Kamil M. Śmiałkowski

10 godzin

April 30th, 2007

I znów dopiero w poranek, ale jestem usprawiedliwiony. Wczoraj, pierwszy raz w życiu przejechałem za kierownicą pona 700 km. Wiem, że są tacy co to lubią, albo tak pracują i dla nich to żaden wynik, ale ja nie cierpię. A musiałem. Ponad 10 godzina za kółkiem w ramach wywożenia rodziny w Bieszczady. Ale wywiozłem ich pod sam Sanok, może znalezienie drogi powrotnej zajmie im trochę czasu. A może po nich pojadę za kilka dni…
Za to teraz mam kilka dni samodzielnych więc pewnie obejrzę, przeczytam i posłucham kilka razy więcej niż zwykle.
Ze słuchaniem zresztą udało się już wczoraj, bo co innego miałem robić przez całą drogę?
Tak więc zaliczyłem (po raz pierwszy):
Harry Connick Jr. - We Are in Love. I nudno. Zupełnie sympatyczna płyta amerykańskiego nudziarza, który lubi klasyczne klimaty. Fajna, ale zupełnie nie do samochodu. W ogóle chyba moje dzisiejsze opinie są mocno skażone tym siedzeniem 10 godzin z kierownicą w rękach. To trochę frustrujące i jakoś nie mogłem się wczuć w nowe płyty. Te stare, rytmiczne, które znam na pamięć wchodziły pięknie - gorzej z nowymi.
Zawiodłem się również na płycie 300 - OMP Soundtrack Tyler Bates, po którym sobie mnóstwo obiecywałem (przynajmniej tak to brzmiało w kinie) jakoś też dużo przynudzał. Parę kawałków rewelacyjnych - polecam “Returns A King” i większość środkowej części, gdzie w każdym utworze jest przynajmniej po kilkanaście sekund geniuszu, ale w sumie zanika to w miałkim obrazie całości. A może miałkim z perspektywy prowadzenia samochodu.
Prince and The Revolution - Purple Rain. Czysta żywa klasyka. Uwielbiam tą płytę i ten film od lat. A dziś jakoś wszedł mi gorzej. To chyba faktycznie syndrom długiego prowadzenia.
Za sprawą rodziny przesłuchałem jeszcze (oczywiście jadąc w tamtą stronę) kilka płyt. Ot, chociażby:
Barbara Stępniak-Wilk - Słodka chwila zmian. Cóż. To definitywnie nie jest płyta do samochodu. Z całą sympatią do Basi, którą znam od mnóstwa lat. Nagrała 2 lata temu nową płytę. Koncepcyjną. Trochę późno. W każdym tego słowa znaczeniu. Szkoda, że nie wydała jej w rok, dwa po poprzedniej. Byłoby ciąglej i sympatyczniej. A również późno w sensie, że koncepcyjne płyty to były lata siedemdziesiąte. Dziś w czasach plików z internetu, iPodów itp nagrywa się piosenki. I tak właśnie z tej płyty wyskoczyła gwałtownie “Bombonierka”, duet Basi z Turnauem i żyje samodzielnym życiem. Dziś ludzie chcą i wgrywają sobie do odtwarzaczy pojedyńcze, ulubione kawałki, a nie dwudziestoutworowe płyty w których smutne piosenki przeplatają się z monodeklamacjami…
I jeszcze jedna płyta. Nie uwierzycie. Disney. Księżniczki - piosenki Kupiłem córkę i wysłuchałem z nią po drodze. I ta płyta genialnie pokazuje jak zmieniały się i rozwijały disneyowskie animacje. Od staromodnych kawałków z lat trzydziestych, przez musicalowe zagrywki z lat pięćdziesiątych po współczesne przeobrażające się z musicali w świetne kompozycje Alana Menkela czy Eltona Johna. Na tej płycie to oczywiście wersje polskie od Aleksandra Żabczyńskiego po Edytę Górniak. Nawet nie słuchało się tak źle, a dodatkowa rodzinna zabawa to kto pierwszy się zorientuje z którego filmu jest dana piosenka.
Wystarczy tej muzyki.
Zaliczyłem jeszcze absolutną klasykę, film Za garść dolarów. Cóż mogę rzec? Cudo. Wciąż cudo. Rozkręca się powoli, ale za to klimatycznie (w końcu to Leone) a finał wciąż zrzuca buty. Aż sobie chyba niedługo zaaplikuje resztę trylogii - jest w kolejce na półce, ale daleko. Coś się przesunie.
A jeszcze wieczorem nawpółśpiąco obejrzałem Lost odcinek 3/10. I nic. Dawniej każdy z odcinków rzucał na kolana. Teraz najwidoczniej przerwa na otrzepanie spodni. Może się jeszcze rozkręci. Oglądam trochę z przyzwyczajenia. I dlatego właśnie wolę seriale na DVD. Jeden duży strzał i po robocie. Efekty natychmiastowe. Słabsze odcinki są błyskawicznie przykrywane w pamięci przez te lepsze. Ale co zrobić skoro DVD dopiero za mnóstwo miesięcy? Premierę drugiego sezonu Imperial przełożył na jesień. Tak samo jak drugich “Gotowych na wszystko”. A zapowiadany przeze mnie “Angel” już był w magazynie, po czym zniknął i ma się ponoć oficjalnie pojawić w czerwcu. Już na pewno. Ponoć.

Słówka w EMPIKach

April 28th, 2007

Sobota. W Empiku w Arkadii zdziwienie - przecenili parę półek filmów z Warnera. Kupiłem wiaderko DVD po 15 zł sztuka. Od animowanego “King Konga” przez “Nazajutrz” Lumeta po “Apetyt na seks” Watersa. A do tego (już drożej) soundtrack “300″. Bardzo mi się spodobał w kinie i chętnie posłucham. Jutro pewnie będzie okazja, bo wywożę rodzinę w Bieszczady i wracając będę miał kilka godzin w samochodzie, bez ciągłego “Tato, puść “Minimini Party!!!”.
Wreszcie w EMPIKach pojawiła się też “Wędrówka przez słówka” - antologia poezji dla dzieci zredagowana ponad rok temu przez Dagmarę dla PW Rzeczpospolita. Pacany miały to wydać pod choinkę 2005. Dagmara się wyrobiła. Ale im schodziło. I nie wydali. Potem się przesuwało i przesuwało. W końcu wyjechało z drukarni 2 czerwca zeszłego roku. Sic! Antologia poezji dla dzieci. Od razu widać, że to wielka państwowa firma, w której nikomu nie zależy. Zresztą opowiem tu kiedyś historię miesiecznika “Detektyw-Komiks”, który z Mykiem dla nich robiliśmy. Pismo padło na kilka dni przed oddaniem do druku pierwszego numeru. Nowy prezes zamknął projekt nie zważając na koszty, zaawansowanie i sens. Zamknął, bo mógł. Ale wracając - antologia nie dość, że wyszła po Dniu Dziecka, to okazało się Rzeczpospolita ma na pieńku z większością hurtowni i w zasadzie rzecz była nie do dostania. I tak do dziś. No i wreszcie jest. Z kolejnym, prawie rocznym opóźnieniem ale jest. Cieszę się tym bardziej, że antologia ta zawiera pełny przekrój najlepszych polskich autorów dla dzieci: od Tuwima do Śmiałkowskiego.
A propos opóźnień. Idea słuchowiska na podstawie “Tytusa” przesuwa się na jesień. Żeby zdążyć na wakacje trzeba by robić na łapu-capu a nie o to chodzi. Spokojnie dopracujemy i będzie uroczo. Tyle, że trochę później.
Tymczasem:
Przypomniałem sobie film Allena sprzed 2 lat Melinda & melinda. Strasznie się zestarzał. On albo ja. Wtedy dostrzegałem w tej czysto formalnej wprawce o dwóch Melindach jakieś zalety. Teraz już nie. Ot, nie miał tego roku Allen pomysłu na pełną fabułą, to wziął dwie krótsze, wymieszał, dodał ramę kawiarnianą i już. Rzadko która scena się broni, a już całość z pewnością nie. Jedyne co bawi to świetna para Will Ferrell i Amanda Peet, ale ich uwielniam w zasadzie w każdym filmie.
Nabyłem i od razu przesłuchałem płytę sprzed lat: Prince & New Power Generation - Diamonds and Pearls To już 16 lat. Wtedy Prince był dla mnie muzycznym bogiem, a każdą jego płytę znałem na pamięć (miałem nawet sporo winyli). Ta weszła mi wówczas gładko i do dziś pamiętam większość solówek, rytmów i prince’wych pojękiwań. Teledyski do “Gett Off” i “Cream” to była prawdziwa telewizyjna magia. Zresztą “Gett Off” próbowaliśmy kiedyś odtworzyć. To była Studniówka ‘92 w kętrzyńskim liceum. Ja wówczas student 2 roku byłem zaproszony przez pewną nadzwyczaj sympatyczną Monikę. I był konkurs na sceniczne odtworzenie teledysku (czy jakoś tak). I większą ekipą zrobiliśmy Prince’a. Acz na odwrót. To Monika była Prince’m a ja i jeszcze jeden koleżka byliśmy Diamond i Pearl, czyli dwiema modelkami, tancerkami które mu towarzyszyły - kto zna teledysk ten wie. Mieliśmy nawet w miarę podobne do nich sukienki, a ja swoją (zgodnie z fabułą teledysku) w pewnym momencie traciłem, gdy Prince (Monika) mi ją zdzierał. Jak dziś sobie o tym myślę, to robię się coraz bardziej przerażony. I w tym przerażeniu przypominam sobie, że ktoś to kręcił na wideo. I to może do dziś gdzieś istnieć. Co prawda byłem wówcza bezbrodnym, szczupłym długowłosym studentem, w którym ciężko odnaleźć dzisiejszą leniwą grację ruchów, ale to jednak byłem ja. wow…
To może przejdźmy do komiksów:
Authority #2. Morrison powoli, acz niewątpliwie rozkręca nową serię Authority. I dochodzi do jakże genialnego w swej prostocie wniosku, że skoro ich pojazd może przenosić się pomiędzy kolejnymi alternatywnymi rzeczytwistościami to może trafić i do naszej, gdzie przecież przygody Authority można kupić w postaci komiksów. Śliczny pomysł.
52 weeks 41-44. No i powolutku zmierzamy do finału rocznej cotygodniowej serii komiksowej DC. A skoro do finału to pora rozwiązywać niektóre z wielu wątków. I jak finał śledztwa Dibny;ego wydaje się dość standardowy, to muszę przyznać, że rozwiązanie akcji u Black Adama w Kahndaq’u naprawdę mnie zaskoczyło. Wciąż czekam na cd wątku Animal Mana i nie wiem czy podoba mi się jak rozwija się wątek Montoyi, ale ogólnie bardzo dobra seria. I oczywiście już wiadomo, że będzie następna taka.
The Texas Chainsaw Massacre #4 to solidne, sprawnie zrobione rozwijanie jatki znanej z ekranu. Podobnie ma się rzecz w Friday The 13th #3, ale tu zasługuje na wzmiankę jeden patencik. Filmy o Jasonie zawsze polegały na szlachtowaniu rozpasanej seksualnie młodzieży (już w pierwszym tą rozpasaną i zaszlachtowaną młodzieżą był chociażby Kevin Bacon), ale zawsze młodzież ta była heteroseksualna. No to tu mamy innowację.
W ramach przygotowań do od kilku lat planowanej lektury wszystkich zeszytów “JLA” chronologicznie (a do tego trzeba je przecież zdobyć - brakuje mi jeszcze do kompletu 10 TPB Golden Perfect, ale mam nadzieję, że zanim do niego dojdę, to jakoś zdobędę) przeczytałem (nie po raz pierwszy) tom 0 czyli miniserię Justice League - A Midsummer’s Nightmare w której podstawowa 7 superherosów DC zbiera się po latach, by wspólnie walczyć z potężnym wrogiem i w końcu zdać sobie sprawę, że jednak “w kupie siła” i pewne sprawy powinni załatwiać razem. Szybkie, sprawne i z kilkoma niezłymi żartami wplecionymi w fabułę dość standardową. Waid i Nicieza wypełnili poprawnie zadanie i przygotowali grunt dla Morrisona, który tuż potem odnowił tytuł “JLA” i sprawił, że przez ponad dekadę był to jeden z ciekawszych komiksów DC. Ale o tym w miarę czytania kolejnych TPB. Na dziś wystarczy, bo rano Bieszczady.

zostałem rysownikiem

April 28th, 2007

Szybki wpis poranny, bo się nie mogę powstrzymać. Ukazał się mój tekst w “Dzienniku“. Nawet niedużo skrócili i w miarę z sensem. Ale za to podpisali mnie cudnie. Notka pod spodem jest tak przynajmniej sprzed 5 lat. W internetowym wydaniu gazety (jak widać) jestem “szefem działu publicystyki “KKK”. W druku chyba ktoś się zorientował, że coś jest nie tak i został tylko enigmatyczny “szef działu”. Brzmi ciekawie. Ale jeszcze lepiej było przy nazwisku nad tekstem. Bo oto zostałem rysownikiem. No wreszcie. Co prawda nic w życiu nie narysowałem porządnie, ba, nawet miałem w 7 klasie podstawówki dwóję na półrocze z plastyki (w tym mrocznych latach 80. nie było jeszcze jedynek), ale jak w “Dzienniku” piszą, że rysownik, to widać pora zacząć się tak podpisywać. I tym optymistycznym akcentem…

Lustracja z Babylonem 5

April 27th, 2007

I znowu wpis podwójny. Po prostu wczoraj wieczorem, w godzinach, gdy zwykle robię wieczorny wpis, byłem zajęty wytwarzaniem dużego artykułu do sobotniego Dziennika (znaczy ukaże się za kilka godzin) o poszukiwaniach obcych cywilizacji w kulturze popularnej. Zadzwonili, że chcą. To napisałem. W ramach kolekcjonowania motyli (ot, jeszcze jeden eksponat na tablicy z trofeami; jeszcze jeden tytuł zaliczony). Nigdy nie podejrzewałem, że Dziennik się do mnie odezwie. Wszak mają w cholerę własnych autorów (przez grzeczność nie napiszę co sądzę o merytoryczności większości z nich), ale tu chodziło o duży tekst do weekendowego wydania, więc widocznie szukali kogoś z szerszą perspektywą i bardziej wyluzowanego. To starałem się tak też napisać. Efekt jutro. I oczywiście wdzięczny będę za krytyczne komentarze.
Wczoraj była też kolaudacja ZAPa na sobotę. O popkulturowych fanach, fanatykach, kolekcjonerach. Szczegóły na podstronie.
A dziś z kolei wybrałem się na pocztę - miałem jakieś zaległe awiza. No i okazało się, że to niezłe strzały. Po pierwsze list z Woronicza, że wzywają mnie, jako dziennikarza współpracującego z TVP, do lustracji (łapię się, łapię) a po drugie paczka z Senditu (mojego głównego zaopatrzeniowca w brytyjskie edycje DVD) z ostatnim brakujacym czwartym sezonem “Babylonu 5″. Teraz mam już wszystko, co można mieć na płytach - paru komiksów i książek jeszcze mi brakuje. Ale seriale i filmy wszystkie. W niedzielę wywoże rodzinę na długi weekend w Bieszczady i może zrobię sobie wielki maraton Babylonowy. Bo przecież niektórych odcinków nie widziałem nigdy. A ponoć najlepiej się to ogląda właśnie jednym wielkim ciurkiem.
Tymczasem przez te dwa dni sporo się naoglądałem i naczytałem i nasłuchałem.
Najpierw płyty:
Sting - Brand New Day. No bo przynajmniej jeden Sting musi być w samochodzie. To jest. I jest na nim kilka świetnym kawałków: pierwszy, ostatni, a zwłaszcza Desert Rose, ale chyba sobie kupię pierwszą, czy drugą płytę Stinga i wymienię.
Aerosmith - Big Ones. Przed laty uwielbiałem ich wrzaski na równi z Pearl Jamem. Przeszło mi z wiekiem, ale do dziś lubię sobie wystukać rytm, albo poruszać brwiami w takt tych piosenek. To zbiór największych hitów (zwłaszcza z pierwszej połowy lat ‘90) ale najważniejsze, że zawiera moją ulubioną piosenkę Aerosmith. I jedną z ulubionych piosenek wszechczasów - Janie’s Got a Gun.
I wreszcie Harry Connick jr - Songs I Heard. Zbiór starych standardów (wszystkie pochodzą ze starych filmów) w wykonaniu orkiestry i jednego z moich ulubionych jazzujących artystów. Świetne na wyciszenie i rozluźnienie. I przypomnienie bo są tu zarówno “Oompa, Loompa” z “Willy Wonki”, “Over the Rainbow” z “Czarnoksiężnika z Oz” i inne piosenki z “Mary Poppins”, “Dźwięków muzyki” czy “Annie”. Connicka najbardziej lubię za soundtrack do “Maski”, tej z Carrey’em. Ale każda jego płyta to czysta przyjemność.
Filmy:
Moje życie beze mnie. Cóż… Nie kupiłem tego. To taka Hallmarkowa pocztówka o nowotworze. Młoda matka i żona dowiaduje się, że jest już w stanie terminalnym i zostało jej góra 2 miesiące życia. I zaczyna je przeżywać intensywnie - znajduje sobie faceta (bo dotąd była tylko z mężem), nagrywa kasety z życzeniami dla córek aż do ich osiemnastych urodzin, szuka mężowi następnej partnerki (i znajduje taką, która ma tak jak ona na imię - żeby mu było prościej). Nie ma jednak w tym filmie raka, nie ma cierpienia, umierania, rozpaczy. I nie wierzę w ten film. Może to kwestia doświadczeń, ale tego nie kupuję. Czuję się jak czytając bajkę o Czerwonym Kapturku w którym wilk zamiast zjeść babcię, związuje ją i chowa w szafie. Nie ma tu nic opresyjnego, wszystko jest miłe, sympatyczne i mdłe. I nawet jej chorobowe mdłości są nad podziw estetycznie pokazane. Już uczciwszy był Bogusław Linda w “Jasnych błękitnych oknach”. Powiedziałem to wszystko dziś podczas nagrania do “Kinematografu” Kłoopotowskiego. I chyba niespecjalnie mu się to spodobało.
Obejrzałem też Nienawiść. Ostre kino akcji sprzed równo dwóch dekad. Nick Nolte jako uczciwy teksański policjant, który staje sam przeciw wszystkim. W tym filmie Waltera Hilla jest mnóstwo używanych wcześniej klisz (ot, chociażby finał rżnięty sporymi sekwencjami z “Dzikiej Bandy”), ale całość wchodzi bez specjalnych oporów.
No i komiksy:
Ultimate Spiderman vol 8 HC. Błyskawicznie wchłonięty w trakcie kilkudniowego dyżuru w łazience. Coraz bardziej cenię i lubię tą serię. Bendis połączył w niej odnowienie legendy Spider-mana i opowiedzenie na nowo kilku klasycznych wydarzeń i postaci z nowoczesną narracją młodzieżową, wprost z obyczajowych opowieści typu “Blankets”.
Friendly Neighborhood Spider-man: Mystery Date TPB. A tu z kolei już nie “Ultimate”, ale ten klasyczny zwyczajny Spidey. FNSP to taka boczna seria (pisana przez mojego ulubieńca Davida) nie tyle ciągnąca główne wątki, co pokazująca jak wpływają one na otoczenia Petera, jego życie zawodowe, przyjaciół, znajomych. W tym tomie kilku Mysteriów (serio) atakuje szkołę w której pracuje Parker po tym jak w ramach “Civil War” ujawnił on publicznie swoją tożsamość. A potem jedna z dawnych sympatii Petera publikuje o nim oszczercze wspomnienia, pojawia się stary dobry Vulture. Uwielbiam jak David prowadzi narrację.
Sandman Mystery Theatre: Sleep of Reason #3 Poprzednie dwie części jakoś działały, ta mnie zmęczyła. Nie ma o czym pisać.
i na koniec po polsku Hellraiser. Wybór najlepszych (zdaniem Egmontu) komiksów rozgrywających się w świecie grozy Clive’a Barkera. Ja tam uparcie od lat zbieram tą oryginalną serię i już niewiele mi brakuje (jakby ktoś miał i chciał się pozbyć poszukuję numerów 6, 7, 18, 19, 20 i Hellraiser: Book of the Damned #3). Ten wybór nie jest specjalnie równy i muszę przyznać, że początek mnie rozczarował. Ale potem było już lepiej: “Pieśni Metalu i Ciała” Atkinsa i Dormana; “Kanony Bólu” Saltzgabera i Boltona; “Trupy gniją” Chichestera i Mignoli; “Wordsworth” Gaimana i McKeana. Zwłaszcza, gdy twórcy wysilali się, by pokazać inne drogi dostępu do Lewiatana niż kostka Le Marchanda robiło się coraz ciekawiej. Historie Atkinsa, czy Gaimana, w których bramę otwiera muzyka, czy krzyżówka to naprawdę kawał porządnej grozy. Ale kilka innych znalazło się tu zupełnie, moim zdaniem, bez powodu. Ja wybrałbym inne.

Ledwo stukam

April 26th, 2007

Dosłownie. Wczoraj padłem o 23. co mi się raczej nie zdarza. A dziś oczywiście młodzi zdjęli mnie z łóżka dość wcześnie i wstałem jakoś mocno obolały i ledwo ciepły. Ale siadłem i stukam. A wszystko przez to, że na wczorajsze zdjęcia do ZAPa o ekranizacjach komiksów moi szanowni realizatorzy wymyślili dość ekstremalny pomysł realizacyjny. Kręciliśmy bowiem w lesie. A dokładniej w małpim gaju. O tym. I ja tam byłem na górze. Parę razy. Samo chodzenie pomiędzy drzewami było znośne (choć teraz je mocno czuję w dłoniach i stopach), ale najgorsze były ponowne wspinaczki po drabinkach. Już nie te lata. Było, nie było - zajęcia z WF skończyłem na drugim roku studiów, czyli równo 15 lat temu. Potem w zasadzie odmawiałem szeroko pojętej aktywności fizycznej. Kiedyś byłem co prawda na siłowni (chyba Kasprzycki mnie zaciągnął), ale zdecydowanie mi się nie podobało. A dziś kilka godzin pod górkę i powtarzanie ujęć i znowu po drabince i znowu. Mieliśmy dwóch zawodowych opiekunów, którzy nas ubezpieczali i co chwila do czegoś przypinali, ale zanim się rozluźniłem i przestałem łapać za wszystko w zasięgu dłoni minęła przynajmniej godzina. Oni od samego początku mówili “Rozluźnij się” “Jesteś przypięty” “Możesz się puścić i nic się nie stanie, nie spadniesz, spokojnie”, ale jakoś im nie dowierzałem. Po chwili sam sobie ułożyłem w głowie. Już wiem, dlaczego się boję. Bo jak oglądam dziewczynkę wbijającą wampirom kołki, czy atak glutów z kosmosu to wiem, że to na niby. Ale jak w kolejnym filmie ten karabińczyk się psuje, lina się odwija i dziewczyna obok Sylwestra Stallone spada w przepaść to jakoś wygląda to dla mnie dość wiarygodnie i patrzę na te liny i metalowe pstryczki z niewielką wiarygodnością.
Aleśmy w końcu nakręcili. Efekty w następną sobotę. Pojutrze idzie inny odcinek - o fanach, fanatykach i zbieraczach popkulturowych.
A przedwczoraj zapomniałem linknąć - na Onecie wisi mój nowy felieton - o kinie OFF.
Niewiele wczoraj wchłonąłem, no bo kiedy i jak, ale przynajmniej posłuchałem troszkę muzyki jadąc:
Skończyłem składankę największych przebojów Pearl Jam - Rearviewmirror . Oj, lubię. Rzecz podzielona jest na dwie płyty. Obie zawierają w miarę chronologiczny wybór numerów grupy, ale na jednej są kawałki ostre, a na drugiej delikatniejsze (co nie zawsze oznacza, że delikatne). Tak, że pierwsza jest idealna na stanu maksymalnego zdenerwowania - można się odreagować już tylko ruszając ustami razem z Eddiem, a druga na sympatyczniejszo-liryczne momenty. Bo przecież ta druga zaczyna się “Black”, jedną z najpiękniejszych piosenek o miłości, jakie znam. I dobrze definującą mnie w pewnym momencie egzystencji (tak z 17 lat temu). Brakuje co prawda mojej ulubionej ballady “Indifference”, która zamyka płytę “Vs.” i z kolei idealnie definiowała moją sytuację życiowej 15 lat temu, ale i tak świetna płyta. Potem już nie było piosenek Pearl Jam z którymi bym się do tego stopnia identyfikował - może dlatego, że poznałem Dagmarę i już nie byłem tak kompatybilny z Vedderem…
Przesłuchałem też kończącą kolekcję Trójki płytę 2006. Zaczyna się od “Bombonierki”, piosenki Basi Stępniak-Wilk zaśpiewanej w duecie z Turnauem. To był wielki zimowy hit w Trójce. Niedźwiedzki to puścił z okazji urodzin Basi na początku listopada i słuchacze oszaleli. Numer błyskawicznie wskoczył na Listę i to na samą górę. A potem trzymał się tam naprawdę długo. Wydana ponad rok wcześniej płyta Basi nagle zaczęła się mocno sprzedawać i zrobiło się bardzo sympatycznie. Oczywiście “Bombonierka” pojawi się na koncercie Zielonego Szkiełka w październiku. A na płycie Trójkowej poza tym tak sobie. Podoba mi się Hey, Reni Jusis i jakoś chyba nic poza tym specjalnie. Ale za to chyba po raz pierwszy udało mi się zebrać po kolei bez żadnych dziur tak długą gazetową kolekcję czegokolwiek. W 20-tomowej encyklopedii Gazety Wyborczej do dziś mam dziury. A z “Dziennikiem” się udało. Dziwne. A właśnie zadzwonili do mnie z ich redakcji żebym im coś napisał do weekendowego wydania. To wieczorem siądę i napiszę - jak mi zmęczenie przejdzie. Choć w zasadzie już się rozstukowuję i piszę mi się coraz sprawniej.
Obejrzałem jeszcze wczoraj film Twardziel. Niemiecki dramat, który wchodzi jakoś za tydzień do kin. O 15-latku, który władowuje się w spiralę przestępstw, bo inaczej miałby przerąbane. No zupełnie jak w polskim kinie. No comments.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl