Od Joego Pesci do Batmana co bije Robina
February 28th, 2008
To dzisiaj odwrotnie. Skoro ostatnio nie było o wchłanianych dobrach kulturalnych, sporo ich się nawarstwiło, a z drugiej strony przez te dwa dni nie było specjalnie nic, co bym chciał/miał co opisywać, więc od razu do rzeczy:
Najpierw filmy:
Family Enforcer/Dear Mr. Wonderful - zdobyty w USA i kosztujący centy dublet wczesnych filmów z Joe Pesci’m. Świetnie w nich widać, że od początku Pesci kręcił się koło tematów gangstersko/imprezowych, acz dopiero jak skolegował się z De Niro i ze Scorsese to coś z tego zaczęło wychodzić. Pierwszy film to w ogóle jego debiut kinowy - gra zaledwie przyjaciela głównego gangstera (w zasadzie dokładnie tak samo jak po latach w “Chłopcach z ferajny” - ten sam charakter, tak samo kończy), ale dziś oczywiście to jego nazwiskiem oklejony jest ten film, żeby sprzedać go choć za centy. To takie “Ulice Nędzy” tylko zrobione zupełnie bez talentu - wtedy każdemu wydawało się, że można jak Scorsese. Drugi film młodszy o sześć lat, już po “Wściekłym Byku” - pierwszym wspólnym filmie Pesci’ego ze Scorsese’m i De Niro, no i po pierwszej nominacji do Oscara. Joe wyraźnie naładowany, już w głównej roli i jako współautor śpiewanych przez siebie w filmie piosenek snuje historię człowieczka, który stara się przebić w półświatku i szołbiznesie równocześnie. I ma pod górkę. Acz znowu zabrakło reżysera, całość wypadła mdło i idealnie nadaje się na drugą część “double feature dvd” za centy.
Uczeń szatana - a tu już film naprawdę godny uwagi. Po rewelacyjnych “Podejrzanych” Bryan Singer zapalił się do noweli Stephena Kinga “Uczeń Szatana”. Rzecz już trzykrotnie miała być ekranizowana, ale jakoś się nie udało. A King zobaczył “Podejrzanych” i odsprzedał Singerowi prawa za 1 dolara. I słusznie. Bo film jest świetny: Połowa lat 80. amerykański nastolatek rozpoznaje w jednym ze staruszków z okolicy hitlerowskiego zbrodniarza. Decyduje się go nie wydawać. Ciekawiej będzie posłuchać jego opowieści o tamtych czasach, może nawet trochę poszantażować. A to dopiero początek… W roli ex-nazisty Ian McKellen (jeszcze przed rolami Magneto i Gandalfa). Naprawdę świetne.
Seriale: My Name is Earl 2/3-5. Ha! Ha! Ha! (po jednym na odcinek) Wciąż nie popuszczają (twórcy, bo widzom może się zdarzyć). Odcinek z kobietą z brodą, odcinek z kociarą (widzicie - byłem na bieżąco), odcinek z reaktywacją bandu z młodości, który kończy się małżeństwem z matką kumpla (don’t ask). Earl rządzi i powolutku dawkuję sobie drugi sezon, by się za szybko nie skończył.
Z archiwum X 4/19-20 Najpierw fabuła z podróżami w czasie - jeden pan wraca, by naprawić przeszłość. Standard. A potem historia zmiennokształtnego zapładniacza (w okolicy rodzi się mnóstwo dzieci z ogonkami). Kawałek w którym Duchowny gra zapładniacza podszywającego się pod Muldera to świetna zapowiedź tego, co teraz aktor ten wyprawia w “Californication”.
A u mnie teraz będzie przerwa. Bo nie mam 25 płyty z serii “Z archiwum X” i dopóki jej nie zdobędę zawieszam oglądanie serialu.
Sześć stóp pod ziemią 2/6 - w rodzinie Fisherów pojawia się ktoś nowy. Ciocia (Patricia Clarkson), siostra matki jest oczywiście jej zupełnym przeciwieństwem, wyluzowana, wyzwolona, wyzywająca. Czyli świetnie się komponuje z resztą dziwaków w okolicach domu pogrzebowego. A Brenda podczas masażu przekracza pewną granicę. Ciekawe, co zrobi klientowi następnym razem. Dobry, ostry serial, który wreszcie nadrabiam.
A w telewizorze (na Foxlife) obejrzałem sobie po raz pierwszy serial Zaklinacz dusz 1/12 I w sumie, czemu nie? Jennifer Love Hewitt jako medium zajmujące się porządkowaniem spraw zmarłych, którzy nie mieli w sobie dość determinacji, by rozstać się z naszą planetą. I snują się. I marudzą. I ona ich widzi. Czemu nie? Ten odcinek wciągnął mnie tym bardziej, że dotyczył komików, stand-upowców. A mam słabość do tego rodzaju zabaw na scenie.
I komiksy:
Predator Omnibus vol. 1 - mocno ponad 400 stron historyjek o kosmicznych drapieżcach na Ziemi. Trzeba przyznać, że Predatory są wręcz stworzone do kolejnych nowelek z różnych miejsc naszego globu, ba, z różnych czasów. Tu mamy najpierw trylogię miniserii (w sumie 12 zeszytów), której bohaterem jest brat Arnolda S. z pierwszego filmu. W ramach poszukiwania brata, który nie wrócił z tamtej fabuły do domu, nowojorski policjant mierzy się z Predatorami w swoim rewirze, na dalekiej Syberii i wreszcie (jak brat) w południowoamerykańskiej dżungli. W pozostałych historyjkach mamy Predatorów w Afryce; kontra angielscy kolonialni dżentelmeni; na froncie I Wojny Światowej i w feudalnej Japonii. Nic wielkiego, ale w sam raz do poczekalni w banku (a ponieważ jestem jednym z biedaków przerzuconych z BPHu do PKO SA, spędzam tam w ostatnich dniach sporo czasu).
Dilbert - Nie stójcie tam, gdzie spadnie kometa i wytryśnie ropa naftowa. W zasadzie i tak nie wymyślę nic nowego i śmiesznego, więc po prostu polecam. Dilbert udowodni wam bezsens waszej egzystencji zawodowej, a potem pocieszy, że inni mają jeszcze gorzej. I rozśmieszy. Tak to działa. Rewelacja.
I jeszcze zeszyciki:
Gotham Underground #3 - miniseria opisująca jak dochodzi do nowego rozdania w gothamskim podziemiu. Zupełne odwrócenie pomysłu na “Gotham Central”, acz ilością wątków i postaci znacznie je przerastające. Bo tu oprócz wszystkich Scarecrowów, Two-Face’ów, Pingwinów i Zsaszów są też Batman i koledzy. Zeszyt wyrwany z środka opowieści, acz wciąga. Czyli znowu coś, co chętnie przeczytam kiedyś w TPB.
Superman/Batman #44 - początek nowej sagi. Świetny. Bo zaczyna się od szczerej rozmowy na dachu pomiędzy Supermanem i Batmanem z której wynika, że Batman został Mrocznym Rycerzem bo matka biła jego i siostrę, a teraz siostra leży w śpiączce a on stara się bronić innych niewinnych przed biciem. I Batman zdejmuje maskę i jest pod spodem blondynem. A Superman mówi do niego “Lance”. I lecą do laboratorium Supka na księżyc. I słychać “cięcie”. Bo to film kręcą. A prawdziwy Batman i Superman siedzą na dachu obok i nieźle się bawią. No, ale potem zaczyna się już akcja serio i w efekcie Superman dostaje kryptonitem w oko i trochę się wkurza. I decyduje się pozbierać cały kryptonit na naszej planecie. I zapowiada się to na gargantuiczne zadanie. Michael Green - kolejne nowe nazwisko w komiksowej branży. Do tej pory raczej scenarzysta i producent telewizyjny (m.in. “Smalville”, “Heroes”) jest nastym już gościem, który wpada z wizytą z telewizji do obrazków z dymkami. Na razie wychodzi to komiksom na dobre, więc nie narzekam.
Teen Titans Year One #1 (z 6) - początki grupy nieletnich superbohaterów. Rzecz pisana i rysowana dość lekko i grupą kreską. Robin, Kid Flash, Aqualad, Wonder Girl i tak dalej. Są i starsi, ale jacyś dziwni. Batman krzyczy, bije niewinnych, ba, Robina bije. Ciekawe o co chodzi? Może się wyjaśni coś za miesiąc. Może przeczytam…
poOscarowo i nie tylko
February 26th, 2008
Już mi ciut lepiej. Więc dziś (by nadrobić stracone dni) zgodnie z tytułem sporo drobiazgów i nie tylko.
Oscary - jestem za. Widziałem wiele i z tego co widziałem praktycznie zgadzam się z każdą kategorią. Nie, żeby wygrały rzeczy, które mi się najbardziej podobały, ale tak Coeni to najleszy film, reżyseria, scenariusz adaptowany i rola Bardema, Day-Lewis i Marion rządzą, “Pokuta” ma super muzykę, “Juno” - najlepszy oryginalny scenariusz, Bourne najfajniejsze kombinowanie z formą itd. Jest dobrze.
Ceremonię przespałem, ale już po 7 rano komentowałem wyniki w Trójce, potem godzinne spotkanie w Onecie przed kamerą i wieczorem pogaduchy w TVPKultura. To nie był zmarnowany dzień (a jeszcze 4 godziny za kółkiem w drodze z Mikołajek).
Uwielbiam poniedziałkową pooscarową prasę polską. Impreza jest o takiej godzinie, że nikt nie zna wyników by coś napisać. Trzeba kombinować. Tegoroczny laur zdobyła “Angora” leadem “Wajdzie Oscar się należał” - niezależnie od werdyktu są w temacie. Brawo!!!
Z kombinowania polską gramatyką - jeszcze żarcik z bramki w TVP. Pan szuka mnie wczoraj na liście gości TVPKultura, aż tu nagle jakiś młodzian usiłuje gdzieś wyskoczyć z budynku i przebija się w drugą stronę przez ochroniarzy:
- Może mnie Pan na chwilę wypuścić?
- A Pan jest z…
- Ja jestem z “Jakiej to Melodii”.
Śliczne, prawda?
Tymczasem w sieci trzy następne nasze wideorecenzje: “Operacja Świt“, “Wojna Charliego Wilsona“, “Sweeney Todd”
I - znacznie zabawniejszy - pierwszy filmik z realizacji nowej fabuły Kevina Smitha. Smith i Rogen razem - będzie z pewnością genialne. Zobaczcie sami. Tu. Ja padłem.
Z innej bajki - przeczytałem właśnie ciekawą analizę amerykańskiego rynku komiksowego. A dokładniej stycznia na tym rynku. I to z perspektywą historyczną. I okazuje się, że lepiej jest. Kurczenie się rynku komiksowego zostało wreszcie sprawnie i zdecydowanie zatrzymane. Patrząc na styczeń ‘08 i porównując go do styczni sprzed roku, pięciu, czy dziesięciu lat widać, że w ilościach sprzedawanych komiksów po wyraźnym załamaniu pięć lat temu jest tak dobrze (a nawet ciut lepiej) jak równo dekadę temu - ponad 7 milionów sztuk zeszytów. Jeszcze mocniej rusza sprzedaż TPB (teraz wydaje się ich zresztą znacznie więcej i dostępne są w większości amerykańskich księgarni) - dekadę temu wcale nie podawano ich wyników, w stosunku do tych sprzed pięciu lat rynek wzrósł o 59%, a aż o 17% w ciągu ostatniego roku. Cały rynek komiksowy nie jest jakimś wielkim biznesem w USA - miesięczne obroty bez trudu zamykają się w 40 milionach, ale nie w tym rzecz. Wszak tu właśnie od dekad budowane są podwaliny pod kolejne gry komputerowe i filmy z superbohaterami, które te 40 milionów potrafią bez trudu zarobić w jeden weekend.
I jeszcze wracając do Oscarów. Bo się nie mogę powstrzymać. Niby chłopaki w Esensji się tym zajmują, ale oni tropią głównię błędy merytoryczne (ciekawe, kiedy znajdą coś na mnie), a nie czystą niczym niezmąconą ludzką głupotę. Oto w dzisiejszej GW wielki tekst o Oscarach. Na całą stronę, a co. Jacek Szczerba wyjaśnia, analizuje, podsumowuje. Jak ktoś chce w oryginale to tu, ale ja tylko o jednym fragmencie. Cytuję:
Kiedy Penelope Cruz wręczająca statuetkę dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego powiedziała: “Oscar goes to Austria”, stało się jasne, że “Katyń” Andrzeja Wajdy przegrał w rywalizacji z “Fałszerzami” Stefana Ruzowitzky’ego. No, nie wiem jak Was, ale mnie zjawiskowa wręcz trafność tego sformułowania mnie oszołomiła na dłuższą chwilę. Pewnie to przeciwwaga dla innych tekstów Szczerby, gdzie coraz częściej pisząc o filmach twierdzi on, że coś jest niejasne, albo pyta o co chodzi? Tak właśnie było chociażby w recenzji ostatniego filmu braci Coen, czy w ten weekend o francuskich “Żołnierzach mafii”.
I znowu z innej beczki. Gdy byłem w TVPKultura zaczepiła mnie jakaś pani redaktor, żeby powiedzieć, że jest wielką fanką moich tekstów piosenek. “UPS” - pomyślałem sobie, ale w sumie różne są rodzaje zboczeń. Ale pani zaczęła się tłumaczyć, że chodzi jej o piosenki, które śpiewa Basia Stępniak. No to uspokojony, mówię, że to pewnie pomyłka, Basia raczej śpiewa własne teksty i to znacznie lepsze od tych, jakie kiedykolwiek napisałem. Ale ona uparcie, że to moje. No to ja, że wątpię, bo Basia coś mojego zaśpiewała bodajże raz, TVP2 co prawda rejestrowało to na Placu Zamkowym w Warszawie (jakaś charytatywna impreza przedświąteczna naście lat temu - moje “Idą święta” śpiewali wtedy wszyscy łącznie z Basią, Grześkiem Halamą, Robertem Kasprzyckim, Jasiek Radek był na taśmie ale nie dojechał (chyba pod playback udawał go Tomek Hernik - nasz puzonista)). Ale pani, że chodzi o moje teksty jakie Basia nagrała przed laty jako recital dla telewizji. Więc ja znowu próbuję protestować, a pani, że na pewno moje teksty, tak przecież Basia podała im w rozpisce do napisów. I poszła. Cóż… Pamiętam ten recital. Basia wygrała go jako nagrodę dodatkową i to chyba dwa razy na różnych festiwalach. W końcu Terentiew oficjalnie go zamówiła i kręciliśmy. 6 piosenek, bodajże pod koniec grudnia ‘95 (pamiętam, że siedzieliśmy w hotelu w moje urodziny). Nigdy nie widziałem, czy i jak to wyszło, ale w takim razie chętnie dziś zobaczyłbym napisy końcowe… I może powinienem wpaść do ZAIKSu.
A o wchłoniętych rzeczach już jutro.
straj(cze)k
February 25th, 2008
Mogą scenarzyści, mogę i ja.
Bo zmęczony jestem drogą przez Ostrołękę i pooscarowymi wypowiedziami (niektórzy znajomi mówią, że bali się dziś otwierać lodówkę). Sorry.
Więcej jutro.
Dziś tylko powiem, że widziałem po drodze żenujący przykład PiSowskiego czarnego PR-u. Wiecie, że nawet nazwali miejscowość “PułTusk”. Niby przez “u”, ale wiadomo, o co chodzi. Byle umniejszyć, byle kopnąć w kostkę…
Guten Morgen
February 23rd, 2008
Nie wiem, czy już widzieliście, ale ja już. Nowa telewizyjna reklama polskiego banku z Johnnym Cleesem. Dziadek jest nie do zdarcia. I jak zwykle jest genialnie śmieszny. Zwłaszcza w finale - p. tytuł. Ja głośno parsknąłem.
Może zresztą jestem dziś językowo lekko podrażniony - w hotelu więcej co prawda Rosjan niż Niemców, ale to widać znak czasów. Junior dziś w klubie dla dzieci przez kwadrans biegał za jakąś rosyjską dziewczynką pytając “Jak masz na imię?”, ale ta nie była zainteresowana podrywem po polsku. Zresztą miała z 5 lat i co się będzię z 3,5-latkiem zadawać…
Muszę uczciwie przyznać, że hotel Gołębiewski w Mikołajkach to zupełnie niezłe miejsce na rodzinny weekend, co nie znaczy, że się dobrze bawię. Jako istota aspołeczna i męcząca się w sytuacjach towarzysko/imprezowych nie bawi mnie basen czy inne atrakcje. Ale co tam - poświęcam się dla rodziny.
Tymczasem pora tu na nowy konkurs. Tym razem nagroda to serial na DVD. Jaki - niech będzie niespodzianką. I pytanie też serialowe i podchwytliwe zarazem: Skoro jestem w Mikołajkach, raptem kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, gdzie szczenięciem będąc pokończyłem szkoły itp. to na wspominki mnie wzięło i proszę powiedzieć jakie dwa polskie seriale kręcono w moim rodzinnym mieście? Jeden nawet pamiętam jak przez mgłę - jakieś mnóstwo samochodów i autokarów, tłum ludzi za barierką i pokazywanie sobie palcem “O, tam jest! Tam go widać”. Nic nie widziałem. Drugi zaś, kręcony wcześniej, oglądałem lekko licząc dziesiątki razy. O jakie tytuły chodzi?
Wchłaniania jak łatwo się domyślić w zaistniałych okolicznościach przyrody niewiele. Tak naprawdę tylko dwa sympatyczne komiksowe Trade’y. Uzupełniłem sobie ostatnio bibliotekę o pozostałe tomy Whedonowego IDW czyli komiksy z Angelem i Spike’m, których jeszcze mi brakowało. I dwa z nich właśnie przeczytałem:
Angel - The Curse Od tego komiksu wszystko się zaczęło. To pierwszy Angelowy komiks z tego wydawnictwa i na razie mamy do czynienia po prostu z dobrą rzemieślniczą robotą. Dobry wampir wyrusza do Rumunii (czy jak to tak zwie w jego uniwersum), która po upadku komunizmu trafiła w ręce lokalnego watażki i pomaga wyzwolić kraj. Oczywiście traci przy tym szansę na to po co przyjechał (chciał, by Cyganie zdjęli z niego częściowo klątwę - w tej części o szczęściu. Jak ktoś nie pamięta, czy nie zna serialu, to tłumaczę, że za każdym razem, gdy Angel jest szczęśliwy (czytaj: ma ograzm) zamienia się bezterminowo w złego wampira Angelusa. Dlatego raczej unika seksu). Niestety ostatnia osoba zdolna zdjąć z niego klątwę ginie w trakcie zamieszek. W sumie nic wielkiego, ale dobre.
Spike - zbiór trzech one-shotów z jeszcze fajniejszym “dobrym” wampirem. Raz Peter David i dwa razy równie dobry Scott Tipton. Każda historia jest świetna i zabawna sama w sobie i równocześnie nawiązuje do klasycznych odcinków Buffy i Angela. Obaj panowie świetnie odrobili lekcje i idealnie zarówno wplotli swe opowieści w buffyverse, jak i oddali charaktery Spike’a i Angela. To właśnie gdzieś tu (i równolegle w miniserii Davida “Spike vs Drakula”) angelowe komiksy IDW stały się dla mnie wzorcem nowoczesnych komiksowych poszerzań popkulturowych uniwersów. A potem do pisania dołączył jeszcze jeden świetny scenarzysta Brian Lynch i w końcu sam Joss Whedon nie wytrzymał i też zaczął się z nimi bawić. Ale to już inna historia. “Spike” jako tom jest absolutnie do polecenia fanom klimatów z seriali Whedona i miłośnikom dobrej komiksowej rozrywki na pograniczu grozy i humoru.
no lepiej
February 22nd, 2008
No właśnie. Ruszyła właśnie strona www.nolepiej.pl a na niej są już trzy pierwsze filmiki reklamujące produkty firmy Novell do których napisałem scenariusze. To moje pierwsze od lat starcie z reklamą, na razie, że tak powiem, małolitrażowe, acz oczywiście ciekawy jestem wszelkich waszych krytycznych opinii.
A słyszeliście, że ponoć dla uproszczenia sprawy tegoroczna edycja Polskich Nagród Filmowych Orły ma się odbyć w przedpokoju mieszkania Wajdy? Oczywiście TVP1 będzie transmitować. Prowadzący i wręczający będą siedzieć w autokarze przed domem i tylko się zmieniać w kolejnych kategoriach. Śmieszne? Sam to wymyśliłem. Wypadło właśnie ze scenariusza, nad którym pracujemy teamowo, więc żeby się nie zmarnowało, to sobie tu napisałem. Bo mnie bawi.
Dziś nie będzie długo, bo jutro rano jadę z rodziną na zimowy weekend gdzieś. Taki już los ojca i męża, nic się nie da poradzić…
Ale obiecałem konkurs rozwiązać. Nagrody trafiają do Arka i do Krzyśka - kontakt mailem. A skoro rzecz skończyła się jak skończyła to już oficjalnie wpadam w bufonadę i ogłaszam się protoplastą, pierwowzorem i inicjatorem polskiej leksykonografii i historiografii komiksowej. Jako pierwszy zebrałem i opublikowałem publicznie pełne listy odcinków kapitana Żbika i wielu innych serii komiksowych. Rzecz miała miejsce w 1993 r. na łamach “SuperBoomu”. A jeszcze wcześniej w 1991 r. w “Świecie Młodych” dokonałem pierwszej, prościusieńskiej próby stworzenia bibliografii twórczości Janusza Christy. Taki jestem stary…
To przechodząc do wchłaniania:
Duża rzecz muzyczna - Jonasz Kofta - Jonasz Kofta - eksluzywne pięciopak CD zbierający w całość dorobek (a przynajmniej lwią jego część) jednego z najlepszych tekściarzy/poetów PRL-u. Niestety Kofta nie dożył naszych czasów - umarł (i do dość głupio) w 1988 r. Ponad 100 jego utworów dowodzi, że potrafił na wszystkie sposoby - lirycznie i śmiesznie , lekko i ostro, nastrojowo i między oczy. Wielki był. Mnóstwo rzeczy sam wykonywał (piosenki, wiersze, żarty, świetne dialogi z Friedmanem), jeszcze więcej rozdawał innym. Tak obfity zestaw prezentuje go od każdej strony - jest tu zarówno kilkanaście wielkich przebojów, absolutnych evergreenów, jak i jakieś żenujące klezmerskie, dancingowe kawałki. Rzeczy kongenialne i nijakie. Ale i w nich czasem znajdzie się wers, fraza od której spadają buty. Wśród wykonawców też znaleźć tu można nieomal wszystkich. Dziesiątki artystów sprzed lat, jak i sporo młodszych, zwłaszcza aktorów, którzy na nowo interpretują teksty Kofty. Co ciekawe najsłabiej ze wszystkich wypada Szapołowska, która totalnie poległa przy “Podróżą każda miłość jest”. Nobody’s perfect.
Na DVD seriale:
My name is Earl 2/1-2 - wreszcie zainaugurowałem drugi sezon. I jest świetnie. Jason Lee nie traci pary, a pomysły na kolejne fabuły są równie radosne co w pierwszej porcji. Rzecz zaczyna się od tego, że ex-żona Earla ogląda reality show z Britney i też chce mieć wielki telewizor wbudowany w komodę. Więc sobie kupuje. Ale komoda nie mieści się jej do przyczepy w której mieszka…
Z archiwum X 4/17-18 - kolejny podwójny odcinek z głównym wątkiem. Tym razem kosmici włamują się do lecącego samolotu (niejednokrotnie), US Army zestrzeliwuje rejsowe odrzutowce i przyznaje się do tego, Scully wraca do formy, a Mulder znowu szuka minut, które zniknęły z jego zegarka. Nic rewelacyjnego, ale czemu nie?
Sześć stóp pod ziemią 2/4-5 - a tu z kolei scenarzyści dbają by podtrzymywać (a czasem nawet rozwijać) psychodelię w życiu rodziny Fisherów prowadzących zakład pogrzebowy w Kaliformi i ich najbliższych. W jednym odcinku mamy dodatkowo wycieczkę do Seattle, a w drugim panią co to tydzień leżała zanim ją ktoś znalazł, ale to nie są największe atrakcje tej wyśmienitej obyczajowej opowieści.
Kuchnia Polska 5-6 I na koniec dla równowagi coś mniej wyśmienitego. Ostatnie dwa odcinki serialu Jacka Bromskiego o niełatwej, acz łopatologicznie podanej naszej historii najnowszej. Najpierw dość siermiężne wariacje na Kuklińskiego (z obowiązkowo rozbierającą się aktorką) a potem już nowe trzeciorzeczypospolitowe czasy i prościutka przypowieść o niemłodej już Romantowskiej i młodej Maszy. I tyle.
I komiksy:
Aliens Omnibus vol. 2 - kolejna cegłóweczka (zawiera 18 zeszytów) o kosmicznych monstrach. Najpierw dwie miniserie o ludzkich wyprawach na światy Obcych, które kończą się rozmaicie (”Genocide”, “Harvest”), a potem niewydana nigdy poza zeszytami seria “Aliens - Colonial Marines” - zupełnie niezłe 10 zeszytów o codziennym życiu oddziału potykającym się z Aliensami na różnych planetach. Podobne klimaty widać w późniejszych “Żołnierzach kosmosu”, czy serialu “Gwiezdna eskadra” - ciekawe, jak podobnie różni twórcy widzą futurystyczne kosmiczne wojsko. Sympatyczne ponad 450 stron lektury.
I jeszcze ciut zeszytów:
Catwoman #74 - ta postać to sama radość czytania (i oglądania - wygooglajcie sobie okładkę do tego zeszytu). Selina odpuściła sobie macierzyństwo i próbuje sobie poukładać na nowo życie. I prawie jej się udaje - puenta trzeba przyznać jest porażająca.
Action Comics #860 - nie zawsze jestem fanem rysunków Franka, ale do historii o Supermanie i Legionie Superherosów pasuje idealnie. Już poprzednim razem chwaliłem pomysł opowieści o rasistowskiej przyszłości w której zakłamana legenda Supermana służy do czystek wśród megaludzi. Tym razem historia trochę traci impet, ale i tak czyta się nieźle.
Teen Titans #54 - ten zeszyt to puenta jakiejś większej historii, ale nie mam pojęcia o co chodzi. Ni chuchu. Czyta się to świetnie, ale o co chodzi nie mam pojęcia - jakieś klony, duchy, Batman bez maski, Luthor bez sensu. Muszę to przeczytać w TPB to może zorientuję się o co chodzi. Bo świetne jest.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)