A na I nie ma nikogo
September 30th, 2007
No właśnie.
Dzisiejszy tytuł jest w ramach kolejnej literki z moich fascynacji literackich ułożonych alfabetycznie. Jakoś nie przepadam za Iwaszkiewiczem, Iłakowiczówną, czy Irvingiem. Ten ostatni jest dobry, ale jak dla mnie nierówny. Uwielbiam “Hotel New Hampshire”, ale inne jego powieści już mnie czasami męczą.
Tymczasem co nieco weekendowo wchłonąłem. Najpierw 2 komiksy:
JLA - The Tenth Circle TPB No i na początek wtopa. Kolejny tom JLA nie zawiera po prostu kolejnych zeszytów. Okazuje się, że przy wydaniu w zbiorkach pominięto 4 zeszyty - #90-93. Cholera, trzeba je będzię jakoś dozbierać do kompletu. A sam tom (zeszyty #94-99) to radosny powrót teamu, który przed laty postawił na nogi inny super-team - X-Menów. Chris Claremont i John Byrne. Jak poradzili sobie z Supermanem, Batmanem i spółką? Tak sobie. Wymyślili bowiem przedwieczny klan wampirów, który oczywiście próbuje na nowo zająć Ziemię. Nic nowego, nawet pomoc Doom Patrolu wychodzi dość blado. Ci panowie, to idealny przykład gości, którym raz coś wyszło genialnie. I tyle. A teraz pałętają się po branży bez większego przekonania. Ot - przeciwieństwo takiego Millera, Gaimana, czy Moore’a, który nie raz wracali z czymś odświeżającym.
Batman - Snow TPB Od lat jestem wielkim fanem serii “Batman - Legends of the Dark Knight”. Niestety niedawno ją zamknieto (po prawie dwóch dekadach). W niej dziesiątki mniej lub bardziej znanych komiksowych twórców opowiadało sobie w dość dowolny sposób historyjki z wczesnych lat Batmana. Czyli nie byli ograniczani bieżącymi wydarzeniami (choć czasem crossovery wchłaniały tą serię na kilka miesięcy) i mogli się dobrze bawić. I bawili się tu wszyscy, którzy zaczynali w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i później. Byli tu m.in. Morrison, Ennis, Ellis, Mignola, Wagner i młodsi - dziesiątki fajnych nazwisk. “Snow” to rzecz stosunkowo świeża - w zeszytach wyszła 2 lata temu i opowiada na nowo początki Mr Freeze’a. Rysownik Seth Fisher to taka trochę uboższa wersja mojego ukochanego Darrowa, a scenarzyści Johnson i Williams III nieźle się bawili, zwłaszcza dodając Batmanowi do pomocy ekipę zwerbowanych przez niego pomocników. Muszę przyznać, że dałem się nabrać na to, że pewnie Freeze ich wytłucze do zera i dlatego w późniejszych latach Batman nie będzie specjalnie graczem zespołowym, ale ostatecznie rozegrano to ciut inaczej. Dobry tomik.
Na DVD oczywiście przede wszystkim Gotowe na wszystko 2/11-13. Minęliśmy półmetek. Serial kręci świetnie i muszę przyznać, że zmieniły nam się (w równym rytmie Dagmarze i mnie) preferencje. Jak w pierwszym sezonie głównie kibicowaliśmy Teri Hatcher, to teraz jej perypetie i humory zrobiły się troszkę męczące (choć wciąż jest piękna) a główną sympatią darzymy wątek Felicity Huffman i jej rodzinki. Może to trochę kwestia dzieci w podobnym wieku, a może faktycznie ta postać zrobiła się najkrwistsza z pań w serialu.
Z archiwum X 1/12-13 I tu też półmetek sezonu. Ale nic rewelacyjnego. Ot odcinek o człowieku-zapałce i drugi mający na celu uczłowieczenie Skully - ponoć widzowie zaczęli coraz głośniej podejrzewać, że jest ona kosmitką, więc Carter wymyślił odcinek w którym pojawia się jej rodzina i w zasadzie para agentów zamienia się miejscami. To znaczy ona wierzy, a on ma raczej wątpliwości, a potem on ma też postrzał i w centrum uwagi pozostaje już tylko ona. W ogóle w zasadzie odcinek powtarza schemat fabularny “Milczenia owiec”. Rzecz warta uwagi głównie ze względu na role gościnne - ojca Scully gra generał ze “Stargate” a skazańca/jasnowidza - Smoczy Język z “Władcy Pierścieni”.
Star Trek: The Next Generation 5/21 Śliczny klasyczny odcinek w którym na lata przed kinowymi “X-Men” spotykają się profesor Xavier i Jean Grey. I mają się ku sobie. Bo przepiękną kosmitkę gra Famke Janssen. Picard ma do wyboru zatrzymać ją i doprowadzić do wielkiej kosmicznej wojny, bądź oddać zgodnie z jej przeznaczeniem by w ramach traktatu pokojowego wyszła za mąż i tym samym zakończyła konflikt. Trudny dylemat i dobrze oddany w fabule. I tyle.
Czekaj! Ty jeszcze coś zjesz w życiu!
September 28th, 2007
To cytat z mojej żony. Tak własnie zakrzyknęła po przejrzeniu moich wyników badań. No bo się wziąłem i psuję! Rano poszedłem ci ja na badania. Oddałem płyny. Pani zbadała mi ciśnienie krwi. I z dużym podziwem stwierdziła, że z takim to nadaje się do natychmiastowej wizyty lekarskiej. Poprosiłem, żeby jeszcze zrobiła obiecane EKG i przeszedłem naprzeciw do gabinetu lekarskiego. A tam pani doktor spytała mnie “Od kiedy Pan ma nadciśnienie, bo przecież nie od dzisiaj?” A to od dzisiaj. Wcześniej coś tam czasami mówili, że mam na granicy podwyższonego. A tu jednoznacznie - jest wysokie i trzeba leki brać. Psuję się zdecydowanie. Wieczorem odebrałem jeszcze wyniki reszty badań i nie jest wcale dobrze (sód za wysoki, jakieś trójglicerydy - to ponoć straż przednia cholesterolu). No i wtedy się żonie wyrwało tytułowe stwierdzenie. Tak, że nie jest lekko, w domu przerzucamy się na trawę i inne sałatki. Ciekawe, ile tak przeżyję…
A tymczasem:
Muzyka - freak of nature - neurotic states Ot takie sobie polskie (choć anglojęzyczne) rockowe granie. Przesłuchałem, nie urzekło mnie, nie odrzuciło mnie. Coś mi tam się nawet spodobało (”palace of rainy sky”, “she will come”), ale nie na tyle, żebym jutro o tym pamiętam.
Książka - Alice Sebold - Nostalgia anioła Przyznaję się bez bicia. Coraz bardziej nie nadążam. Komiksów przeczytałem większość (z tych, które posiadam), ale z książkami jest znacznie gorzej. DVD to stosunkowo świeża sprawa więc przez jakiś czas udawało mi się wchłaniać na bieżąco, ale teraz z miesiąca na miesiąc sterty narastają i może już, a może lada chwila, ilość płyt czekających na obejrzenie przekroczy w moim zbiorach te, które już obejrzałem. Z książkami jest znacznie, znacznie gorzej. Setki, jeśli nie tysiące z nich czekają na okazję. Te non-fiction mogą liczyć, że kiedyś, gdy będę potrzebował do czegoś danych z dziedzin, których dotyczą, to je otworzę. Gorzej mają fabuły. Setki z nich chętnie bym przeczytał w wolnym czasie (odkąd mam samochód czytam znacznie mniej, bo w wolnym czasie głównie prowadzę), dziesiątki układam sobie na półce i czekają na swoją kolejkę. A tak naprawdę udaje mi się może z co trzecią z nich. W tej chwili czytam równocześnie z pięć różnych tytułów, a drugie tyle to absolutna lektura obowiązkowa, która czeka na swoją kolej. Bardzo rzadko zdarza się, bym dziś wracał do już przeczytanych rzeczy (dawniej zdarzało mi się czytał ulubione książki wielokrotnie), czy sięgał po coś starszego niż sprzed kilku miesięcy. Ale cuda się zdarzają. Oto przykład. Jakiś czas temu był u mnie Robert Chojnacki. Nie ten. Taki bez saksofonu. Ten Robert pracuje w krakowskim wydawnictwie Otwartym i mamy pewne wspólne plany. Ale gdy spojrzał na moje regały pełne poukładanych z grubsza alfabetycznie książek, spytał w pewnym momencie - Czy to ta “Nostalgia Anioła”? Siegnąłem na półkę i spytałem - Ale w jakim sensie? Okazało się, że chodziło mu, czy ta książka nazywa się w oryginale “The Lovely Bones”. Nazywała się. Wróciliśmy do innych tematów. Ale zaintrygowany wygooglałem tą książkę i okazało się, że to właśnie powieść, która ma być podstawą następnego filmu Petera Jacksona. Oczywiście czytałem newsy o tym wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie zapamiętałem tytułu. Położyłem więc sobie ten wolumin na stercie “do szybkiego przeczytania”. I przeczytałem. I nawet rozumiem fascynację Jacksona tą opowieścią, choć nie do końca wyobrażam sobie jak to zekranizować. Ale wierzę w Jacksona. On da radę. A książka to historia opowiedziana z perspektywy córki, która została zgwałcona i zamordowana w wieku 14 lat, a potem obserwuje dalsze losy swej rodziny z nieba. Oryginalne, prawdaż? Ale nie tylko - również liryczne, sympatyczne, wiarygodne, lekkie i smutne zarazem. Dobra książka. Większość elementów, które się na nią składają były już gdzieś wceśniej. Ot, choćby idea obserwania żywych przez zmarłych z ich perspektywy i wielka chęć powrotu choć na chwilę (Patrick Swayze przecież miał tak przed nią), czy rozkład rodziny po śmierci dziecka powstrzymywamy przez pozostałe przy życiu dzieci. Trzeba przyznać, że kolejne fazy traumy i wychodzenia z niej przez najróżniejsze osoby z bliższego i dalszego otoczenia zmarłej pokazano tu naprawdę przekonująco i wiarygodnie. Film będzie (jak mniemam) znacznie bliżej “Niebiańskich istot” niż wczesniejszych horrorów, czy późniejszych blockbusterów w reżyserii Jacksona. I fajnie - nie ma jak płodozmian.
A na DVD wyszła dziś nastepna Ekipa 5 I jak podejrzewałem po kryzysie terrorystycznym z poprzedniego tygodnia wracamy do tego, co w tym serialu najlepiej wychodzi - do polityki. Tym razem mamy więc i lewą ustawę, i kłopoty z Chińczykami, i ropę, i wewnętrzne śledztwo w kancelarii. Duzo i dobrze. A do tego świetnie rzecz rozegrana aktorsko - zwłaszcza w tercecie: Herman, Stroiński, Maćkowiak.
Gotowe na wszystko 2/7-10 Dodatkowym atutem seriali w XXI wieku jest tempo. To, co jeszcze 10 lat temu wystarczyło by na kwartał, teraz musi się zmieścić w jednym odcinku. Bo inaczej widz przełączy na coś innego. Musi być dużo, zaskakująco i bardzo gęsto. W kinie zaczął to Spielberg w swoim otwarciu “Poszukiwaczy zaginionej Arki”. W serialach rzecz pojawiła sie trochę później, ale teraz króluje na całego. Ten serial to idealny dowód. Całkowite zaprzeczenie tej metody zaś to polskie soap opery, zwłaszcza te Łepkowskiej. Gdzieś dopiero co, czytałem z nią jakiś wywiad w którym wyśmiewa swoją polsatową konkurencję - mówiąc, że to południowoamerykańska licencja, więc żałość (mam wrażenie, że triumfująca obecnie w USA “Ugly Betty” też ma takie pochodzenie) i mówiąc, że ona nigdy by sobie nie pozwoliła, żeby już w pierwszym odcinku bohaterowie poszli do łóżka i by tam ich nakryła jego córeczka. Przecież (twierdzi Ł.) postacie muszą okrzepnąć, spodobać się, przyzwyczaić do siebie widzów. Jak rozumiem, do łóżka można iść koło odcinka nr 100, a córeczka może ich nagrać po 300 odcinkach i osiągnięciu pełnoletności. Mam nadzieję, że gwiazda pani Ł. powoli zacznie przygasać, bo jej pomysły już czuć naftaliną. Co prawda najpierw polscy telewidzowie muszą też wkroczyć w XXI wiek, ale może jak pooglądają sporo bieżących amerykańskich produkcji to zaczną też wymagać czegoś od polskich.
procesuje się
September 27th, 2007
W sensie, że niby wszystko się ociupinkę posuwa do przodu, ale nic na tyle, żeby było o czym opowiadać. Ot dopracowujemy szczegóły “Zapomnianej przyszłości”, ot, montujemy drugi “Pujszow”, ot, kończymy kolejny magazyn “Premiery” do telewizora, ot oddałem już scenariusz do koncertu “Zielone Duety”. A właśnie. Jakoś nie ma chetnych na zaproszenia (poza Leonidem, co ich nie dostanie).
Nie, to nie. Acz z drugiej strony zauważyłem, że wystarczy napisać “konkurs” w tytule postu i nagle wrócił mi spam. Jak od tygodni już nie miałem komentarzów tego typu (wcześniej zwykle jeden na dobę), to w ciągu ostatnich dwóch (za przeproszeniem) dób było siedem. I w każdym ktoś podaje mi super linki do stron z nagą Britney, z nagą Paris, z Pamelą pełną męża (tak, jakbym od dawna nie miał ich ustawionych w ulubionych). Oczywiście wszystkie spamy wywaliłem i poczekam jeszcze chwilę na ewentualne zgłoszenia konkursowe. A co? Taki będę. Jestem w dobrym humorze, bo widziałem świetny film:
Wpadka Nowa komedia pana od “Czterdziestoletniego prawiczka”. I jescze lepsza. Opowieść o tytułowej wpadce. Ona jest super, on jest klasycznym nerdem i przypadkowa noc zamienia się w pełnowymiarowy związek z wyrazistą perspektywą kontynuacji rasy ludzkiej. Świetne. Śmieszne, prawdziwe, boleśnie zabawne, ostre i nieomal bezkompromisowe. “Nieomal” bo nigdy nie zaakceptuje, że w hollywoodzkich filmach w których mówi się otwarcie o seksie, ba, uprawia się ten seks w sposób wyrazisty i w najróżniejszych pozycjach, równocześnie dba się, by przypadkiem nie pokazać sutka głównej bohaterki. Jakby w USA był zakaz zdejmowania staników w trakcie stosunków seksualnych. Oczywiście brak piersi Heigl skutkuje kilkoma innymi przypadkowymi piersiami migającymi w kadrze (również w sensie filmu w filmie, bo bohaterowie oglądają w TV “Wild Things” - Denise Richards rządzi i “Carrie” - golizna podczas napisów początkowych! Równać się z tym może tylko polski “Trzeci”), ale ja chcę Heigl! W sensie, żeby była goła na ekranie wtedy kiedy powinna. Już ciut tak było w “Prince Valiant” i “Bug Buster”, ale też nie do końca tak jak trzeba…
Komiks JLA - Trial by Fire TPB. Tom czternasty. Kończący run Joe Kelly’ego jako scenarzysty i ostatecznie potwierdzającego, że powracającym motywem tej serii są Marsjanie. Zaczął to juz Morrison w pierwszych zeszytach, potem kilkakrotnie wracali a tym razem Kelly zrobił z nimi kawał porządnej roboty. Wziął bowiem Martian Manhuntera i zrobił z nim DCowy odpowiednik marvelowskiego Onslaughta. Wyłazi z niego zła natura i dobrzy (o których przecież wie wszystko) mają przerąbane. Podobało mi się.
A na DVD obejrzałem z dziećmi pierwsze odcinki Witch A co? I trzeba przyznać, że to zupełnie sprawnie zrealizowany superbohaterski serial animowany dla dziewczynek. Takie czasy. Super moce, inne klasyczne motywy i jazdy obowiązkowe a przy tym 5 nastoletnich bohaterek. I miliony dziewczynek na całym świecie to kupiły. Najpierw jako komiks, a teraz jako animacje. I rozumiem dlaczego.
No i oczywiście postępujący maraton serialu Gotowe na wszystko 2/3-6 Rzecz rozkręca się zawodowo i co chwila mnie lekko chichocze, a raz na jakiś czas wzrusza. Dochodzę do wniosku, że to naprawdę taki żeński odpowiednik “Lost”. Te seriale to w zasadzie równolatki i stworzone zostały według tej samej zasady. Zasady drinka. Bierze się elementy różnych gatunków i umiejętnie łączy, żeby osiągnąć coś nowego. Niby żaden z elementów nie jest świeży, ale całość jest odświeżająca. Tu mamy i soap operę i komedię i trochę sensacji i romansu, a wszystko w idealnych proporcjach. Dotąd nikt tak odważnie nie mieszał i stąd wielki sukces serialu. Po prostu średnia statystyczna ludzkości (widzów) dogoniła nas (freaków) i dorosła do takich misz-maszów. I super.
Konkurs, Konkurs!
September 25th, 2007
Coś się zaczyna dziać (a przynajmniej tak mi się wydaje) - nasz projekt dokumentu “Zapomniana przyszłość” zainteresował producenta i to z wysokiej półki; koncert “Zielone duety” (inauguracja tegorocznego SFP w Krakowie) też zaczyna nabierać rumieńców. I powoli domykamy scenariusz. A w zasadzie to może z tej okazji zrobimy sobie konkurs. Poniżej lista wykonawców w kolejności alfabetycznej. Komu uda się połączyć ich w pary, jakie pojawią się na scenie, dostanie ode mnie w prezencie zaproszenie na koncert - rodzin wykonawców proszę o nieuczesniczenie. Są jacyś inni chętni? (przekonamy się poniżej w komentarzach) A oto wykonawcy:
Elżbieta Adamiak, Carantouhill, Mirosław Czyżykiewicz, Grzegorz Halama, Robert Kasprzycki, Dominika Kurdziel, Piasek, Andrzej Poniedzielski, Mateusz Pośpieszalski, Janusz Radek, Marek “Smok” Rajss, Aneta Ryncarz, Barbara Stępniak-Wilk, Adam Sztaba, Tymon Tymański, Szymon Zychowicz.
A i jeszcze pojawił się nowy dodatek do Heroclixa - Justice League. To pobrałem bricka. I mam już ponad połowę figurek. I będziemy grać.
A na razie zamiast grania czytanie, słuchanie i oglądanie:
Batman - Turning Points TPB. Ten tom to stosunkowo świeża sprawa, choć miniseria wyszła już 6 lat temu i była chyba trochę rozbiegówką przed “Gotham Central” (zaczęło się rok później). Wskazuje na to choćby team (Brubaker, Rucka, Lieber) i klimat serii, która skupia się na kluczowych momentach przyjaźni pomiędzy Batmanem i komisarzem Gordonem. Od odejścia żony Gordona (niedługo po “Roku pierwszym”) przez pojawienie się Robina, traumę po śmierci Jasona i po przestrzeleniu Barbary, zmianę Batmana na Azraela, po współczesną puentę. Dobry tom z bardzo dobrymi momentami.
Płyta - U Pana Boga w ogródku. Filmu wciąż jeszcze nie widziałem, ale zaliczyłem chociaż muzykę. Ot, takie sobie plumkanie pana Henri Seroki bez większego przekonania i wyrazistego sensu. W sam raz na polską prowincjonalną komedię i jednorazowe użycie.
No i DVD - wreszcie dokończyłem Ptaki. Absolutne mistrzostwo świata. Film, który wszystkie inne katastrofalne filmy ma pod sobą. Hitchcock nie dość, że nie zestarzał się fabularnie (może ciut obrazkowo) to stworzył konstrukcję, która działa idealnie dzięki zestawieniu drobnych detali. Potem wielu próbowało to powtórzyć, ale prawie wszystkim zabrakło konsekwencji. Tu coś odpuścili, tam podrasowali i całość się rozsypywała. Ot chociażby mało kto wytrzymał i przez cały film nie spróbował wytłumaczyć jakoś ataku sił natury. Żadnej magii, czy złego promieniowania z kosmosu - ot po prostu ptaki atakują ludzi. Bez powodu. Po prostu atakują. I jest strasznie, że aż strach.
Z archiwum X 1/11 Jeden z najlepszych odcinków sezonu “EVE” - opowieść o morderczych klonach-psychopatkach. Zarówno wersja dorosła klonów (Harriet Samson Harris) jak i para dziewięcioletnich dziewczynek-zabójczyń bardzo przekonujące. I świetnie poprowadzona fabuła. I oczywiście wszystkiemu winien jest rząd amerykański. To zupełnie jak u nas.
I pora na kolejny serial (tym razem oglądany - jak rzadko - wspólnie z żoną) Gotowe na wszystko 2/1-2. I od początku jest równie dobrze jak w pierwszym sezonie. Bardzo mnie to bawi, zwłaszcza rozpoznając w przerysowanych do bólu postaciach pojedyńczych zachowań wprost z naszego małżeństwa. Dziś w premierowym odcinku wymiękłem w scenie pogrzebu podczas którego wdowa zmienia zwłokom krawat, by pasował do garnituru, w drugim nic mnie nie urzekło specjalnie, ale jak zawsze wymiękłem za każdym razem gdy pojawiła się Teri Hatcher. Urzekła mnie jeszcze w serialu “Lois i Clark” i mimo upływających lat wciąż uwielbiam na nią patrzeć.
na H
September 24th, 2007
I znowu przy niedzieli o książkach. Dziubiąc sobie powolutku doszedłem już do liteki H w mojej opowieści o literackich preferencjach. Więc “H” - zadziwiająco obfita litera. Do tego stopnia, że choć niektórzy znaleźli się tuż poza listą (Hornby, Herbert (zgadnijcie który z trzech), Homer, Haggard) to i tak mam do wyliczenia aż 8 nazwisk:
Joe Haldeman Nie, żeby pisał jakoś nadzwyczaj dużo, ale za to smacznie. Oczywiście absolutnie kultowe są jego “Wieczne”, ale nie tylko one. Ostatnio ciut mnie rozczarował “Dallas Bar” - komiks z jego scenariuszem, ale to zbyt mało, by wypadł z ektraklasy. To jeden z wyróżniających się fantastów na świecie i z przyjemnością wciągam każdą następną jego pozycję. Do pierwszej ligi awansował tak naprawdę nie tak dawno - po “Wiecznej wolności” gdy udowodnił, że potrafi pięknie fabularnie skręcać w miejscu i to przy dużych prędkościach. Przejście z wzorcowej bitewnej space opery do fikcji teologicznej na równie wysokim poziomie to spory wyczyn.
Dashiell Hammett. Facet, który napisał “Sokoła Maltańskiego”. I jeszcze kilka niezłych czarnych kryminałów. Obok Chandlera drugi ojciec-założyciel gatunku. Wstyd nie znać. I nie wielbić.
Robert Harris Każda jego książka to rewelacyjna intryga włożona w realia, po których widać miesiące, a czasem i lata researchu. Zaczął od bardzo przekonującego “Vaterlandu” (jeśli ktoś widział tylko film nie doceni rozmachu i kompetencji tej fabuły). Harris był jednym z największych IIIRzeszologów zanim usiadł i napisał fabułę rozgrywającą się w świecie w którym Niemcy wygrali. I po kilku dekadach nawiązują ponownie kontakty dyplomatyczne z USA dyskretnie zacierając ostatnie ślady po Holocauście. Później była chociażby “Enigma” - rozgrywająca się już w naszym uniwersum opowieść o słynnej maszynie szyfrującej. Mnie najbardziej urzekły “Pompeje” - historia słynnego wybuchu Etny sprzed dwóch tysiącleci opowiedzianą tak, że wreszcie zacząłem rozumieć funkcjonowanie starożytnego Rzymu. To właśie z ekranizacji tej powieści kilka dni temu wycofał się Roman Polański.
Thomas Harris Mimo wszystko. Choć na 5 powieści pierwsza była niezła, a po dwóch genialnych od blisko dwóch dekad nie potrafi wrócić do formy. I męczy się z postacią Hannibala Lectera wydalając z siebie rzeczy coraz gorsze. Ale tamte dwie (”Czerwony smok” i “Milczenie owiec”) zapewniają mu miejsce w panteonie na zawsze.
Harry Harrison Fantastyczny rzemieślnik. Nierówny i wysysający do czysta każdy pomysł jaki wpadnie mu do głowy w kolejnych częściach i cyklach, ale jego książki wchodzą człowiekowi tak sympatycznie, że nie potrafię mu mieć tego za złe. A że moje literackie gusta ukształtowały się częściowo dzięki jego “Stalowym Szczurom”, “Planetom śmierci”, “Billom”, czy “Filmowemu Wehikułowi Czasu” to i ma zarezerwowany spory kawałek na moich półkach.
Robert Heinlein I właśnie. Jeśli Harrisona nazywam rzemieślnikiem, a do Haldemana momentami miałem wątpliwości to wszystko dlatego, że nad nimi świeci sobie niczym słoneczko taki Heinlein. Dla mnie to absolutny wzorzec popowego pisania fantastycznego. Każdą jego książkę uwielbiam i to na każdymi poziomie - od pomysłów fabularnych po rozgrywanie interakcji męsko-damskich. Cudo. I choć sam w sobie jest dla mnie literackim ideałem to jeszcze ma dodatkowe punkty - przecież gdyby nie jego literacki pierwowzór nigdy by nie powstał jeden z moich ukochanych filmów wszechczasów - “Żołnierze kosmosu”.
Joseph Heller A tu na chwilę zmiana klimatu. Autor “Paragrafu 22″. I nie tylko - bo “Coś się stało”, “Namaluj to” czy “Bóg wie” to równie dobre powieści. Czyli genialne. I równie cudnie inteligentne pod sympatyczną absurdalną, czy humorystyczną posypką.
Robert E. Howard I na koniec, dla pełnego obrazu literki, tatuś Conana. Naprawdę lubię te jego twardo ciosane opowiadanka, które na długo ustawiły reguły fabuł fantasy. Czy też może jeden z ich biegunów. Na drugim stał Tolkien i potem przez dekady kolejni autorzy ustawiali się gdzieś pomiędzy (zanim załapali, że przecież istnieje znacznie więcej punktów odniesienia niż ci dwaj mistrzowie). Howard napisał naprawdę sporo (zwłaszcza jeśli weźmie się poprawkę, że popełnił samobójstwo w wieku 30 lat, bo nie wyobrażał sobie życia bez zmarłej właśnie matki) a potem Conanem zajęły się dziesiątki innych autorów. Niektórzy nawet lepsi od niego. A ja od podstawówki mam słabość do oryginalnych opowiadanek Howarda i tak już pewnie zostanie.
A teraz do bieżączki:
Przeczytałem powieść: Brad Meltzer - Pod groźbą śmierci To druga powieść Meltzera jaką przeczytałem i zdecydowanie będę szukał pozostałych. Wyobraźcie sobie żonę i męża, którzy spotykają się w sądzie. Nie, nie, żaden rozwód, kochają się bardzo. Ale w pewnej sprawie ona jest prokuratorem a on obrońcą. I źli ludzie wykorzystują ich miłość by ich szantażować. Jego, że jeśli nie wygra, to ją zabiją i vice versa. Para więc coraz mocniej walczy ze sobą w sądzie i domu, bo boi się zwierzyć się sobie nawzajem. A gdy wreszcie to nastąpi to dopiero zaczyna się jazda bez trzymanki. Świetna książka.
Komiks - JLA - Rules of Engagement TPB Wciąż Joe Kelly jako scenarzysta. I to taki, który dobrze bawi się niedawno odświeżonym składem Ligi. W zasadzie dwie historie - w jednej liga zaprowadza w odległym kosmosie ziemską demokrację, w drugiej nie daje sobie w kasze dmuchać na Ziemi. W zasadzie nic naprawdę godnego uwagi, może poza delikatnie rozwijającym się wątkiem romansu Batmana i Wonder Woman…
No i oczywiście seriale. Na AXN zobaczyłem dziś ponad połowę tegorocznej ceremonii EMMY no i mogłem tylko liczyć ile nowych seriali godnych uwagi tam się wymienia. W sumie zupełnie nowych dla mnie tytułów było może 3 czy 4, ale takich, których chciałbym i powinienem pooglądać było kilka razy więcej. Najbardziej jestem ciekawy tego nowego “30 Rock” i amerykańskiej wersji “The Office”, ale wcześniej czy później przecież wpadnie to w moje ręce. A oto co wpadło ostatnio:
Bez śladu 2/19-20 Najpierw historia (jakże tu i teraz aktualna) o dwóch braciach bliźniakach, którzy kłamią, oszukują i kryją się wzajemnie, przez ci nie sposób dojść oficjalnie do tego kto zabił. A potem opowieść rozgrywająca się wśród umierających na raka, co jakoś mnie od równo dekady nie bawi. Nie, żeby było tu coś nie na miejscu, czy niezgodnego z rzeczywistością, ale jakoś nie potrafiłem się skupić, czy przejąć tą fikcyjną opowiastką.
Star Trek - Next Generation 5/18-20 A tu z kolei: petla czasowa, w której Enterprice uparcie wybucha i cofa się o dobę (choć zupełnie nie zrozumiałem jak może być w to zamieszany statek znajdujący się w tej pętli od wielu dekad - tak wielu, że dowodzi nim sam Fraser (Kelsey Grammer)); historia o odpowiedzialności za własne czyny (pierwszy występ w świecie ST Roberta Duncana McNeilla, który za 3 lata zaokrętuje się na Voyagera i spędzi tam 7 lat jako Tom Paris); kolejna wizyta matki Deanny, która jak zwykle namiesza, namiesza i wyprostuje niektórym spojrzenie na rzeczywistość. W sumie zupełnie zgrabna porcja.
Z archiwum X 1/9-10 Dwa odcinki UFOckie. W pierwszym serial próbował zmierzyć się z NASA i wyraźnie rozmach organizacyjny trochę przygniótł samą opowieść o ratowaniu promu kosmicznego przed dziwnymi duchowatymi obcymi; w drugim z kolei rozwijamy mitologię serii o błyskawicznym zacieraniu śladów lądowania obcych przez tajne rządowe organizacje. Powoli Carter i jego ekipa dochodzą już do optymalnego poziomu opowiadania, w którym niby coś opowiadają, a wszystko kończy się w zasadzie bez posunięcia głównej idei serialu nawet o krok. Chociaż wróć, może piszę tak z dzisiejszej perspektywy - wtedy zaledwie po kilku miesiącach trwanie “Archiwum X” sama informacja, że rząd ukrywa i zaciera mogła być czymś świeżym i wnoszącym do serialu nowy materiał.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)