Kamil M. Śmiałkowski

150

August 31st, 2007

no właśnie. Trochę się tego nazbierało. To już 150 wpis. Powinienem z tej okazji coś wygłosić, podsumować, albo się zobowiązać, ale mi się nie chce.
Może trochę i dlatego, że dziś - piątek był pod znakiem samochodu (dużo jeżdżenia razy Warszawa w korkach) ale nie zapakowałem żadnych nowych płyt więc słuchałem enty raz VooVoo i Seala.
Zajechałem m.in. znowu na Polcon - zawiozłem trochę komiksów do ew. opchnięcia a Robert Szulc usiłował mnie wkręcić (nie do końca nieskutecznie) w Heroclixy i Star Wars Pocketmodel. No i troszkę mam.
A od wczoraj wchłonąłem dwa filmy na DVD, które wcześniej przegapiłem:
Sztuka zrywania Pierwsza połowa - czysty Gogol (w sensie: “Z czego się śmiejecie”) Dalej, by jakoś rzecz dokończyć, fabuła niestety zwalnia i traci parę, ale dla tych przeszczerych i przezabawnych pierwszych trzech kwadransów absolutnie trzeba zobaczyć.
Moja super Ex-dziewczyna A to z kolei faktycznie porażka. Nic się w tym filmie nie broni (no może rekin). Uma bez sensu, Wilson nijaki taki, jeszcze Faris jako tako, ale co to za komplement. Fabuła nie tylko przewidywalna, ale drewniana, że zęby bolą i całość ni cholery nieśmieszna.
Jeszcze siłą rozpędu Sliders 2/5 - kolejny odcinek serialu, który coraz wyraźniej widać, że znacznie lepiej bawi się antyutopiami, niż innymi wersjami naszych światów. Tu kolejna - skrzyżowanie “Obroży” i “Ucieczki z Nowego Jorku”. Z większości odcinków “Slidersów” bije przekonanie, że może w naszym świecie nie jest najfajniej, ale każdy inny jest znacznie bardziej popieprzony. Who knows?
I jeszcze komiks. Świetny. Ultimate Fantastic Four vol 3 HC Ktoś kiedyś mi powiedział UFF to najsłabsza z serii świata Ultimate, więc się do niej nie śpieszyłem. I może jak to mówił (bo to już jakiś czas temu było) faktycznie była najsłabsza. Ale teraz jest super - Mark Millar i Greg Land odwalili kawałek porządnej roboty. A przede wszystkim wymyślili Marvel Zombies, kto wie, czy nie pomysł dekady! Inne ich pomysły Ultimate Namor, czy zabawa z Doomem i Lovecraftem też bardzo sympatyczna, ale zombiaki rządzą! A w tym tomie pokazują na co ich stać!

Ale ona wciąż nadchodzi!

August 30th, 2007

Dzisiejszy tytuł to dzisiejszy cytat. Z juniora. Kiedy podczas powrotu samochodem do domu prosiłem go, by wytrzymał jeszcze chwilę. Bo chciało mu się kupy…
A nie tylko ona dziś nadchodziła.
Bo oto jeszcze nadszedł dzień aresztowań. Na szczęście Sylwek Latkowski nigdy mnie do domu nie zaprosił. To może nie muszę nosić szczoteczki. Jeszcze. Ale poczekajmy na rozwój aresztowań (znaczy rozwój wydarzeń).
Bo oto nadszedł też dzień pierwszego zebrania organizacyjnego w szkole podstawowej. I w ten sposób dożyłem dnia, gdy zacząłem bywać w szkole jako rodzic. Łech…
I wreszcie nadszedł dziś pierwszy dzień warszawskiego Polconu. W zasadzie się nie wybierałem, ale wyszło, że musiałem. Bo trzeba było zrobić wywiad z Marvano do Onetu. Zrobiłem (usłyszałem m.in. jak to Marvano był, nie wiedzieć czemu, święcie przekonany, że Steven Spielberg zna język niemiecki). W weekend spiszę i będzie w sieci do wglądu. Rysownik okazał się nadzwyczaj sympatyczny i merytoryczny. Przegadaliśmy pół godzinki z przyjemnością i kolegą Drewnowskim, który na wszelki wypadek pomagał mi (poprosiłem by tłumaczył pytania, bo mój bierny angielski jest OK, ale czynnego nie zawsze jestem w pełni pewien). A potem już miałem wyjść, ale Tomek Kołodziejczak poprosił mnie o pomoc. Paulina Braiter (HA! Tym razem dobrze napisałem) nie dotarła i Tomek musi sam pojechać prelekcję “Świat Sandmana”. To może bym usiadł z nim i byśmy pojechali z palca na dwa baty. Why not (odpowiedziałem sobie po angielsku, bo przecież dopiero co skończyłem wywiad w tym języku)? To pojechaliśmy. Wyszło chyba sympatycznie. No to potem jeszcze zajrzałem na część targową (bardzo profesjonalna. W ogóle zresztą, - dygresja - cała impreza nad wyraz zachodnia. Pierwszy Polcon rozgrywający się nie na terenie okołouczelnianym, ale po zachodniemu w kompleksie hotelowym. Czysto, sympatycznie, jak trzeba. Jestem bardzo za). A na części targowej jeszcze nie wszystko wystawione, ale pogadałem po chwilce z upersonifikowanymi ISĄ, Taurusem, Atroposem i nie tylko. Wiem co planują, dlaczego, jak się opóźniają (i dlaczego), kto co knuje (i dlaczego) itd. Ot np. że ISA wznawiając Stephensona nie wyda “Zodiaku” (są granice, których…), że Taurus ma przetłumaczone 3 następne tomy “Żywych trupów” i wozi się od miesięcy z nową agentką Image’a we Francji, a Atropos głównie żyje z druku komiksów na zamówienie wydawców niemieckich i francuskich (świetne nazwiska, chociażby Sfar). Może jutro się jeszcze raz wybiorę. A może nie…
No i wchłanianie na dziś.
Najpierw książka:
Dokończyłem wreszcie to cudo. Wojciech Józef Burszta, Mariusz Czubaj - Krwawa setka Podtytuł buńczucznie brzmi “100 najważniejszych powieści kryminalnych”. I faktycznie jest ich 100. I tyle faktów. Bo z resztą jest już znacznie gorzej. Po pierwsze z ideą “najważniejszych” kłóci się już zasada: 1 powieść na pisarza. Że nie wspomnę o zasadzie opisywania tylko rzeczy wydanych po polsku. W efekcie dostajemy jedynie 100 książek, które (po uwzględnieniu tych założeń) kojarzą się autorom z kryminałem. I strasznie dużo im się kojarzy. Musi, żeby dobić do stu tytułów. Podpinają więc do kryminałów co się da: Kinga, Clancy’ego, Fuksa. Podpinają autorów drugo, trzecio-ligowych dopiero co wydanych w Polsce. Byle dobić do setki. Nie wstawiają przy tym rzeczy dla mnie oczywistych i głośnych (klasycznego McLeana, czy współczesnego Childa). Nie powiem - dowiedziałem się sporo z tej pozycji, przynajmniej kilkunastu autorów mnie zainteresowało i pewnie sięgnę po nich za czas jakiś. Oczywiście po przywyknięciu do dość męczącej frazy autorów, którzy za wszelką cenę usiłują przekonać czytelników (i chyba też siebie) o tym, że zabawa w czytanie kryminałów to nie tylko zabawa. Całość podzielona jest na kilka mniej lub bardziej sensownych części a każda kończy się wywiadem z jakimś zachodnim pisarzem. Wywiady te robił Czubaj do “Polityki”. Nawet tu pasują. Ale w jednym miejscu wymiękłem. Bo oto w książce podpisanej dwoma nazwiskami - Czubaja i prof. Burszty ukazuje się wywiad z Donną Leon, gdzie jedno z pytań zaczyna się od zdania “Znany polski antropolog, profesor Wojciech Burszta pisał, że pani książki…” Dla mnie rewelacyjna autopromocja, że o doskonałem samoocenie nie wspomnę…
A teraz obiecane korytko płyt z zaległego tygodnia:
Obciach Rewelacja. Antologia piosenek, którymi zachwycałem się w podstawówce. Totalny obciach. OMD, Duran Duran, Laura Branigan, Culture Club, Laid Back, Men at Work, Blondie, Kim Wilde - mogę tak długo. Gdyby nie niepotrzebnie dodane dwa współczesne kawałki byłoby idealnie. A tak jest jedynie rewelacyjnie.
Kraina łagodności Pierwsza wzorcowa składanka z piosenkami poetyckimi. I znowu świetnie. Od klasycznej do bólu Wolnej Grupy Bukowiny po finałowe Pod Budą. A po drodze mnóstwo zakumplowanych artystów: Kasprzycki, Wasik, Zychowicz; starsi znajomi przed którymi przy każdej okazji biję pokłony: Adamiak, Raz Dwa Trzy, Lubomski; i kilka poetyckich evergreenów w wykonaniu Tosi Krzysztoń, SDM, Naszej Basi Kochanej, czy Tadeusza Woźniaka. A jeszcze do tego Czerwony Tulipan, Umer i Turnau. Chyba z tego wszystkiego wymieniłem wszystkich… A nie, jeszcze Magda Turowska. Teraz byli wszyscy.
Piosenki Przeglądu Kabarerów PAKA Tu też pierwsza z całej serii płyt (jedna z nich będzie za chwilę) z piosenkowymi efektami PAKI. A te efekty, choć częściowo się zestarzały przez te 11 lat, to miejscami potrafią rozchichotać. 3 przykłady, obiecuję - tylko trzy. Fajf wciąż bawi świetną konstrukcją “Ducha porozumienia”, “Klub Akwarystów” Czystych jak Łza dziś kręci mnie znacznie bardziej niż kiedyś, no i Quasi Kabaret Rafała Kmity “Don Kichoci” - Rafał jak zwykle z perfekcyjną konstrukcją i realizacją. Na kolana.
Agnieszka Chrzanowska - Nie bój się nic nie robić. Pierwsza płyta krakowskiej śpiewaczki, która z całą moją personalną i zawodową (napisałem dla niej kilka tekstów, acz nie ma ich na tej płycie) sympatią jakoś nie może się przebić. Jej (auto)promocja jest powalająca, TV, radio, międzynarodowe płyty i pomoc mężczyzny (Michał Zabłocki, tekściarz Turnaua, który wyraźnie kilka razy wybrał uczucie nad profesjonalizm i oddał potencjalnie hiciorowe teksty Agnieszce zamiast Grzegorzowi) i na dłuższą metę nic. No bo czy kojarzycie Agnieszkę? A biorąc pod uwagę jej zupełnie niezłe piosenki, ilość zjawień się w telewizorze i newsów o niej zewsząd, powinniście. Jej głos i lekka maniera mogą na równi zachwycać i wkurzać i z tego wynika, że chyba jednak głównie wkurzają. Na płycie kilka naprawdę dobrych utworów - nie tylko z tekstami Zabłockiego. Jego “Kalendarz” czy “Umarli potrafią niewiele” są zupełnie niczego sobie, ale i tak najbardziej podoba mi sie “Zasłonka” z tekstem niejakiego Witolda Jędrzejczaka. No po prostu, można by powiedzieć poezja (że zacytuję moją młodszą koleżankę z czasów “Newsweeka”, która tak zwróciła się do przez telefon do Czesława Niemena mówiąc o jego tekstach na ostatniej płycie)
Teraz będzie po bandzie Isaac Stern - A Life in Music. Bach. Violin Concertos I na długiej trasie pomiędzy innym płytami to zupełnie dobrze mi weszło. Zwłaszcza Koncert na skrzypce i Orkiestrę E-Dur (cokolwiek to oznacza…)
Godzilla, King of the Monsters A to słuchowisko. Z amerykańskiego radia. Z lat siedemdziesiątych. Przywiózł mi to przed laty w prezencie ze swej amerykańskiej wizyty Piotrek Gociek (są ludzie, którzy wiedzą co znaczy dobry prezent). A na płycie dwie kilkunastominutowe fabuły w których słychać, że Godzilla rozprawia się z morskim potworem Amphibionem i z inwazją kosmitów (kosmici oczywiście też mówią po angielsku tylko z dziwacznym pogłosem i trochę szybciej). A do tego jeszcze “Godzilla vs. Gomi (Monster Music Mix)” - faktycznie “monster”, “music”, “mix”.
Star Trek VI - The Undiscovered Country OST i Star Trek - Insurrection OST 2 soundtracki z kinowych ST. Cliff Eidelman i Jerry Goldsmith. Goldsmith lepszy. Choć oczywiście najlepsze kawałki (i to na obu płytach) to te w których pojawiają się klasyczne i rozpoznawalne od pierwszych nut motywy muzyczne z TOSa (Alexander Courage) i pierwszej kinówki (też Jerry Goldsmith).
Best of En Vogue Te cztery (z czasem trzy) panie jakoś trafiły u mnie na idealny moment i pozostają do dziś moim ideałem girlsbandu. Od pierwszego hitu “My Lovin (You’re Never Gotta Get It)” przez brutalne “Free Your Mind” po duet “Whatta Man” (o ile duetem można nazwać piosenkę w której cztery wokalistki partnerują trzem wokalistkom - serio, w sumie 7 śpiewających bab). A i cała reszta wchodzi mi idealnie. Na lata przed Spice Girls, czy Destiny Child były sobie cztery panie - En Vogue. I bardzo szkoda, że ich już nie ma.
B.B. King - Kansas City, 1972 Czysty żywy blues. No comments.
Piosenki Przeglądów Kabaretów PaKA - Wiwat Satyryczny Stan No właśnie - śmieszne piosenki po raz drugi. A na niej kolejny majstersztyk Rafała Kmity - “Pieśń bezsenna”, przekomiczny “Banderas” Widelca z wkładem Artura Andrusa, dwa hymny polonistyczne Olka Grotowskiego i Małgorzaty Zwierzchowskiej i wreszcie dwa klasyczne Potemy świetna “Cygańska” i najlepsza kabaretowa piosenka wszechczasów - “Wiosna”.
Pearl Jam - Yield. Już nie tak bardzo jak wcześniejsze płyty, ale to i tak moja muzyczna ekstraklasa. Na zawsze.
Katarzyna Groniec - Mężczyźni Groniec pod auspicjami Ciechowskiego (jeszcze wtedy nadzwyczaj żywego). I w efekcie bardzo dobra płyta. Ze świetnymi coverami Ciechowskiego i Grechuty. Kompozycje Ciechowskiego pasują do chrypy Groniec jak rzadko co i bardzo ją rozwinęły (co słychać chociażby na tegorocznej bardziej samodzielnej płycie). Nie jest to płyta, którą będę woził w samochodzie i wracał do niej po wielokroć, ale słuchałem z przyjemnością i sympatią.
Alanis Morissette - Jagged Little Pill Jedna z moich 10 ulubionych płyt wszechczasów. A może nawet już tu kiedyś o niej pisałem. Znam na pamięć i uwielbiam. Każda kompozycja zwala z nóg skrzyżowaniem liryczności z buntem, teksty porażają szczerością i mimo odmiennej płci zakochuje się w nich przy każdym słuchaniu. Uwielbiam bezkrytycznie.
I zaraz po tym Alanis Morissette - So-Called Chaos I podobnie jak wyżej przy Pearl Jam. To wciąż ten sam głos, taka sama muzyka, ale już tak bardzo nie powala i nie rozkochuje. Ot, ta płyta nie wstrzeliła się już w swój moment mojej rzeczywistości. Ale to wciąż rewelacyjna i rozbujana muzycznie i tekstowo Alanis.
I jeszcze nie wiadomo po co i skąd Die schonsten Love Songs vol. 1 Zaplątała mi się jakaś niemiecka płyta z coverami. Co ciekawe co starsze kawałki “Feelings” czy “Alice” są śpiewane, a te świeższe (znaczy z lat 80) “Another Day in Paradise”, “Hello” potratowano czysto instrumentalnie. By nie rzec klezmersko. Ten krążek jakoś zaplątał mi się pomiędzy inne i wylądował w odtwarzaczu. Ledwo przeżyłem…

Uwielbiam ostatnio to sformułowanie. I myślę, że świetnie oddaje rzeczywistość naszego pięknego kraju. W jego najróżniejszych miejscach, przejawach i przebiegach.
Ot chociażby jadę sobie dziś rano i patrzę a tu na wojskowych budynkach wisi świeży billboard. Promujący Wojsko Polskie. I jest na nim hasło “Tradycja zobowiązuje”. Zadziwiającym zbiegiem okoliczności hasło podobnie brzmiące do widocznego dziś na każdym co wyżej położonym billboardzie (co by ludzie nie sięgli i nie dopisali sprawiedliwie czegoś nieprawomyślnego) hasła premiera K.
Inny przykład - mój ulubiony z ostatnich miesięcy. Doda zdała (powiedzmy) egzamin na prawo jazdy. Odebrała papierek. Wsiadła do samochodu, ruszyła i nie przejechała się zbyt daleko, bo jej inny samochód wjechał w dupsko. Pomijając już ogólne potrzeby społeczeństwa, które w dużej mierze ogniskują się na wjeżdzaniu w powyższe, to trzeba przyznać, że prawdopodobieństwo, że akurat od razu po odebraniu zaliczy stłuczkę nie jest duża. A tu jeszcze zadziwiającym zbiegiem okoliczności na siedzeniu pasażera wjeżdzającego samochodu był ponoć fotoreporter “Faktu”…
A śmy z kolei dziś zadziwiającym zbiegiem okoliczności dokończyli montaż pilotowego “Pujszowu” i muszę przyznać, że jak oglądam fragmenty tegoż po raz pietnasty, dwudziesty to to wciąż jest śmieszne. Albo jestem porypany, albo faktycznie wyszło.
A teraz pora powoli odgruzowywać się z zaległości:
Komiks:
Ultimate X-Men vol. 6 HC Jak uprzedzałem po lekturze 7 wziąłem się za poprzednie tomy. I szósty jest niezły - duża zasługa w tym Vaughana, który ostro miesza pomysłami na mutantów i robi to nadzwyczaj sprawnie. Również dobór rysowników do poszczególnych historii jest godny podziwu. Zupełnie inaczej tworzy klimat i prowadzi fabułę dla Stevena Dillona a inaczej dla Stuarta Immonena. W sumie bardzo przyzwoite rzemiosło, choć z drugiej strony bez olśnień, objawień i rzucania na kolana.
DVD:
Emanuelle - Magia Orientu A co? Wydają, to oglądam. Pierdoła straszna i całe szczęścię, że miałem co pisać, bo jakbym tylko oglądał, to wynudził bym się jak moks. Pierwsza, czy druga E. miała jeszcze w sobie cuś - dalej już tylko powielają standard, powielają słabiutko i bez odwagi czy polotu.
Za to z niewątpliwym polotem Zawrót głowy Pure Hitchcock. Podobnie jak poprzednimi razy najpierw ten film mnie lekko wnerwił, potem troszkę znudził a w końcu padłem na kolana przed jego absolutnym mistrzostwem. I pewnie tak już będzie za każdym razem.
Tylko mnie kochaj Zeszłoroczny Zatorski. I nie mam nic przeciwko. A nawet wręcz przeciwnie. Trochę inaczej niż w poprzednim “Nigdy w życiu”, ale też fajnie. Zabrakło tu dobrej podstawy fabularnej, więc Zatorski intuicyjnie poszedł w bardzo grubą kreskę. W fabule, rysunku postaci, dialogach. I jak dla mnie - rzecz się sprawdziła. Dobrze wypadli Zakościelny i Grochowska, świetnie Dygant i dziecko. Nie tak dobrze jak Stenka i towarzystwo, ale dobrze… Właśnie zdałem sobie sprawę, że z roku na rok filmy pana Z. podobają mi się coraz mniej. Może przełapię złą passę następnym razem. Albo przestanę go chwalić publicznie.
Sliders 1/4-10 i 2/1-4 Ano. 11 odcinków. No bo przez tydzień sporo da się obejrzeć - a to dopiero pierwszy serial. Slidersi rozkręcali się fajnie z odcinka do odcinek. Od świata w którym USA się nie upodległowaciło, przez hippisów, świat w którym geeki są megapopularni, zamianę ról płci, świat w którym jeden z nich jest niczym powracający zza grobu Elvis, czy wreszcie kończąca sezon zdecydowanie najlepsza i najbardziej serio opowieść o utopii okupionej przymusową euatnazją. Z każdym odcinkiem historia staje się mniej plastikowa, ew. plastik zostaje umiejętnie inkrustowany dodatkami. Jak chociażby w Elvisowym odcinku, gdzie zarówno blaski i cienie sławy, jak i ludzka zawiść, a nawet pogoń mediów za byle bzdurą ślicznie doprawiają cotygodniową naiwność i niewiarygodność sytuacji. No a początek drugiego sezonu jest jeszcze lepszy. Okultyzm, traktowanie sawców czysto rozpłodowo, ciało astralne i współczesny western w którym prawników zastępują rewolwerowcy. Już przypomniałem sobie dlaczego tak lubiłem ten serial i te coraz radośniejsze wersje Ameryki. Ubaw po pachy.
Star Trek: The Next Generation 5/5-12 No właśnie. I jeszcze 8 Star Treków. A co? I muszę przyznać, że choć jestem profesjonalnym fanem ST, to jakoś nic mnie tu nie powaliło. Prawie w każdym odcinku są oczywiście jakieś małe przyjemności. A to gościnny występ Spocka, a to Michelle Forbes, czy młodziutka Ashley Judd, ale fabularnie nie jest fajnie. Prawie wszystkie te historie oparte są na tym samym kluczu - nieoczekiwanym zagrożeniu dla statku i jego załogi, które w finale zostaje pokonane dzięki niestandardowym skillom jednej z postaci. I tak za każdym razem. Wyróżnia się zdecydowanie jedynie dwuczęściowe “Unification” w którym Picard i Data wybierają się na Romulus, by odszukać tam Spocka i dość zabawne “A Matter of Time” z rolą napisaną specjalnie dla Robina Williamsa. Gdyby faktycznie zagrał upierdliwego przybysza z (jak twierdzi) przyszłości, być może byłby to odcinek wszechczasów, a tak jest po prostu niezły.
I jeszcze Bez śladu 2/6-7 Jeszcze jeden serial. Dwie opowieści o nowojorskim oddziale FBI do spraw zaginięć. Świetny odcinek “Synowie i córki” o nastoletniej rozpuście na nowobogackich przedmieściach i w kontrze opowieść o porwaniu młodego nielegalnego imigranta. Zaangażowanie w jego odszukanie wydaje się nieco wyidealizowane, ale to już taki urok amerykańskich seriali policyjnych. W nich też dzieje się sporo zadziwiającym zbiegiem okoliczności.
Przez ten tydzień nazbierało się jeszcze kilka wiaderek płyt (sporo jeździłem), ale o nich może już jutro, bo późno a jeszcze muszę pogrzebać przy akwarium.

No i wróciłem

August 27th, 2007

Zamieszanie technologiczne trwało równo tydzień. I oczywiście skończyło się, gdy jestem równie padnięty co tydzień temu, bo dziś przyjechałem z Krakowa. Dużo się tam działo (pewnie poszerzymy współpracę z Onetem), ale o tym wszystkim - i o nawchłanianych przez ten tydzień filmach, serialach, płytach i komiksach już jutro. Choć nie wiem, czy dam radę wszystko za jednym zamachem, bo przecież nie próżnowałem.
Nie próżnowałem też zawodowo i o tym też jutro. Bo dziś już tylko zagonić potwory do łóżka i spać.
Chociaż w sumie same poszły oglądać jakąś bajkę to może cokolwiek przynajmniej uszczkę ze sterty:
Komiksy:
Marvel Romance Redux - Another Kind of Love TPB. Nabyłem to drogą kupna w ramach kolekcjonerskich zapędów (wśród scenarzystów był Peter David), ale zabierałem się do czytania jak pies do jeża. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na nowe wersje klasycznych marvelowskich komiksowych romansideł z czasów zanim wpadli na pomysł robienia komiksów o superbohaterach. I tak też jest - tyle, że cały dowcip polega na różnorodnym podejściu do hasła “nowe wersje”. Bo ten album stworzono z rewelacyjnym w swej prostocie pomysłem - wzięto komiksy sprzed lat (do których przecież Marvel ma prawa) i pozwolono współczesnym, wyluzowanym scenarzystom dopisać nowe dymki. W warstwie wizualnej nie zmieniono nawet kreseczki, ale to co porobiono z dialogami i monologami wewnętrzymi bohaterek skręca ze śmiechu. Obok Davida bawią się tu Keith Giffen, Kyle Baker, Joe Lansdale, Frank Tieri i wielu innych. A i rysunki to żywa klasyka - John Buscema, John Romita, Jack Kirby, Gene Colan - tak, tak to oni rysowali przed laty te prościutkie romansidełka. A dziś już nie są takie prościutkie. Niech wystrarczy kilka tytułów: “President Stripper”, “Hot Alien Love”, “Love Me! Love My Clones!”, “My Magical Centaur”, “Patsy Loves Satan” czy “The Girl With Bogart’s Brain”. Poza dłuższym, zrobionym przez Davida (w idealnej zgodzie z tytułem) “Patsy Loves Satan”, to zwykle zaledwie 5-7 plansz na opowieść, ale bardzo gęsto napisanych plansz z mnóstwem tekstów (2 razy więcej niż w późniejszych superbohaterskich komiksach) - było więc czym się bawić i panowie bawili się jak norki. I ja czytając też.
Hellboy - Wyspa i inne opowieści - najnowszy polski Hellboy oszałamia. Z jednej strony jest tu znowu dużo Hellboy’a, który niczym Hulk im bardziej się wnerwia tym większy sprawia łomot (zarówno w wersji Mignoli, jak i zupełnie dobrej Corbena), ale przy tym Mike wreszcie odkrywa więcej kart o tej postaci. Jak przyznaje we wstępie, skoro w filmie co nieco powiedziano dobrze by było, by w oryginalnym medium też coś więcej zdradzć. I zdradza. I trzeba przyznać, że nieźle ma to wszystko przekombinowane. Pogrzebał, poskładał i działa. Szacunek.
DVD
Mężczyzna, który patrzy Oczywiście, że tego Tinto Brassa widziałem już wcześniej. Nie raz. Ale wreszcie wyszły na DVD i mam. To znowu se obejrzałem. Z niewątpliwą przyjemnością. Z racji chociażby zawodowych też uważam się za mężczyznę, który patrzy. A jak Brass pokazuje, to patrzy się z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że pani Kozaczyk zdecydowanie ma co pokazać. Oczywiście przez te kilkanaście lat określenie “odważne sceny erotyczne” bardzo się w kinie przesunęło, ale nie sposób odmówić Brassowi umiejętności pokazywania nagich kobiet na ekranie. Kozaczyk (i nie tylko ona) jest w jego filmie równocześnie uosobieniem rozpasanego erotyzmu (ekshibicjonizmu też) i osobą, którą jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jako rezydentkę w naszym mieszkaniu. Wbrew pozorom to rzadka sztuka.
Szkoła uwodzenia 2 Uwielbiam część pierwszą. To, co Kumble zrobił z klasycznymi “Niebezpiecznymi związkami” powaliło mnie na kolana. Idea przeniesienia tej fabuły do współczesnej elitarnej nowojorskiej szkoły sprawdziła się rewelacyjnie. naspępny film Kumble’a, który zobaczyłem był jeszcze lepszy - uważam “Ostrożnie z dziewczynami” - wzorcową wulgarną komedię romantyczną za jeden z najlepszych filmów ostatniej dekady. Potem potknął się przy “Zostańmy przyjaciółmi” i wypadł z mojej ekstraklasy reżyserskiej. Ale pomiędzy “Szkołą uwodzenia” a “Ostrożnie z dziewczynami” było jeszcze to. Część druga, do której dopiero teraz dotarłem. Przyzwoita, sympatyczna, z kilkoma błyskotliwymi tekstami, acz bez rewelacji. Film doceniłem dopiero, gdy poszperałem i poczytałem o nim w sieci. Bo oto okazuje się, że to nie jest film. To próba uratowania materiału nakręconego na potrzeby skasowanego przed emisją serialu telewizyjnego. Kumble idąc za ciosem, miał zrobić serial i zanim na porządnie zaczął z serialu zrezygnowano. I wtedy on wymieszał pierwsze dwa odcinki, dokręcił kilka scen, w innych zmienił dialogi w postsynchronach i zmontował z tego prequel do pierwszego filmu. Znając te okoliczności - to jest to zupełnie sprawne i strawne filmidełko. I dodatkowy punkt za Sarah Thompson.
Catch & Release Reżyserski debiut scenarzystki “Erin Brockovich”. Niezły. Nie ma tego (jeszcze) w Polsce, ale nie mogłem się powstrzymać i ściągnąłem DVD w momencie premiery z Anglii. Powód był prosty- Kevin Smith. To pierwszy raz, gdy gra on sporą rolę w nie swoim filmie (rzecz starsza od “Die Hard 4″). Postać oczywiście maksymalnie sprofilowaną pod niego - wygadanego obżartuszka, przyjaciela głównej bohaterki, ale idzie mu naprawdę fajnie. Sama fabuła to opowieść o dziewczynie (Jennifer Garner) dochodzącej do siebie po tym jak jej narzeczony umiera tuż przed ślubem. Z jednej strony z upływem czasu na kryształowym obrazie ś.p. narzeczonego pojawiają się rysy, z drugiej powoli miesiące lecą i czas na nowy związek (Timothy Olyphant - tak, tak, pamiętam, że on też grał w “Die Hard 4; to się chyba nazywa zbieg okoliczności). W sumie film jakich sporo, ale ciepły, sympatyczny i z Kevinem Smithem. Mi wystarczy.
No właśnie - na dziś mi wystarczy. Dobranoc.

almost

August 25th, 2007

jeszcze tylko polskie znaczki i wracam. I promise.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl