Kamil M. Śmiałkowski

się może poprzewracać

June 29th, 2007

Oczywiście chodzi mi o dupę. W dupie się może bowiem poprzewracać, jak się tak jeździ z telewizora po świecie. Takie pressjunkety na przykład. 3 noce w Paryżu, a tak naprawdę niecałe pół godziny efektywnej roboty (słownie 4 wywiady po 6 minut). Poza tym czas wolny, świetny hotel, balanga po premierze filmu w programie itp. No może się poprzewracać. Nie mi oczywiście - mam za ciężką dupę i raz na jakiś czas mogę się wybrać, ale w ogóle to wolę siedzieć u siebie w domu i oglądać DVD, ale znam takich co to uwielbiają. I jak raz zaczęli to już im się należy, bukują sobie na 3 lata do przodu i jeżdzą z jednej imprezy na drugą (tylko potem nie do końca wiedzą co zrobić nawet z tymi kilkunastoma minutami materiałów). Mniejsza z tym.
Teraz akurat tak się złożyło, że ja jestem w Paryżu na “Ratatuju” więc ja wywiadowałem. I była nadzwyczaj sympatycznie. Przede wszystkim świetnie się złożyło, że miałem twórców filmu w kolejności rosnącej (mówię i o ważności i o wymaganiach konwersacji). Najpierw para animatorów, która z radością i pasją opowiadała o swojej pracy, a ja im tylko podrzucałem kolejne wątki. Potem reżyser Brad Bird. Konkretny, rzeczowy, odpowiadający merytorycznie i zwięźle na każde pytanie. Zero ściemy i uciekania na boku - ot, reżyser. Potem producent Brad Lewis - wyluzowany, lekko jowialny gościu, który z humorem ciągnął odpowiedzi w różne strony, by zawsze z kliniczną precyzją w finale wypowiedzi wrócić do swojego filmu. I wreszcie Big Boss - szef Pixara John Lasseter, nadzwyczaj sympatyczny miś, przy którym nawet ja wyglądam na lekko zagłodzonego. Mistrz animacji i mistrz słowa, rozmowa z nim to retoryczna uczta pełna pięknych szybkich ripost, anegdotek i równocześnie konkretów. Widać, że facet od lat umiejętnie rządzi bandą indywidualistów. A równocześnie potrafi konwersować na mnóstwie poziomów. Prosty przykład: na moje stwierdzenie, że czytając materiały prasowe i oglądając filmiki z planu odniosłem wrażenie, że cały ten film (jeśli ktoś nie wie - “Ratatuj” jest opowieścią o szczurze, który zostaje szefem kuchni w wykwintnej restauracji w Paryżu) robili po to, by mieć okazję, do kilku dobrych posiłków, Lasseter spojrzał mi z powagą w oczy i zaczął odpowiedź od stwierdzenia: “Wierzę w research” Tu przerwał i zerknął mimochodem na swój i mój brzuch…
No więc koło pierwszej skończyłem pracę i do jutrzejszego wieczora mam wolne (a wtedy muszę w ramach obowiązków służbowych iść na party z okazji europejskiej premiery filmu). Więc poszedłem w miasto. Dosłownie. Bo wbrew mojej fizyczności naprawdę lubię chodzić. Zrobiłem dziś z jakieś 20-25 kilometrów, bo najbardziej lubię chodzić po dużych miastach. Każde jest inne, ma odmienną strukturę ulic, budynki, ludzi, obyczaje. Tego nie zobaczycz z taksówki czy autobusu - musisz to wychodzić. W Paryżu np. nie lubię tej ich francuskiej manii do wychodzenia knajpkami na chodnik. Przejść się nie da, bo każde wolne centymetry zajmują malusieńkie stoliczki i jeszcze mniejsze krzesełka. A ci tam siedzą jedną ręką trzymają napój na rozchybotanym stoliczku, drugą obejmują partnerkę/partnera, nie do końca wiedzą co zrobić z tym pośladkiem, który wisi w powietrzu, bo nie zmieścił się na krzesełku, że o znalezieniu miejsca na nogi litościwie nie wspomnę.
A poza tym była mżawka. Znowu. Gdy 9 lat temu byłem w Paryżu też padało. Tak, że albo to polityczna prowokacja, albo zasada. Dwukrotne potwierdzenie empiryczne może już wywoływać wniosek, że najwidoczniej tu po prostu zawsze siąpi.
Zauważyłem też, że Paryż obudowuje kościoły. Serio. W kilku miejscach wyraźnie widać, że tam, gdzie gmach kościoła nie sięga samej ulicy tam wstawia się jakiś mniejszy, bądź większy budyneczek i powolutku, powolutku kościoły wycofują się, jakby je stawiano w podwórzach. Wygląda to ciekawie, choć wolę Nowy Jork - to jedyne miasto, gdzie solidne wieże kościelne są niższe niż większość otaczających je budynków. Pięknie to oddaje malejące znaczenie religii w ostatnich stuleciach.
A ja tymczasem sobie Polami Elizejskimi do Luwru, potem hyc przez katedrę Notre Dame i do komiksowego zagłębia nieopodal Sorbony. Ulica Dantego. No po prostu rozkosz. Przez te 9 lat to się jeszcze mocno rozbudowało i teraz obok “Albumów” (sieć komiksowa, która w promieniu 100 metrów ma 4, czy 5 lokali wyspecjalizowanych - komiksy, francuskie, amerykańskie, figurki, DVD i coś tam jeszcze) w okolicy jest jeszcze z 10 innych sklepów i antykwariatów komiksowych. Pięknie jest. Akurat jak wszedłem to w amerykańskim “Albumie” trwała wizyta Fincha - siedział i podpisywał (czy właściwie porysowywał). Co prawda przelicznik dolarów na euro był makabryczny ale pogrzebałem sobie w stertach przecenionych tytułów i co nieco wyszperałem. Zresztą nie tylko tam. W sumie wzbogaciłem zbiory o ostatni brakujący mi zeszyt “Authority” (nie wydany w żadnym TPB), dwa pierwsze trade’y “Exiles” (miałem zamiar kiedyś zacząć zbierać tą serię - wszak lubię rzeczywistości alternatywne - no to jest okazja), cztery książki “Star Treka” po angielsku (3 powieści i biografię Gene’a) i jeszcze na wyprzedaży w amerykańskiej księgarni beletryzację “Spider-mana 2″ do mojej kolekcji Petera Davida. No i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciłem do Hiltona, gdzie rezyduję.
A i jeszcze w wolnych chwilach dokończyłem książkę. Elizabeth Moon - Polowanie. Bardzo lubię tą panią a to jej pierwsza chronologicznie (u nas się to pokomplikowało wydawniczo) z serii space oper o rodzinach Serrano/Suiza. Cóż mogę rzec? Wciąga i trzyma. I sprawia wrażenie nadzwyczaj wiarygodnych. Moon nie cacka się ze swoimi bohaterami, wrzuca nas w środek akcji (każda jej powieść zaczyna się tak, jakby wydawca nie dołączył kilku pierwszych rozdziałów), postacie są wiarygodne i krwiste, a przygotowania i trening przed walką zajmuje znacznie więcej czasu niż właściwa walka, która tak naprawdę toczy się gdzieś obok, a my jesteśmy świadkami tylko tego, co spotyka naszych bohaterów. Bez tak częstego szerszego spojrzenia na zdarzenia. I w efekcie mamy bardzo zawodową książkę. Przy okazji widzę, że trójkąt Moon - Francja - ja działa sprawnie, bo przecież pierwszą jej książkę jaką przeczytałem (początek sagi fantasy “Córka owczarza”) wziąłem ze sobą 3 lata temu na mój pierwszy festiwal w Cannes. Ot, pętelka.

No właśnie. Bo ja już w Paryżu. A wcześniej po raz czwarty z Johnen M. Oczywiście najpierw wczoraj obejrzałem trójkę i skończyłem tekst o “Shreku” do “Dziennika” (pójdzie w sobotę). Nic nie pisałem wczoraj, bo świat jeszcze przyśpieszył, a do tego junior nie spał w trakcie dnia, a potem zasnął w samochodzie, gdy zawoziłem żonę na USG (nerki jej się popsuły, a mówili, że tam można bić bezpiecznie…) No więc młody zasnął o w pół do siódmej. I już nie wstał. I myślałem, że dośpi do rana. I po 2 (słownie drugiej) obudziło mnie górne światło i synek, który rozbudzony w najlepsze chce jeść i się bawić. Wytłumaczenie mu, że to nie pora na to, zajęło mi jakieś półtorej godziny i byłem w związku z tym wczoraj lekko nieprzytomny. Ale mimo to plan trzeba było wykonać. Przygotowałem rozpiskę lipcowego magazynu TV “Premiery” dla Kino Polska (pierwszego emisyjnego), zrobiliśmy z Mykiem wstępną rozpiskę lipca dla Onetu -serwis “słowem.onet.pl” rusza od najbliższego poniedziałku; napisałem wspomniany tekst dla “Dziennika”, zawiozłem żonę na RTG płuc (czy tam jej też czegoś nie odbiłem). No i jeszcze obejrzałem DH3.
A dziś znowu od rana bieg. Jeszcze jakieś badania krwi (żony oczywiście), potem szybka wizyta w Zoomie, do pracy, stamtąd z Mykiem na DH4, a potem już z powrotem i na lotnisko (a Myku właśnie zaczął kręcić pierwsze skeczyki dla ChichoTV).
Wylot do Paryża oczywiście ze sporym opóźnieniem, ale i tak 2,5 godziny w samolocie to zupełnie inne doświadczenie, niż doba w autokarze 9 lat temu. Na lotnisku zamiast brać taksówkę i zapłacić 50 euro wsiadłem sobie w metro za 8 i byłem w centrum, gdzie bez problemu namierzyłem hotel. No i jestem. Jutro wywiady z twórcami “Ratatuja” a dziś już spokojnie do wielkiego hotelowego wyrka, po przejrzeniu różnych serwisów i blogów (na szczęście internet w hotelu to już norma).
Przez te dwa dni wysłuchałem parę płyt, ale o nich już po powrocie do domu, więc dziś tylko o dwóch pułapkach.
Na DVD wczoraj Szklana pułapka 3. Jak dla mnie najsłabsza z cyklu. Ale i tak świetna. Niektóre sekwencje (winda, syfon, czy Jackson na stacji metra) - rewelacja. I sympatyczne nawiązania do jedynki. Acz wciąż powtarzam, że ten McClane najmniej mnie przekonuje.
No a dziś wreszcie oczekiwana od ponad dekady Szklana pułapka 4.0. I jak przy poprzednich dwóch, polski tytuł nie ma żadnego sensu, ale nieważne. Liczy się, że John wrócił. I jest wielki. Już trailer mnóstwo obiecywał (choć w kilku miejscach sprytnie wprowadzał w błąd). A sam film - wymiata. Mnóstwo dyskretnych nawiązań do trzech poprzednich. Kilka nowych pomysłów (bo przecież filmów a’la “DH” powstało przez te lata mnóstwo). Tu więc trzeba pokombinować - jest więc fajna pogłębiona wizja analogowego policjanta w cybernetycznym świecie, fajny sidekid, rewelacyjnie odwrócony schemat ze slasherów, gdy grupka bohaterów maleje zabijana po kolei przez niezniszczalnego mordercę, świetna córeczka tatusia, która sporo po nim odziedziczyła, cudny epizod Kevina Smitha (”Wolę Gwiezdne Wojny”), bardzo przyzwoity czarny charakter, choć momentami pan TO przypominał mi Jacka Chmielnika. Co mi się zdecydowanie nie podobało to jedno z rozwiązań pod koniec, gdy McClane znajduje już po raz ostatni złoczyńców (takie trochę Deux Machina). Można by oczywiście mnożyć zarzuty, wyciągając co z czego jest rżnięte (bo w pełni oryginalnej fabuły tego rodzaju już dziś się chyba nie da. Mamy tu i troszkę “Czystej gry” acz bez rozbierającej się Cindy Crawford; mamy tu ciutkę “Prawdziwych kłamstw”…) Ot, wszystko już było. Ale nic to. “Szklana pułapka” to jest kino jakie uwielbiam. I mógłbym tak co roku.

“Życie pomyka godzina za godziną” (WW), że coraz trudniej się zatrzymać na wpisa. Ale właśnie się udało. W poniedziałek (jak łatwo się domyśleć tez ostatnie w tym sezonie) nagranie z Kłopotowskim. Gadaliśmy o nowym Shreku i dokumencie o George’u Michaelu. Nawet dość zabawnie. Ciekawe, że wytną w montażu fragment w którym Kłopotowski odwołuje się do starożytnych Aten a ja go przepraszam, że ja jednak tamtych czasów nie pamietam.
Poza tym przyszła nowa pani do nas do pracy i ma mnie i Mykowi porządkować rzeczywistość. Pierwszego dnia uporządkowała biurko i trochę się czuje nieswojo.
Za to dziś byliśmy na pierwszym spotkaniu z Mariuszem Pujszo. To się dopiero nazywa wyzwanie. Tu my z kolei we dwóch mamy go uporządkować i sformatować. I chyba nawet da się to zrobić. I gdy myślałem, że największe wyzwanie dnia mam za sobą poszedłem nagrywać off-y do magazynu telewizyjnego “Premiery” i warunki pracy w dziubli lektorskiej mnie wykończyły w pół godziny. Ja wiem, że niektórzy to lubią sauny jako miejsca przebywania, ale ja jakoś nie. A to była sauna w czystej postaci. Nie nadążałem z wypijaniem szklanek wody, które miały zastąpić to, co wypociłem. I jakoś synapsy mi raczej też słabiej chodziły.
A pod siedzibą Kino Polska gdzie to robiliśmy już czekała umówiona ekipa z “Panoramy”, która chciała usłyszeć co sądzę o fenomenie gwiazdek, celebrtities, które popularność zawdzięczają jedynie najróżniejszym skandalikom i działaniom PR a nie jakimkolwiek talentom. No to powiedziałem co sądzę.
W tym biegu dałem jednak radę co nieco wchłonąć.
Najpierw filmy:
George Michael - Inna historia. Pełnometrażowy dokument o brytyjskim wokaliście. I to sprawiający wrażenie naprawdę szczerego. W końcu co może mieć do ukrycia gościu, którego życiowy partner zmarł na AIDS, a on sam został przyłapany na imprezce w publicznej toalecie. Ten film tego nie przemilcza, ale jest przede wszystkim o muzyce i piosenkach. I świetnie porządkuje mi wiedzę o jednym z moich ulubionych piosenkarzy. Moje muzyczne gusta chyba dorastały wraz z rozwojem jego kariery. Świetna muzyka, świetne teledyski, w ogóle wszystko naprawdę przekonujące. I świetnie też, że takie filmy pojawiają się u nas w kinach.
A wieczorem Szklana pułapka. W ramach przygotowań do czwartkowego pokazu części czwartej przypominam sobie klasyczną trylogię. I jest super. Oglądałem to uparcie kilkanaście lat temu. Uwielbiałem. Potem przez lata cykl “Die Hard” został przysypany innym filmowym towarem. Ale został mi z tego idol - Bruce Willis. To do dziś mój absolutnie ulubiony aktor na świecie. Bardziej od tego cyklu lubię “Hudson Hawka” i “Ostatniego Scouta”, ale od Johna McClane’a się zaczęło. To tu pojawił się bohater, z sarkastycznym humorem, który w niewłaściwym miejscu i czasie sam robi porządek ze zbirami i strzela bez zastanowienia tyloma nabojami ile akurat ma. A ten film to jeszcze czasy gdy w Hollywood pokazywano bez pruderii w drugim tle gołe cyce, bohaterowie klęli bez przeszkód, a scenarzyści starali się o sens, konsekwencję, czyli chociażby liczyli naboje i trupy, tak by wszystko było logiczne i wciągające.
Dziś z kolei specjalny pokaz filmu Ratatuj. To najnowszy Pixar o szczurku, który zostaje najlepszym kucharzem w Paryżu. W Paryżu pełnym ludzi. Rewelacja. W Polsce film dopiero w listopadzie, więc oglądaliśmy po angielsku. A puścili nam bo pojutrze lecę do Paryża na pressjunket i europejską premierę filmu. Zaprosili to lecę. Z tym większą przyjemnością, że film naprawdę świetny. Pixar jak zwykle nie zawodzi. “Auta” były świetne, acz mnie nie powaliły tak jak “Gdzie jest Nemo” czy “Iniemamocni”. To mnie powaliło. Żarty z najróżniejszych grządek, świetna animacja (szczurze futerko lśni i sterczy jak trzeba), Paryż jak żywy (a przynajmniej tak mi się wydaje, nie byłem 9 lat, sprawdzę w ten weekend). Słowem - cacuszko.
No a teraz Szklana pułapka 2. Jeden z najlepszych sequeli w historii ludzkiej cywilizacji. Przynajmniej dla mnie. Tak właśnie rozumiem idealną powtórkę z rozrywki. Samodzielna fabuła z tym samym bohaterem będąca w dziesiątkach miejsc nawiązaniem do pierwowzoru, bądź wprost, bądź żartobliwie, bądź przekornie. Uwielbiam.
Przechodząc do muzyki:
Robbie Williams - Swing when You’re Winning. No i Robbie jest wcale nie gorszy, a może i lepszy niż ten cały Bubble. Klasyka w jego wykonaniu swinguje rewelacyjnie. A zwłaszcza urzekające są duety: “Something Stupid” z Nicole Kidman, “Well, Did You Evah” z Jonem Lovitzem i “They Can’t Take That Away From Me” z Rupertem Everettem. I to chyba jakaś zasada - znowu po ostatnim utworze na płycie RW jest 20 minut ciszy i epilog -chwilka strojenia się zespołu i RW przed nagraniem.
Star Wars: Episode I - The Phantom Menace OST. Nie ma to jak trochę Williamsa z rana. A ten radośnie wyśmiewany epizod 1 ma w sobie trochę niezłej muzyki. Z przyjemnością posłuchałem jeszcze raz (a nawet dwa) monumentalnego “Duel of the Fates” i jak zwykle świetnie się bawiłem przy Williamsowej muzyce etnicznej - finałowy “Augie’s Great Municipal Band” powala i chętnie posłuchałbym kiedyś całej płyty Williamsa w tym stylu. Choć jakby dobrze poszukać, to by się tego może już zebrało na krążek. Z sagi SW to i Ewoki, i kantyna, i pałac Jabby. I jeszcze pewnie niejedno.
Na koniec parę komiksów:
Buffy the Vampire Slayer #2, 3 Komiksowy ósmy sezon serialu świetnie się rozkręca. Widać tu mocno rękę Whedona i widać tu wielką moc komiksu - brak ograniczeń finansowych i obsadowych. Whedon pokazuje więc wielkie sekwencje bitewne, czary i postacie, które ciężko byłoby zaprezentować za serialowy budżet (choć może dziś już by się dało), a przede wszystkim może dowolnie sięgać do wszystkich wcześniejszych wątków i postaci, nie przejmując się czy właściwi aktorzy zechcą zagrać i wrócą. To się nazywa wykorzystanie potencjału komiksowego medium.
Friendly Neighborhood Spider-man Annual #1. Odkurzony i uwspółcześniony origin Marvelowskiego Sandmana.Czyli nie tego od Gaimana a tego ze “Spider-mana 3″. A że zrobił to mój ulubiony Peter David czyta to się zupełnie przyjemnie. Ale niestety to nie David finezyjny, to David porządny rzemieślnik, który poniżej pewnego poziomu nie schodzi. I nie zszedł, ot, przyzwoity retcon, ale nie ma tu nic co by urzekało.
Urzeka za to bardzo Amazing Spider-man: The Death of Jean De Wolff TPB. Cztery zeszyty z połowy lat osiemdziesiątych. Ściągnąłem sobie tego starego trade’a oczywiście ze względu na Petera Davida i wcale nie żałuję. To jest świetne. David jeszcze przed swoim runem w “Hulku” pokazał tu na co go stać obyczajowo i trykotowo zarazem. Oto Spidey i Daredevil niezależnie usiłują odnaleść Sin-Eatera, niezrównoważonego psychopatycznego pogromcy zła, który jednak zabija porządnych ludzi. Zaczyna się całość od śmierci kapitan policji, drugoplanowej postaci serii (i od wstępu Davida, który wspomina, jak w młodości po tym jak dowiedział się o śmierci Gwen Stacy, obiecywał sobie, że on jak dorośnie i zostanie scenarzystą komiksowym to nigdy nikogo nie uśmierci). A potem następuje eskalacja brutalnych wydarzeń, mocno w stylu “Życzenia śmierci”. Zresztą Bronson miga dość symptomatycznie w jednym ujęciu na nowojorskiej ulicy. W sumie - naprawdę świetny komiks, który pokazuje, że ponad 20 lat temu (przełom 85/86) nie tylko Miller i Moore, ale i inni potrafili już pokazać, że komiksy superbohaterskie to nie tylko promienie strzelające z dupy.

wykładniczo

June 24th, 2007

To tak pięknie brzmi. Że technologia rozwija się dziś wykładniczo. A dziś przekonałem się troszkę co to znaczy. Oto przyszedł czas na zmianę telefonu. 2 lata jak z bicza strzeliły, moja Nokia już się zestarzała i zużyła i przyszedł czas na coś nowego. No to poszedłem i wymieniłem. I to co mi pan zaproponował za 1 zł mnie lekko powaliło. Bo mam wrażenie, że ów subtelny telefon o mało atrakcyjnej nazwie SPV M650 ma w sobie chyba więcej niż ten laptop. Bo wszystkie używane przeze mnie programy z laptoma tu są (od Worda i Excela przez Windows Media Player po Adobe Reader, Power Pointa i IE), a do tego jeszcze nie tylko aparat z fleszem, ale i GPS i automapa. I rysik. No bez jaj. To ja nie wiedziałem, że tak można. To w zasadzie palmtop (albo to co myślałem, że to słowo oznacza), i jeszcze trochę dodatkowo. No, pięknie, pięknie. Samo przeczytanie instrukcji ze zrozumieniem i opanowanie podstawowych funkji zajmie mi pewnie z tydzień. Ale trzeba, trzeba - takie czasy, takie czasy.
To był weekend nadrabiania komiksowego, ale nie tylko. W kinie byłem np. na filmie Franklin i skarb jeziora. Oczywiście familijnie. I nawet tylko z dwa razy złapał mnie śpioch na 5-10 minut, więc w zasadzie dość dokładnie śledziłem akcję. Pierwszy kinowy “Franklin” ma niezłe momenty, choć im dalej w las tym coraz większe kłopoty z antropomorfizacją (analogicznie jak u Disney’a - jak to możliwe, że jeden pies (Goofy) jest osobą, a drugi (Pluto) jest psem? Tu też zwierzęta są świadome i inteligentne więc mało kto zostaje by być zwierzętami. Na szczęście są ryby. Poza tym inne są głosy aktorów (w porównaniu z kanonicznym serialem na Minimini, który mamy opanowany na pamięć), więc dzieci były zdziwione i początkowe lekko zniesmaczone. Ale sama fabuła się broni jako pełny metraż i ładnie ciągnie rodzinne wątki.
Na DVD z kolei szybko przeleciałem The Office - sezon 2 . Już bez mojej pomocy redakcyjnej, jak w pierwszym i zupełnie na świeżo - nic z niego wcześniej nie widziałem. I jest super. Równie, a miejscami lepiej niż w jedynce. Nowe postacie, konsekwentny rozwój wątków, równie mocne jak za pierwszym razem uczucie zażenowania w obserwowaniu tego biurowego życia (a wydawoby się, że za drugim razem powinno być mniej przejmująco). I wydaje mi się, że bardzo słusznie było skończyć serial w tym miejscu. W brytyjskim oryginale więcej sezonów nie ma (jeszcze tylko jakiś specjalny odcinek). Wersja amerykańska z Carellem jest oczywiście znacznie dłuższa i do dziś powstaje i bardzo jestem jej ciekawy, ale taka porcja 12 odcinków to sama esencja.
A teraz wiaderko komiksów. Najpierw American Splendor: Another Day TPB. Harvey Pekar i mnóstwo niezłych rysowników, którzy trudzą się nadzwyczaj próbując dorysować cośkolwiek do obyczajowych i codziennych fabułek (choć nawet zdrobnienie nie oddaje mikrusowstwa tych opowieści) i długich tekstów Pekara (zarówno monologów jak i rozmów). Jest tu Campbell, Corben, Geary, Hernandez, Templeton i wielu innych. I jak dla mnie - marnują swój czas. Nie czytałem oryginalnego “American Splendor” (ponoć dobry), ale tu mamy do czynienia przeważnie z takim autotematycznym onanizmem fabularnym. A to kilka stron o przetykaniu toalety, a to o poszukiwaniu okularów córki na ulicy (bo szkoda kasy na nowe), a to, że pomylili się z czekiem z gazety, że przez telefon można sprawdzić ile się sprzedało poprzedniego komiksu, czy, że jak kot połozy się Ci na brzuchu i grzeje to jest fajnie. A czasem dwuplanszowe historyjki będące odpowiednikiem prostej anegdoty o gafie, która zdarzyła się Pekarowi przed laty w szkole, albo ripoście rzuconej przy sklepowej kasie. Wszystko jakoś mnie nie przekonuje fabularnie, a dołożenie do tego śmietanki rysowniczej jest dla mnie marnotrastwem przypominającym wielkie orkiestrowe aranżacje trzecioligowego rapu. Tak więc kiedyś chętnie przeczytam oryginalny “American Splendor”, ale ten tomik “Wielcy rysują Pekara” to nieporozumienie. Jemu nie starczyło dobrych fabuł, a rysownicy wyraźnie się nudzą rysując głównie go leżącego na łóżku.
Dla równowagi Hulk and Power Pack #2, 3. Lekko kreskówkowy w klimacie crossover pomiędzy sałatą z umysłem dziecka i autentycznymi dziećmi - czwórką supermocarnego rodzeństwa Powerów, dość popularną w Marvelu w latach 80. Tu wspólnie radzą sobie z Zzzaxem i Abomination. Rewelacyjny dodatek w #2 to historyjka z MiniMarvelsów o bardzo poważnych kłopotach z pełną pieluchą, z którą nie potrafi poradzić sobie ani Spider-man, ani Nick Fury, ani nawet Watcher. Dla takich komiksów warto żyć.
X-Factor - Many Lives of Madrox HC. Trzeci twardziel z nowego runu “X-Factor” pod ręką mojego ulubionego Petera Davida. I znowu jest super - obyczaj i trykociarstwo w idealnie odpowiadających mi proporcjach. Rzecz zaczyna się od nowej wersji słynnego odcinka “X-Factor” sprzed lat (vol. 1 #87; David/Quesada), w której członkowie grupy po kolei siadają na kozetce u psychiatry - dr. Samsona. I podobnie jak za pierwszym razem wyszło to świetnie. Potem Madrox próbuje pozbierać porozrzucane po świecie swe duplikaty a laski rozrabiają we Francji. I jak już pisałem pięknie się dla mnie równoważą walki z Hydrą z trudną decyzją czy wchłonąć swój duplikat, który dorobił się żony i dziecka. Również powaga i humor ładnie się przeplatają - kłopoty przyznania się do bigamii po kilku planszach zmieniają się w dialog w CentralParkowym Zoo: - Wow. Nigdy wcześniej małpa nie rzucała we mnie ekstrementami. Myślisz, że to jakiś omen? - Miejmy nadzieję, że nie.
Ultimates 2 #13. Wiele miesięcy czekać trzeba było na dokończenie tej sagi. I nie powala. Bo przecież wielkich finałowych starć było już wiele a potężny 8-stronicowy splashpage (sic!) nie zadośćuczyni tak długiemu czekaniu na ten zeszyt. Ale wreszcie jest i teraz wreszcie może nadejść tak długo wyczekiwany “Ultimates 3″.
Dark Tower: The Gunslinger Born #3, 4 Właściwie, to tylko się chwalę, że mam, bo nie przeczytałem. Ta miniseria Kinga, Davida i Lee jest świetna, ale nie będę się zaczytywał w zeszytach. Lee pięknie rysuje, więc sobie pooglądam, ale poczekam na całość by wchłonąć razem. A wcześniej sobie powtórzę książkową “Mroczną Wieżę” Kinga - wtedy docenię kunszt panów twórców i zrozumiem wszystko łącznie z dołączonymi miniopowiadankami Furtha.
Star Trek: Klingons - Blood Will Tell #1, 2 Najnowsza seria ST z wyd. IDW. Klasyczne klingońskie odcinki z TOSa z punktu widzenia klingonów. Scenarzyści, dwóch panów Tiptonów dobrze się bawią i ładnie dokładają swoje klocuszki do kanonu, kombinując swoją wersję wytłumaczenia zmian klingońskiej fizjologii pomiędzy serialami. Dodatkowo pierwszy zeszyt jest oczywiście w dwóch wersjach językowych - angielska i klingońska. Jako startrekowo/komiksowy freak oczywiście zamówiłem oba.
Star Trek: The Next Generation - The Space Between #3, 5. No właśnie. Czwórka nie przyszła. Już reklamowałem i mam nadzieję, że dojdzie. A te dwa zeszyty bardzo przyzwoite - pojedyncze przygody załogi Picarda, które w dalszym planie łączą się w jakąś większą całość. Ja tam to lubię.
Hellblazer #231, 232. Nowy scenarzysta Diggle bardzo sympatycznie się rozkręca. Dokończenie pierwszej opowieści “In At the Deep End” idealnie w klasycznym stylu pierwszych Delano’wskich Hellblazerów, które bardzo lubiłem.
Następny zeszyt to Constantine, który dyskretnie oszukując wygrywa w kasynie ponad 30 baniek. Zawsze zastanawiałem się, czemu inni magicy nie wykorzystują swych zdolności w równie prozaiczny sposób?
I wreszcie Daredevil #96, 97. I wreszcie Brubaker ma okazję pokazać w jego macierzystym Hell’s Kitchen. Lekko archaiczna kreska Larka świetnie tu pasuje a opowieść o niezrozumiałym zachowaniu Gladiatora rozwija się bardzo sympatycznie i jak rozumiem z numeracji powoli podprowadza do numeru jubileuszowego. Swoją drogą, to pięknie pokazuje jak ten czas leci - to już 100 numerów od tamtego startu Smitha/Quesady. Jej.
Pisząc to wszystko jednym okiem podpatrywałem bieżący odcinek Lost. I znowu lekka zniżka formy. Ot, taka rozgrzewka przed nadchodzącym finałem serii, ale bez aspiracji do bycia samodzielnie świetnym odcinkiem. Różne rzeczy się kumulują, niby pojawiają się jakieś fundamentalne dla fabuły wiadomości, ale jako całość bez olśnień. Może za tydzień.

Bób bobowi nierówny

June 23rd, 2007

Czytałem ostatnio w jakimś blogu o bobie. Autor opisywał jak gotuje bez przykrycia, potem jakieś woki, czosnki, obieranie ze skórek. Właśnie zjadłem bób. Wielkie gorące korytko. Świeżo ugotowane, bez żadnych czosnków, ze skórkami. Zjadłem błyskiem, pewnie mniej więcej w tym czasie, jaki zajmuje przerzucenie boba z garnka do woku. I mi dobrze nadzwyczaj po tym prostackim podejściu do tego posiłku. Ale co bób, to obyczaj. Mniejsza z tym. Byłem dziś na kolaudacji ostatniego standardowego ZAPa (został do zrobienia jeszcze jeden - w lipcu na Gdańskim Festiwalu Gwiazd). Trzydzieści sześć odcinków zleciało jak z bicza strzelił. W przyszłym tygodniu uzupełnię już wszelkie braki na podstronie i sezon będzie można uznać za zamkniety. To znaczy jeszcze w sobotę 30 będzie emisja bieżącego odcinka bo w ten weekend wcięły nam się jakieś zawody lekkoatletyczne.
Dziś wieczorem miałem troszkę luźniej niż ostatnimi dniami (choć właśnie przed chwilą zadzwoniła Magda z “Dziennika” i zamówiła coś o “Shreku”, ale to na przyszły tydzień), więc trochę nadrobiłem czytania.
Ale najpierw film. Wreszcie zobaczyłem na DVD podwójnego Oscara z tego roku. Mała miss. Mniam. Cudne. Idealnie zakręcona rodzinka, świetnie zagrane, dobry scenariusz (w końcu Oscar), klimat jak rzadko. To opowieść o rodzinnej wyprawie przez Amerykę na dziecięcy konkurs piękności. Finałowy konkurs zrzuca buty, a i wcześniej dzieje się dużo i tak śmiesznie, że aż strasznie.
A w ramach jeszcze większej psychodelii dokończyłem (po ładnych kilku dniach, bo więcej niż dwa odcinki dziennie się nie da, a jak się da dwa, to potem trzeba z dzień przynajmniej odczekać) pierwszy sezon sitcomu Mała Brytania. I faktycznie to jest tak chore, że aż piękne. Moja ulubiona “Liga dżentelmenów” to przy tym mały pikuś. Jeśli Monty Pythoni łamali ćwierć wieku temu wszyskie tabu, to tu łamie się te, które przez te 25 lat narosły. Geje, transwescyci, seks geriatryczny, otyłość, ludzie na wózkach, czy opóźnieni w rozwoju - wszyscy są tu wyśmiani brutalnie i bez żadnej taryfy ulgowej. Ten serial pięknie oczyszcza psychicznie, ale muszę odczekać trochę zanim sobie zapodam drugi sezon.
Książkę przeczytałem też śmieszną i też filmową - Stanisław Tym - Ryś. I to się naprawdę czyta. Jak film był za długi, nieporadny i niefilmowy to książka jest świetnia. Ta sama (z grubsza, bo są różnice) fabuła w wersji literackiej broni się znacznie, znacznie lepiej i naprawdę przypomina swój wzór - czyli filmy Barei. To, co Tymowi nie udało się kompletnie w wersji ekranowej, tu wchodzi pysznie i błyskawicznie. Wziąłem sobie tą książkę do samochodu i nie zauważyłem jak mi weszła cała. Fabuła trzyma się kupy, boczne postacie i epizody mają swój sens i ślicznie wybrzmiewają w swoich rozdzialikach, główna historia Ochódzkiego toczy się jak trzeba, a dodatkowe rysunki i komentarze odautorskie Tyma dodatkowo ubarwiają. Naprawdę zadziwiająco dobra ksiązka.
Wciągnąłem jeszcze płytę The Yardbilds - Blue Eyed Blues. Trzej giganci - Eric Clapton, Jeff Beck i Jimmy Page w zbiorku mocno bluesowych klimatów. Jak im gitary zaczynają konwersować, to jest cudnie. Moje typy: “I Aint’t Got You”, “Little Red Rooster” i “Wang-Dang-Doodle”. Pyszne. Po tym bobie mam jakieś konsumpcyjne skojarzenia.
No a teraz komiksy. Jeden z grubą okładką - Eternals HC. Gaiman i Romita jr. odnawiają jedną z legend Jacka Kirby’ego. I to zupełnie sprawnie. Gaiman potrafi w końcu co nieco (gdyby nie potrafił to by go tak nie chwalili - PR ma swoje granice). A Romita jr. nie jest może wybitny, ale poniżej bardzo porządnego poziomu nie schodzi nigdy. Sam pomysł o superistotach, które żyją wśród nas pogrążone w amnezji nie jest specjalnie nowy. Ale sympatycznie rozegrany zawsze bawi. Szkoda tylko, że kończy się to dość gwałtownie, jakby nie było zamkniętą miniserią a pilotem do czegoś większego. I to jedynie rozczarowuje, bo reszta jest zdecydowanie warta swej ceny. Całość umiejętnie wpleciona w “Civil War” z Iron Manem w 2. planie. Dużo różnorodnych postaci. Bardzo sympatycznie rozegrana idea nieśmiertelności (nie pierwszy raz u Gaimana), słowem (czy raczej dwoma słowami) dobre, dobre.
I jeszcze garstka przeczytanych zeszytów:
Wonder Woman #5-6 Akurat trafiłem na zmianę scenarzystów. W 5 po raz ostani Pfeifer, który ostatnio specjalizuje się w komiksach kobiecych (”Catwoman”) a od 6 Jodi Picoult. I jest OK. Żadna tam rewelacja - nowe założenia serii to WW rozpoczynająca podwójne życie (bo trochę musi się ukrywać) a’la Clark Kent/Superman (i tez zaczesanie włosów i okulary wystarczają, żeby nie dało się jej rozpoznać) W cywilu jest Dianą Prince, agentem departamentu do spraw metaludzi, której bieżącym zadaniem jest poszukiwanie WW i doprowadzenie jej przed oblicze sprawiedliwości. Bo przecież zabiła Maxwella Lorda. Pfeifer ciągnie w tym kierunku. Jego zeszyt to opowieść o kobietach, które zainspirowane dość brutalnym wzięciem sprawiedliwości w swoje ręce przez WW same też przestały być ofiarami i zamiast pozwalać mężom na wszystko, dla odmiany to one ich pobiły i od nich odeszły. Niezłe. Picoult z kolei poszedł w zupełnie inną stronę pokazując lekko slapstickowe w klimacie problemy Diany z normalnym codziennym życiem. Przecież nigdy dotąd w cywilu nie zamawiała sobie kawy, czy nie tankowała paliwa na stacji.
Brave and the Bold #2: Green Lantern and Supergirl - jakoś nie przyswajam. Waid i Perez mocno kombinują - trochę akcji w kosmosie, trochę na jakiejś lasvegasowej planecie, podprowadzenie do następnego numeru z Batmanem i Blue Beetle’m (w tej serii każdy zeszyt to crossover dwóch bohaterów), ale jakoś nic z tego nie wynika, dużo różnych watków i nadekspresja rysunkowa Pereza. Może rzecz się będzie bronić potem w TPB, ale jako zeszyt mnie rozczarowała.
Witchblade Takeru Manga #2. Przeczytałem to duże słowo. Wszak w konwencji mangowej to w takim zeszycie czytania jest na jakieś 1,5 minuty. Próba przeniesienia idei Witchblade do Japonii pokazuje, że to co w USA była dość oryginalne tu zamienia się w jeszcze jedną mangę jakich wiele. Wszak demony, magiczne artefakty i dziewczęta w marynarskich mundurkach to u nich absolutny standard.
Dla równowagi Witchblade #104. Lata lecą, a ci wciąż to samo. Fabuła znowu jest pretekstem by porozbierać główną bohaterkę. Marz niczego nowego tu nie wymyślił. Rysunki Melo i sekwencja malowana Sejica sympatyczne, acz bez olśnień, a ponieważ Sara oddała rękawicę koleżance, to rozbierać należy ją w inny sposób, co też uczyniono. I tyle.
I wreszcie świeże odcinki komiksowych horrorów: The Texas Chainsaw Massacre #5 i Friday The 13th #4. Obie serie robią dokładnie to same - permutują klasyczne opowieści, rozwiązania fabularne i pomysły na kolejne jatki. Z dzisiejszej parki lepiej wszedł mi “Piątek”, ale obie te serie są dość równe i warte uwagi.
I na dziś wystarczy. Następne zeszyty już jutro.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl