po raz 100
May 31st, 2007
No to pora na przyjmowanie gratulacji. Zacząłem gdzieś w otchłaniach lutego i solidną, wytrwałą pracą dorobiłem się z końcem maja stu wpisów. Aż sam sobie zaimponowałem. Nieczęsto w moim życiu osobistym i zawodowym udaje się taka konsekwencja. Aż ciekawy jestem co będzie dalej. Reszta strony rozwija się za to zdecydowanie wolniej niż zamierzałem, ale ostatnie miesiące to tyle nowych pomysłów, prób realizacji tych pomysłów i jeszcze kontynuacji dotychczasowych pomysłów, że już na rozwijanie strony na dużą skalę nie starczyło czasu. Ale w końcu się uda. Obiecuję. Tymczasem maj się kończy, dzieci dostały na dzień dziecka wielki domek do zabawy na taras (skręcałem go kilka godzin), powoli biorę się za akwarium (kupiliśmy je dwa lata temu, gdy się tu wprowadzaliśmy, ale dopiero teraz nasypałem żwirku, wlałem troszkę wody a w następnych dniach więcej wody, roślinki, jeszcze więcej wody, odczekać i wreszcie rybki) i zastanawiam się co ja dostanę na dzień dziecka?
Rano dwa pokazy prasowe: Śmierć prezydenta - film z pomysłem, oto pseudoparadokument o udanym zamachu na prezydenta Busha, który odbędzie się 17 X 2007. Jak mniemam twórców trochę zainspirował Michael Moore (bo skoro można tak naginać, przesadzać i manipulować materiałem, to przecież można już zupełnie), a trochę Robert Zemeckis (sceny autentyczne z elementami doklejek w “Forreście Gumpie” i w “Kontakcie” - tam był właśnie świetnie zrobiony aktualny prezydent). W sumie fajny pomysł, ale niewiele poza tym. Za dużo tu naciągania, niedoróbek, przegięć merytorycznych. A to i tak tylko w tej połowie, którą obejrzałem, bo uczciwie przyznaję, że przysnąłem. Mam wbudowany jakiś mechanizm wewnętrzny, który czasami usypia mnie w kinie - niezależnie od gatunku, czy reżysera czasem na Uwe Bollu, czasem na westernie o gejach. Na 5 minut, kwadrans, pół godziny. Tym razem było ponad pół godziny i to z przerwami bo czasem coś mnie budziło. Ot, np. Bartek Sztybor jak wychodził znudzony w połowie…
A potem pędem z Palca do Multikina bo tam Ocean’s 13. I podobało mi się. Jak druga część (ta z 12) mnie mocno rozczarowała, to tu jest wszystko jak trzeba. Kolejny skok, dystans i uśmieszki Brada Pitta, głupkowate i zupełnie głupie dowcipy, cudnie przesarżowane czarne charaktery - Al Pacino i Ellen Barkin (spotkanie po latach - uwielbiam “Morze miłości”). Tak, że jestem absolutnie za.
Płyta Złota Trójka 1997-2001. No to już małżeńskie lata. Nie wiem czy i jak to kojarzyć z muzyką, ale ta płyta to już nie to. Dobry Robbie Williams, Santana & Mana, Yugoton czy George Michael. Ale w sumie bez ekstazy.
Jeszcze DVD. Doszedłem do jednego z moich ulubionych sitcomów - Liga dżentelmenów Sezon 1. Brutalny, chamski, ostry humor, tak momentami szokujący, że buty spadają. Tak właśnie pamietałem ten serial z czasów, kiedy z 7 lat temu oglądałem go pierwszy raz na Wizji 1. Dziś już tak mnie nie szokuje, ale pewne postacie (weterynarz) czy żarty dalej mnie zabijają. Rzecz o małym ekscentrycznym miasteczku (w niektórych wersjach nazywanym “Pcim Dolny”) i jego niesamowicie ekscentrycznych mieszkańcach. A większość ról (i męskich i żeńskich) gra 3 aktorów, którzy również napisali scenariusze do serialu. To zaledwie 6 odcinków (w momencie gdy to piszę, zacząłem oglądać 2 sezon), ale rechotu zapewnia więcej niż całe sezony klasycznych, poprawnych amerykańskich sitcomów. Tyle, że to rechot miejscami na granicy dobrego smaku. No dobra, czasem też za granicą. Bo to właśnie ten serial można traktować za wstęp do “Małej Brytanii”.
Komentarzów jak mrówków
May 31st, 2007
Środa wieczór. Spokój, młody zasnął po wieczornym seansie gry komputerowej w Teletubisie. Obserwowałem go, ale nie zauważyłem by uległ propagandzie homoseksualnej. Dobra, nie będę tu już dowcipkował - dość się pośmiałem w Onecie. W życiu jeszcze nie miałem tylu komentarzy pod felietonem. Faktycznie pani rzecznik rozruszała duch w polskim narodzie. Poproszono mnie o ten felieton dość nagle i pisałem go w lekkim pośpiechu. I strzeliłem spory błąd merytoryczny. Napisałem, że Lala ma rower, a Po piłkę. A to nie rower tylko hulajnoga i to nie Lali tylko Po. Dałem ciała, nie ma co… I cały felieton na nic.
Prócz tego byłem wczoraj na nagraniu u Kłopotowskiego (emisja w niedzielę w nocy - Kinematograf TVP1). Zgodnie z przewidywaniami pospieraliśmy się i o “Szczęście” i o “Los Muertos”. Ale chyba o to mu chodziło.
Rozkręcamy pracę nad magazynem filmowym dla Kino Polska. Pierwsza czerwcowa edycja powstanie pewnie w ciągu tygodnia. Godzinny materiał, który przygotowujemy z Mykiem, oczywiście KRL-em i jeszcze kilkoma osobami w ramach debiutu ChichoTV.
A kolejne projekty pewnie też niedługo zaczną oblekać się w rzeczywistość. I to nawet zaczyna się klarować w jakich kanałach.
A Myku się wkurzył na Timofa, lalalala. O tu - mniej więcej…
Wczorajsza świetna płyta - Maleńczuk & Waglewski - Koledzy. Tak w ogóle to to jest patent - nowe płyty tworzone specjalnie na potrzeby gazety i potem dystrybuowane z nią. Jestem przekonany, że MM&WW sprzeda się znacznie, znacznie bardziej z GW niż gdyby była w normalnej sklepowej sprzedaży. Poprzedni taki projekt (też zresztą z Waglewskim) płyta Tishnerowska jakoś mi nie weszła. A tu genialnie. Od oryginalnych utworów obu gwiazd przez klasyczne amerykańskie bluesy, piosenki Grzesiuka po “Niedziela będzie dla nas”. Nie jestem wielkim fanem MM, ale tu stonowany i muzycznie przykryty czapką przez Wagla sprawdza się naprawdę zacnie. I jeszcze (drobiazg, ale wart uwagi) książeczka - wszystkie teksty i sążniste, obfite wywiady -strumyczki z obydwoma panami.
Film - żywa klasyka. Armia ciemności. Trzecia część “Evil Dead” Sama Raimiego. Jego pierwszej trylogii (skoro teraz “Spider-many” też już są 3). Kiedyś to uwielbiałem, dziś to jednak film, z którego troszkę wyrosłem. Może za wiele razy oglądałem go przed laty. A może gdybym się skupił a nie czytał drugim okiem podręczników akwarystyki to bym bardziej się wczuł. Bo dalej bardzo lubię, ale tym razem lekko mi przeszło bokiem. A. Po raz pierwszy zobaczyłem to drugie zakończenie. Na moim VHS było to, jak przespał, a tu Ash wrócił do swoich czasów i ogólny happy end. Do tego kilka scen niewykorzystanych i zdecydowanie gorsze (od tego, które pamiętam sprzed lat) tłumaczenie.
No i komiks. Właśnie przyszedł do mnie drugi tom serii Biocosmosis: Emnisi. To, zanim się za niego wezmę, odnalazłem i wreszcie przeczytałem tom pierwszy Biocosmosis: Emnisi 1 - Enone. I nie było tak źle. Scenariusz wtórny i mocno inspirowany z kilku, a nawet kilkunastu stron ale dość sensowny i logiczny. Rysunki Cabały w wersji pełnoalbumowej wciąż sprawiają wrażenie dobrze zapowiadających się. Sporo rzeczy jest na granicy błędu, przerysowania, czy niekonsekwencji, ale uparcie mam nadzieję, że w końcu będzie pięknie. Bo to jeden z niewielu polskich rysowników, którzy idą w stronę takiego rysunku jaki bardzo lubię. Uwielbiam hiperrealizm rysunkowy Darrowa, czy Charesta, a idąc od nich bardziej w stronę mainstreemu choćby Beniteza. Cabała czasami idzie w tym kierunku, czasem bliżej mu do Corbena, ale wciąż na przestrzeni kilku plansz pojawia się jakiś kadr, który mi zgrzyta. Tu też. Całość albumu jednak doceniam, jako próbę robienia w Polsce czegoś dla ludzi i poza głównym nurtem wydawniczym. Jutro pewnie przeczytam ten nowy tom i zobaczę jak rzecz się rozwinęła.
Garderoba dla Polaków
May 29th, 2007
Byłem dziś w TVPkultura. Był program poświęcony 30-leciu Gwiezdnych Wojen i żeśmy z Orlińskim sobie pogawędzili. Sympatycznie. Ale zabawniej było, gdy zobaczyłem, że w pokoju dla gości stoi tam podłączona do telewizora Playstation 2, na niej leży FIFA06. I ujrzałem oczyma duszy tych wszystkich filozofów w swetrach, nestorów polskiego teatru, czy zasłużonych reżyserów filmowych jak oczekując na swoje wejście pykają tu bez fałszywej skromności. A z kolei idąc przypudrować (że się tak wyrażę) twarz, natrafiłem na jednej z garderob na napis “GARDEROBA DAMSKA POLACY”. I zacząłem się poważnie zastanawiać czy chcę przeczytać co jest napisane na następnych drzwiach i czy o taką IV Rzeczpospolitą tu chodziło…
A rano byliśmy z Mykiem na filmie Tropiciel O jaka kupa. Z radością ten film polecam, acz tylko w sporym towarzystwie i w bardzo dobrym humorze. Ilość bezsensów, nonsensów niekonsekwencji, błędów logicznych i historycznych w tej opowieści o młodym Wikingu wychowanym przez Indian, a potem walczącym z kolejną inwazją Wikingów na Amerykę bije wszystkie rekordy tego stulecia. A do tego Wikingowie są oczywiście wredni i brudni (niczym Orkowie u Jacksona). A najgorszy z nich jest oczywiście Thorgal (Żart! Żart!). Młodzieniec (Karl Urban - ostatnio w ekranizacji “Doom”) zabija ich wszystkich a Mykowi najbardziej podobała się scena, w której bohater wraz z małą dziewczynką idą do lasu, po czym rozdzielają się i ona idzie latem a on zimą. Serio, tak to właśnie wygląda.
Wieczorem obejrzałem jeszcze Los Muertos. Jutro nagranie u Kłopotowskiego i o tym argentyńskim filmie też mamy rozmawiać. Jak dla mnie - niespecjalnie jest o czym i tak też się mam zamiar wypowiedzieć. Kłopotowski musi zrozumieć, że jeśli chce ze mną konwersować w miarę zajmująco, to musi wybierać do naszych spotkań filmy, które jakoś mnie obchodzą. A ten ni chu chu. Nudne to, nijakie i o niczym. Jedne co dobre, że niedługie. Obawiam się, że w takich filmach mocno oddalamy się od mojego spojrzenia na sens wykorzystywania taśmy filmowej. Bo ja sądzę, że należy ją głównie używać, by ludziom nieść rozrywkę, podczas gdy argentyński pan reżyser, chce pokazać zwykłych ludzi w zwykłych sytuacjach, często codziennych, trywialnych. Proszę bardzo, skoro ktoś chce za to płacić (i nie jestem to ja) to naprawdę proszę baadzo. Może jednak w przyszłości niech przy takich filmach do rozmowy staje np. Paweł Felis. On to z pewnością doceni i znajdzie w tym dla siebie coś ciekawego. Ja oglądanie takich filmów traktuje jak smutny obowiązek.
I jeszcze płyta. Bynajmniej nieświeża, ale co mi tam - John Lee Hooker - Blues For Big Town. Klasyka bluesa. Wiecznie żywa. Proste, prościutkie, prościuteńkie a łapie za gardło (a może i za bardziej wyraziste części ciała) i trzyma przez całą godzinę. Esencja muzyki.
Krzycząc i biegając
May 28th, 2007
No i po niedzieli. Rodzinnej. Akurat (jak już wspomniałem wcześniej) dziś wypadły 7. urodziny Majki. Zaprosiła sobie koleżanki z zerówki a imprezę stosownie krzykiem i bieganiem uzupełniał junior, co to do 3. urodzin ma jeszcze 2 miesiące, ale nie przeszkadzało mu to w nadwyczaj interaktywnym udziale w imprezie starszej siostry. A próby powstrzymywania go od tego udziału absorbowały mnie całkowicie i nie pozwalały zająć się czymś konstruktywniejszym (no może poza kwadransem, gdy zszedłem przed blok, by opowiedzieć dla “Panoramy” na czym polega fenomen festiwalu w Cannes). Ale znalazłem czas by coś obejrzeć:
Najpierw (również wcześniej wspominany) film Abelarda Gizy W stepie szerokim. Pełnometrażowa niezależna fabuła o człowieku-marchewce. Początkowo trochę mierziła mnie właśnie “niezależność” tej produkcji, ale z czasem złapałem klimat i nawet mnie to bawiło. Miejscami jest to ciut spaczone kabaretowym myśleniem (to jednak inne medium niż kino) i siermieżnością realizacji, ale jestem przekonany, że Abelard z lekkim wspomaganiem byłby naprawdę sprawnym i dobrze przyjmowanym rzemieślnikiem kina. Mam trochę uwag do dialogów (acz i tak lepsze niż w przerażającej większości polskich produkcji), trochę żal, że mimo takiego rozmachu rzecz jest cieniutka realizacyjnie. Już wolę chyba rzeczy skromniejsze ilościowo, ale z większym punktowym rozmachem. Wiem, że tej historii inaczej się nie dało opowiedzieć, ale Abelard mógł spokojnie (i pewnie jeszcze nie raz to zrobi) wymyślić coś innego. A, i zakończenie jakieś takie oczywiste i mało atrakcyjne. Narzekam i narzekam, ale to z czystej sympatii i wiary w Abelarda, bo przy tym uśmiałem się nie raz podczas oglądania i w ogóle polecam.
A drugiego filmu już niekoniecznie. Szczęście. Prosty dowód, że Czesi też potrafią, jak nasi, opowiadać o smutnym i skomplikowanym życiu na poziomie Hallmarku. Tyle, że na blokowisku, więc przynajmniej sceneria inna niż w amerykańskiej telewizji kablowej. Tytuł jest oczywiście podpuchą a film poważny, smutny i męczący. Czyli raczej nie dla mnie. Ale obejrzeć musiałem, bo we wtorek mam o nim rozmawiać z Kłopotowskim w “Kinematografie”.
A wieczorem (wreszcie bez “Tańca z gwiazdami”) załapałem się na Lost o 20.00. I było nieźle. Gdyby to był inny serial byłoby bardzo dobrze, ale “Lost” przyzwyczaił do wyższych standardów. Więc nieźle. Sprawnie zrobiony 40-minutowy Retcon podprowadzający dwie drugoplanowe postacie, tylko po to, by je zgrabnie uśmiercić. Staram się (oczywiście w granicach rozsądku) unikać w tych wpisach jakiś generalnych spojlerów, ale tym razem się nie da. Bo największy urok tego odcinka był w jego finale. To świetny serialowy odpowiednik tej starej anegdoty z Tarantino i “Wściekłymi psami”, w której on opowiadał o finale tego filmu, że napisał go właśnie tak, bo miał już serdecznie dość sytuacji w których goście celują do siebie z pistoletów i nigdy nie strzelają. I tu ta śmierć to naprawdę zgrabna i nieoczywista puenta. Chyba, że ktoś wiedział, że te postacie dołączone w 3 sezonie były bardzo słabo przyjęte przez widzów i producenci z nich bez żalu zrezygnowali. Ja wiedziałem…
pomiędzy świętami
May 26th, 2007
Już noc. Pomiędzy świętami. Dziś był Dzień Matki (obchodzony przez nas przede wszystkim w IKEI), a jutro Majka kończy 7 lat. Imprezka z koleżankami z przedszkola i inne atrakcje. Przynajmniej teraz po 23 mam trochę spokoju. Oczywiście nie sposób było dziś coś popkulturzyć w takich warunkach, tyle co w przelocie zacząłem myśleć nad jakimś fantastycznym kanonem, bo niedługo mogę tego potrzebować…
Przynajmniej w samochodzie posłuchałem kolejnej kupionej za parę złotych starej płyty: Porter Band - Helicopters. Pamiętam, że miałem to przed laty na winylu i lubiłem sobie czasem puścić. I już wiem, że mi zostało. To świetna, wciąż świeża, rockowa płyta sprzed ponad ćwierć wieku. Jej twórcą i motorem jest oczywiście John Porter, facet który dziś tworzy duet artystyczno/rodzinny z Anitą Lipnicką, a kiedyś zakładał Maanam (serio). A pomiędzy, ze swoją kapelą “Porter Band” nagrał “Helicopters” - 9 świetnych gitarowych kawałków śpiewanych z ostrym angielskim akcentem i prostymi tekstami i jeszcze prostszymi refrenami (na CD są jeszcze 4 kawałki z singli). Lipnicka chodziła wtedy do przedszkola, ja do wczesnej podstawówki, a Porter nagrywał płyty. To się nazywa żywa klasyka.
Dokończyłem jeszcze komiks. W kilku tego słowa znaczeniach bo Sandman: Przebudzenie to już ostatni tom serii. W poprzednim Gaiman uśmiercił Morfeusza a tu powoli i nadzwyczaj starannie wygasza w piecu. Mam ostatnio jakieś szczęście do dobrych końcówek (niedawno kończyłem DS9 na DVD). Tu Neil pięknie wybrzmiał wszelkie ceremonie pożegnalne (jak sam przyznaje w didaskaliach częściowo pod wrażeniem pogrzebu Zelaznego) a potem jeszcze powrócił do dwóch ważnych postaci trzecioplanowych serii - Wiecznego tułacza i Willa Szekspira. I jeszcze stworzył świetną opowieść dla Mutha. Rewelacja.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)