Kamil M. Śmiałkowski

wtorkowy cd

October 31st, 2007

Dziś już nie poniedziałek, więc lepiej. Dużo spotkań, rozmów, pomysłów, acz nic o czym by już był sens pisać. No może poza pewnym już przesunięciem daty emisji koncertu “Zielone Szkiełko” w TVP1. Jednak nie dwie listopadowe niedziele koło obiadu. Przede wszystkim nie “koło obiadu”. No bo to jednak zła pora na ten koncert uznała (zupełnie słusznie) pani z telewizora. Bo śpiewane przez Grzesia Halamą i Tymona Tymańskiego w trakcie “Jesiennej deprechy” brzydkie wyrazy (cytuję “kurwa”) można wypikać. Ale gdy przy słowach o komarze, co to w wakacje sprzedał podmiotowi lirycznemu “adidasa” Grześ tańczy, czyli seksownie rusza kuperkiem to jednak się nie da koło obiadu. Pójdzie więc znacznie później. Pewnie gdzieś bliżej świąt, gdy znajdzie się nowe miejsce w ramówce.
A poza tym co nieco obejrzałem:
W kinie Zgon na pogrzebie nową angielską komedię. Nie taką dobrą jak “Hot Fuzz”, ale powiedzmy na poziomie zeszłosezonowego “Wszystko zostaje w rodzinie”. Czyli niezła. Dobrze przekombinowane, z żartami na najróżniejszych poziomach od dialogów o Bogu, przez odlot po dragach, po rękę w kupie. Sympatyczne, zwarte i konkretne.
Na DVD Lucky You - Pokerowy blef równie dobrze skrojony film o pokerze w Las Vegas. Są mistrzostwa świata. W pokerze. Syn mistrza chce wreszcie pokonać ojca. Zasadniczo wszystko grzecznie i klasycznie rozegrane zgodnie z regułami podręcznika tworzenia scenariuszy filmowych. Jak zresztą w w większości filmów Hansona. Dużo daje obsada - świetny Bana, urokliwa Barrymore i jak zwykle mistrzowski Duvall. Porządny hollywoodzki standard.
No i jeden z najlepszych filmów zeszłego roku Małe dzieci Pisałem już o nim kilka razy i w kilku miejscach. To jeden z tych filmów, które kopią Cię między oczy pokazując jacy naprawdę jesteśmy (mówię teraz o moim pokoleniu - po 30. z dzieckiem, z dużymi i małymi, ważnymi i głupimi zupełnie problemami, z naciskiem na te ostatnie). Wszyscy jesteśmy małymi dziećmi. Taka myśl mnie bierze po każdym przypomnieniu sobie tego filmu. Pięknie jest. W filmie, bo z nami to raczej strasznie.
Muzyka:
Pride and Fall - In My Time Of Dying - jakoś mnie nie przekonuje. Może gdzieś przez moment słychać w tym klimaty 4AD, którą kiedyś lubiłem, ale więcej w tym podróbek Depeche Mode. I w ogóle ciężkość wymieszana z elektronicznością i mrocznymi tekstami akurat w tych proporcjach mnie nie ekscytują.
O.S.T.R. & Sofa - Trójka Live raperski koncert dołącznony do “Rzeczpospolitej”. Już sam fakt, że coś takiego dołączyli jest dziwne - wszak Rzepa pozuje na najpoważniejszą z gazet codziennych. Może nabrali się, że to dobre? Bo dobre nie jest. Muzyka miejscami niezła (Sofa gra przyzwoicie), ale ten pan? Lansowanie go na górną półkę polskiego hip-hopu, bo umie grać na skrzypcach to jakieś nieporozumienie. Wciskanie na siłę do jednej ligi z Fiszem, czy Kalibrem 44 również. Niektóre z tych kawałków może i rozbujać potrafią, ale całość jest mało strawna, zwłaszcza dzięki zapowiedziom O.S.T.R.-ego, który nie grzeczy talentami konferansjerkimi. Pitoli słabo i żenująco nadużywając słów, których nie rozumie. Ot, chociażby powtarzając w kółko, że media kłamią w trakcie koncertu na żywo w radiu ogólnopolskim - dość groteskowe. A już nadużywać, czy w ogóle używać w stosunku do siebie określeń “ambitny”, “inteligentny” itp. to dopiero wiocha. A już zupełna kompromitacja jak dla mnie, to zaraz po tym jak się uda żart, wyjaśniać i przepraszać, że się żartowało. A tak właśnie tu jest (gdy wreszcie jakiś żart się cudem udał). Słowem - słabizna.
No a teraz kolejna wielka porcja komiksów:
Niebezpieczny Kurczak & ukryte moce!! Fil w dłuższej i zupełnie dobrej formie. Choć jeszcze nie do końca to album sensu stricte. Trochę widać, że tworzone jest to w sekwencjach kilkuplanszowych (spokojnie można by to rozczłonkować na epizody) ale prawie w każdej zdarzają się śmieszne pomysły i zabawne (głównie dzieki chamstwu i wulgarności) teksty. Ot, pierdułeczka, jakiej na Zachodzi mnóstwo i dobrze, że mamy takie własnej produkcji.
Pragnienie O! I takie komiksy niezależne to ja lubię. Nicolas Mahler ascetycznie i z cudnym wyczuciem operuje kreseczką (bo nawet nie kreską) i opowiada w sposób nieśpieszny i bardzo dokładny prostą i ludzką historię o faceciku. Zero tekstów (w amerykańskich mainstreemie to się nazywa “nuff said”) czasem tylko dymki w których równie proste obrazki wyłuszczają co bohaterowie mają do powiedzenia. Ale w tej formule da się nawet pokazać, że bohater myśli, że jego rozmówczyni myśli, że on jest damskim bokserem. W sumie cztery epizody pięknie układające się w całość wieczoru pełnego niezrealizowanego tytułowego “pragnienia”. Zacny tomik.
A teraz jego zupełne przeciwieństwo: Niewinne dzieci Jedna z prac tego zbiorku powtarza się we wczoraj opisywanej antologii konwentowej i wtedy nazwałem ją “kupą”. Po przeczytaniu całości stwierdzam, że był to komplement. To jest zarówno straszliwe, jak i żenujące. Ale bardziej strasznie. Chociaż nie, może bardziej żenujące. Sam nie wiem. Strasznie szkoda mi tu rysowników, którzy nieźli są, ale wleźli (być może skuszeni słuszną ideą) w projekt tak źle zrobiony, że zęby bolą, a “Piekielne wizje” zdają się profesjonalną produkcją. Ale do faktów. Oto niespecjalnie przeze mnie ceniony znawca (autor słabej książki) i krytyk (autor wielu nieprzekonujących recenzji) komiksowy Bar… a zapomniałbym, jeszcze też niespecjalnie udany wywiadowca (autor zmarnowanej szansy na książkę pełną dobrych wywiadów z twórcami komiksów) Bartosz Kurc wymyślił sobie antologię komiksowych historii zaangażowanych społecznie. Ot chociażby: śmierć płodu i późniejsza trauma wywołana wiadomością o “zutylizowaniu” ciałka; morderstwo dziewczyny w ciąży przez młodocianego tatusia dziecko; inne dziecko wpada pod pociąg i umiera w szpitalu; rodzice podejmują decyzje o losach chorego płodu, który lekarz sugeruje usunąć; matka każe zabić własne dziecko; inna pozwala na skatowanie dziecka przez ojca; jeszcze następna idzie w tango zostawiając małe dzieci same i głodne na noc. Chyba wszystko. Brzmi poważnie, prawda? I nie mam nic przeciwko komiksom na te tematy. I nawet rysownicy zebrani są tacy, którzy by to unieśli. Gdyby dostali scenariusze. A dostali niestety jakieś głodne kawałki. Kurc najwyraźniej czując się “panem od komiksu” stwierdził, że potrafi też stworzyć komiksy. Ale tworzy je tak samo jak o nich pisze - słabiusieńko. I zamiast poważnego, przejmującego zbioru dostajemy biedny zbiorek nieumiejętnie opowiedzianych historyjek “na serio”. Przykłady? Zakończenie pierwszej historii, które jednym sztucznym tekstem rozpieprza jakąkolwiek uczciwość i wiarygodność tej historii. Nikt tak nie mówi. A już zwłaszcza w takim stanie emocjonalnym. Szarpana narracja w drugiej historii: najpierw plansza w której rybak znajduje zwłoki, potem cofamy się w czasie i poznajemy historię młodej pary - osiem nieźle nawet zrobionych plansz, a potem znowu szarpnięcie i ostatnia strona dziejąca się znacznie później i będąca znowu nieudolnie dopisaną puentką. Całość konstrukcji historii nijak się nie broni - skoki czasowe w różnych kierunkach, finał zupełnie z innej bajki i z niepotrzebnie wprowadzoną policją. A zresztą jeśli już policja, to skąd dopiero w tym samym momencie samobójstwo zabójcy? Zsynchronizowane wyrzuty sumienia? A jeśli tnie się na okrzyki “Policja” przed drzwiami to trzeba to opowiedzieć, bo rysunek wcale na to nie wskazuje. I tak można o każdym z tych komiksów. Jak przy staruszce w “Białej ścianie” pojawia się w tramwaju ten upośledzony chłopak? Wszak kilka kadrów wcześniej przy wyjściu z klatki go nie ma? A jeśli to dwie różne staruszki, to może trzebaby je jakoś zróżnicować? Po co brać się za historię z “Moich Aniołków” jeśli nie potrafi się jej opowiedzieć i trzeba pod koniec podpierać się długaśnymi dialogami? Itd. A wszystko jeszcze kończy w pięknym cyrkowym stylu Maciej Parowski, który w posłowiu usiłuje żonglując trzema płonącymi pochodniami wykonać salto bez trzymanki, czyli napisać, że mu się podoba i że to dobry album, ale tak by tego nie napisać. Bo jeszcze ktoś kiedyś mu to wypomni. Wysmyka mu się tylko, że rysunki mu się niespecjalnie podobają. Wszak to nie rysownicy go prosili o posłowie… I mniejsza z tym, że Maciej nie rozumie, że tak też się podkłada, bo rysunki to jedyna rzecz jaką w tym albumie można pochwalić.
Śmiercionośni Komiks Ryłki w antologii festiwalowej nawet mi się podobał. Jego album podoba mi się nawet bardziej. Widać, że autor panuje nad opowieścią, epizodami, że wszystkie klocki wcześniej wielokrotnie przejrzał, przymierzył i dopiero poukładał tak jak trzeba. Opowieść o przechodnim kapeluszu i losach kilku postaci w których życiu się pojawił wyszła naprawdę dobrze. Dialogi są tu faktycznie zbędne, dzianie się mówi samo za siebie i miejscami nawet wciąga. Nie jest to do końca moja bajka i nie żeby mnie to zachwycało, ale doceniam zarówno konstrukcję całości, jak i kreskę.
I znów na koniec dla równowagi coś zza oceanu Ultimate X-Men HC 3 I to się nazywa rozrywka na wysokim poziomie. Millar to jednak kawał świetnego scenarzysty, który robi co chce z postaciami, klasycznymi wątkami i współczesnym światem. Bardzo widać różnicę pomiędzy jego historiami a pomysłami z 6, czy 7 tomu, gdzie jego następcy (Vaugham, Kirkman) już aż tak dobrze sobie nie radzą (wciąż czekam na 4 i 5 tom by mieć pełny obraz). A w vol. 3 najpierw wielka bitwa pomiędzy X-Men a Ultimates, a potem kolejne wielkie starcie z Magneto. I ogląda się to równie dobrze jak czyta: Bachalo jest po prostu dobry, Kubert lepszy a Finch po prostu rewelacyjny.

Poniedziałkowa czytelnia

October 30th, 2007

Poniedziałek. Identyfikuję się dziś z moim wzorcem osobowościowym - Garfieldem. Męcząca nuda. Tyle, że przyszło kilka komiksów, a kilka jeszcze pożyczyłem do szybkiego przeczytania to czytam:
Historie niedopowiedziane Antologia komiksów do scenariuszy Jerzego Szyłaka niestety w większości odpowiada dosłownie tytułowi. Scenariusze sprawiają raczej wrażenie radosnych wprawek licealisty, który nie przejmuje się brakiem sensu, fabuły czy puenty, albo wręcz jej brak będzie tłumaczył celowym zabiegiem autora. A słabość komiksów zawsze można zwalić na brak wrażliwości i zrozumienia u odbiorcy. Jedno co musi być prawie zawsze (tu Szyłak nie zawodzi) to rozebrane kobiety. Poza pierwszym komiksem. Tu ich nie ma. Możliwe, że dlatego, iż to “epizod 1″. Rzecz w tym, że 6 planszy “Koszuli” narysowanych przez Gosienieckiego to jedynie pretensjonalna podwójna narracja ze słabiutkim (acz pewnie mającą uderzać z siłą wodospadu) cliffhangerem. Potem “Tramwaj widmo” - niby poetycka bzdurka z obowiązkowymi gołymi cyckami narysowanymi (jak zwykle nieźle) przez Nowakowskiego. “Gorączka sobotkiej nocy” - 3 plansze bez pomysłu. “Poważna rozmowa - analogicznie, acz na 4 planszach. I wreszcie coś ciekawszego - “Śpiąca królewna” narysowana przez Nawrota. 13 plansz i zupełnie inaczej. Jest czas na rozpoczęcie, zwroty akcji, (oczywiście) seks, żart, nawiązania kulturowe, nawet na puentkę. Tylko trzeba najpierw usiąść i napisać porządny scenariusz (co Szyłak już w końcu parę razy w życiu zrobił) a nie udawać, że byle bzdurka nadaje się po narysowaniu do druku. Ale żebyśmy się nie rozmarzyli zaraz potem “Wtedy inny nie ja” - 8 plansz Bachmińskiego (graficznie OK), które znowu są jakąś bliżej niedookreślonym poemiksem, acz tym razem “inspirowanym” nad wyraz Kieślowskim. Co zresztą pada w dialogach, ale to nie zmienia w żaden sposób stanu rzeczy. Przedostatnia jest “Szafa” - dwuplanszowy żarcik rysowany przez Obarę, który do całej reszty tomu ma się jak pięść do nosa - acz spokojnie mógłby pójść w jakimś “Playboy’u” (to był komplement). I na koniec “Ostatni seans” - 10 plansz z Mordawskim. Znowu dłużej i znowu z większym sensem. Mam czas poznać i porozumieć się z bohaterką, jej historia ma jakąś siłę i przekaz. I podoba mi się. Podsumowując: znam, lubię i cenię Jerzego od lat (bodajże pietnastu). Pamiętam, gdy szuflady zalegały mu sterty scenariuszy, których nie miał kto rysować. Teraz już ma kto. I rysuje. I niektóre mają sens. A Jerzy dalej pisze. I dalej rysują. I dalej niektóre mają sens. Ale czy wszystkie jest sens wydawać? Jakoś wątpię. Gdyby zamiast tych słabszych drobiazgów obok “Śpiącej królewny” i “Ostatniego seansu” włożyć tu coś trzeciego równie długiego i dobrego - powstałby interesujący i godny uwagi album. A tak pozostaję z przekonaniem, że Szyłak to autor nierówny i pełen mniej lub bardziej wyrazistych obsesji, które czasami przyćmiewają mu pomysł na komiks, który chciałoby się czytać. Ale nie można przy tym zapomnieć, że Jerzy to też wielki tester polskich rysowników i można w jego komiksach odkryć wielu twórców, których nazwiska zapadają potem w pamięć. I jak za sam album pochwalić go nie mogę, to za to - czapki z głów.
Podciągnąłem też Mykowi na dłuższą chwilę katalog z Łodzi i to moje reakcje na bieżąco: Komiks 2007 - 18. Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi. Na początek laureat Grand Prix “Hikikomori” Woynarowskiego. Obrazkowo super, fabularnie, za trzecim razem i z pomocą Myka coś zrozumiałem, co znaczy, że albo nie jest to specjalnie łatwo wchłanialne, albo się starzeję. Ale jak już zrozumiałem to jest dobrze. I świetnie, że wygrało coś zupełnie świeżego i ktoś nowy. Ale idźmy dalej “Dziwny sen Spielberg” Grzeszkiewicza - ładne, ale straszliwie przegadane. Czytac się nie chce. Przyznanie temu I miejsca to lekkie nieporozumienie. “Operacja “Geniusz” - gimnazjalna fantastyka. “Śpiący” - kupa, która próbuje żenująco grać na emocjach. Straszne. Aż szkoda na to rysunków Oli Spanowicz. “Pasja” Wildemana - słabość i to z nienajlepszą ortografią. “Glistove Love” - Tkachoza jestem w stanie wchłonąć w stripach, ale tyle plansz przekracza moją percepcję. Może faktycznie się starzeje. “A Date With David Lynch in Lodz” - nieporozumienie z importu. “Tytułu nie ma” - kolejne pokolenie twórców wpada na ORYGINALNY pomysł zrobienia komiksu o tworzeniu komiksu. Ale napakowali tam tyle dóbr wszelakich, że rzecz nawet wciąga. Do tego przyzwoicie rysowana. Ostatecznie wygrała kategorię “dla amatorów”. Może lepszych prac nie było. “Zimny drań” - proste i nawet sympatyczne. “Blaki - O kłamstwie” - tu w pojedynkę broni się lepiej niż w albumie, ale i na tym tle ma łatwiej. “Bez tytułu” Serkowskiego - też proste i ładne. Bez szans na główną nagrodę, acz na podium się załapało. “System” - nuda. “9,81 m/s2″ - banał. “Gra pozorów” - nienajlepiej udany czarny kryminał (widać nieskrywaną fascynację “Blacksadem”). “But-Man” Cabały - Nikodem rysuje coraz lepiej, ale scenariusze i ortografię powinien zostawiać innym. “Genosis. czyli Głowonesis” - pierdółka, acz zabawna. “The End of Spider-man” - dowcip z brodą z importu. “Pa Ram Pam” - ja wiedziałem, że Sztybor jest infantylny, ale że aż tak? “Opowieści dziwnej treści” Empro - żeby startować z jednoplanszówką na konkursie z zawodowcami trzeba być mistrzem świata. Empro nie jest. Ale spokojnie jest to publikowalne w szeroko pojętej prasie mainstreemowej. “O dzielnym rycerzu” Katarzyny Zalepy - bardzo mi się podoba. Z pomysłem, sympatycznie narysowane, z początkiem i końcem. Absolutnie jestem za i dziwię się, że nie znalazło się w werdykcie. “Przygoda” Frąsia - no i znowu kłopot z jednoplanszówkami. Dla mnie osiem pojedyńczych komiksów (nawet niezłych) nie jest całością konkursową. I tu się z jury różnię. A Jackowi nie odmawiam świetnego zmysłu obserwacji detali. I faktycznie jego epilog jest lepszy od “Ediego”. “Jedna wielka heca” - przekombinowane. Ja rozumiem, że Sztybor chciał wpasować się w zakręconą kreskę Zycha, ale nie kupiłem tej fabuły. “Człowiek z żelaza” Niewiadomskiego - nigdy nie rozumiałem słabości niektórych do “Ratmana” i tu jest to samo. Nie bawi mnie to, ani nie wywołuje żadnych innych pozytywnych reakcji. “Machina” - prościutkie, acz sympatyczne. “Niewolny” - no dobra. Pomysł(y) bez przesadnej świeżości, ale przynajmniej kreska fajna. “Złota rybka” Piotra Perłowskiego - i kolejne sympatyczne zaskoczenie. Jestem za. Świetna kreska, bardzo sympatyczny pomysł za klasyczny motym, lekka, nienachalna puenta. Dobrze jest. I następne nazwisko do zapamiętania. “Warszawa da się lubić” - bodajże piąty scenariusz Sztybora (odnoszę wrażenie, że rośnie nam kolejny stawiający na ilość scenarzysta na Sz) w zestawie. I chyba najlepszy. Jest w tej prostej historyjce jakaś fajna prawdka. Można by ciut podrasować dialogi i znaleźć lepszego rysownika, ale OK. I na koniec “Fatalne Batmany - Tory strachu” - ot, dwuplanszóweczka do zapomnienia w 5 sekund. Tako rzecze Kamil.
Ołtsajders - No. Wszyscy domagający się komiksu obyczajowego powinni być wreszcie ostatecznie usatysfakcjonowani. Pomijając elementy owieczki i Brada Pitta, to chyba najbardziej rzeczywisty polski komiks ostatnich lat. Po prostu jebudu. Jakoś wierzę w świat pokazywany przez Gierka i mam nadzieję, że nigdy się do niego nie zbliżę na odległość chuchu. Dziwne wydaje się tylko, że podmiot liryczny tych opowieści (jak rozumiem w dużej mierze sam autor) na zmianę z tym atrakcyjnym życiem towarzyskim siada sobie w domu i rysuje komiksy. Choć nawet momentami wychodzi to w samym komiksie - a to wprowadzając elementy “Fight Clubu” czy cytując “Misia”. W sumie - dobra lektura, choć nie użyłbym słowa “sympatyczna”.
henryk i bonifacy A tu się trochę wynudziłem. Idea Timofa, by wydawać wszystko co na drzewa nie ucieka czasami daje nam coś fajnego, a czasem nie. Jak dla mnie ten akurat starszy projekt Huberta Ronka to właśnie to drugie. Zbiór jednoplanszówek z dwójką filozofujących ludzików ma wszelkie wady i kilka zalet zbioru jednoplanszówek. Raz coś fajnie wyjdzie, trzy razy wyjdzie tak sobie. Najstarsze z plansz są z 2001 i czuć w nich trochę infantylnością. W większości albumu (poza dorysowanymi znacznie później splashpage’ami) to Ronek jeszcze sprzed czasu, gdy osiągnął poziom rysunku jaki lubię. Więc ani przyjemności fabularnej ani rysunkowej. Szkoda.
I na koniec coś amerykańskiego. Ostatni tom JLA - World without a Justice League Tom o tym, że wszystko się sypie. Bohaterowie się kłócą, biją i raczej za sobą nie przepadają. Czasem na chwilę łączą, gdy trzeba spuścić łomot tym złym, ale bez entuzjazmu. I wszystko kończy się nijako, w ciszy i bez fanfar. Cóż - jak mówił poeta: Innego końca świata nie będzie.
A tak zupełnie na koniec jeszcze DVD (żeby nie było, że tylko czytałem):Humor w PRL-u Wybór skeczy kabaretowych nagranych w czasach PRL-u przez ekipy Kroniki Filmowej. Kto pamięta PKFy (ja pamiętam jak mnie wkurzały. Zmieniały się tak mniej więcej co 2 tygodnie i leciały w kinie przed każdym seansem. Gdy bywałem więc (a bywałem) w kinie kilka razy w tygodniu to oglądałem w kółko to samo i się wkurzałem) wie, że każdy materiał trwał tam góra 2 minuty. Takie są i te skecze. I mimo kilku rzeczy naprawdę wielkich (Laskowik, Fronczewski z Pietrzakiem) to wiele innych jest słabiutkich (zwłaszcza sam Pietrzak) a inne nie mają czasu się rozkręcić by być naprawdę śmieszne. W sumie raczej dla fanów archiwaliów. Szkoda, myślałem, że będzie coś więcej.

orzeszka

October 28th, 2007

Dzisiejszy tytuł to tylko inny zapis literowy tekstu “O żesz K”. No bo po kilku tygodniach zwłok przyszedł czas na literkę K w mojej rozciągniętej na wiele niedziel opowieści o osobistych literackich preferencjach. A “K” to w tym układzie litera kluczowa (patrząc na ilość tomów na półce), więc do roboty.
Ale oczywiście jak się człowiek raz pomyli to już leci. Najpierw mówiłem, że na “J” nie ma nic, potem znalazłem dwóch panów, a jest przecież jeszcze pani. I to od dziecka:
Tove Jansson - mama Muminków, którymi zaczytywałem się od podstawówki. Ba, nawet w 1, czy 2 klasie byłem w teatrze i do dziś pamiętam. I czytałem i czytałem. I ta melancholia zawsze jakoś mnie wzruszała leciutko i wytrącała z równowagi. Przed kilku laty z kolegą (aktualnie obrażonym na mnie śmiertelnie) Maciejem Mazurem strzeliliśmy planszę komiksowych “Muminków”, bo były szanse na sprzedaż tego w świat - była licencja itp. Ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, choć plansza została… Właśnie chciałem ją tu też podlinkować (podobnie jak na mojej stronie z dorobkiem komiksowym) i zauważyłem, że kolega (aktualnie obrażony na mnie śmiertelnie) Maciej Mazur zdjął ją z digartu, jak rozumiem w ramach zerwania wszelkiego rodzaju kontaktów ze mną. Tak jak i zablokował mi swój numer GG i wykasował posty w których się ze mną spierał na forum komiksowym. Zupełnie jak PiSowe pomysły zacierania śladów komunizmu. No to Wam nie pokaże planszy. A zaczęło się od mojego żartobliwego przywołania jego nazwiska w jednym z postów tutaj. Tym. To przynajmniej go podlinkuję.
A teraz już K:
Guy Gabriel Kay Niedawno pisałem tu o jego najnowszej powieści. Ale lubię go od pierwszej. Szacunek już wzbudza świadomość, że to on redagował spuściznę po Tolkienie i jego robocie zawdzięczamy ostateczny kształt “Silmarillion”. No a potem była cudna trylogia “Fionawański Gobelin”, bardzo polska fantasy “Tigana”, potem cztery powieści parahistoryczne (dziejące się prawie w naszej historii, ale tylko prawie) i wreszcie najnowsza “Ysabel” - czyli magia w naszym XXI wieku. Acz znacznie bardziej klimatyczna od popularnych “urban fantasy” spod znaku Gaimana i jego podróbek. W sumie - dziesięć powieści w dwadzieścia kilka lat i ani jednej skuchy.
Stephen King No, cóż mogę rzec. Król. Facet, który straszy na dziesiątki sposobów, a przy tym potrafi też normalnie, obyczajowo, sensacyjnie, fantastycznie, jak tylko chce. Przy Kingu wiele zależy od tłumacza, bo jego bardzo silną stroną jest język, jakim pisze, ma świetne wyczucie frazy. Ja przede wszystkim uwielbiam początki jego powieści - sympatyczne, leciutkie obyczajowe obrazki, świat, który wręcz nas usypia, idylla, o której wiemy, że kilkanaście, kilka stron ulegnie zniszczeniu. I bardzo tego nie chcemy, chcielibyśmy uchronić tą rodzinę, ten świat od zbliżającego się złego losu, ale w końcu po to czytamy Kinga, żeby tym losem się ekscytować. Mam wszystkie tomy Kinga po polsku i jeszcze kilka w oryginale i lubię sobie czasem do nich wrócić. Zwłaszcza do “Dance Macabre” - genialnego non-fiction, opisu amerykańskiej kultury grozy XX wieku. Rzecz niestety ciut się zdeaktualizowała (wyszło to oryginalnie w 1981 r) i od ładnych kilku lat, gdy spotykamy się w gronie wyznawców tej pozycji, to wspólnie sobie marzymy, by King się wziął i machnął sequel. Czego i Wam życzę.
Feliks W. Kres Akcent polski. Jeden z moich ulubionych akcentów. Jakoś przemawiają do mnie te ciężkie mroczne i pełne jatek opowieści fantasy jakie wypuszcza z siebie monsieur Kres. Wierzę w jego postacie, w ich postawy, przekonania, czyny. Oczywiście urzekły mnie koty i sepy. I bardzo szanuję go za konsekwencje świata. Kiedy już go ostatecznie stworzył (a mam i te pierwsze wydania, gdy wyglądał on trochę inaczej) to pięknie rozwija go na boki niczym jakiś fantastyczny Balzac. A nieprzyzwyczajanie się do poszczególnych postaci pozwala mu je, nad wyraz atrakcyjnie, wyżynać w najmniej oczekiwanych miejscach, co trzeba przyznać jest dodatkowym zaskoczeniem (czytaj: atrakcją) przy lekturze.
Henry Kuttner I na koniec klasyk. Czyli pan co to zmarł juz prawie pół wieku temu. Pan stosował nadprodukcje i nie wszystko, co wyszło spod jego pióra ma sens, czy zasługuje na uwagę, ale za dwie rzeczy znalazł się na liście. Napisał bowiem dwa cykle opowiadań, które do dziś są wzorcową wręcz inteligentną humorystyczną fantastyką. Jeden o genialnym wynalazcy Galloway’u Gallegherze, a drugi o wielowiekowej rodzince nadistot. Absolutne cudo.
No i po “K”. Myślałem, że będzie bardziej bolało.
A tymczasem bardziej boli montowanie wyszukiwarki. Uznałem, że skoro lada tydzień przekroczę dwieście postów to pora ułatwić szanownych czytelnikom (i troszkę sobie) poruszanie się po tym blogu i poprosiłem moje wspomaganie internetowe o zamontowanie wyszukiwarki. I jest. Tu po prawej, poniżej. I już działa. Jeszcze nie widać przy niej opisu (nie od razu Kraków i te rzeczy), ale już można sobie coś wpisać. I wyszukać.
A ja dziś wyszukując coś do tekstu o “Zielonym Szkiełku” jaki pisałem na zamówienie “Miasta Kobiet” zobaczyłem, że nie trzeba wcale czekać do połowy listopada, żeby zobaczyć nasz niedawny koncert. Bo już kawałeczki są na youtubie. To się nazywa postęp - nasze dawne Szkiełko sprzed dekady odeszło prawie w zapomnienie bez śladu (ledwie kilka koncertów zarejestrowanych przez akademickie radio RAK), kilka fotek i dwie kasety audio). A dziś proszę - mogę sobie swój koncert obejrzeć w sieci, o ktoś wziął kamerkę, nagrał a potem wrzucił do internetu. Pięknie. Oto więc te cztery kawałeczki:
Dobro - Janusz Radek i Mateusz Pospieszalski. To z pierwszej części nagrywanej przez TVP1 (widać jeżdżące tam i z powrotem ramię). Jak łatwo zauważyć nagrywający (a może nagrywająca) przede wszystkim koncentrował się na Jasiu.
Zielone Szkiełko - All together. Piosenka finałowa pierwszej części. Na estradzie niemal wszyscy. Widać przede wszystkim w pierwszym rzędzie Grześka Halamę, Jasia Radkę, Anetę Ryncarz i Basię Stępniak-Wilk. Za nimi nasi goście - Mirek Czyzykiewicz i Ela Adamiak. W telewizorze już tego nie zobaczycie - wyszło tak sobie i Jasiu się mylił, więc powtórzyliśmy. W międzyczasie znalazł się też band Roberta Kasprzyckiego, więc ten drugi raz zabrzmiał naprawdę lepiej.
Unplagiat - Janusz Radek i Robert Kasprzycki. Klasyka. Jeden z tych kawałków dla których usłyszenia warto było zrobić ten koncert. To element naszej szkiełkowej “jazdy końcowej” w której Jasiu i Robert dawali z siebie wszystko. Te dwie minuty dobrze oddają charakter tej zabawy.
Tylko Ty i Ja (wersja góralska) - Robert Kasprzycki. A tu tylko pół minutki. Przez lata Robert wypracował sobie różne sceniczne skecze i pląsy, niczym przy harcerskim ognisku. To jeden z nich. Kolejne wersje refrenu do jednego z bardziej znanych jego przebojów. Tu wersja góralska. A Jasiu znudzony czekaniem na właściwą piosenkę przysiadł sobie przy moim stoliczku konferansjerskim.
I już. Ciąg dalszy już za kilka tygodni w telewizorze. Oczywiście gdybym umiał, to bym ładnie włożył te pliki w posta, a nie tylko podlinkowywał, ale nie umiem. Może kiedyś.
Cóż dziś? Niewiele, bo dużo pracy i sporo (jak to przy niedzieli) czasu z dziećmi. Ale zerknąłem sobie na Spider-man 2.1 - poszerzoną wersję drugiej części cyklu. Sam cykl bardzo lubię i uważam, że Sam Raimi zrobił wszystko co najlepsze z ideą kinowego Petera Parkera. A ta dłuższa o 8 minut od kinowej wersja w zasadzie niczego nie wnosi. Ot, taka pierdółeczka, która miała podkręcić marketingowo kinową premierę części trzeciej. To nie poszerzany przez Jacksona “Władca Pierścieni”, który robił z dłuższej wersji lepszy i ciekawszy film. Tu dołożono sceny, które zupełnie słusznie nie weszły do wersji kinowej: wydłuzona scena w windzie, która rozmywa żart w niej zawarty, wydłużona scena przebudzenia ramion, która jest radosną jatką w stylu “Army of Darkness”, ale też nic nie wnosi, scena z JJJ, który włożył kostium Spider-mana i skacze po biurku itd. Dało by się żyć i bez wersji 2.1 ale wiedzą, że tacy fani jak ja dadzą się nabrać i kupią. Ja kupiłem. Mam nadzieję, że przynajmniej dodatki na drugiej płycie coś wniosą, tyle, że nie mam czasu ich teraz oglądać. Wrócę do nich kiedyś.
Z archiwum X 2/7-8 I lecimy dalej. Najpierw odcinek o wampirach. Niezły. Z jedną panią Mulder idzie do łóżka z miną, która już wtedy nieźle zapowiadała wczoraj opisywany serial “Californication”. Drugi odcinek to odzyskanie porwanej wcześniej Scully i lekkie podprowadzanie głównego wątku. I to nawet umiejętnie.

duchowna sobota

October 27th, 2007

Jak kiedyś powiedział Robert Kasprzycki jedynym Duchownym którego jest w stanie znieść jest David Duchowny. Coś w tym jest. A dzisiaj miałem właśnie dzień pod znakiem Duchownego. Udało mi się strzelić zarówno kilka odcinków “Z archiwum X” i jego najnowszy serial “Californication”. Było miło. Szczegóły poniżej.
W Onecie wciąż jeszcze nie doczekaliśmy się swojej podstrony i może dlatego zapominam wrzucać tu linki do co ciekawszych rzeczy. To może dziś chociaż dwa wywiady - pierwszy komiksowy z Marzeną Sową a drugi z twórcami Ratatuja.
I jeszcze anegdota z cyklu “Jakiż te świat jest mały”. Zapomniałem o tym, we wczorajszym poście. Przedwczoraj podjechałem do Majki szkoły, by ją odebrać po popołudniowym judo (chodzi jako jedyna dziewczynka z klasy!) i któż się pojawia? Ojciec ucznia klasy III w tej samej szkole, który chodzi na te same zajęcia judo - Jarek Składanek, komiksowy wydawca (ot, chociażby wczoraj zachwalałem komiks Lachowicza wydany przez Jarka w jego Kulturze Gniewu), którego znam od lat. Nieduża szkoła na warszawskim Mokotowie i proszę. A mówią, że to stolica, wielkie miasto!
Jak już wspomniałem sporo dziś obejrzałem:
Najpierw Ekipa 9 Ten serial jest coraz lepszy. Tym razem ekspozja nuklearna na Białorusi i strajk Służby Cywilnej. A w tym prawa postać premiera i coraz fajniejsze kręgi na wodzie jakie te sprawy wywołują wśród kolejnych coraz niższych kręgów władzy i odpowiedzialności. Dobre.
J.F.Kennedy Machnąłem se od strzału w ramach jednymokiemoglądania przy porządkach i innych obowiązkach domowych cały 5-godzinny miniserial amerykański o trzech latach prezydentury JFK. Dobry Martin Sheen w roli tytułowej (gościu się wyspecjalizował w prezydentach - przecież jeszcze “Dead Zone”, “West Wing”) i jeszcze lepszy John Shea jako Robert Kennedy. Nic dziwnego, że potem go wybrali do grania Lexa Luthora.
No i kwestie Duchowne:
Z archiwum X 2/4-6 - Najpierw odcinek o bezsenności jako formie rozwoju sił zbrojnych USA z jak zwykle charyzmatycznym Tony Toddem a potem pierwszy podwójny odcinek w serialu “Duane Barry/Ascention” z porwaniem Scully i zdemaskowaniem Kryceka - stare dobre czasy. Pamiętam, jak zobaczyłem to po raz pierwszy i oniemiałem widząc na końcu odcinka DB “To be continued”. To w ogóle jeden z fajniej przekombinowanych (zwroty akcji) odcinków serialu.
No a teraz nowy serial Duchownego - Californication 1-2 Dostałem z HBO płytkę z pierwszymi dwoma odcinkami. I już żałuję, że nie mam HBO by oglądać to dalej. Bo jest (że użyję słowa adekwatnego do produktu) zajebiście! Duchowny gra sarkastycznego pisarza/rozwodnika/seksoholika z Kaliforni. Co odcinek jest więc mnóstwo chamskich i cynicznych dialogów, średnio 3-4 komplety obnażonych damskich biustów poruszających się rytmicznie siedząc na Duchownym i ogólne wrażenie dekadenckiego kryzysu wieku średniego, który (patrząc na ten serial) zapowiada się na nie tak źle, jak o nim piszą. A i jest jeszcze bonus - piękna (acz ubrana) Natasha McElhone w roli exżony i oczywiście kontrapunktu dla głównego bohatera.
Usypiając młodego doczytałem jeszcze komiks JLA - Crisis of Conscience TPB Przedostatni już, osiemnasty tom serii, w którym liga się już całkiem rozsypuje i ostatecznie rozwiązuje. To w dużej mierze efekt wydarzeń ze świetnego “Identity Crisis” - nikt już nikomu nie ufa, co z przyjemnością wykorzystują różne czarne charaktery, by spuszczać tym dobrym łomot. W tych pięciu zeszytach występuje pewnie z 30-40 postaci, ale w ogóle się tego nie czuje. Widać w tym sporo roboty Allana Heinberga, który szlify zdobywał w telewizorowych serialach typu “The O.C.”

skatologia na lodzie

October 26th, 2007

Powyższe nawet można zaśpiewać na tą samą melodię co tytuł show. No bo, porażające to jest!!! Oglądam po raz drugi z rzędu i momentami to przebija poziom najbardziej żałosnych filmów na kultowej stronie z ekstremalnymi filmikami www.heaven666.org (nie linkuję, by niepełnoletni mieli trudniej). To jest straszliwe i w zasadzie pod każdym względem gorsze od konkurencji (chociaż, przepraszam Tatiana jest lepsza od Skrzyneckiej). Od jury przez artystów i pokazywanie ich zachowań po ogólny klimat. Jak zaskoczyło mnie swego czasu bardzo in plus polsatowe “Jak oni śpiewają” to “Gwiazdy tańczą na lodzie” to dokładnie show na poziomie dawnego Polsatu (tego sprzed przyjścia Terentiew). Straszne!
A poza oglądaniem telewizora sporo w ostatnich dniach kombinujemy - tekst o “Zielonym Szkiełku” zamówiło u mnie krakowskie pismo “Miasto kobiet”, z Mykiem znowu coś skrobiemy dla “Polityki”, zacząłem rozpisywać potencjalne kolekcje (w różnych tego słowa znaczeniach) i przymierzam się, by znowu coś wywalić na Allegro - może jutro.
A moja siedmioletnia córka walnęła dziś złotą myślą - “Jakby Tata się rozdwoił, toby dla mamy była katastrofa”. Cóż…
W kinie zobaczyliśmy dziś coś pod tytułem Inwazja. Nic dziwnego, że przemontowywali to i dokręcali przez ostatnie półtora roku, choć i tak niewiele to dało. Czwarta już ekranizacja “Inwazji porywaczy ciał” Jacka Finney’a - pierwsza, której nie dożył. Może to i lepiej. Kidman i Craig łażą bez sensu po mieście, jedynie miny Jeffrey’a Wrighta trochę ratują sytuację (no i jeszcze sympatycznie prezentuje się biust Nicole). Ale fabuła, czy ogólne przesłanie - biedne, aż zęby bolą. Jeden mimowolnie zabawny motym - dużo polskich aktorów. W sensie mentalnym. Bo ci, co to już ich zaraziło stają się bezwolni: proste mozolne ruchy, zero mimiki, nuda bijąca z odległości kilku metrów. No zupełnie jak większość polskiej kinematografii. Czyli można by zaryzykować twierdzenie, że większość polskich filmów fabularnych, czy seriale “Magda M”, albo “M jak Miłość” dzieją się w alternatywnej rzeczywistości w której inwazja odniosła ostateczny sukces.
Na DVD dla odmiany zupełnie dobry film Hollywoodland z naprawdę dobrym Benem Affleckiem (zerknij, KRLu, zerknij) w roli George’a Reevesa, aktora, który w latach 50-tych zasłynął jako telewizyjny Superman, a potem (ponoć) popełnił samobójstwo. To jedno z klasycznych niewyjaśnionych do końca hollywoodzkich “samobójstw” - nie tak znane jak to MM, ale też słynne. Film sprawnie opowiada naprzemiennie pokazując karierę Reevesa i śledztwo prowadzone po jego śmierci przez prywatnego detektywa (Brody). Miejscami ta naprzemienność ciut zgrzyta, ale Afflecka ogląda się z prawdziwą przyjemnością. No i panie - Diane Lane i Robin Tunney. I jeszcze rewelacyjna scena z dzieckiem, które chce zobaczyć jak prawdziwa kula odbije się od Supermana.
Udało mi się przemycić wczoraj na DVD jeden odcinek Z archiwum X 2/3 Bardzo sugestywny epizod o ludziach, którym odwaliło po opryskach i widzą na wszelkich ekranach i monitorach polecenia o dość brutalnej i krwiożerczej wymowie. I następują jatki. Dobry odcinek od początku po wyrazisty i lekko dowcipny finał.
I jeszcze Dwa żebra Adama - polski film z 1963 r. w reż. Morgensterna. Pierwszy na dwupłytowym zestawie “Himilsbach, Maklakiewicz - kolekcja”. Akurat jego umieszczenie w tym zestawie jest lekko dyskusyjne - pojawia się tu tylko Maklakiewicz i to w jednej scenie. Głównego bohatera gra Kęstowicz, który ma dwie żony. A w małym miasteczku różni ludzie mają o to do niego żal. Do żon też. Zupełnie dobry film ze świetnym scenariuszem Józefa Hena. Już od pierwszej sceny dialogi zachwycają - pani na cmentarzu, chce dać, dwóm rozmawiającym o planach przebudowy terenu pracownikom, łapóweczkę, by dbali o grób stryja. Jeden chętnie bierze, a drugi odmawia. Pani się dziwi. Wtedy pierwszy przedstawia drugiego jako miejscowego burmistrza, a pani z rozbrajającą szczerością stwierdza “Tyle to ja nie mam”. Dekady lecą, a świat w ogóle się nie zmienia.
Komiksy:
Ultimate X-Men HC 2 Millar nie zasypia gruszek w tym, czy się je zasypia i jedzie scenaruszowo bez trzymanki. W tym grubasku ultimatowe nowe wersje historii z Proteusem i z Hellfire Club (bardzo dobrze, świeżo przekombinowane) i znacznie słabsze 2 zeszyty autorstwa Austena z Ultimate Gambitem. Wyraźnie widać, że to zapchajdziurka, bo się pewnie nie wyrabiali z normalną historią i potrzebowali wytchnienia dla podstawowego teamu. Niestety, to co zrobił Austen nie ma ani mocy, ani lekkości fabuł Millara, a Gambit w tej wersji jest jakiś taki nieprzekonujący.
Człowiek Paroovka - Dorysuj mu wąsy - jestem absolutnie zachwycony. Już poprzedni album Lachowicza był świetny, ale ten jest po prostu idealny. Facet rewelacyjnie czuje formułę albumu, parodii superbohaterskiej, grubej kreski (zarówno w rysunku, jak i scenariuszu), rozkładania akcentów, w 2-planszówkach, pomiędzy nimi, w dłuższej opowieści. Pięknie jest. Żarty na każdym poziomie - detali drugiego planu, aluzji kulturowych, formy komiksu, dialogu (tekst “Puść bąka, będzie nam się lepiej pracowało” jest dla mnie hasłem tygodnia. Zresztą Myka często nie trzeba prosić…). Z pełnym przekonaniem twierdzę, że Paroovka i reszta stajni Lachowicza jak dla mnie po tym albumie przeskoczyli o poziom Jeża Jerzego, Wilqa, czy produkcje Śledzia i KRL-a. Tamci są momentami nierówni, łapią na niektórych planszach zadyszkę, nie zawsze trafiają w moje poczucie humoru, a tu jest na każdym poziomie i na każdym obrazku jak trzeba. Brawo!

bezpośrednio: kamil@slowem.pl