Kamil M. Śmiałkowski

A

July 31st, 2007

Miało być o moich ulubionych pisarzach. No to może po literce. Dziś “A”:
Na “A” nie ma jakoś dużo pisarzy, więc nic dziwnego, że nie ma też dużo dobrych pisarzy na tą literę. Ja lubię trzech:
Woody Allen. Te kilka zbiorków, które wyszły po polsku są w pełni reprezentatywne. I śmieszne. Ot, takie humoreski, jakich pewnie wiele, ale skoro to Allen to wszystkich bawi. Mnie też. I jak kiedyś jeszcze coś wyjdzie spod jego piór(a) to też wrzucę na półkę. Po przeczytaniu.
Borys Akunin. Wiem, wiem, że to teraz modne. Ale co z tego, skoro też dobre. Więc czytam i nie wstydzę się, że lubię.
Isaak Asimov. O. I tu już mogę dłużej. Bo to tytan. Mistrz słowa i mistrz fantastycznej fabuły. No i autor trzech praw robotyki! Zbieram go w całości i uwielbiam. Kilka lat temu zacząłem czytać po kolei całą jego historię przyszłości, przeleciałem jak burza przez wszystkie rzeczy o robotach i utknąłem w połowie “Imperium” - mam tam lukę na jedną książkę w moich zbiorach. Jak kiedyś ją zapcham to polecę dalej do wszystkich “Fundacji” po kolei (wraz z pośmiertnymi kontynuacjami kolegów). A niezależnie od tego wielbię i przynajmniej raz w tygodni padam na kolana przechodząc koło półki z jego książkami (kabel tam leży od lampy i się potykam).
Z innych na “A”: po jednej książce i jednym opowiadaniu zerkam z uwagą na Jeffa Abbotta; gdzieś tam widuje, choć raczej w komiksach Dana Abnetta; nie można pominąć oczywiście Douglasa Adamsa, ale nigdy nie byłem fanatykiem jego humoru; ani klimatów Briana Aldissa; czy panów Amisów (choć oczywiście jego Bonda cenię, ale o tym przy Flemingu); Kevina J. Andersona czytuje, acz oczywiście nie w autorskich produkcjach tylko w “Gwiezdnych Wojnach”, czy “X-Files”; Paul Anderson miał swoje momenty, acz nie jest równy; Piers Anthony po polsku jest słabiutki, a w oryginale chyba nie podołam, nie wiem, nie próbowałem; za Jeffrey’a Archera jakoś się nigdy nie wziąłem; Jean Marie Auel - dobre, acz nie na przód półki, choć obiecuję sobie, że kiedyś przeczytam te cegłówki po kolei (ja w ogóle tak lubię - wszystkie po kolei); Austen i Auster - trochę nie moja bajka; Czytałem jeszcze i wciąż są na mojej półce: Joe Alex, Pedro Almodovar, Artur Andrus, Janusz Anderman, Jerry Ahern, Wasilij Aksionow, Margaret Atwood, Kathy Acker, Ted Allbeury, Lino Aldani, Colette Audry, Guillaume Apollinaire, czy kilkunastu innych pisarzy, ale miałem przecież pisać tylko o tych co wielbię. Na “A” jest tez Brian Azzarello, ale ten na razie nie wychodzi poza komiksy - jak wyjdzie, z pewnością nabędę i opisze. A przy “B” będzie tylko kilku najważniejszych. Obiecuję.
Widziałem w kinie na pokazie prasowym film Simpsonowie. Absolutna rewelacja. Tak śmieszne i tak gęste żartami, że nic dziwnego, że na liście scenarzystów wymienionych jest chyba kilkanaście nazwisk. Nie ma w zasadzie żadnych różnic pomiędzy tym filmem i serialem - postacie, humor, fabuła - wszystko się zgadza, różni się tylko czas projekcji. Nie wiem jak oni to zrobili, bo przecież serial był idealnie podprowadzony pod format półgodzinny. Wydawałoby się, że przy trzykrotnie dłuższej projekcji może to się przejeść, czy nużyć (oczywiście nie mnie, ale tzw. szerokiej publiczności). Jak okazało się zarówno w USA, jak i wszędzie gdzie film już wszedł na ekrany, wyniki kasowe są rewelacyjne. Mam nadzieję, że u nas też tak będzie, bo film jest przezabawny.
Na DVD obejrzałem zaś film, który jest powrotem do domu dwóch zadomowionych w Hollywood twórców z Dalekiego Wschodu. Nieustraszony - Jet Li w najnowszym filmie Ronny’ego Yu. Reżysera przede wszystkim uwielbiam za “Formułę”, Jet był dla mnie najlepszy w filmach Bartkowiaka. Ich duet zwłaszcza w scenerii Chin z początku XX wieku wydawał się pięknym powrotem obu do korzeni swego kina. Wszak Li zaczynał w jednym z najważniejszych filmów mego dzieciństwa - “Klasztorze Szaolin”, a Yu nakręcił w Hong Kongu piękną dylogię “Panna młoda o białych włosach”. Ale zeszłoroczny “Nieustraszony” ciut rozczarowuje - fabuła świetna, Li przekonujący i walczący jak tylko umie, sceny walki i zwroty akcji jak trzeba. Ale całość przesiąknięta jest tak mocno ideologią i chińską demagogią (choć pewnie niektórzy nazwali by to patriotyzmem), że jednak ciut odrzuca. Analogicznie do “Hero” czy “Cesarzowej”.
Również na DVD dokończyłem serial Oficerowie #9-14. Oj posypało się pod koniec. Podstawowym problemem tego serialu jest to, że scenarzysta w “Oficerze” prowadził równolegle dobrych i złych. Teraz prowadził tylko dobrych i tylko niektórych, z reszty i ze złych robiąc zagadkę, tajemnicę; ukrywał do ostatniej chwili kto jest kim i dlaczego. A to jednak trzeba umieć… Rzecz przestaje się kleić, z czasem okazuje się, że koligacje rodzinne pomiędzy postaciami są tak pojechane jak w jakiejś wenezuelskiej “Santa Barbarze”, w związku z tym motywacje postaci zaczynają się sypać jak domek z kart i to wszystkich. A ten dodatkowy 14 odcinek zrobiony pod internet (wielkie nowum w TVP) to już totalka kaszana, by nie powiedzieć kupa. Oj, szkoda, szkoda.
Muzyka. Dziwna. Motion Trio - Play-Station Trio akustycznych akordeonów. Świetne. Całe trio po Akademiach Muzycznych (jak sądze, a częściowo wiem). To co ci trzej koleżkowie wyprawiają z tymi kaloryferami jest rewelacyjne. Ja się tam nie znam, miejscami zahacza to o jakąś muzykę współczesną, ale w większości to świetne, rytmiczne i melodyjne kawałki. Absolutnie nie moja bajka, ale godne wysłuchania.
Zespół Reprezentacyjny - Sefarad. Nawet sympatyczna ramotka, ale nie żeby warto. Łobodziński, Gugała i koledzy we własnych wersjach pieśni sefaradyjskich. Strasznie się to przez te 15 lat zestarzało (a to tylko od wydania płyty, bo przecież grali to jeszcze znacznie dłużej). Trochę z tych tekstów można próbować zrozumieć estetykę, poczucie humoru i obyczajowość Żydów sprzed wieków, ale też bez przesady. W sumie podoba mi się jedynie “Urodziłem się na raz”, “Narodziny Abrahama” i kończące “Strofy na Paschę”. Jak na siedemnaście kawałków - niewiele.
Komiksy.
Dokończyłem wreszcie 52. Week #49-52 i uzupełniające to World War III #1-4. I muszę przyznać, że ta końcówka rzuca po ekstremach. Zaczyna się dość mdło, ale potem Black Adam robi III Wojnę Światową (a co jak co, ale Wojna Światowa jest w stanie rozruszać w zasadzie każde uniwersum). Sama miniseria zupełnie sprawna i wyprowadzająca wiele wątków z “52″, które nie byłoby czasu pociągnąć w normalnej, nawet cotygodniowej serii. A kończyć trzeba. A pod koniec świetny powrót Animal Mana i bardzo sprawny ostatni zeszyt, który ustanawia na nowo DC multiwersum. Podsumowując całą serię - tygodniki to świetna nowa moda w amerykańskim komiksie. Howgh!
I jeszcze Daredevil -Ninja TPB. Prościutka niezobowiązująca miniseria Bendisa i Haynesa. Bendis napisał to, by na nowo zdefiniować sytuację pomiędzy DD, Hand i Siódemką. Widać stwierdził, że tego jeszcze nie zmienił po swojemu. To zmienił. Nie, żeby bardzo przekonująco, ale zmienił. Rzecz nawet się nieźle rozkręcała, ale puenta bidniusieńka. Za to bardzo fajna i warta uwagi ostatnia strona TPB, bo na niej jest “Director’s commentary” autorstwa Haynesa, który bardzo ciekawie i przystępnie pisze o swojej robocie. Przyzwyczajony jestem do tekstów scenarzystów, ale żeby to rysownik serii się wywnętrzał i to z sensem? No brawo.

pora dojrzewać

July 29th, 2007

To o mnie. Serio. Bo oto ze zdziwieniem zauważyłem wczoraj, że oto złapało mnie wreszcie dojrzewanie. Wiem, że to co za chwilę napiszę może się wydać niektórym zbyt osobiste, czy nawet obrzydliwe, ale gdzie mam o tym pisać, jak nie na swoim blogu? No więc… Są różne definicje czy oznaki dojrzewania. I teraz nie myślę o różnych słynnych pierwszych doznaniach emocjonalnych, estetycznych czy fizjologicznych. Nie chodzi o pierwsze zarobione pieniądze, czy pierwsze dziecko. Oznaki wchodzenia w dorosłe życie mogą być najróżniejsze. Pamiętam jak kilkanaście lat temu w naszym ni-kabarecie “Zielone Szkiełko” zorganizowałem koncert “Koniec młodości Roberta Kasprzyckiego” dokładnie w jego 26 urodziny - z tym dniem, zgodnie z ówczesnym prawem stracił on w krakowskiej komunikacji miejscie uprawnienia do jakichkolwiek zniżek studenckich. Ale jak łatwo przeliczyć, tą datę też już mam za sobą. Tu chodzi o coś innego. Gdzieś czytałem, że w jakimś małym afrykańskim, czy południowoamerykańskim państwewku wprowadzano demokrację. I były wybory. Mobilne komisje wyborcze ruszyły w lokalne zarośla, acz trudno tam było stwierdzić którzy z tubylców są pełnoletni (jakoś ID w zaroślach się nie przyjęły) i uprawnieni do głosowania. Cóż więc czyniono? Zaglądano pod pachę. I tu dochodzimy właśnie do puenty. Bo oto nie wiedzieć czemu nagle dość wyraziście zarosłem tamże.
Nigdy nie byłem specjalnie do przodu w temacie zarastać włosami. Całe liceum pracowałem nad bakami, których zazdrościłem niektórym koleżkom. I nic. Broda, którą mam od ponad dekady, nie jest kwestią jakiejś przemyślanej decyzji, czy stylizacji, ale ja po prostu tak zarastam. Z przodu, a nie na policzkach. To znaczy tam też, acz rzadko, niechętnie i bez przekonania. Włosy na klacie mam tylko wtedy, jak golę sobie głowę i wcześniej zdjąłem koszulkę. No i pod pachami też było nieszczególnie. Aż tu nagle wczoraj wciąż zaspany, wylazłem z wanny i traktuję się jakimś antyperspirantem. Zwykle w tej sytuacji patrzę sobie z miłością głęboko w oczy, ale tym razem zerknąłem za ruchem. Nie chcę wierzyć, znowu zerkam. Bo lekko osłupiałem. Moje zasoby włosowe pod pachą wzrosły lekko licząc dwukrotnie. Nie mam pojęcia co to oznacza, ale musiałem się tym z kimś podzielić. A teraz już wracam do popkultury:
W kinie Słaby punkt . No właśnie. Dość słabo. Historia, jak zdawało się pewnie twórcom, pełna suspensu, zagadek i napięcia opowieść o pojedynku młodego prokuratora i starego geniusza zła. Wyszło tak sobie. Z dłużyznami, oczywistościami (przynajmniej dla Myka, dla mnie początkowo było to tak durne, że się z nim nie zgadzałem) i bocznymi wątkami, od których chciało się vomitować. Jedyne co trochę ten film ratuje to właśnie dwaj aktorzy - Ryan Gosling i Anthony Hopkins. Acz też bez przesady…
Na DVD kontynuuję polskie kryminały: Oficer #8-13 i Oficerowie #1-8. Jak widać prę jak burza. Druga połowa “Oficera” przyzwoita. Nie jest źle, choć oczywiście ta fabuła zawiera wszystkie oczywistości seriali kryminalnych - poszczególne postacie giną w miejscach do tego oczywistych, eskalacje i wybrzmienia są łatwe do przewidzenia. Całość jest nieźle pociągnięta aktorsko, acz mocno przegięta w dłużyznach - jak jest ślub to musi być pełny ceremoniał - czytanie z Ewangelii, pełna przysięga, pełne zakładanie obrączek - ot, żeby sporo minut serialu zeszło bez potrzeby dalszego fabularnego kombinowania. Ale w sumie nie żałuję. “Oficerowie” z kolei to początkowo zupełnie niezłe zawiązanie akcji (połączone ze sporą wymianą bohaterów i równocześnie kontynuacją wątków z poprzedniego serialu - brawo), a potem rzecz zaczyna się lekko międlić, buksować w miejscu i rozmywać. Przynajmniej tak jest na poziomie 8. odcinka. Coraz więcej rzeczy okazuje się powtórkami z pierwszego serialu w nowych permutacjach (na różnych poziomach, od głównych wątków do backgroundu postaci trzecioplanowych) i jak początkowo traktowałem to jako celowy zabieg fabularny, to teraz coraz bardziej sądzę, że scenarzyście po prostu nie starczyło pomysłów. Zobaczymy co będzie dalej.
Muzyka. I tym razem też eklektycznie. Najpierw System of a Down - Toxicity. “Łomot, łomot, łomot tępy”, że zacytuję ś.p. Jacka Skubikowskiego z tytułowej piosenki pierwszej płyty Lombardu. Tam chodziło o coś innego, ale słowa pasują idealnie. W rzadkich miejscach, w których występuje śpiewanie i szeroko pojęta linia melodyjna jest naprawdę fajnie - ot chociażby w ostatnim “Aerials”, czy momentami w “Bounce”, czy Psycho”, ale całość jak dla mnie zbyt łomotliwa. Starzeję się, czy może raczej zgodnie z początkiem wpisu - dojrzewam. Druga płyta: Tom Jones - Kiss. Pojechałem po bandzie, co? No właśnie. Klezmer wszechczasów w akcji. No, lubię go, mimo wszystko. Usosobienie estrady w Las Vegas w krystalicznie czystej postaci. Od tytułowego coveru Prince’a po takie kawałki, że aż zęby bolą (łącznie z “Satisfaction”).
Komiksy:
Fallen Angel - To Rule in Hell TPB. Drugi zbiór serii Davida z runu IDW. I dalej jest świetnie. Dwa zeszyty na Bliskim Wschodzie, dwa z gościnnym występem Sachs and Violens i ostatni, rewelacyjny o niewidowym muzyku. Dobre mieszanie patosu i humoru - jak u Whedona. A to u mnie duży komplement.
Green Arrow - The Archer’s Quest. Brad Meltzer. Polecam. Najpierw urzekł mnie swoim “Identity Crisis”. Potem tym co mieszał w najnowszej wersji Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości. Gość cudnie splata nowe idee i poteżne czerpie z dorobku uniwersum DC. Zupełnie jak Kevin Smith w “Green Arrow”. Aż sięgnąłem po jego książki - właśnie siedzę w pierwszej z nich i jest bardzo dobrze. No i doczytałem, że jego pierwsza komiksowa robota to był właśnie “Green Arrow”, to on przejął serię po Kevinie. Serio. No więc ściągnąłem sobie ten album. Przeczytałem. I mam dwa wnioski. Że Meltzer od początku wiedział o co chodzi w robieniu dobrych komiksów - Arrow, który po powrocie za grobu próbuje uporządkować swoje dawne sprawy i orientuje się, że wbrew pozorom wcale nie jest taki samotny. Dobre, proste i mocne zarazem. I jeszcze wniosek drugi. Meltzer wszedł do serii na sześć zeszytów - #16-21. A to znaczy, że mając Smithowski “Kołczan” po polsku brakuje mi jeszcze 5 zeszytów w wykonaniu Silent Boba. To osobny TPB. Nazywa się “Sounds of Violence” i już sobie zapisałem, żeby go ściągnąć.
Miałem dziś zacząć pisać o moich ulubionych autorach książęk, ale może jednak jutro. Na dziś wystarczy i jeszcze “Oficerowie” czekają.

No właśnie. A miało być tak pięknie. Miałem obejrzeł z 8-10 filmów (trudnych i skomplikowanych), święto kina, te rzeczy. A tymczasem… obejrzałem trzy. Wszystkie zacne i absolutne godne uwagi, ale tylko trzy. Dlaczego? Ot, po prostu nie sposób było dostać się do kina. To, co możecie przeczytać w relacjach jako wielki sukces festiwalu “Era Nowe Horyzonty” ja odbieram dokładnie odwrotnie. Te setki ludzi w kolejkach przed salami ustawiający się godzinę, dwie przed seansem dla mnie to żaden triumf kina. Dla mnie to po prostu żenada organizacyjna. Ten festiwal rosnący z roku na rok przerasta już swoich organizatorów, może nawet to miasto… Jeśli przychodzę pół godziny przed seansem ustawiam się w czterdziestoosobowej kolejce i po kwadransie dowiaduje, że to jest kolejka, która stoi sobie przed salą czysto hobbystycznie, bo kogo mieli wpuścić wpuślili już wcześniej, a ci stoją, bo może przed samym seansem ktoś przeliczy wolne miejsca i wpuści jeszcze ze cztery pierwsze osoby z kolejki - to coś jest nie tak. A przedstawiciel organizatorów zachowuje się jak moja babcia u której mieszkałem na pierwszym roku studiów. Telewizor był w jej pokoju i kiedy ja coś oglądałem a ona już chciała spać, bo minęła 21.00 to babcia mówiła: Wyłącz już ten telewizor. Jutro sobie pooglądasz!” Tu tak samo. Facet mówi: “Nie ma miejsc. Zapraszam do innych sal.” To, że tam lecą inne filmy, które mnie w ogóle nie interesują nie jest dla niego żadnym problemem. Dwie godziny później przyszedłem na następny seans z lekko ponad godzinnym wyprzedzeniem. Spojrzałem na kolejkę, przeliczyłem ile jest miejsc w tej sali i poszedłem z Mykiem na piwo.
I w sumie jedynie wieczorne piwa z Chaciną, Mykiem, ekipą TVPKultura, czy młodymi lauratami nagrody Mętraka były jedną z niewielu atrakcji imprezy. No i te trzy filmy na które się wcisnąłem. Kolejno:
The Host: Potwór - rewelecyjny koreański horror familijny. W rzece Han wyrasta zmutowana bestia, kilkumetrowy potwór, który zaczyna atakować, porywać i zjadać ludzi. No i natrafia na biedną rodzinę prowadząca budkę na nabrzeżu. A dalej jest genialnie - śmiesznie i strasznie, wzruszająco i groteskowo, płynnie przecodząco pomiędzy patosem i parodią. Rewelacyjne kino.
Wygnani Na ten film wybrałem się bo Chacina wieczór wcześniej z takim entuzjazmem opowiadał o jego reżyserze Johnnym To, że mu zaufałem. Uf. Uf. I warto było. Wyobraźcie sobie gościa, który robi umiejętnie, to czego nie potrafi (a próbuje od lat) Pasikowski - mistrzowsko i z wyraźną sympatią pastiszuje i lekko przerysowuje klasykę Johnny’ego Woo. A nie pogardzi też klasyczną “Dziką Bandą”. Świetna opowieść o piątce gangsterów, dla których przyjaźń jest warta więcej niż złoto, czy życie. A każdy strzela celniej celniej niż Robin Hood w najlepszych latach. Zachwyciłem się i już szukam w sklepach po świecie DVD z innymi filmami To.
No i wreszcie Persepolis. No, musiałem to zobaczyć (skoro w Cannes mi uciekło). I było cudnie. To idealny przykład jak w animacji wiernie, acz nie na kolanach adaptować komiks. Świetne, prościutkie rysunki, mistrzowska fabuła (wreszcie poznałem część 2, którą POST uparcie od roku drukuje i drukuje) i narastająca świadomość, że my to mamy stosunkowo nieskomplikowane życie (my - czytaj Polacy z tego pokolenia, wszak dzieli mnie od Satrapi raptem 2 lata). A poza tym czyż może być zły film w którym pojawia się Godzilla i Arnold Schwarzeneger? Serio, serio!
A poza tym przez te dni wchłonąłem jeszcze kilka tytułów:
Płyta: Anti-Idol Składanka sprzed kilku lat, którą dopiero teraz odpakowałem z folijki. Uniwersal chciał w ten sposób odreagować szał wokół “Idola” - pokazać, że jest mnóstwo dobrych wykonawców na rynku i bez takich programów. Efekt - dwuznaczny. Niby dwie płyty - zagraniczna i polska, niby mnóstwo znanych nazwisk, ale wcale nie tak wiele naprawdę dobrych piosenek, które zniosły próbę czasu. Niektórzy oczywiście wypadli przyzwoicie - U2, Scissor Sisters, Rammstein, ale naprawdę mnie wciągnęły jedynie Maroon 5 z landrynkowym “This Love”, Limp Bizkit z cudną “Behind Blue Eyse” (uwielbiam) i 3 Doors Down z “Here Without You”. I analogicznie z polską płytą, choć tu w zasadzie bez żadnych zachwytów - dobra Lipnicka & Porter, Chylińska, Ptaky, Coma, czy Pudelski a za to mdli do bólu zwieracza Rozynek, Negatyw, czy Myslovitz.
DVD - dokończyłem w podróży siedzący w laptopie od tygodni film Planeta małp Tima Burtona. Kilka lat temu jakoś mi nie wszedł tak dobrze, a teraz było naprawdę świetnie. Rewelacyjna gra aktorów-małp, rozsądna fabuła, niezłe dodatki. Burton zrobił z tą klasyczną, by nie powiedzieć wręcz infantylną fabułą, kawał dobrej roboty. Już jakiś czas temu bardzo tu chwaliłem soundtrack, teraz z przekonaniem twierdzę, że film jest w pełni godny tej muzyki.
Książka - Richard Morgan - Zbudzone furie. I to jest sf z prawdziwego zdarzenia. Trzecia już powieść Morgana o Takeshim Kovacsu, jednoosobowej armii, który w przyszłości naszego wszechświata radzi sobie z naprawdę trudnymi wyzwaniami. Każda z powieści Morgana innemu starczyłaby na dziesieć tomów cyklu - tu opakowane tak gęsto, że momentami na granicy percepcji, ale nigdy jej nie przekracza. Morgan zdecydowanie przeskoczył zarówno Baxtera, jak i Stephensona (ten zresztą odszedł od sf) jako mój ulubiony autor fantastyki. A właśnie. Może już czas, żebym opisał tu trochę moich ulubionych pisarzy z różnych bajek. Jest ich sporo, wiec partiami, po kolei i alfabetycznie zacznę ich tu przedstawiać. Ale to już następnym razem.
Teraz jeszcze komiks: Sachs & Violens Klasyczna miniseria Petera Davida i George Pereza. Oczywiście o parze, która stosuje w swoim życiu głównie zasadę seksu i przemocy. Właśnie rzecz wyszła w TPB w DC, mimo, że zeszyty ukazały się w pierwszej połowie lat 90. w Marvel/Epic. David bawi się dużą ilością seksu i przemocy, Perez jak rzadko ma okazję porysować trochę seksu (bo z przemocą w komiksie nie ma takich problemów). Dobre. Zwłaszcza urzekła mnie scena w której Violens - exfotograf wojenny Ernie Schultz zaczyna wypytywać w sex-shopie dla ryrafinowanych klientów o jedną z klientek, czy o snuff movie, a staruszeczka zza lady odpowiada mu ze szczegółami. Zaczynasz się zastanawiać, coś jest nie tak, czemu mu wszystko mówi, przecież ani to glina, ani ją zastrasza, czemu jest taka szczera? I kilka stron później gdy Ernie wychodzi babcia mówi do niego :Zadzwoń czasem Ernie! Twój tata i ja martwimy się o Ciebie!” Śliczne.

1) Mimo żałoby narodowej nie odwołali koncertu Rolling Stones w środę - straszna wiocha
2) Na blogu pojawił się cudny ( i podwójny) komentarz obrońcy schlastanej przeze mnie płyty - patrz wpis się porobiło.
3) Z kolei na blogu Esensji Konrad za mnie harcuje z Żurawieckim. Sam też odpiszę Bartoszowi, skoro poświęcił mi cały felieton na Onecie, ale to już po wizycie na wrocławskim festiwalu. Na razie wymyśliłem tytuł: “Poszerzając horyzonty”.
4) Wczoraj wieczorem w trakcie wielogodzinnego powrotu samochodem do domu zatrzymaliśmy się w Radomiu przy McDonaldzie. Siedmioletnia rozespana Majka na pytanie czy ma na coś ochotę odpowiedziała: “Bukiecik kwiatków”. Nie mieli w menu…
Coś tam obejrzałem i posłuchałem, ale o tym jutro bo teraz pora na Wrocław.
PS. I żeby nie było wątpliwości - błąd w tytule umyślnym efektem.

Ostra jazda z trzymanką

July 21st, 2007

Dziś nie tyle o popkulturze co o życiu. Bo czasem ono też pisze scenariusze zgodne z filmowym trójpodziałem i fajnymi punktami zwrotnymi. Miałem tak wczoraj. Po południu wybrałem się z rodziną i na rodzinną imprezę. Trasa z Warszawy do Proszowic pod Krakowem. Zwykle koło czterech godzin (+/-). No to jedziemy. Trochę zmarudziliśmy jeszcze w Galerii Mokotów, bo Dagmara uparła się, że powinienem mieć na tą okazję nową letnią marynarkę. No to mam. Niech żyją letnie przeceny. No i koło 18 w drogę.
Już po pierwszym odcinku do Radomia wiemy, że 22 to były czcze życzenia. Korki, zatory, żółwia prędkość, nuda, nuda, nuda. Zupełnie jak w bieżącym Tarantino. Introdukcja jest ciszą przed burzą. Tym razem autentyczną. Bo to co zdarzyło się koło Szydłowca była największą burzą jaką przeżyłem w mej samochodowej karierze. Woda chlusta, wiatr smaga, jedziemy 10-20 na godzinę i bawimy się w slalom pomiędzy co większymi gałęziami. Każdą gałązkę samochód przed nami sygnalizuje kierunkowskazami i powtarzam ten gest dla następnego samochodu. Widzę na poboczach, stacjach benzynowych, zajazdach i przystankach autobusowych coraz więcej samochodów, które wymiękły i stoją. I w końcu zatrzymujemy się wszyscy. Absolutnie wszyscy. Stoimy sobie i migamy dla animuszu awaryjnymi. A tu zaczyna się jeszcze ostrzej. Grad. Zajebisty. Mam ślady na karoserii - potem sprawdziłem. Stoimy, grad wali, wicher wyje. Widzimy jak dookoła walą pioruny, a w kolejnych wsiach dookoła nas wysiada prąd. Wreszcie zelżało. Powoli ruszamy, acz niedaleko. Niecały kilometr dalej zator. Drzewo pierdulnęło przez całą jezdnię. Stoimy. Stoimy. Stoimy. W końcu ktoś lokalny idzie od wozu do wozu i mówi, żeby zawrócić, za dwa kilometry w lewo i potem dwa razy w lewo i ominiemy. Jedziemy. Mam w komórce GPS i Automapę, którą po raz pierwszy włączyłem na dłuższej trasie i nawet nieźle sobie radzi. Kiedy już wjechałem w ten objazd pani lektorka dość uczciwie mnie wyprowadza. Ale przy jednym ze skrętów orientuję się w ostatniej chwili, że zwisa wielki gruby kabel. Ominąłem go ledwo, ledwo. Mam wręcz wrażenie, że mogłem ociupinkę zahaczyć końcówką dachu. Pewnie jakby był w nim prąd, to bym szybko zauważył, że zahaczyłem. Więc pewnie nie było.
Jedziemy dalej. Przed Kielcami Automapa pokazuje, że jadac przez Kielce i dalej wprost w dół, zaoszczędzę jakieś 30 kilometrów. A co tam, co złe to za nami - jedziemy. Więc jedziemy. Dojeżdzając do Kielc widzę, że ta burza wciąż krąży dookoła. Piorun strzela z boku, z tyłu z przodu. W końcu skoncentrował się na przedniej prawej ćwiartce. I widzę nie dość, że wali tam raz za razem (po 5, 7 uderzeń na minutę) to jeszcze raz na kilka minut oglądam (chyba pierwszy raz w życiu) wielkie pioruny przełamujące niebo w poziomie. Czyli 10, 15 uderzeń pioruna na przestrzeni (z mojej perspektywy) jakichś 20 30 stopni, potem piorun w poziomie (jakby przeładowywało) i znowu kolejna seria w to samo miejsce. Jakby Bóg nie mógł w kogoś trafić, ale nie miał zamiaru zrezygnować.
W końcu Kielce. Jedziemy główną ulicą. I nie rozumiem dlaczego, po obu stronach czteropasmowej jezdni samochody stojące na awaryjnych. Tu dwa, tam jeden, tam dwa. Na przestrzeni kilometra z osiem samochodów. Co się dzieje? - myślę i nagle widzę, że kilkanaście metrów przede mną klapa od studzienki ściekowej leży obok. Wybiło ją od środka i leży sobie. Widocznie tu też była ta burza i było tyle wody, że wyjebało (tak to sobie wyobrażam) od spodu klapy od studzienek. A mam pół sekundy na decyzję - czy wolę przejechać przez dziurę czy po grubaśnej klapie. Wybrałem klapę. Szarpnęło. Powoli zjeżdzam na bok, włączam awaryjne i wychodzę. Na szczęście nic. Koła całe. Parę metrów za mną ktoś też stoi na awaryjnych. Podchodzę pogadać. On wybrał opcję dziura i ma koło do wymiany.
Powoli ruszam dalej. I kolejne dwie godziny spędzam na jeździe małymi bocznymi dróżkami, które moja Automapa oznaczyła jako najkrótszą drogę do Proszowic. Parę razy nie zrozumieliśmy się z maszyną i wjechałem w pole. Pod koniec zatrzymał nas nocny nudzący się patrol policji i okazało się (na finał), że mam nieaktualne badania techniczne. Sądziłem, że jak kupiłem samochód zimą to mam na rok z głowy. Zdawało mi się.
Dojechaliśmy na północ. Wyspane dzieciaki obudziły się i zaczeły imprezować. Kolejne kilka godzin zajęło nam uspokojenie ich i skłonienie do zlegnięcia w łóżku. Ale to już zupełnie inna opowieść.
By zupełnie nie wypaść z rytmu bloga - dwa drobne i jedno grubsze popkulturowe wchłanianie:
Płyta Armia - Legenda. No z tego to ja już zdecydowanie wyrosłem. Zwłaszcza z wartwy śpiewano-tekstowej. Ten pan ani śpiewa, ani ma coś ciekawego do powiedzenia, ani potrafi to podać w jakiejś przyswajalnej formie. Paradoksalnie najciekawsze są kawałki instrumentalne. Chociaż pamiętam, że gdy jakieś dwie dekady temu “Armia” mnie naprawdę kręciła, to też najbardziej lubiłem instrumentalne “Wiatr wieje tam, gdzie chce”.
Komiks Friday The 13th #5. Świetne, znacznie odważniejsze od oryginału, a równocześnie dokładnie w rytmie i klimacie filmowych perypetii Jasona wśród nastolatków. Tu można pojechać i krwawiej i seksualniej niż w filmie. No to jadą.
No i serial Obiecany Oficer #1-7. No właśnie. Obejrzałem pierwszy odcinek, potem drugi i się wciągnąłem. Strzeliłem w sumie w dwa dni siedem, czyli dwie pierwsze płyty. I jest naprawdę dobrze. A jeszcze lepiej na tle niedawno widzianych “Kryminalnych”. Tu postacie rozmawiają, przeżywają, czynią coś, a nie tylko grają że to robią. Dobra fabuła, bardzo dobry drugi i trzeci plan historii - zwłaszcza taka policyjna trzecioplanowość - patrol, który po skoku na jubilera zgarnia co zostało zanim wezwie wsparcie, inny patrol, który na krzyk odwraca się i odchodzi - jakoś jestem w stanie w to uwierzyć. Trio Szyc, Chyra i Różdzka - bardzo dobre. Druga linia - równie wiarygodna. Wtedy przed laty załapałem się tylko na jeden (drugi) odcinek w telewizorze i nie miałem czasu, ani jakoś sił na więcej. DVD leżało i czekało. Teraz przeskoczyło kolejkę bo może będę przy czym związanym z tym pracował i z każdym odcinkiem bardziej się na tą pracę cieszę.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl