i rzutem na taśmę przed końcem roku - R
December 31st, 2007
Zdążyłem. Rzutem na taśmę w tym roku. Dwie niedziele mi zeszło na czymś innym, ale oto wracam do podstawowego niedzielnego działania na blogu, czyli prezentowania kolejnych literek mych literackich fascynacji. No i przyszła pora na literkę R. Pomińmy Q, bo i tak nic się tam nie dzieje, a dwa tygodnie, było, nie było, przebimbałem. Na R też nie za wiele, ale zawsze coś. Trzy nazwiska w kolejności alfabetycznej, a zarazem od najmniej popularnego:
Garfield Reeves-Stevens a czasami też jego żona Judith Reeves-Stevens. Ot, taka sobie parka literackich rzemeślników, która machnęła sporo fabułek StarTrekowych i jakoś się do nic przywiązałem. Nie aż tak jak do Petera Davida, ale jednak. W Polsce wyszły dwie ich grubaśne powieści sensacyjne (”Icefire”, “Quicksilver”) i jeszcze ciut fantastyki. Sprawne, pomysłowe, bez krzty “czegoś więcej”, ale jakoś ich po prostu lubię. I tyle. Zresztą facet co ma tak na imię już z założenia ma u mnie chody.
Anne Rice - uwielbiam. Oczywiście nie zawsze, ale gdy mam nastrój na marudzenie to uwielbiam. Mam więc wszystkie “Kroniki Wampirze” i komplet pozostałych jej powieści wydanych po polsku. I lubię. Nawet te dziwne historyczne opowieści o kastratach, czy pornotrylogię o Śpiącej Królewnie. Na doła, nie ma to jak Rice. Żale wylewane przez nieśmiertelne wampiry, czy dworskie hard sado-maso pozwolą Ci nabrać właściwego dystansu do własnych problemów. Polecam.
Trzecie nazwisko jest dość oczywiste: JK Rowling. Naprawdę lubię, cenię i podziwiam. I bardzo czekam na jej pierwszą niepotterową książkę.
Na DVD dokończyłem dziś drugi sezon serialu Ekipa 2/7-14. Tym razem to (wciąż bardzo dobra) historia o powstawaniu blockbustera. Jest festiwal Sundance (tam też się przecież spotykają ludzie z wielkich studiów filmowych) ze świetną parodią Weinsteina, jest ComiCon w San Diego (acz pokazany bardzo symbolicznie - widać, że nie stać ich było na rozmach jakiego naprawdę nabrała już ta impreza), są problemy producenckie, agencyjne, osobiste i towarzyskie. W pewnych momentach aż przypominało mi to ciut moje własne mizerne menagerskie doświadczenia sprzed lat (zaliczyłem raptem 2 Opola i kilkanaście pomniejszych imprez “opiekując” się na nich a to Robertem Kasprzyckim, a to Basią Stępniak-Wilk, Szymonem Zychowiczem, czy Jasiem Radkiem). I ten taniec menagera wokół artysty niezależnie od skali problemu i kontynentu często wygląda tak samo. Jak uchronić artystę przed samym sobą (czy raczej konsekwencjami własnych głupich decyzji czy czynów)? Jak brać na klatę ze wszystkich stron (bo od tego jesteś, by całe błoto szło na Ciebie, wszak najwyżej wymienią Cię na nowego, a gwiazda wciąż będzie niepokalana)? Śliczne czasy. Niełatwe. Ale zabawa była przednia.
I ponieważ o tej godzinie nie ma co zaczynać czegoś nowego i wymagającego sporej uwagi to jeszcze tylko przed snem Niania 1/7. I jakoś tyle ostatnio widziałem dobrych seriali, że to już mnie tak nie bawi. Ta odsłona serialu Bogajewicza ma kilka dobrych scen, dobrych minut, ale reszta jest niestety li tylko wypełniaczem. Za mało sitcomu w sitcomie.
Komiks - The Exterminators - Insurgency TPB. Drugi tom jednej ze świeższych sag z Vertigo, opowieści o tępicielach robaków z Kaliforni. Pierwszy wolumin był niezły, a tu jest jeszcze lepiej. Historia napisana przez Oliviera nabiera rozmachu, ładnie się rozpoziomywuje (od poziomu milionów karaluchów w kanałach, które szykują się do inwazji, przez uczuciowe trójkąty pomiędzy bohaterami po korporacyjne spiski. Muszę przyznać, że najnowsza moda na wydawania w TPB prawie wszystkiego, co wcześniej wyszło w zeszytach świetnie zrobił tytułom z Vertigo. Scenarzyści z tego imprintu znacznie odważniej poczynają sobie z rozkładaniem akcentów w swoich seriach, śmielej kombinują i myślą już nie zeszytami a właśnie trade’ami. I dobrze.
i to właśnie jest blip
December 28th, 2007
To po prawej. I dumnie się chwalę, że sam go sobie wkleiłem do bloga. Co prawda najpierw ojciec blipa - Marcin J. powiedział mi jak dokładnie to zrobić, a potem twórca mojej strony uaktywnił mi możliwość robienia samodzielnych zmian, ale samą wklejkę Blipa wmontowałem osobiście. Powoli trzeba zacząć się usamodzielniać, internetowo również. Zacznijmy więc od czegoś prostego, choćby właśnie od blipa. Ale może (i pewnie też z pomocą Marcina) rozwinę się internetowo w coś poważniejszego, nowatorskiego i jeszcze kilka …ego w przyszłym roku. Bo w tym już nie zdążę.
A propos wczorajszych zapowiedzi - przesadziłem z tym “Dziennikiem” - pomachały mi się piątki. Mój felieton nie dziś a za tydzień - oddać go miałem wcześniej z racji tego świąteczno/noworocznego rozgardiaszu i pracy na zapas, która objęła też media, ale pójdzie już w styczniu. W dniu w którym do kin wchodzi “Across the Universe”, co wydaje się dość rozsądne.
Ale reszta się zgadza. Byliśmy z Chaciną w “Pytaniach na śniadanie”, a za kilka godzin w TVP1 pójdzie (niechcący w trakcie mych urodzin) druga część zielonoszkiełkowego koncertu z SFP - zwłaszcza polecam Jasia Radka. W jego estradowym wykonaniu “Dobra” jest więcej poweru niż na całej studyjnej płycie. Oczywiście wielka w tym zasługa jego gościa - Mateusza Pospieszalskiego. Panowie dopasowali się wokalnie jak charaktery Harry’ego i Lloyda w pewnym filmie sprzed kilkunastu lat.
“Pytania na śniadanie” były zaś ciekawym doświadczeniem. Po raz pierwszy (i pewnie ostatni) wysiedziałem te dwie godziny. Po pierwsze, by zobaczyć jak wypadliśmy (a puszczono nas na sam koniec tuż przed 11), a po drugie, by raz obejrzeć całość - w czym robimy i jak się dostosować do tej formuły i klimatu. I łatwo nie będzie. Ale da się zrobić. Merytorycznie już jesteśmy ok, teraz jeszcze trzeba dopracować formę. A sam program uroczo pretensjonalny. Pełen uśmiechów Anny Popek, pocałunków, okrąglutkiego kucharzącego Lorocha z Antyradia (autora świetnego fotobloga Warsaw City Reality, który zresztą puszczaliśmy z przyjemnością w “Chichocie”, bo był śmieszny i mądry zarazem), który tu niestety zachowuje się tak, że bardziej niż jeść, ma się ochotę zwymiotować od słodzenia wszystkim dookoła. A ukoronowaniem programu było zaproszenie Pawła Deląga, jako gościa, który miał opowiedzieć o pracy z wczoraj zmarłym Kawalerowiczem (wszak Deląg był w “Quo Vadis”. Proszę o zauważenie sybtelnej różnicy semantycznej pomiędzy “był” a “grał”). I Deląg chciał coś powiedzieć odrobinę bardziej skomplikowanego retorycznie i przy próbach zdania podwójnie złożonego, potknął się o to złożenie, jak o własną sznurówkę i wywalił na pysk. Było to tak żałosne, że aż urocze. Bo oto aktor Deląg usiłował pewnie powiedzieć coś o wielkim dorobku Kawalerowicza, a wyszło mu coś takiego, że najpierw wyraził żal z powodu śmierci mistrza, po czym dodał na jednym oddechu: “Ale jednak, z drugiej strony trzeba…” Tu zamilkł, lecz róg trzymał. Bo nagle zorientował się, że chyba już z tego zdania wybrnąć się nie da, a to program na żywo i dubla nie będzie. Niestety litościwa Popek pomogła mi wybrnąć jakoś z sytuacji a już miałem nadzieję, że będzie brnął dalej.
No i jeszcze ciut wchłaniania:
Film Jak zostać gwiazdą Taka sobie komedyjka Weitza żerująca na popularności programów typu “Idol”. W fabułce miesza się on z przedszkolnie rozumianą polityką i dość prostacko zagranymi postaciami przez Hugh Granta (telewizyjny showman, taki amerykański Urbański), Dennisa Quaida (prezydent USA), Willema Dafoe (łysiejący doradca prezydenta) czy najlepszą z nich wszystkich Mandy Moore grającą bezwzględną małą gwiazdkę. Ale całość zdecydowanie drugorzędna.
I seriale:
My name is Earl 1/16-17 - dziś tylko 2 odcinki. Miałem trochę roboty. Ale jak wszystkie inne - świetne. W pierwszym Earl romansuje z profesorką i w ogóle chłopaki trafiają na uczelnię, gdzie świetnie się czują i sprawdzają. W drugim Earl chce zapłacić zaległe (jak uważa) podatki, ale niełatwo jest wpłacić coś, czego rząd od Ciebie nie oczekuje. Do tego oczywiście kupa prostych, lub wręcz prostackich, acz totalnie powalających mnie żartów. To lubię, rzekłem, to lubię.
Ekipa 2/4-6 - “Aquaman” Johna Camerona. Wokół tego czysto hipotetycznego filmu rozkręca się ten serial. I dobrze. Widać cały ten dworski taniec z zalotami, ciągłymi zmianami układu sił, telefonami i spotkaniami, nieodzwanianiem i ciągłym bluzganiem na siebie w ramach odstresowywania się. To jest dopiero życie w nieustającym “pożaru w burdelu”. Co tam praca w redakcji gazety. Aż ma się ochotę spróbować.
Współczuję
December 28th, 2007
Powolne poświąteczne turlanie się nabiera tempa. Co prawda dziś tylko noworoczne nagranie “Kinematografu”, ale jutro już sporo. Na nagraniu zabawnie. Poza tradycyjną parą prowadzących (Agnieszka Szydłowska i Krzysztof Kłopotowski) trójka zazwyczaj zapraszanych krytyków gościnnych - Wojtek Kałużyński, Janusz Wróblewski i ja. I jak zawsze, gdy gdzieś słyszę, bądź czytam Wróblewskiego ubaw miałem po pachy. Bo on najpierw zwyzywał Agnieszki film roku, czyli “Death Proof” Tarantino (w którym, że przypomnę, maczałem palce redagując tłumaczenie, a dokładniej dowulgarniając je. Agnieszka zresztą już dawno temu gratulowała mi zwłaszcza określenia “cipek”), dla niego Tarantino to dno, żenada i film pusty (podobnie jak wybrany przeze mnie “Hot Fuzz”), ale potem usłyszeliśmy, że nie wolno rozmawiać o “Katyniu” w kategoriach filmu (co Wojtek od razu sprostował, że wolno, wolno, wszystko dziś wolno) i ostatecznie usłyszeliśmy ze sporym zdumieniem, że w ogóle dzieło Wajdy to najlepszy polski film, jaki Wróblewski widział od dekady. Cóż, powiedziałem tylko, że współczuję. Czy będzie to słychać - można przekonać się już w najbliższą niedzielę w nocy w TVP1.
A jutro: rano w “Dzienniku” w dodatku “Kultura” mój drugi felieton - tym razem o “Across the Universe”, potem w TVP2 w “Pytaniach na śniadanie” debiutujemy z Chaciną jako gościnny felieton (pop)kulturowy - sam jestem ciekaw jak to wyjdzie. A w nocy (tuż przed 2.00), czyli już praktycznie w moje urodziny w TVP1 druga część koncertu z SFP - “Zielone Szkiełko”. Zapraszam i czekam na opinię.
A cóż dziś wciągnąłem?
Najpierw mała zaległość z telewizora -Pada Shrek sympatyczna pierdółka na święta, taki “Shrek 3,25″. Sprawne, zabawne, nieobniżające poziomu i klimatu dotychczasowej serii. Myślałem, że może będzie to lekkie rozmienienie się na drobne, ale nie postacie się trzymają, contiunuum utrzymane, żarty w rytmie. I oczywiście powód, by za kilka miesięcy wydać kolejną ekskluzywną wersję DVD zawierającą dodatkowo ten filmik. Ale muszę przyznać, że żart o ptaku mnie na moment wytrącił z rytmu (swą dosłownością). A jak mnie coś na moment, to oczywiście naszych polityków na całego. I już afera w sejmie z przekręcaniem faktów, dat i okoliczności. Jak to w naszej polityce.
A seriale dalej hulają mi na ekranach:
My Name is Earl 1/9-15. Wciąż jestem zachwycony i mogę garściami przytaczać żarty, które mnie powalają. Ot, początek jednego z odcinków, gdy Earl mówi, że zima jest fajna, bo trzeba ubrać kurtkę, a w niej można znaleźć fajne rzeczy, które zostawiło tam się w poprzednim roku. I w tym momencie brat Earla wyciąga z kieszeni kurtki zawiązany woreczek, a w nim pływającą w wodzie martwą złotą rybkę. - O! Rybka! Rybko, stęskniłem się za Tobą! - orientuje się, że ta nie żyje - Chyba masz rację Earl. Wciąż nie dorosłem do własnego zwierzątka… I tak co chwila. No mnie to strasznie bawi. A jakby tego było mało świetne gościnne występy (jak w każdym dobrym sitcomie) - dwie duże powracające co kilka odcinków postacie grają Giovanni Ribisi (kumpel złodziejaszek) i Beau Bridges (ojciec Earla). A w jednym odcinku jako matka ex-żony Earla pojawia się sama Brett Butler. Dla niewtajemniczonych tłumaczę, że to pierwowzór naszej Guzik. “Hela w opałach” jest polską wersją jednego z moich ulubionych sitcomów wszechczasów “Grace under Fire” - to w zasadzie też w sporej części opowieść o white trash, ale podana z wielką sympatią i ciepłem. Butler grała tam tytułową Grace i była genialna, dostawała 100 tys $ za odcinek, które zresztą przeznaczała w sporej części na narkotyki. Problem narastał. Więc po pięciu latach w 1998 sitcom zamknieto, a ona zniknęła na dłużej z ekranów. Tu wreszcie wraca, znowu jest genialna, a jej podstawową kwestią w odcinku jest “Don’t you judge me!!!”
Ekipa 1/-5-8, 2/1-3 Jak widać mogłem od razu płynnie przejść z pierwszego sezonu do drugiego. Ten jest na szczęście dłuższy, więc może starczy mi na kilka dni. To kolejny serial, który leżał wiele miesięcy na półce zanim się za niego zabrałem (no może ciut przesadzam, połowę tego czasu leżał na półce u Myka, bo łobuz pożyczył i długo nie oddawał, ale fakt jest faktem, że świeżynka to to nie jest). A teraz oglądam i bardzo polubiłem tę historię o kulisach Hollywood, bo podana jest z wdziękiem i sympatycznym dystansem (ot, choćby - z wykreowanym na jej potrzeby gwiazdorem prawdziwe gwiazdy mają romanse, np. Scarlett Johansson, czy Jaime Pressly), ale przede wszystkim, bo świetnie tu pokazano kolejne etapy powstawania filmu: wstepne macanki producenta z gwiazdą, wpływ osobistych sympatii/antypatii na ostateczny wybór, wprowadzanie reżysera, ciągłe zmiany w scenariuszu wywołane wchodzeniem do gry kolejnych twórców pełnych własnych pomysłów, koncepcji i chęci zaistnienia, sens i sposoby działania PR itd. A wszystko lekko, sympatycznie, ze sporą ilością superlasek, a nawet samym Playboy Mansion w jednym z odcinków. I wreszcie nie bez znaczenia jest, że projekt nad którym teraz pracuje tytułowa “Ekipa” to “Aquaman” - ekranizacja komiksu z DC. To jak nie lubić takiego serialu?
Dokończyłem też przedostatniego Hitchcocka - Szał. No, zmierzch mistrza pełną gębą. To już lata siedemdziesiąte, a prawie tego nie czuć w tym filmie. No, może poza nagością aktorek (jedyną w filmografii Hitcha). Swoją drogą tylko w latach 70. mogła pojawić się w kinie scena w której bohaterka wstaje w nocy z łóżka i wybierając się do łazienki nie nakłada szlafroka (bo tak w ogóle jest naga i wcześniej spała i uprawiała seks pewnie też nago - nie to co dziś), a jedynie skarpetki. Sama fabuła prosta i niewątpliwie hitchockowska, acz już tak nie trzyma w napięciu. Powoli umiejetność trzymania widzów za gardło wymyka się Alfredowi pomiędzy palcami (ale poszalałem z metaforą), choć trzeba przyznać, że kilka scen świetnych. Jednak częściej te, które są li tylko humorystycznymi przerywnikami (domowe posiłki oficera policji). No i świetna ostatnia scena - naprawdę mistrzowskie rozegranie puenty.
I jeszcze kilka komiksów:
Przypadkiem wpadł w moje ręce Brit 1. Dobre. Kirkman i Tony Moore - team od “Żywych Trupów” pokazuje, że potrafi też dobrze się bawić superbohaterami. Rzecz nienajświeższa (2003) i potem Kirkman dał trochę ciała w Marvelu, ale tu mu się jeszcze chce i jest świeżuteńki. Postacie kreuje mocno i przekonująco (zarówno tytułowy Brit - po prostu niezniszczalny superbohater, jak i jego pierwszy przeciwnik - facet potrafiący sterować ludźmi wbrew ich woli, który może kazać im tańczyć, a może utworzyć wielkiego stwora z ciał, który będzie wykonywał jego rozkazy), a i dialogi, czy rozwiązania fabularne kupuję bez problemu. To trochę ennisowate, ale w tym dobrym tego słowa znaczeniu.
Supergirl - Identity TPB Trzeci tom superprzygód dziewczynki w miniówie i z wielkim S na sympatycznym (choć wciąż zaledwie szesnastoletnim) biuście rzuca czytelnikiem w górę i w dół. Ale w sumie mi się podoba. Kelly mocno tu miesza i kombinuje - niektóre z tych 9 zeszytów czyta się pod górkę, podobnie zresztą jak ogląda: obok mojego ulubieńca Beniteza, czy Churchilla jest tu też sporo Garzy. Momentami ma się wrażenie już nie tyle iluś tam grzybów w barszczu, co po prostu bigosu - mamy tu obok siebie nieprzystosowanie do grupy równieśniczej i kłopoty z podwójną tożsamością (niczym w “Hanna Montana”), toksyczne związki (a pomiędzy supebohaterami takie uderzenie (super)dziewczyny może się naprawdę źlę skończyć) czy zawirowania pomiędzy komiksowymi uniwersami. Ale w finale to wszystko nabiera sensu i ostatecznie jestem za.
I wreszcie na koniec po polsku Likwidator Alternative. Antologia 2. No przeczytałem. Timof daje, Kamil czyta. I nawet momentami się nieźle bawiłem. Mimo kontekstu. A kontekst jest taki, że nie lubię i nie cenię Likwidatora. W zasadzie od samego poczatku. Jest dla mnie głupi, żałosny i słaby. Takie komiksowe gówniarstwo. Zwłaszcza fabularnie i ideologicznie. Zwłaszcza od czasu gdy przeczytałem epizod w którym zabija on Tischnera. Ksiądz profesor wówczas jeszcze żył, więc nie chodziło o kwestie śmiertelności jako takiej, ale głównie o rozmowę pomiędzy likwidatorem a Tischnerem. Bo było to gówno w czystej postaci. Dąbrowski ani nie potrafił uczciwie przytoczyć, ani spastiszować, że o parodiowaniu nie wspomnę, tego co i jak głosił Tischner więc wpisał tam jakieś wygrzebane brudnym palcem z nosa pierdoły i głupoty nijak mające się do rzeczywistości, byle jego postać mogła zlikwidować jeszcze jeden autorytet. Jak to przeczytałem, stwierdziłem, że w zasadzie dobranoc. Z takim gównem i takim palantem nie chcę mieć nic wspólnego. Minęły lata. Trochę mi przeszło. Nie na tyle, żeby w jakikolwiek sposób chcieć mieć coś wspólnego z Likwidatorem, ale stwierdziłem, że może autor potrafi coś jeszcze. Akurat zakładaliśmy “Chichot”. Nawiązałem kontakt. Przysłać trochę komiksów i pojedynczych żartów. Puściłem bodajże jednego Szwędaka (komiks o takim żałosnym dziennikarzynie) i jakieś rysunki. Przysłał więcej. Lepszych. Puściłem więcej. I wtedy zaczęła się jazda. Bo odezwali się rysownicy (z pełną premedytacją używam liczby mnogiej), którzy stwierdzili, że opublikowane w “Chichocie” rysunki Dąbrowskiego to plagiaty ich prac sprzed jakiegoś czasu. Przedstawili dowody. Były bezsporne. Wydzwoniłem tzw. rysownika i pytam co się dzieje. A ten mówi, że faktycznie przerysował kilka cudzych pomysłów. I już. Nawet nie widział potrzeby powiedzieć przepraszam. Ot, złapali mnie za rękę, szkoda, więcej nie uda się już oszukiwać i kraść. Oczywiście zerwałem dalszą współpracę, a honorarium za te rysunki wypłaciłem ich prawdziwym pomysłodawcom. I tak skompromitowali się w moich oczach ostatecznie zarówno komiks, jak i jego twórca. A ta antologia napawa mnie przede wszystkim żalem. Że tak wielu ludzi, ba, artystów, których lubię, cenię i szanuję uznało za słuszne zagłębienie się w tę kupę. Ale skoro już się zagłębili, to zajrzałem, by zobaczyć jak im poszło. I (zgodnie z moimi przypuszczeniami) większość z nich poradziła sobie znacznie lepiej niż autor pierwowzoru. Najsłabiej poszło tym, którzy szli w dosłowność postaci i wydarzeń politycznych (świat ich wyprzedził - tak samo jak w albumie o Wojewódzkim i Figurskim), czy tym, którzy chcieli opowiedzieć coś obok klasycznego likwidatora (Klimek, Michalski/Jasiński). Ale obrazkowo powalił mnie Ciszak i tylnookładkowy Śledziu, historyjkowo świetnie wypadli Jerze, Gierek, Ernesto, czy Lachowicz. Reszta jest gdzieś pośrodku, ale i tak zwykle lepiej to mi wchodzi niż ten żałosny oryginał.
I po świętach
December 26th, 2007
I dobrze. Jakoś im więcej bezruchu i zasiedziałości tym jestem (jeszcze) mniej sympatyczny i do życia. Co prawda nadrobiłem trochę zaległości DVD-owych (o tym poniżej), ale jakoś tak tylko jeść, oglądać, czytać, bawić się z dziećmi, pomagać żonie opanować Naszą Klasę, jeść, spać, jeść, pograć z córką w Heroclix, jeść, czytać, jeść, spać, oglądać, jeść, oglądać itd. to na dłuższą metę nie dla mnie (co ja gadam…).
Więc oto co mi w ramach świąt weszło, a jest o czym pisać, bo skończyłem właśnie 2 świetne seriale:
Gotowe na wszystko Sezon 3/20-23 Właściwie, trudno tu jeszcze coś o tym powiedzieć. Perfekcyjnie poprowadzony obyczaj z elementami komedii, sensacji i innych gatunków serialowych, a przede wszystkim z akcją rozgrywającą się w tempie 10 odcinków innego serialu na jeden odcinek “Gotowych”. W zasadzie trudno tu o jakieś elementy, których nie byłoby wcześniej w amerykańskich soap operach, ale tempo, jakość i dystans z jakim są pokazane wywołują prawie co odcinek mało dyskretny opad szczęki.
Przez 24 godziny 6/21-24 Jakoś spodziewałem się na finał większej jazdy. A tu tylko nachalne wręcz powtórki motywów z poprzednich odcinków i poprzednich sezonów w nowych (bądź nie do końca nowych) permutacjach. Ostatni zwrot akcji zdecydowanie na siłę - dziadek walczy o przechwycenie wnuka, którego kilkanaście odcinków temu sam oddał bez żadnych praktycznie oporów, Jack znowu jest mądrzejszy od radia (w sensie od prezydenta), poświęci wszystko, by ratować niewinne życie i w ogóle jest super. Nie, żeby akcja zwalniała, czy napięcie siadało. Dalej nie jesteś w stanie oderwać wzroku od ekranu, ale potem wyjmujesz płytę z DVD i myślisz - łe, tylko tyle? Szkoda, myślałem, że na koniec będzie fajniej…
My name is Earl 1/5-8 A tu z kolei genialnie. W tym serialu przechodzą sami siebie w żartobliwym, zdystansowanym i okrutnym zarazem pokazywaniu środowiska amerykańskiego white trashu - niech się schowają przy tym wszyscy Bundy i inne głupotki sprzed lat. Tu na porządku dziennym jest wyciskanie torebek ketchupu z MacDonalda do dużej domowej butelki, zaproszenie na ślub, gdzie pytają czy wolisz z menu kurczaka grillowanego, czy McNuggetsy a listę ślubnych prezentów prowadzi najbliższy monopolowy (piwo - ma być 360 butelek; kupionych już 320. Możesz wziąć kilka packów). A obok tego cudne żarty najróżniejszych gatunków i poziomów - od pierwszego w życiu kontaktu z kaloryferem (”Earl. Dotknij tego. To jakieś gorące”), po obcinanie paznokci przez sen (- Sorry Earl, ale jak śpisz jest prościej! - Mogłeś mi powiedzieć, że to robisz. Zaczynałem się bać, że przestają rosnąć!). Uwielbiam Earla!
Ekipa 1/1-4 Tym razem to taka amerykańska ekipa. U nas to serial o polityce, a w USA o życiu w Hollywood. Oryginalnie “Entourage”. Produkcja HBO o młodym gwiazdorze kina i jego “ekipie”, grupce kolegów z dzieciństwa, którzy żyją/pasożytują na nim i jego sukcesie. Świetna komedia (filmowa, bez śmichów-chichów), z niezłą obsadą i mnóstwem celebrities w epizodach - a to Jessica Alba zaprasza ich na przyjęcie do siebie, a to Luke Wilson opowiada im jaki ma rewelacyjne kino domowe. Świetnie się to ogląda zwłaszcza, że gwiazdy oglądamy z perspektywy młodego inteligentnego chłopaczka, który usiłuje nie zwariować, a nie jest mu łatwo, skoro jego przyjaciel został nagle wielką gwiazdą i dalej we wszystkim polega na jego opinii (”Skoro Tobie się nie podoba ten scenariusz, to po co ja mam go czytać?”, “Ty mi powiedz, co mam zrobić!”). A na drugim planie świetny i świetnie wkurzający Kevin Dillon, jako przyrodni brat gwiazdora, niespecjalnie udana aktorzyna, który usiłuje wszędzie się wcisnąć i trochę pojechać na sukcesie brata. Każdy półgodzinny odcinek to kolejna opowieść o innym kawałku balangowego i kolorowego Hollywood - pierwsze recenzje, premiera, występ w talk-show. Swoją drogą jeśli tak wygląda za kulisami u Kuby to muszę się w końcu kiedyś wybrać…
Komiks: Bi Bułka i otoczka otoczaka Timof podrzucił nam swe najnowsze cuś. Jakoś nie do końca potrafię to nazwać albumem komiksowym. To znaczy pod względem formy - być może. Miejscami. I owszem. Ale w końcu już nie raz przekonałem się, że nie wszystkie komiksy są dla mnie. Ten to mocno porypane (choć jeśli się zastanowić to niekoniecznie oryginalne) wędrówki po jaźni autora (dosłownie) przy pomocy niespecjalnie starannie rysowanych dwóch postaci. Tomczak nie próbuje nawet walczyć o uwagę czytelnika atrakcyjnością formy, czy jasnością przekazu. Ma to wszystko, mniej lub bardziej w dupie i bohomazi sobie w najlepsze. Nie powiem, momentami jest w tym coś interesującego, czy nawet frapującego, ale kolejne rozdziały tej historii błyskawicznie męczą odbiorcę (pomijając już to, że pewnie większość odrzucają). Widać, że Tomczaka stać, na coś ciekawego i zdecydowanie bardziej dla ludzi, ale jego to nie interesuje. To trochę jak Koterski z czasów “Domu Wariatów”. Jazda, jazda, jazda! Bo tylko o nią chodzi - co JA mam w sobie, a nie czy i jak MNĄ zainteresować odbiorcę. Koterski, jak dobrze wiadomo, potem pokazał raz, dla zabawy, że potrafi być skrajnie komercyjny (”Porno”), a potem niczym wahadełko doszedł do dobrego wyważenia poroporcji pomiędzy MNĄ a tzw. przekazem. Kto chce więcej o Bi Bułce i to w samych superlatywach - przekierowuję na blog Macieja Pałki. Mnie to przede wszystkim zmęczyło.
dobrze życzę
December 25th, 2007
tak ogólnie. Niekoniecznie z bieżącej okazji, bo nie jestem do niej jakoś specjalnie przywiązany, ale ogólnie dobrze życzę. Nieomal wszystkim. Te “nieomal”, to Ci, którzy mi zaleźli przez te trzydzieści parę lat mocno za skórę. A ja jestem pamiętliwy. I mściwy.
Cóż poza tym:
- trzyletni Hubert coraz lepiej wchłania popkulturę. Już nie tylko biega pod domu z kocem na plecach i krzyczy “Jestem Supermanem!” (i nie ja go tego uczyłem), ale jeszcze skacze na mnie z oparcia sofy z okrzykiem “Geronimo!” (to na pewno te kreskówki na Disney Channel).
Pod choinkę dostałem zestaw klasycznych westernów, których nie miałem i leksykon kultowych pokulturowych rzeczy z czasów PRL-u. Przeczytałem już parenaście stron. Miejscami świetne i widać, że wymagało porządnej pracy u podstaw, ale z mojej perspektywy (osoby nieźle się w tym orientującej) widzę literówki i dziury faktograficzne - ot, “Wifonu” nie “Wifou” (i to w pierwszym haśle), czy cykl o profesorze Gąbce to jednak 4 powieści - trzeba przy opisywaniu go wymienić również epilog jakim jest “Przygoda na Rodos”. Ale mnóstwo fajnych nowych informacji, a inne nieźle uporządkowane.
Dziś w Warszawie nie było chleba. W sklepach. Więc kupiłem drożdze i żona zrobiła chleb. I było to dobre.
Na Naszej Klasie pokazał się parę dni temu mój wychowawca z liceum. Emeryt. 67 lat. Tyle samo miałby mój tato… Dziś wkleił zdjęcie. Zawsze przypominał mi Johna Belushi i nic się nie zmieniło. To był komplement.
A wczoraj była niedziela (zorientowałem się dzisiaj). To znaczy, że znowu zapomniałem o literce R. Jeszcze została jej jedna szansa, by się załapać na wpis w tym roku. Co prawda będzie to dzień po moich urodzinach, ale może do trzech razy sztuka.
I znowu przemyciłem dziś co nieco wchłaniania:
Seriale:
My Name is Earl 1/4 Jak odkupić to, że udawało się własną śmierć, by rozstać się z dziewczyną? No, łatwo nie będzie. I nie jest. Earl ani na moment nie spuszcza z tonu, a uroczo/rozbrajający uśmiech Jasona Lee, który przez lata od “Mallrats” dopracował idealnie, jest nie do pobicia.
Przez 24 godziny 6/20 No niestety, tylko jeden odcinek. Żona w zasadzie nie wychodziła z salono/kuchni i tylko tyle udało mi się dziś przemycić. W zasadzie nic specjalnego - postacie wyważają na nowo stosunki między sobą, niektórzy nabywają ludzkiej twarzy, inni innych części ciała - w końcu u nich to druga w nocy. Akcja pewnie zacznie się na nowo na ostatniej płycie przed świtem.
Gotowe na wszystko 3/15-19A tu tak dużo z tego samego powodu. Żona w zasadzie nie wychodziła z salono/kuchni i po wigilii w ramach zrelaksowania jej (żony), oglądamy dalsze przygody pań domu. Trupy, ciąże, oświadczyny, szantaże, seks w windzie, zazdrośni narzeczeni, ukrywane kochanki - samo życie.
I jeszcze komiksy:
Doczytałem Ultimate Fantastic Four HC 4 Słabo. Jak byłem zachwycony trójką, tak tom numer cztery to niestety bieda. Oczywiście to kwestia twórców - Carey i kamanda ma się nijak do talentów Millara i Landa. Nic tu naprawdę nie porywa - ani kosmiczna saga z Thanosem, ani Annual z Mole Manem, ani skok w średniowiecze by zmierzyć się z alchemikiem Diablo (jakbym miał wybierać to chyba to najlepsze, ale co to za wybór) ani wreszcie dwuzeszytowy crossover z Ultimate X-Men. Oj bieda.
I jeszcze zeszycik World of Warcraft #1 - a tak kupiłem sobie pierwszy odcinek w celach poznawczo/kolekcjonersko/kapitałowych. To znaczy, czasem takie rzeczy nabierają kilkakrotnej wartości, poza tym lubię mieć pierwsze odcinki serii mocno osadzonych w innych miejscach popkultury i wreszcie chciałem to po prostu przeczytać. I przeczytałem. I jest przyzwoicie. Fabuła dość standardowa, rysunki nie powalają, ale czuć w tym komiksie oddech wielkiego uniwersum z którego rzecz się wyłania. Nigdy w to nie grałem i pewnie nie będzie okazji, ale w ogóle mnie nie dziwi, że coś takiego zaczęło się ukazywać. I jak będzie gdzieś okazja z czasem wciągnąć jednego czy dwa TPB bez marży, to pewnie się nie będę powstrzymywał.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)