Mam CC
January 31st, 2008
W sensie Comedy Central. I pięknie jest - oglądam sitcomy jeden za drugim i bawię się jak norka. Uwielbiam ten prosty, amerykański humor, nieskomplikowane one-linery, oczywiste zwroty akcji, konstrukcja fabuły odcinka niewiele bardziej skomplikowana od cepa - idealne jako wypełniacz wieczoru, w czasie, gdy coś czytam albo piszę.
Bo oto sporo piszę, dużo czytam, niczym jakiś Oleksy. Choć nie wiem, czy jego pociąga Harry Potter. A właśnie - skończyłem. I żeby sięgać dalej i wyżej, teraz przede mną “Lód” Jacka Dukaja. Potter miał 780 stron. Dukaj ma 1050.
Oglądam też tegoroczne odcinki Davida Lettermana. Dostałem, jako materiał poglądowy do pracy. Takiej, jednej, nowej. Więc oglądam.
A na Naszej Klasie ukonstytuowała się Operacja Frombork. Byłem na obozach dziennikarskich w ‘88 i ‘89 r. i oto spotykam teraz znajomych sprzed lat i ze strzępów wspomnień składamy wspólnie te kilka wspólnie spędzonych tygodni. I nawet niektórzy z nas zostali w branży (dziennikarskiej), a inni zostali harcerzami…
A dziś Tłusty Czwartek - godnie obeszliśmy to istotne dla mej wagi święto.
Wracając do Pottera, bo to główne dania dnia, a może nawet tygodnia: J.K. Rowling - Harry Potter i insygnia śmierci, tom siódmy i ostatni. I dobry. Harry dorósł ostatecznie. I stanął do ostatecznego pojedynku. Trupów mnóstwo, zwrotów akcji tudzież. To powieść w klimacie bardzo Ludlumowska - już nie kolejny rok w szkole, a raczej ucieczka po całym kraju przed przeważającymi siłami wrogów. Nie wiadomo komu można zaufać, bohaterowie (bo przecież jest ich trójka) o chwila ocierają się o śmierć, czy przynajmniej ostateczne schwytanie przez wrogów i poznają powoli kolejne elementy tajemnicy. Pisane to jest prosto, rzemieślniczo i bez jakichkolwiek fajerwerków stylistycznych, ale na kolana przed Rowling za konsekwencje w budowaniu świata, wielopoziomosć rzeczywistości, tony idealnie wplecionych retrospekcji, myślę, że całymi rozdziałami sprytne retcony i w ogóle świetne uniwersum. Nie wiem, na ile panują nad tym filmowcy i czy coś, co sobie pominęli w dotychczasowych filmach nie jest w puencie naprawdę istotne - będę musiał sobie powtórzyć filmy.
Fajne jest też jak niektóre pomysły, motywy (by nie rzec naukowo toposy) są analogiczne w różnych dziełach. Nie chodzi o plagiaty - ot, te filmy powstawały równocześnie, te pomysły fabularne w książkach są po prostu konsekwencją innych elementów itd. Poza tym to nie tyle fabuła, którą można od kogoś zerżnąć, co idea, trop nasuwający się sam. Ot, odcięcie Manhattanu od świata i pozostawienie samego sobie. To przecież nie tylko “Ucieczka z Nowego Jorku”, ale też ostatnio “Jestem Legendą” i “Projekt: Monster” - zresztą oba z sekwenckją zniszczenia Brooklyńskiego Mostu. Bo Manhattan sam się prosi o takie pomysły fabularne - jest wyspą a równocześnie samodzielnym miastem pełnym rozpoznawalnych elementów. No to mu kwarantannę!
W Potterze z kolei można znaleźć taki motyw analogiczny do Śródziemia. Tam też artefakt, który w początkowej fabule jest sympatycznym gadżetem, potem okazuje się najważniejszym w całym uniwersum. Tu podobnie - choć może nie najważniejszym, ale zawsze tytułowym w finałowym tomie sagi.
Komiksy:
Salvation Run #1 (z 7). Najnowsza miniseria z superłotrami ma niezły punkt wyjścia. Oto Ci dobrzy się wkurzyli i teleportowali wszystkich złych na odległą planetę. Ot skrzyżowanie Marvelowskich Secret Wars i Planet Hulk z samymi czarnymi charakterami. Głównie występuje ekipa, która niedawno zabiła Flasha, ale potem na planecie pojawiają się inni - Joker, Mr. Freeze, Clayface, Killer Croc, Cheetah i wielu innych. No i muszą się jakoś tu urządzić. Willingham jest niezły w fabułach, których bohaterami są bad guy’e, ale trochę żal, że nie udał się pierwotny pomysł. Tę serię miał pisać sam George R.R. Martin.
Titans East Special - ładny prolog do nowej serii o Titansach. Winick i Churchill opowiadają jak Cyborg po odmowie starych członków grupy próbuje złożyć ją z młodzików. I jak to się mało sympatycznie kończy. Muszę przyznać, że mnie wciągnęło.
Northlanders #1 nowa duża seria Vertigo. Brian Wood i Davide Gianfelice w hardcore’owej wersji Thorgala. Serio. Przynajmniej scenariuszowo, bo rysunkom Gianfelice, jak to u Włochów, bliżej Prady, czy Dylan Doga niż Rosińskiego. Wood zaś pociągnął klasycznie - miecze, tarcze, hełmy, zdrady, utracone dziedzictwa itd. W TPB to może się nawet nieźle czytać.
Freddy vs Jason vs Ash #2 (z 6) Zaległy zeszyt. Świetny. Ta miniseria w pełni wykorzystuje potencjał trzech tytułowych kultowych postaci, a ilość krwawej jatki, nagości, czy one-linerów zaspokajają mnie w zupełności. I jeszcze do tego świetna okładka Powella.
Wetworks - Armageddon - cd nastego już crossoveru, który ma wstrząsnąć posadami Wildstormu. I wstrząsa i wstrząsa i wstrząsa. I nic.
A tu z kolei nie czytałem pierwszej części crossoveru, ale mam cztery następne. Oto “Resurrection of Ra’s Al Ghul” na które składają mi się Nightwing #138, Detective Comics #838, Batman #671 i Robin #169. Czyta to się świetnie - duża w tym zasługa dobrze współpracujących scenarzystów, którzy sklejają w całość opowieść o większości batmaniej rodziny, stawiającej czoło nowemu wielkiemu wyzwaniu. Najpierw Nightwing Niciezy przypominający trochę klimatem “24 godziny”, potem Dini i Morrison świetnie pokazują walkę i współpracę dwóch wielkich przeciwników i wreszcie Milligan udowadnia, że Robin też ma mnóstwo dylematów i problemów, a one mogą być równie wciągające co główny wątek sagi. Świetne.
Superman/Batman #43. Pojedyńczy zeszycik, jak chłopaki zamienili się miejscami i spuścili tradycyjny łomot Dr. Light. Nic nowego, ale i bez przynudzania.
Superman Confidential #9 Seria o wczesnych przygodach Supermana to świetne miejsce na nowe originy niektórych wątków. Oto jak Supek poznał się z Orionem i resztą New Genesis i oczywiście władował się w ich wojnę z Acopolis. Fabuła rozwojowa, czyli będzie kontynuowana w następnych zeszytach.
No i wreszcie mogę się też chwilę zająć serialami, które zacząłem wciągać na Comedy Central. Jak na razie widziałem:
Hoży doktorzy - org. “Scrubs”. W zasadzie rzecz podobna do “Chirurgów”, acz weselsza. To nie tyle parodia seriali szpitalnych, co ich pogodny pastisz, ale ogląda go się świetnie.
Bogaci Bankruci org. “Arrested Development”. Widziałem niecały odcinek, ale jestem pod wrażeniem i zdecydowanie muszę się temu przyjrzeć z bliska. Opowieść o porypanej bogato/biednej rodzince w świetnej obsadzie (Bateman, Cross, de Rossi, Tambor, Walter, Cela - to ten z “Supersamca”). Bardzo mi się podoba.
On, ona i dzieciaki org. “My Wife and Kids”, standard, acz z moim ukochanym Damonem Wayansem. Wielbię go od czasów “Ostatniego Scouta”, “Mo Money”, czy “Ziemskie dziewczyny są łatwe” i wybucham śmiechem po jednej jego minie. A tu robi ich dużo.
I tyle na razie nowych doznań. Nie piszę o takich oczywistych oczywistościach jak “Family Man”, czy “Seks w wielkim mieście”, ale z czasem jak i w nich zobaczę coś ektra to się nie powstrzymam.
Tymczasem styczeń kończy się za parę minut, więc dobranoc.
lekki remanent
January 30th, 2008
Bo się nazbierało.
Ot dostałem nowe krakowskie pismo “Miasto Kobiet” z moim felietonem “Wizyta w mieście” - subiektywnym spojrzeniem na kino w styczniu/lutym. I mam w tym bezpłatnym dwumiesięczniku bywać na stałe, więc polecam moim krakowskim czytelni(cz)kom.
Zapomniałem, w Onecie wiszą już od jakiegoś czasu nasze następne wideorecenzje - “Persepolis” i “American Gangster“. Zrobiliśmy i wysłaliśmy jeszcze nowego “Asteriksa”, ale nie mogę go znaleźć na stronie. Dziś zresztą nakręciliśmy kolejną porcję i to tym razem głównie chwaląc - a to “Pokutę”, a to “Projekt: Monster”, czy “PS Kocham Cię”.
Za to w najbliższych tygodniach już nie będzie mnie i Chaciny w “Pytaniach na śniadanie”. Ponoć nie starcza im budżetu programu. Cóż… Przez grzeczność nie wspomnę o wysokości naszych honorariów.
Od dzisiaj miałem mieć Comedy Central na Cyfrze, ale nie mam. Nie, żeby tylko ja - w ogóle nie ma. Na kanale 36 jest tylko napis, że “juz od 29 stycznia”. I sobie wisi. A kanału niet. A 29 stycznia zostało jeszcze w tej chwili półtorej godziny. Łech…
Wracając do postu sprzed kilku dni o śmierci Heatha Ledgera. Wciąż mi przykro. A jeszcze przykrzej, czy wręcz przechodząc powoli w stan podkurwienia, gdy czytam o jakichś prawicowych oszołomach, którzy twierdzą, że po roli geja-kowboja mu się należało. Podobnie zresztą twierdzą kościoły - chociażby kościół babtystów w Westboro - oto, co ukazało się pod ich szyldem - chrześcijaństwo to świetna sprawa jest. Acz nim klikniesz - uprzedzam, że link prowadzi do strony zdecydowanie dla ludzi dorosłych, dojrzałych i zafascynowanych ludzkimi dewiacjami w każdym tego słowa znaczeniu.
No to jeszcze remanenty wchłaniania:
Dziś obejrzałem sobie następną nową polską komedię romantyczną Rozmowy nocą. No nie jest tak źle, jak przy “Jeszcze raz”, ale dobry film to to nie jest. Na poziomie scenariusza rzecz jest koło średniej - postacie jak trzeba, zwroty akcji również, kilka niezłych dialogów. Nie jest źle. Ale to na poziomie scenariusza. Sam film trzymają kobiety - najlepsza jest główna rola Różczki, to po prostu dobra aktorka, nawet nieźle uzupełniają ją na drugim planie, jako tzw. dopełniacze estetyczne Książkiewicz i Gąsiorowska. A dalej już znacznie gorzej. Drugi plan męski konwencjonalny do bólu i mało śmieszny. I wreszcie najgorszy element całości - Dorociński. Kawał porządnego aktora, który gra tu jakby miał jakiś problem. Duży problem. No, jak dupa wołowa gra. I w wielu scenach przewraca to całą fabułę, akcję i sympatyczność filmu. I szkoda. Ale jak by się tak chwilę zastanowić to nawet chyba wiem, jak się nazywa ten problem Dorocińskiego. Żak się nazywa. Mówię o reżyserze filmu - Macieju Żaku. Jak komuś mogło przyjść do głowy, że facet, którego cały dorobek reżyserski to straszliwa kupa pt. “Ławeczka” sprzed lat czterech, może się nadawać do reżyserowania komedii romantycznej. Wszystko co dobre w “Rozmowach nocą” to niezły scenariusz i mocne, wyraziste aktorki - elementy, których Żak nie dał rady spartolić. Reszta niestety do bani.
A na DVD od trzech dni zrobiłem sobie wieczory retro i jadę 07 Zgłoś się 1-9. Czyli mam już za sobą pierwszą i drugą serię przygód porucznika Borewicza - wielkiego PRL-owskiego hitu telewizorowego. Dawno tego nie oglądałem i muszę przyznać, że teraz po latach oglądając to ze zrozumieniem śmieję się w zupełnie innych miejscach. Bawią mnie fantastyczne techniki jakimi już w pierwszej połowie lat 70. posługiwała się Milicja Obywatelska. Bawią mnie lekkie filmowe modyfikacje świata - ot, np. w scenach picia, gdy Borewicz ma sobie łyknąć toast, następuję zbliżenie na jego współpijących - bo przecież nie można pokazać oficera MO spożywającego alkohol. Bawią mnie cudne epizody znanych dziś aktorów, którzy wtedy grali prześmieszne epizody - Majchrzak jako zazdrosny lowelas, Stockinger jako dłubiący w silniku samolotu pracownik Okęcia.
Borewicz, dziś to oglądając, nie jest już tak błyskotliwy, Zubek taki głupi i żałosny, a może zresztą to ja się starzeję. Sprawy prowadzone przez 07 są stereotypowe i nudnawe, trochę analogicznie jak w Żbikach. Bo jak może być coś ostrego i wciągającego, skoro jest to sprzeczne z podstawowym przekazem jaki wówczas miał docierać zewsząd - czyli odgórnego przeświadczenia, że żyjemy w kraju pięknym, zacnym, sprawiedliwym i funkcjonującym jak zegareczek.
No i tak jak pisałem już kilkakrotnie czytam sobie świeże komiksy z DC. Dużo komiksów. Zeszytów. Nawet nie chcę mi się pisać o wszystkich, bo niektóre po kilku stronach, kartkach przestaję wchłaniać ze zrozumieniem i tylko sobie oglądam obrazki i plansze. Ale i tak zostaje sporo tych, co przeczytałem całe:
Birds of Prey #112 I pierwsze odkrycie. Tony Bedard. Kolejny scenarzysta, którego nazwisko trzeba sobie zapamiętać. Bo choć sama fabuła dość standardowa - ot, kolejne przygody żeńskiej grupy superbohaterskiej, to jakoś nadzwyczaj rozbawiły mnie dialogi tego pana, które świetnie podkreślają sytuację. W tym odcinku akcja skupia się Lady Blackhawk, która uciekając przed złymi ludźmi jedzie taksówką z Metropolis do Kalifornii. Oczywiście taksówka idzie w drzazgi, a Lady z taksówkarzem-imigrantem wskakują do pociągu. Jadą. Nagle nad pociagiem zawisa helikopter. Lady do taksówkarza:
- Słyszysz to?
- Tak, to dźwięk Komancza w trybie wyciszenia.
- Niezłe ucho Masoud. Zaimponowałeś mi.
- Byłem dzieckiem, gdy Sowieci przekroczyli granicę Afganistanu. (…)
Jeszcze lepiej jest, gdy udaje im się przechwycić helikopter. Taksówkarz:
- Umiesz tym latać?
- A czy Papież jest Polakiem? A nie, czekaj, już nie…
Catwoman #73. Sympatyczne. Catwoman wkurza się na gościa, który kradnie jej kostium. Okazuje się, że facet jest kolekcjonerem sprzętów i strojów różnych zamaskowanych superprzestępców. Ma strój Riddlera, morderczą rękawicę Jokera, parasol Pingwina itp. No i ma kostium Catwoman, a teraz ona ma do niego naprawdę spory żal. Lubię takie kombinowanie kolejnych poziomów świata, przy podstawowym założeniu istnienia gości w pelerynach.
Crime Bible: The Five Lessons of Blood #2(z 5) Długa nazwa, ale co tak - ważne, że komiks niezły. Rucka opowiada w ramach “52 Aftermatch” o kolejnych mrocznych tematach. Tym razem “Lust”. Montoya/Question w historii o pożądaniu, seksie, zbrodni itp. Chętnie przeczytam to kiedyś w TPB.
52 Aftermatch: The Four Houremen #4(z 6) I jeszcze jedna pozostałość po “52″. Tym razem Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - a naprzeciw nich Superman, Batman i Wonder Woman. I to się nazywa ciekawy przeciwnik. Giffen robi co może, by rzecz nie była zupełnie przewidywalna. I nawet miejscami mu się udaje.
Justice League of America #15 To puenta czteroczęściowej sagi o walce z Injustice League (Luthor, Joker i w cholerę kolegów). Świetne. Benes świetnie rysuje, a fabuła McDuffiego choć oczywista w puencie, czyta się bardzo dobrze.
I resztę znowu przełożymy, bo zmywarka wciąż mi choruje i muszę myć ręcznie. A już w pół do pierwszej. A sterta czeka. Ech…
Tera T
January 27th, 2008
Powoli, acz nieubłaganie zbliżamy się do puenty moich literackich fascynacji. Bo to już litera T. Litera zacna, bo przynosi naprawdę sporo moich ulubionych pisarzy. Do rzeczy:
Tolkien - tu chyba nie trzeba komentrarzy
Julian Tuwim - jakbym miał wymienić sobie jednego humanistycznego mistrza, to byłby Tuwim. Genialny poeta, eseista, kolekcjoner, tłumacz, redaktor, autor piosenek, słowotwórca i żartowniś. Gdyby żył dziś pewnie by jeszcze pisał scenariusze do filmów i komiksów. Ale przecież przede wszystkim był poetą. I jak od zawsze uważam Gałczyńskiego za mojego ulubionego rymiarza, to Tuwim z kolei dla mnie to najwybitniejszy poeta tworzący po polsku ever. Przy mojej prywatnej definicji poezji. Pasjami od lat zbieram wszystko co wyszło spod jego pióra - bardzo mnie ucieszyła idea wydania jego “Pism Zebranych”, która zaczęła się gdy byłem w liceum, acz skończyło się raptem na 6 woluminach (1986-93). Zbieram więc stare wydania i mam już sporo. Najbardziej uwielbiam pierwsze powojenne wydanie “Pegaz dęba”. To taki cudny zbiór literackich i słownych zabaw oraz ekstrawagancji.
Mark Twain - absolutny mistrz anegdoty i intelekt przewyższający o dekady swe czasy. Uwielbiam dziesiątki jego tekstów a zwłaszcza bluźniercze (w dosłownym znaczeniu tego słowa) “Listy z Ziemi”. Polecam od lat.
Stanisław Tym - niezależnie od wielkiego zawodu kinowym “Rysiem” to książkowa jego wersja jest godna polecenia, a i wcześniejsze stronice autorstwa Tyma (”Mamuta Tu Mam”) to przezabawna, a czasami wręcz, tak śmieszna, że aż smutna, lektura.
A tymczasem weekend upłynął w tym kraju pod znakiem Pottera. Nawet “Panorama” zgarnęła mnie w sobotę z Blue City, bym po raz trzeci w tym tygodniu im coś nagadać. Tym razem pytanie brzmiało właśnie “Co dalej z Harrym Potterem?” Odpowiadałem szybko, bo strasznie wiało. Sam jestem gdzieś koło dwusetnej strony - muszę przyznać, że z trudem się odrywam, więc kwadransami przez to okupuję łazienkę. A w Empiku widziałem w sobotę piękny obrazek - nastolatkę, która wzięła sobie ze sterty Pottera, sprawdziła spis treści, otworzyła na początek ostatniego rozdziału i zaczęła czytać. Śliczne.
No dobra, a co skończyłem w ten weekend:
Na DVD Efekt motyla - dobre. Bo mam słabość to fabuł z podróżami w czasie. Kutcher udowadnia, że jest zupełnie niezłym aktorem, fabuła o skakaniu w przeszłość, by ją poprawiać, co zwykle kończy się jeszcze większymi kłopotami. Na upartego znalazłbym w tym scenariuszu parę niedociągnięć czy goofsów, ale naprawdę ciężko o fabułę ze skokami w czasie bez pomyłek. Każda kolejna podróż w czasie w ramach jednej opowieści powoduje geometryczny wzrost prawdopodobieństwa pierdulnięcia się w logice metauniwersum. Mam na półce już sequel tego filmu i kiedyś sobie obejrzę. Ale się nie śpieszę - kilka tysięcy innych filmów też mam na półce. I czekają na obejrzenie.
O, wczoraj wieczorem żona zażyczyła sobie czegoś lekkiego i sympatycznego. No to obejrzeliśmy Stara miłość nie rdzewieje. Komedia postromantyczna. W sensie, że w romantycznych to ludzie się schodzą, a tu jak się zaczyna to już są razem, po ślubie i mają dziecko. A dalej jest w sumie jak w gatunku - komplikacje, konkurent, zwroty akcji, nadopiekuńczy rodzice, kłopoty w pracy, wypadki losowe i oskarżenia niewinnego. Wszystko oczywiste i znane z dziesiątków permutacji, ale nieźle podane i sympatycznie zagrane (Amanda Peet, Zach Braff, Jason Bateman). Coś w sam raz na bardzo niezobowiązujący wieczór z połowicą.
Z archiwum X 4/1 Zainaugurowałem czwarty sezon. Na poczatek tradycyjnie druga część cliffhangera głównowątkowego, który znowu musi się skończyć, by znowu wiele się nie dowiedzieć. W paru miejscach niezłe, acz nic ponad standard.
I tyle na dziś, bo przyjechał Kasprzycki i będziemy gadać.
Buty mam
January 26th, 2008
Bo dostałem. Od autorki. Przysłała mi i to z dedykacją. Bo to taki komiks jest. Ekskluzywnie wydany: w pudełku, owinięty w specjalny papier, przewiązany sznurówką. Ale nie chciałbym, żeby ektrawagancja formy przesłoniła treść. Bo poza tym to po prostu dobry komiks. Ale o tym później we właściwym miejscu wpisu, teraz tylko chciałem pocieszyć się przez moment, że dostałem i postawić Aleksandrę Spanowicz (Czubek) - tak by funkcjonowała na naszej klasie (może nawet funkcjonuje) - która przed laty pod tym nawiasowym nazwiskiej jeszcze wygrała łódzki konwent i od czasu do czasu jak coś narysuje, to innym buty spadają… - Zgubiłem wątek, wracając, chciałbym (oczywiście w sposób pełen bufoniarstwa i ostentacyjnego zarozumialstwa) postawić Olę za wzór innym komiksowym twórcom w kraju i za granicą. Najlepszym spożytkowaniem jednego z egzemplarzy autorskich swego dzieła jest przesłanie go mnie (o ile, oczywiście, wydawca sam nie ma takiego zwyczaju. A nie zawsze ma…) Ja zawsze z przyjemnością się zapoznam i powiem co myślę. A czasem powiem nawet nie tylko na blogu.
Dziś na ten przykład w “Pytaniach na śniadanie” gadaliśmy z Mykiem o “Persepolis” i “Black Hole” (choć nie wiem, czy wszystko weszło) a w “Dzienniku” w dodatku “Kultura” jest mój felieton o “Asteriksie” i “Persepolis”.
Dziś w nocy rozpoczyna się sprzedaż polskiego wydania ostatniego Harry’ego Pottera. Od wczoraj mam egz. (acz bez osobistej dedykacji) i biorę się za lekturę. Muszę przyznać, że lubię, a dodatkowo powala mnie konsekwencja i rewelacyjna kontrukcja świata. I przekombinowanie wszystkiego od początku do końca od strony merytorycznej, przy równoczesnym rozwoju (dorastaniu) serii od strony stylistycznej. Absolutne mistrzostwo świata w pisaniu dla młodych ludzi.
Tymczasem Diamond ogłosił podsumowanie 2007. Od najbardziej prozaicznej strony. Czyli ile się czego sprzedało. Oczywiście w podsumowaniu najpierw jest Marvel, potem DC, potem bardzo, bardzo, bardzo długo nic i Dark Horse, Image, IDW, a reszta już poniżej 2% rynku. Ale jeszcze ciekawiej jest gdy spojrzeć na wyniki najlepiej sprzedających się zeszytów i TPB. W zeszytach oczywiście cała czołówka Marvelowska - w 10 najlepszych wyłącznie House of Ideas, dopiero na 13 miejscu jest “Justice League of America” #7 (zeszyt w którym ukonstytuował się nowy skład grupy) z DC, a na 15 początek komiksowej kontynuacji serialu “Buffy, the Vampire Slayer” Season Eight #1 z Dark Horse. Oczywiście na pierwszym miejscu “Captain America” #25 (zeszyt w którym zginął), a dalej duże crossovery (”Civil War”, World War Hulk”, “Fallen Son”), pierwszy numer “Thora” J. Michaela Straczynskiego, zeszyty “Dark Tower Gunslinger Born” - głośnego, pierwszego wejścia w komiksy Stephena Kinga (przy pomocy Jae’a Lee i mojego ulubionego Petera Davida). Zdecydowanie bardziej wyrównana, więc i ciekawsza walka była w TPB. Na pierwszym oczywiście “Civil War”, a za nim wielki hit zeszłego roku “Marvel Zombies”, czyli skrzyżowania superbohaterów i żywych trupów. Na trzecim zaś już DC, a w zasadzie Wildstorm i to mocno wspomagany telewizją, bo to komiksowe uzupełnienie serialu “Heroes”. I to w hardcoverze. Potem nieśmiertelni “Watchmen” (w tym roku pewnie będą jeszcze wyżej, wszak film) i “300″ w HC (to właśnie z powodu filmu w 2007), a na szóstym muszę przyznać naprawdę spore zaskoczenie (przynajmniej dla mnie) - szósty tom “Walking Dead - Sorrorful Live”. Niby to nawet konsekwentne - po tych “Marvel Zombies”, też zresztą Kirkmana - ale przyznaję, że nie zdawałem sobie w ogóle sprawy z popularności tej serii (pewnie wpływ ma również najniższa cena z tytułów w czołówce). W drugiej piątce również nowa “Liga niezwykłych dżentelmenów”, podprowadzenie pod CW (”Road to Civil War”), wreszcie coś z Vertigo (dziewiąty tom “Y The Last Man - Motherland”) i znowu “Żywe Trupy”. Tym razem tom siódmy “Calm Before”. W setce najlepiej sprzedających się TPB są zresztą wszystkie pozostałe tomy tej serii, na pozycjach 12, 23, 24, 34, 77. Pięknie. I brawo dla Taurusa za czujność. Właśnie, muszę wreszcie przeczytać ten czwarty tom, co ostatnio u nas wyszedł.
A teraz, co właśnie przeczytałem i obejrzałem:
W kinie akurat nic (i to mimo najszczerszych chęci - był pokaz prasowy “Pociągu do Darjeeling” a ja nie mogłem. A to najnowszy Wes Anderson i to ponoć z oryginalnym krótkometrażowym prequelem “Hotel Chevalier”, a tam - widziałem na fotkach - naga Natalie Portman. Wow.), ale za to znowu trochę DVD.
Po pierwsze obejrzałem dokument Z-boczona historia kina. 2,5 godziny fantasmagorii Slavoja Zizka na temat prawdziwych sensów różnych starych i nowych filmów. A to, że kobiety to większą przyjemność czerpią z opowiadaniu po seksie, niż z samego seksu (i leci kawałek czegoś), a że bracia Marx to czysty Freud (id, ego i superego), a to, że największym lękiem jest żyjący ojciec i dlatego go uśmiercamy (i scena z “Gwiezdnych Wojen”), że oglądanie filmów to jak patrzenie w muszlę klozetową z nadzieją, że coś wróci, wybije i zaleje całą łazienkę (i scena z “Rozmowy” Coppoli), kawałki Hitchcocka to w zasadzie pasują mu to wszystkiego (przy tym id, ego i superego była np. “Psychoza” i trzy poziomy domu Batesa). Tony egzaltowanych pseudonaukowych i psychoanalitycznych bredni przetykanych kawałkami filmów. Na 150 minut może z 5 było z sensem i mówiło coś czego nie wiem. Słowem kupa głupoty ze sporą przewagą kupy. Nie lubię Zizka odkąd przeczytałem jakiś rok temu jego esej o “300″, który był żenującą wręcz nieudolną lewicową propagandą. Potem przeczytałem książkę i nie było dużo lepiej. Ten film jest najlepiej wchłanialny, bo ma dużo oryginalnych fragmentów, ale nie zmienia faktu, że to kupa.
Odwróceni #7-13 Sagi gangsterskiej druga połowa. Im bliżej końca tym szybciej bohaterowie zaczynają się wykruszać, całe szczęście, że na początku było ich tak wielu. I zaczynam doceniać sympatyczny i prosty pomysł, by naznaczyć Żmijewskiego blizną na czole. Dzięki temu skacząc po kanałach od razu wiem, że trafiłem na ten serial, a nie na jeden z kilkunastu innych w których gra Artur Ż. No i całość ma happy end znacznie sympatyczniejszy niż ten, który naprawdę spotkał pierwowzory głównych bohaterów. Zresztą filmowe postacie są z założenia tu sympatyczniejsze. Tu to przeczytałem.
No i komiksy. Najpierw tytułowe “Buty”. Ola Spanowicz (scenariusz i rysunki) + dialogi Jerzy Szyłak, a całość na motywach Leśmiana. I to czuć. Klimat jego twórczości oddany pięknie, a i współcześnie zarazem. Dialogi Jerzego takie jak trzeba. A oniryczność całej sytuacji paktowania z diabłem i późniejszej wędrówki (zewnętrznej i wewnętrznej) naprawdę zacnie pokazana. Każdy kadr Oli to w zasadzie samodzielny obraz(ek) namalowany tak, by pięknie komponował się jako element planszy i oddawał emocje danego momentu fabuły. Ten komiks to nie tylko dość oczywisty Leśmian, ale też gdzieś trochę kino Hasa, czy sięgając najbliżej w komiksową oniryczność po prostu “Sandman”. Ola spokojnie mogłaby zilustrować jakąś nowelkę dziejącą się w jego krainie snów. Zresztą kto wie? Skoro Dagmarze Matuszak udało się nawiązać z nim kontakt. Może po prostu trzeba wysłać Neilowi paczkę z butami?
Prócz tego przeczytałem 2 TPB z Wildstorm i poza tym samym wydawcą niewiele je łączy. Pierwszy to wojenny Battler Britton. Ennis i Wilson (w Polsce znany z “Wilczyc deszczu”) reaktywują stary popularny przed laty brytyjski komiks lotniczy. Zresztą we wstępie sam Ennis rozpisuje się jak znany był Britton w latach 50. Tym razem ten as lotnictwa brytyjskiego w Afryce ‘42 lata wspólnie z Amerykanami i roznosi niemieckie lotniska, myśliwce, bombowce i czołgi. W zasadzie ta fabuła to takie podprowadzenie do bitwy o El Alamein. Ennis od lat dobrze czuje się w historiach wojennych - twardzi faceci, proste emocje, proste wybory. On to potrafi. A cała seria jest efektem dość wyraźnej ostatnio mody na renowację komiksowych postaci sprzed lat. Moore bawił się w “Albion”, Straczynski właśnie robi “The Twelve”, jest tego z roku na rok coraz więcej.
Drugi album to lekko horrorowaty Wrathborn - miniseria Beniteza i Chen. Mam ze względu na Beniteza - bardzo lubię jego prace, więc nabyłem. To opowieść o nastolatce, która otrzymuje nadludzką moc i oczywiście natychmiast musi zacząć walkę z hordami piekielnych stworów. Sporo w tym Buffy, sporo Witchblade, ciut Darknessa (którego zresztą Benitez rysował. I to do scenariuszy Ennisa). Fabularnie rzecz wtórna do bólu, ale że naprawdę bardzo lubię kreskę Beniteza, więc na półeczkę.
A impresje z bieżących zeszytów już następnym razem.
teskniąc za zmywarką
January 23rd, 2008
No właśnie. Strasznie tęsknię. Gdy wczoraj wieczorem zmywałem jak przed laty po obiedzie, to stwierdziłem po lekkiej zadumie, że są takie elementy szeroko pojętej młodości, za którymi w ogóle nie tęsknie. Ot, chociażby zmywanie.
Inna, bardziej już współczesna impresja rodzinna: wczoraj słyszę jak dzieci bawią się u siebie w pokoku. Nagle wypada z niego junior (dla przypomnienia 3,5 roku) i rzuca się na mnie z okrzykiem:
“Tata, a czy Batman to jest zły?”
“Nie.”
“Acha” - młody zawrócił w biegu i zniknął w pokoju z okrzykiem - “To ja będę Batmanem!”
Zmieniając temat ten tydzień to moja ekspansja na TVP (acz tylko jako gość):
poniedziałek - nagraliśmy z Mykiem rozmowę o “Persepolis” do piątkowych “Pytań na śniadanie”
wtorek - wypowiedź do “Ulic kultury” o książce Umberto Eco i do “Panoramy” o towarzyskich pralniach oraz gościnny występ w “Kinematografie” (”Persepolis” i “American Gangster”)
środa - znowu wypowiedź dla “Panoramy” o śmierci Ledgera.
Po trzech rundach TVP1 przegrywa z TVP2 1:4.
Dziś przyszła spora paczka komiksów z DC do przeczytania i ew. puszczenia dalej w obieg. Pierwsze wrażenie kawałek niżej, bo najpierw to ja byłem w kinie:
To nie jest kraj dla starych ludzi - jeden z Oscarowych faworytów. I jakoś mnie nie urzekł. Mam tak czasami z filmami Coenów, że mnie męczą i muszę je parę razy zanim się do nich przekonam. Np, do “Big Legowskiego” czy do “Fargo”. A z drugiej strony takie “Miller’s Crossing” i “Raising Arisona” pokochałem od pierwszego wejrzenia. Z tym najnowszym filmem jest tak, że jest długo, smutno i ciut męcząco, acz ma genialne momenty i kto wie, czy z czasem opinia mi się nie przekręci całkiem. Tommy Lee Jones, którego się głównie wymienia przy tym tytule jest raczej tylko narratorem (nie pozbawionym uroku starym zgryźliwym policjantem), a główny ciężar akcji niosą (obaj świetni) Josh Brolin i Javier Bardem. Po pierwszym obejrzeniu uważam tak z pół tego filmu za rewelację, jedną trzecią za ścinki do wywalenia, a pozostałe kilka scen za niezbędne, acz wymagające poszerzenia i wyjaśnienia. Coeni jak zwykle są całkowicie nieprzewidywalni - to nie jest hollywoodzki standard, gdzie każda scena jest na swoim miejscu i z przewidywalnym od połowy finałem. A Bardem idealnie pasuje do Coenowskiej galerii psychopatów. To siła natury, która idzie i niszczy. I jest w tym świetna. I jest niepowstrzymywalna (na dłuższą metę). Do tego niezła dawka uroczych dialogów. Księgowy, ostatni żywy w miejscu jatki dokonanej przez Bardema pyta z lękiem w oczach:
“Zabijesz mnie?”
To zależy. Widzisz mnie?”
Jak wyszedłem z seansu niespecjalnie zadowolony, to im więcej godzin/dni upływa od seansu tym lepiej mi się ten film wspomina.
Bywają takie filmy…
A na DVD wziąłem się za polski serial Odwróceni 1-6. Kto wie, czy z tych rozmaitych polskich kryminalnych produkcji to nie najlepsze. Acz nie widziałem jeszcze serialowego “Pitbulla” (nie wyszedł na DVD). Ta dość wierna opowieść o gangach pruszkowskim i wołomińskim wygląda dobrze. Co prawda wszyscy ci aktorzy już dziesiątki razy grali te same role w tych samych konfiguracjach (ot, czasem zamieniając się miejscami - ci, do dotąd byli policjantami teraz grali złodziei i odwrotnie), ale to odegranie nawet się dobrze ogląda. Z pewnością lepiej niż kinową fabułę, która wykorzystywała fragmenty tego serialu (”Świadek koronny”). Za tym serialem stoi mój kolega z roku - Artur Kowalewski. Ja byłem na polonistyce, on na filmoznastwie. Mieliśmy nawet epizod śpiewaczy - po wielkim sukcesie wigilijnego “Nocnego śpiewogrania” na którym furorę zrobił zespół “Kamil Śmiałkowski i muzycy sesyjni” - prowadzący Piotr Bałtroczyk nie był w stanie okiełznać widowni i wychodziliśmy do bisu, a ponieważ nie mieliśmy nic więcej w repertuarze to zaśpiewaliśmy po raz drugi bluesa “Idą święta” z moim tekstem i muzyką Piotrka Lidki (w składzie był jeszcze Kasprzycki, Radek i Strzałkowski - kiedyś o tym opowiem). Zdecydowaliśmy się powtórzyć sukces w kolejnym miesiącu. I Piotrek, który studiował równocześnie polonistykę i filmoznastwo zaprosił do składu jeszcze jednego kolegę z roku - właśnie Artura. Oczywiście na próbach się skończyło i nigdy więcej nie wystąpiliśmy publicznie pod tą nazwą.
Z Arturem wcześniej i później spotykaliśmy się na studiach jeszcze przy kilku okazjach. Potem była paroletnia przerwa. Aż ktoś zaprosił mnie kiedyś na premierę serialu dokumentalnego TVN “Alfabet Mafii”. Poszedłem. Patrzę Artur. Przywitaliśmy się, gadamy, wspominamy, w końcu pytam, a Ty też na tą premierę? On z uśmiechem, że tak. Ludzie stojący wokół lekko chichoczą i okazuje się, że to on był szefem całego tego przedsięwzięcia. A “Odwróceni” są po prostu tego logicznym przedłużeniem. Fabularnym. Opowiedzeniem tej samej historii z aktorami i w sposób znacznie bardziej dostępny. Artur napisał do serialu scenariusz i go wyprodukował. I dobrze.
Najciekawsze patrząc na to z boku jest porównanie Artura i Vegi, “Odwróconych” i “Pitbulla”. Oba te seriale, poprzedziły filmy kinowe, a jeszcze wcześniej seriale dokumentalne “Alfabet Mafii” i “Prawdziwe Psy”. Tyle, że Artur podszedł do tematu od strony mafii, a Vega od strony policjantów. Acz niekiedy opowiadają dokładnie te same anegdoty i ostatecznie u obu zagrał Grabowski.
Skończyłem też trzeci sezon Z archiwum X 3/23-24. Dwa odcinki. Pierwszy absolutnie standardowy w tym serialu - władze knują i spiskują wprowadzając do TV wiadomości podprogowe skłaniające do agresji, ale wszystkie dowody zostają zniszczone nim Mulder je przechwyci i ujawni. Drugi to obowiązkowy cliffhanger - powiązania rodzinne pomiędzy dobrymi i złymi (Rakowaty i matka Muldera) robią się równie gęste jak w “Dynastii”, a UFOków dookoła coraz więcej i więcej. Zmiennokształte łobuzy.
No i komiksy - najpierw zaległe grubaski:
Ultimates 2 HC - Millar i Hitch rządzą. Niby wszystko co jest w tej nowej wersji Avengers już gdzieś było, ale jeszcze nigdy tak gęsto, szybko i mocno. Jak Hulk atakuje Manhattan to są setki ofiar śmiertelnych (to było jeszcze w części 1) i w efekcie zostaje on skazany na karę śmierci i potraktowany atomówką. Jak Loki knuje to ostro, tak, by Thor wyszedł na wariata i dostał straszliwy łomot. Jak okazuje się kto wśród dobrych jest zdrajcą, to dostaję strzałę między oczy. Jak porywają Hawkey’a to zabijają mu żonę i dzieci (zresztą scena uwalniania się Hawkey’a to jedna z najlepszych i najintensywniejszych scen akcji jakie widziałem od miesięcy i do tego z puentą idealnie wieńczącą dzieło - po unieszkodliwieniu wszystkich przy pomocy własnych paznokci (H. w wersji Ultimates ma mniej więcej takie zdolności jak Bullseye w normalnym Marvelu, trafia wszystkim, zawsze i wszędzie), które sobie wcześniej sam po cichu wyrwał, Hawkeye odwraca się do kamer ochrony w sali przesłuchań i z przerażającym uśmiechem (na kadrze nie widać nic poza jego ustami) mówi: “Run.”) Do tego w finale splashpage na 8 (słownie osiem) planszy - szkoda, że Hitch nie wpadł by zrobić z niego po rozłożeniu panoramę, jak Racławicką. I jeszcze mnóstwo szkiców i komentarz reżyserski twórców. Słowem - rewelacyjna rozrywkowa lektura na dłuższy wieczór. Albo dwa, bo w tomie jest trzynaście zeszytów.
No i zrobiłem sobie drugą turę (pozostałe trzy wydane dotąd tomy) komiksu Ex Machina - March to War, Smoke Smoke i Power Down. I jest świetnie. Realistyczna historia superbohaterska o panu, który potrafi rozkazywać przedmiotom, uratował dzięki temu jedną z wież WTC podczas 9/11, a potem porzucił sekretną tożsamość i został burmistrzem Nowego Jorku. Komiks opowiada zaś (z licznymi retrospekcjami) o niełatwym codziennym zarządzaniu miastem w którym zdarzają się demonstrację antywojenne, a dla mediów najważniejszym newsem dnia jest deklaracja burmistrza na temat doświadczeń z marihuaną. Vaughan bazuje na prawdziwych postaciach i wydarzeniach (zanik elektryczności w Nowym Jorku, który faktycznie miał miejsce 14 VIII 2003 r.) a Harris bazuje na prawdziwych postaciach rysując - w niektórych tomach pokazane są kolejne fazy jego pracy. Słowem - świetny komiks dla ludzi wychowanych na pelerynowcach i powoli z nich wyrastających.
A teraz już zeszyty:
Countdown #24-21 Tegoroczna DCowa zabawa w komiks co tydzień. Ponieważ odlicza w dół łatwo policzyć, że jesteśmy już za połową tej opowieści o Multiversum. Ilość poziomów, postaci i wątków tej opowieści miała oszałamiać, ale nie ma tak dobrze. Co najwyżej zaciekawia. Jak przy tego typu rozciągniętych do niemożliwości wręcz crossoverach przede wszystkim widzimy postacie zwykle drugo- czy wręcz trzecio-planowe, ale jakoś to działa. Sama historia? Superman-Prime rozwala kolejne uniwersa i ich herosów (piękna okładka #24), porywa i torturuje Mr. Mxyzptlka, Jimmy Olsen ma przerąbane, a w Akopolis nieźle się bawią. Najbardziej podoba mi się wątek wzorowany na “Slidersach” ale o nim w osobnym tytule. Zresztą w ogóle “Countdown” wypuścił na boki sporo miniserii. Dziś dwie pierwsze z nich:
Countdown: Arena #1(z 4) No właśnie Arena, czyli miejsce gdzie walczą gladiatorzy. Pomysł na tę serię jest prosty i oczywisty. Monarch przebiegł się po Multiversum, wybrał i porwał po trzy wersje każdego bohatera. Teraz każe im z sobą walczyć, a zwycięzcy mają utworzyć jego armię w przyszłej wojnie. I tak staje naprzeciwko siebie np. trzech Batmanów i walczą na śmierć i życie. Utworzenie z wielu słynnych elseworldów DC rzeczywistości alternatywnych - 52 światów tworzących multiversum pozwala na fajne zabawy. Ot, wspomnianą wyżej wariację na “Slidersów” - Countdown Presents: The Search for Ray Parker - Gotham By Gaslight W tej serii grupka (jeden z Monitorów, Donna Troy, Kyle Rainer i Jason Todd) skacze po światach w tytułowym poszukiwaniu Ray’a Parkera. W poprzednim zeszycie (jak wynika z fabuły) byli w “Red Rainie” - świecie Batmana-Wampira, w następnym trafią do “Red Sona” - świata, gdzie Superman wylądował w Rosji Radzieckiej. Tym razem są w znanym i u nas “Gotham by Gaslight” - wiktoriańskim Gotham, w którym Batman przydaje się równie mocno co współcześnie. Jednak bohaterowie przynieśli tu z poprzedniego świata wampirzą zarazę - czyli będzie co sprzątać. Fajna pierdółka - ale przypomnę, że oryginalnych “Slidersów” też lubiłem.
Batman and the Outsiders #1-2 I kolejna nowiutka seria będąca hołdem dla tytułu sprzed lat. Dixon napisał to bez rewelacji, ktoś tam narysował i powoli rzecz się turla od odcinka do odcinka z gościnnymi pojawieniami się a to Catwoman, a to Martian Manhuntera, czy Batgirl. A tak naprawdę to historia grupy mniej ważnych bohaterów, którzy czasem współpracują z Batmanem. Ot i wszystko.
W przeciwieństwie do serii All Star Batman & Robin The Boy Wonder #8 Tu jest pięknie i z sensem. Za “pięknie” odpowiadają rysunki Jima Lee, a za “z sensem” scenariusz Franka Millera, który robi sobie jaja (a może bo “All Stary” są poza continuum) nie tylko z Batmana i Robina, ale też z Jokera, czy Hala Jordana. Ta seria powoli acz konsekwentnie i zgodnie z tytułem profiluje w stronę pokazania trudów wychowania w tak niestereotypowych (superbohateskich) okolicznościach. W tym zeszycie mistrzostwem jest scena w której Robin dostaje swój pseudonim. Nie będę tu spojlerował, ale Miller zdecydowanie znowu złapał wiatr w żagle.
Nie gorzej jest w All Star Superman #9 Inny team (Morrison/Quitely) i opowieść o czasowym zastępstwie Supka wprost z Kryptona. Każdy zeszyt tej serii to perełka fabularna - Morrison żongluje dziedzictwem Supermana jak w cyrku, a kolejne świetne samodzielne zeszyty pięknie łączą się w jeszcze lepszą całość - tak, że nagroda Eisnera w pełni zasłużona.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)