresem, który dzieje się na równi w bieżącym uniwersum Marvela co i w retrospekcjach.
Ultimate Human #1-2 (z 4) - połowa miniserii ze świata Ultimate w której Hulk i Iron Man tłuką się i bratają. Warren Ellis, więc rzecz na wysokim poziomie opowiadania, choć straszliwie formalnie oczywiste. Hulk zwraca się o pomoc do Iron Mana. Ten próbuje. Nie idzie. Łomot. Idzie. Wszystko OK. Pojawia się wróg, który namiesza w kolejnych odcinkach i pewnie sprawi, że to, co Iron Man wyleczył Hulka to się jakoś w finale zmarnuje. Obym się mylił, ale na razie wygląda to jak większość fabuł marvelowskich z lat 60.
Star Trek: The Next Generation - Intelligence Gathering #2 I znowu bez #1. Na szczęście i tym razem seria ST zbudowana jest z pojedyńczych autonomicznych fabuł. Tu Picard wysyła Worfa by szefował negocjacjom i robi się zabawnie.
I na koniec Deathblow #9 Ostatni. I dobrze. Najnowsza wersja Deathblowa a’la Azzarello nieźle się zaczęła, ale potem zaczęła robić bokami bez większego sensu, czy widocznej myśli kreatora. I w końcu rzecz się posypała i poszła do piachu bez żalu ze strony czytelnika (czytaj - mnie). Trochę szkoda postaci, którą lubię od lat, ale może jeszcze kiedyś ktoś się za nią weźmie. Przecież to, że ginie już i wcześniej się zdarzało.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl