tygodniowe zaległości na raz
January 18th, 2010
I znowu tydzień przeleciał między palcami. Acz tylko w sensie wpisów na blogu, bo poza tym w redakcji zamykaliśmy lutową Nową Fantastykę, a ja rozmawiałem, kombinowałem, przeglądałem umowy i wymyślałem pomysły do chyba z pięciu nowych rzeczy nad którymi będę pracował w najbliższych miesiącach ku chwale moich kredytów, długów i zobowiązań wobec Urzędu Skarbowego. A rozpiętość tych pomysłów mieści się na skali od nowych książek (kilku) poprzez wykłady na uczelniach po produkcję programów telewizorowych. Jak podpiszę jakąkolwiek umowę to oczywiście pochwalę się tu szczegółówiej (chyba, że umowa będzie tego zabraniać).
Cóż poza tym? Jeszcze w kwestii istniejącej już książki: “Bond. Leksykon” został zrecenzowany na stronie www.tvp.info przez mojego dawnego przełożonego i zapalonego Bondologa (więc tym bardziej cieszy dobre słowo) i zauważyłem też o nim drobną, pozytywną, acz lekko kuriozalną w treści notkę w styczniowym numerze “Kina”. Czemu kuriozalną? Bo ciężko mi zrozumieć, jak pisząc stosunkowo niewiele o książce poświęconej Bondom ktoś skupia uwagę na takich detalach jak małe fotki autorów gościnnych umieszczone na końcu każdego z trzystronicowych eseików rozrzuconych po książce? Ale może ja się nie znam na tym, co interesuje czytelników tego prestiżowego miesięcznika…
A zmieniając temat oto cytat tygodnia z mojego uroczego pomiotu: “Tato, czy ja już mogę w przedszkolu przestać udawać, że jestem grzeczny? To takie męczące…” Nie wiem co z niego wyrośnie, ale z pewnością coś intrygującego.
A w ramach udokumentowania jakież to geny ukształtowały to stworzenie bieżąca porcja wideopogaduch na Onecie (znaczy, żeby była jasność - myślę o moich genach, a nie Myka): “Harry Brown“, “Księżniczka i żaba” (to coś mi nie wchodzi, ale może poprawią i link będzie działał), “Sherlock Holmes” i “Wszystko, co kocham“.
To co? Przechodzimy do wchłaniania, bo nazbierało się sporo, a do podsumowań zeszłego roku wrócimy w przyszłym tygodniu:
Kino:

Planeta 51 - i znowu weekendowy seans z dziećmi. Kolejna amerykańska animacja niby dla dzieci a tak naprawdę dla dzieci większych, acz nie do końca. Tym razem sf - oto planeta pełna ufoludków (w klimacie amerykańskich lat 50. - stroje, budynki itp.) na której ląduje ziemski astronauta. I jest potraktowany tak jak pewnie nasi by potraktowali kosmitę. Dużo zamieszania, trochę nawet śmiesznych żartów (że np. pieski na tej planecie to Alieny i obsikują wszystko kwasem), trochę żartów przekombinowanych, teksty też raczej przekombinowane (Wierzbięta poszedł miejscami (jak na film dziecięcy) w wulgaryzmy), ale w sumie dzieci bawiły się nieźle, ja bawiłem się nieźle, więc nie odradzam.
DVD:

Imperium wilków - kolejna (po “Purpurowych rzekach”) francuska ekranizacja powieści lokalnego mistrza od nadzwyczaj skomplikowanych fabuł sensacyjnych Jeana-Christophe Grange’a. Tym razem chodzi o tajne francuskie służby, które z tureckimi tajnymi organizacjami przestępczymi rozpoczynają uroczy chocholi taniec, w którego centrum znajdują się jeden młody policjant i jedna superturczynka. Do tego obowiązkowo Jean Reno i dużo wybuchów. Miało być iście hollywoodzko, wyszło tylko iście. Jak to zwykle we francuskim kinie.

Ostatnia misja - i jeszcze też z zaległości sensacyjnych - niespecjalnie udany film Wójcika sprzed ponad dekady. Jeśli dobrze pamiętam kolejność wydarzeń: najpierw pan reżyser WW kręcił przez lata niespecjalnie chętnie oglądane kryminały i sensacje kinowe, potem trafił mu się złoty strzał w postaci serialu “Ekstradycja”, a potem stwierdził, że skoro wreszcie go widownia doceniła i zrozumiała to wraca do kina. I oto efekt. Drewniana, nudna, sztampowa sensacja pełna nieudolnych dialogów, słabych plastikowych kreacji i w ogóle nudna. Nawet Gajos jest tu słaby, choć i tak w swej słabości jest tu najlepszy. Cała reszta jak to u Wójcika. Za kilka tygodni do kin wchodzi jego nowy film i to ponoć komedia romantyczna. Już mi się coś śmieje w środku…

Jak złamać 10 przykazań - komedia. Amerykańska niezależna. Pełna rozpoznawalnych twarzy i nazwisk (Rudd, Platt, Alba, Brody, Janssen, Ryder, Schreiber) i jakoś taka niespecjalnie poskładana. Jest nawet kilka zabawnych kawałków, ale nikną niestety w ogólnym chaosie. Podstawowe założenie jest takie, że narrator Paul Rudd wprowadza nas w 10 fabułek o łamaniu 10 przykazań (coś Wam to przypomina?). Rzecz jednak miejscami jest tak wymęczona, że włosy bolą. Żenuje nawet to, że dla utrzymania dość lichej linii fabularnej całości, przykazania są w niewłaściwej kolejności. Kiedyś już znalazłem kawałek tego filmu w sieci i się zachwyciłem, a w komentarzach RS rozwiał mój hurraoptymizm. Co tylko dobrze świadczy o interaktywności na tym blogu.
I jeszcze anegdotka o tym tytule. W zeszły weekend DVD z tego filmu leżało sobie u mnie w dużym pokoju na stole. I akurat tak się złożyło, że przyszedł z wizytą ksiądz. Żony nie było. Otwieram. Młody, kulturalny, pyta, czy przyjmuje. Że w sensie jego. Ja na to, że ja to nie, żona pewnie by i przyjęła, ale jej nie ma. Ale jest córka, niespełna rok temu okomuniowana to może ma ochotę (w końcu u mnie w domu jest tolerancja religijna). Majka powiedziała, że może przyjąć. Wszedł. Zostawiłem ich w dużym pokoju i wyszedłem. Chyba nie zauważył okładki DVD, bo usiedli przy stoliku, ale kto go tam wie? Wychodząc coś tam notował w zeszyciku…

Jestem na Tak - najnowszy Jim Carrey. OK, acz ciut wtórny w stosunku do “Kłamca, Kłamca”. Ot, niespecjalnie udzielający się społecznie Carl przekonuje się, by brać życie na tak. I odpowiadać twierdząco na każdą propozycję. Co daje rozmaite reperkusje. Kaniec filma. Bywało lepiej, bywało gorzej. Ale chyba wolę Carrey’a bardziej szarżującego i w bardziej głupkowatych fabułach.

Terminator Ocalenie: Seria Machinima - a to dopiero zawód. 6-odcinkowa seria animowana będąca czysto pretekstowym prequelem do ostatniego kinowego Terminatora. Ot, wzięto z niego najładniejszą panią (Moon Bloodgood), przerobiono ją na animację (po co? w oryginale jest ładniejsza!) i dopisano słabiutką fabułę o samodzielnym bojowniku “Duchu”. Całość wygląda jak zapis jakiegoś etapu w grze komputerowej i to nienajciekawszego. Różne rodzaje robotów padają jak kawki, a my patrzymy na biegające nieprzekonująco animowane ludziki na zmianę z wysłuchiwaniem patetycznych monologów o przetrwaniu. Szkoda czasu.

Grudge 3 Powrót klątwy - nigdy nie przepadałem za tym cyklem, ale co tam, była w nim Buffy, to oglądałem. A teraz już jej nie ma. Część trzecia, wprost na wideo, biedniejsza, smutniejsza i ciut słabsza (choć tamte też nie były jakieś mocarne). Co zabawne dopiero tej opowieści o mordującej klątwie przyznano wyższą kategorię wiekową (poprzednie były dla młodszych). Absolutnie nie wiem dlaczego - nawet porządnej nagości nie było.

Boogeyman 3 - Ostatni rozdział - oby ostatni. Znowu trzecia część serii robiona już prosto na wideo pełna panienek z akademika w nocnych koszulkach, albo i bez, cystern krwi z komputera i nieprzekonującej fabuły. Wszystko to było już w dużych ilościach gdzie indziej (choć oczywiście niektóre panienki zupełnie nowe), ale fabularnie to popłuczyny po Kruegerze i to co najwyżej trzeciej/czwartej wody (czy raczej krwi). Pod koniec na chwilę robi się ciekawiej (przez chwilę rzecz sprawia wrażenie sensownej i interesującej dramaturgicznie), ale nie wytrzymali do końca i musieli wrzucić kilka kolejnych puent, a co jedna to bardziej oczywista i przewidywalna. Słowem - i’m to old for this shit…

Efekt motyla 3 - obejrzałem te trzy filmy bo chciałem zrobić do Nowej Fantastyki łączną recenzję pod tytułem “Trzy po trzy”, ale stwierdziłem, że szkoda na te tytuły miejsca. Bo tu też cieniutko. Jak jedynka była jeszcze o czymś i nieźle się to oglądało, dwójkę mam na półce, ale jeszcze do niej nie dotarłem (a KRL mi odradzał więc się nie śpieszę), to trójka ssie straszliwie. Scenarzystom niesłusznie wydawało się, że wiedzą o co w tyc podróżach w czasie chodzi, wymieszali to z fabułą kryminalną i wyszło coś na poziomie sensu, jakości i atrakcyjności “Strażnika czasu” i to bez Van Damme’a. Czyli nienajlepiej.

Funny People - no i wreszcie coś pochwalę. Z pełnym przekonaniem. Czekałem na ten film od dawna, ale ominął on łukiem nasze kina i wprost na płytki. Trzeci, najnowszy Judd Apatow, czyli opowieść o zmęczonym życiem komiku (Adam Sandler), który ma szeroko pojęty kryzys. Nie dość, że jest w stanie terminalnym(trochę tu przychodzi na myśl “Człowiek z księżyca”), to jeszcze nudzi się strasznie i przygarnia sobie padawana (Seth Rogen), który nie ma lekko. Do tego jeszcze wątek o odzyskiwaniu utraconej miłości z młodości (Leslie Mann) i mamy w miarę pełny obraz tego zabawnego (acz nieprzesadnie), uroczego obyczajowego eposiku o showbiznesie współczesnej Ameryki. Mi weszło z wielką przyjemnością, czego i Wam życzę.

Gwiezdne wrota 9/12-20 - i druga połowa przedostatniego sezonu pękła. Wszystko w “Stargate” już było i teraz to tylko mniej lub bardziej udane permutacje poprzednich pomysłów, ale da się oglądać (zwłaszcza jednym okiem robiąc coś jeszcze). A już za chwilę sezon dziesiąty i ostatni.

Prezydencki poker 4/21-5/8 - a oto i mój ulubiony obecnie serial. Przełom sezonu to jak zwykle porządny cliffhanger - tym razem porwanie córki prezydenta i zrzeczenie się przez niego władzy na rzecz ichniejszego marszałka sejmu i to z konkurencyjnej partii (świetny John Goodman), bo akurat był wakat na funkcji wiceprezydenta. Świetne. A późniejsze konsekwencje jeszcze fajniejsze, bo marszałek (po zaprzysiężeniu na chwilowego prezydenta) nie mógł wrócić na stary stołek. Nowy zaś szedł na zwarcie i doszło do zawetowania budżetu, co tam jest jednoznaczne z zamknięciem całej budżetówki. Tak z godziny na godzinę. Nie do końca rozumiem te ekonomiczne kwestie amerykańskie, ale ogląda się to znakomicie. Uroczy subplot to błąd jednego z głównych bohaterów, który przegina i traci poparcie jednego z ważnych senatorów (Tom Skerritt), a w efekcie traci też praktycznie robotę i znaczenie w kancelarii. Też z godziny na godzinę. Piękne. I jakże wyidealizowane z naszej perspektywy.

Doctor Who: Dalek Invasion of Earth -ha! I mam następnego uroczego, starusieńskiego doctora who w mojej kolekcji (lubię takie prezenty). To jego słynne drugie spotkanie z Dalekami (AD 1964), gdy ich inwazja niszczy Ziemię w przyszłości. Cudne sekwencję latających spodków na sznurku przesuwanych przed czarnobiałym zdjęciem Londynu, mocne, wyraziste zwroty akcji (jak to u Brytoli) i po prostu kawał fabularnego mięcha. Uwielbiam i bardzo powolutku sobie kompletuję!

Dave Chapelle Show 1/7-10 - a przed snem sobie dawkuję uroczego Dave’a Ch. A ten nie oszczędza nikogo. Pokazuje swoje autorskie wersje hollywoodzkich hitów, nabija się z murzyńskich piosenkarzy, gier wideo, telewizyjnych kanałów historycznych a nawet z szału wokół fundacji typu “Make a Wish!”. Może coś zademonstruję jako przykładzik - oto chapellowska (i jak się chwilę zastanowić to przecież dość oczywista) wersja “Pretty Woman”:
Literatura:

George R.R. Martin - Retrospektywa 1: Światło odległych gwiazd - niektóre książki czyta się latami. Ja tak miałem z tym tomem zbierającym wczesne opowiadania jednego z najlepszych fantastycznych opowiadaczy. Tak wyszło. Dopiero niedawno zdobyłem nowy egz. i doczytałem ostatnich kilka tekstów. I bardzo polecam. Raz, że Martin jak mało kto potrafi snuć świetne, wyraziste i przemyślane opowieści, a dwa i przede wszystkim dla wstępów - co kilka opowiadań jest bowiem spory rozdzialik wspomnień Martina który pięknie, merytorycznie i ze sporą porcją autoironii opowiada jak mu się życie snuło i skąd poszczególne pomysły i fabułki. Pięknie stąd można się dowiedzieć np. jak z perspektywy amerykańskiego nastolatka wyglądały początki wielkiej fali komiksów Marvela w latach 60. czy rynek magazynów z opowiadaniami sf w USA dekadę później. Bardzo polecam.
Komiks:

Largo Winch tom 2 - czyli kolejne cztery oryginalne albumy serii o skrzyżowaniu Bonda z Bruce’m Wayne’m i podręcznikiem ekonomii. Z tej perspektywy muszę stwierdzić, że to chyba najlepsza z długich cykli Van Hamme’a. Szybkie, gęste, płynnie opowiadane. Ja wiem, że wcześniej były powieści (może w tym sekret sukcesu), ale wciąga się to naprawdę sympatycznie. I nic dziwnego, że to jedna z najlepiej dziś sprzedających się serii komiksowych we Francji.

Streets of Glory - kolejna westernowa opowieść Ennisa wydana w Avatarze. Ot, taki starzejący się Eastwood i lokalne dzikozachodnie zamieszanie. Ultrabrutalnie i nostalgicznie. Niezłe, acz nieobowiązkowe.

Daredevil Brubaker Omnibus 1 - kolejna kopiasta porcja Daredevila. Dwadzieścia kilka zeszytów duetu Brubaker/Lark (tegoż, który chwaliłem niedawno w “Gotham Central”), który sprowadza na głowę biednego Murdocka wszystkie plagi świata. Bendis na koniec swego runu wsadził go do więzienia. Brubaker najpierw zanim go wypuścił, porządnie sponiewierał, potem przegonił po Europie i wreszcie spsuł mu małżeństwo w sposób przerażający i tak solidny, że wcześniejsze uśmiercanie ukochanych MM to przy tym pikuś. Słowem, to fabularnie kawał porządnej roboty z przewagą roboty i wyśmienity komiks. Choć oczywiście nie z perspektywy tytułowego bohatera.

X-Factor: Time and a Half HC - Peter David dalej rządzi i pokazuje kolegom scenarzystom jak można pisać scenariusze komiksów superbohaterskich żeby było interesująco, mądrze i zabawnie zarazem. Jego “X-Factor” od lat jest klasą samą dla siebie. Tym razem też. W tym tomie m.in. wstrząsające rozwiązanie ciąży Theresy, Jamie skacze w przyszłość i wreszcie może z Laylą, a poza tym flirty, trupy, geje. Dobry komiks.

Ultimatum HC - komiks w którym pan Loeb rozpiernicza uniwersum “Ultimate”. Trup ściele się gęściej niż w większości elseworldów (choć tradycyjnie Wolvie, czy Thor pewnie jakoś wrócą), Magneto wreszcie decyduje się na hardcore, a miliony szlag trafia. Na plus z pewnością trzeba zauważyć, że Loeb (jak rzadko który scenarzysta Marvela) zauważa, iż ogólnoświatowy kryzys powinien mieć również miejsce poza Nowym Jorkiem. Zaś mordowanie znanych postaci sprawia mu wyraźną przyjemność. W sumie całość jako zwarty tomik nawet tak źle się nie prezentuje, ale jak sobie pomyślę ile z tej fabuły wyciągnąłby ktoś naprawdę utalentowany, to trochę żal.

Star Wars Komiks 1/2010 - bieżący numer polskiego miesięcznika komiksowego SW. Jakiś taki sympatyczny nawet. Duża historia w całej swej straszliwej wręcz schematyczności wchodzi naprawdę fajnie (Obi-Wan wraca z ważnej misji i wspomina poległych Jedi), a króciaki to fajna prosta historia poszerzająca biografię Boba Fetta i żarcik rysunkowy z robotami. W sumie znacznie lepiej niż poprzednio - dobra wróżba na nowy starwarsowy rok.

Wednesday Comics 2-12 - i zmęczyłem. Wielki, już zeszłoroczny projekt DC wielkoformatowego gazetowego komiksu cotygodniowego. Co (wielka) strona to inny komiks w odcinkach. I tak przez trzy miesiące. Pierwszy numer już kiedyś tu opisywałem, pora podsumować resztę (a zamiast 11 okładek taka promocyjna grafi(cz)ka). Więc może po kolei:
- Batman (Azzarello, Risso) - klimat jest, fabuła pretekstowa, całość niezła.
- Kamandi (Gibbons, Sook) - fajne, gęste, dobrze napisane i w klimacie klasycznego Kirby’ego.
- Superman (Arcudi, Bermejo) - głównie mocne obrazkami, ale w sumie nie tylko. Jeden z mocniejszych punktów całości. Chyba optymalne wykorzystanie formuły płachty.
- Deadman (Bullock, Heuck) - ciut przekombinowane, ale taki i bohater. W sumie na plus.
- Green Lantern (Busiek, Quinones) - świetne, idealnie spasowana fabuła i kreska, dobre cotygodniowe cliffhangery. Kawał porządnego rzemiosła.
- Metamorpho (Gaiman, Allred) - dwaj komiksowi gracze konwencjami zagrali się tu miejscami na śmierć, ale w kilku innych miejscach pokazali klasę. Nierówne, ale godne uwagi.
- Teen Titans (Berganza, Galloway) - tego nie kupiłem. Niby coś, a jakoś nic. Rysunek niczego sobie, ale nie ratuje sytuacji.
-Strange Andventures (Pope) - a tu też pan odjechany, acz konsekwentnie i ciekawie. Dziwne, dziwne, ale tak, że aż chce się czekać na kolejny tydzień i kolejną planszę. A oto tu w końcu chodzi!
- Supergirl (Palmiotti, Conner) - proste, zabawne, sympatyczne. Druga liga, ale takich rzeczy też trzeba, by wypełnić gazetę.
- Metal Men (Didio, Lopez, Nowlan) - przefajnowane, Didio chciał pokazać, że szef też umie i trochę za bardzo się napiął. I miejscami popuścił. Ale i tak nieźle się czyta.
- Wonder Woman (Caldwell) - a ten to straszliwie przegiął. Uparł się zmieścić na każdej z tych plansz tyle fabuły, ile inni rozciągają na kilkanaście plansz. I miejscami jest tak gęsto, że aż można stracić wątek. A szkoda, bo historyjka nawet fajna.
- Sgr. Rock (Kubert, Kubert) - w sensie, że Adam wymyśla, a tata rysuje. I żaden się nie przemęcza, bo fabuła szczątkowa a kadry wielkie. Poprzedzający ich Caldwell całą tą opowieść zmieściłby w jednym swoim odcinku. A Kuberci się nie śpieszą. I moim zdaniem, trochę marnują tu miejsce.
- Flash (Kerschl, Fletcher) - jedna z najbardziej skomplikowanych fabuł w zestawie. Ale świetna. Mądrze podzielona, pokombinowana, fajnie i adekwatnie narysowana. Dobre, dobre.
- Demon, Catwoman (Simonson, Stelfreeze) - lubię tego rysownika, jeszcze bardziej lubię te postacie, ale nie wykorzystano tu ich potencjału nawet w ułamku. Wyjściowy pomysł Waltera może i był niezły, ale poprowadził go tak sztampowo i bez przekonania, że aż żal rzyć ściska.
- Hawkman (Baker) - dobre. Po prostu. Hawkman jako postać nie daje wielkiego pola do popisu, ale Kyle potrafił z tego wybrnąć dopisując do fabuły samoloty, dinozaury, gościnnych superbohaterów a całość rysująć w sposób naprawdę przykuwający uwagę. Dobre.

The Incredible Hercules #132-135 - Panowie Pak i Van Lente uznali, że wariacje na mitologię grecką to już za mało i poszli na boki. A to wzięli się na mit. nordycką, a to za sf z lat 50. - radości dalej w tym co nie mia ra. I dalej świetnie się człowiek bawi czytając o przygodach Herculesa, młodego Zeusa, Amadeusa, Ateny i reszty.

The Brave and the Bold #27 - Panie i Panowie: J. Michael Straczynski wylądował. W DC. I tym pięknym zeszycikiem pokazał jak można się bawić postaciami z dalszych planów, z dawnych lat, z minionych pomysłów fabularnych. On to umie nieomal jak nikt. Tu sięgnął po stare dobre “Dial H for Hero” i udowodnił, że w tych ramotkach jest wciąż mnóstwo poweru jeśli ma się talent do snucia opowieści. Polecam.

Wildcats #14-15 - tymczasem w Wildstorm. Po zniszczeniu świata i wylizaniu ran Dzikie Koty zaczynają kombinować. A potem łączą swe siły z Team 7 i doprowadzają do jednej z najciekawszych konfrontacji w historii uniwersum: Max Faraday vs Tao. Bóg vs UberJoker. Podoba mi się.
alfabet reżyserów Bon-Bor i coś tam jeszcze
January 11th, 2010
I znowu niedziela. Jak ten 2010 szybko schodzi. No to szybciutko kolejna trójka reżyserów z mojej półeczki:
Joon-ho Bong - mistrz z Korei Poł. Absolutnie kupił mnie filmem “Host”. To możliwa tylko w dalekowschodnim kinie opowieść o potworze, która jest równocześnie pastiszem i parodią, hołdem dla Godzilli i świetnym kinem obyczajowym, dramatem i komedią. Misz-masz gatunków jaki nie przyszedłby do głowy nikomu po tej stronie Mongolii. Bong nakręcił coś wcześniej, coś później i na pewno to sobie obejrzę, ale już się tak nie śpieszę. Bo tam nie ma potworów. Ale obejrzę. Bo po “Hoście” obejrzę z pewnością wszystko tego reżysera. A jeśli jakoś przegapiliście H. oto trailerek:
John Boorman - świetny brytyjski wymiatacz. Reżyser m.in. “Piekła na Pacyfiku”, “Zardoza”, “Uwolnienia”, “Excalibura”, “Egzorcysty II”, “Generała” czy “Krawca z Panamy”. Płodny skurkowaniec. Zresztą nie tylko w tym - dzieci też ma siódemkę. Z jego dorobku (tego kinowego) najbardziej doceniam oczywiście zmierzenie się z legendami arturiańskimi w “Excaliburze” - zdecydowanie jednym z najlepszych filmów fantasy w historii. Oto np. boormanowska ociekająca krwią i błotem wersja jednej ze słynniejszych scen z mieczem na E.:
Jacek Borcuch - i zdążyłem dojść do Borcucha przed premierą kinową “Wszystko co kocham” (już w najbliższy piątek). Bo tym filmem - co powtarzałem już wielokrotnie i tu i w innych miejscach - kupił mnie absolutnie. Jako aktora lubię go tak sobie, jako reżyser do niedawna również. Mnie jakoś nie urzekły “Tulipany”, nie powaliła “Magda M.”, ale w końcu mnie zachwycił. W tym roku. W tym filmie. Odkąd wyjechałem z Gdyni powtarzałem, że nie “Rewers”, nie “Dom Zły”, tylko “Wszystko co kocham” było zdecydowanie i absolutnie najlepsze. I jakoś mnie potem nie zdziwiło, że to właśnie ten film stał się pierwszym polskim tytułem w historii zaproszonym do konkursu w Sundance. Trailer pokazywałem kilka dni temu, to może dziś teledysk z filmu. Proszę:
I tyle na dziś reżyserów. Z zaległości jeszcze może nasz onetowe zaległe pogaduchy. Sporo się tego nazbierało: “Avatar“, “Templariusze. Miłość i krew“, “Parnassus“, “Głód“, “Daybreakers - Świt“, “Ciacho“. I jeszcze nasze podsumowanie 2009 r. i parę zdań o świetach w telewizji.
A o wchłanianiu (a wciągnąłem ostatnio m.in. klasycznego Doctora Who, omnibusa Daredevila i najnowszy film z Jimem Carrey’em) już w przyszłym tygodniu.
alfabet reżyserów Bog-Bol i spawanie wszystkiego
January 4th, 2010
Ta pierwsza niedziela… 2010 roku. Zanim więc przejdziemy do podsumowywania zeszłorocznego przemiału komiksowego pora na kolejną trójkę reżyserów z mojej półeczki. Oto więc:
Jurek Bogajewicz - piszę Jurek, bo on tak się podpisuje. A zresztą kiedyś się poznaliśmy i od razu w pierwszej (i jedynej) rozmowie przeszliśmy po amerykańsku na ty. Bo to w dużej mierze reżyser amerykański. Choć polski. Bo urodził się tu. Ale kręcił tam. A teraz kręci tu. W Stanach już jego debiut “Anna” zaliczył nominację do Oscara za główną rolę żeńską (Sally Kirkland). Potem nakręcił jeszcze uroczy filmik o trójkącie “Trzy serca” (on kocha się w niej, ona w tym drugim, a ten drugi w tym pierwszym) i thriller “Osaczony”, gdzie można zauważyć jego przyszły komediowy potencjał, bo przecież nie można na poważnie obsadzić Mickey Rourke’a jako psychoterapeutę. Z nowym tysiącleciem Jurek wrócił do macierzy i najpierw próbował zrobić coś serio (”Boże skrawki”) a potem okazało się, że potrafi telewizyjnie rozśmieszać. Za pierwszym razem wyszło genialnie (”Kasia i Tomek”) za drugim znacznie, znacznie gorzej (”Camera Cafe”), a za trzecim zupełnie nieźle, by nie powiedzieć, że jak na polskie standardy to naprawdę dobrze (”Niania”). I jestem ciekawy co dalej? W ramach seans(ik)u poglądowego trailer najmniej znanego w Polsce filmu Bogajewicza - tego z Rurką:
Peter Bogdanovich - a ten to nie Polak. Amerykanin (z serbskimi korzeniami). Znany ogólnie z jednego kultowego tytułu “Ostatni seans filmowy”. Po nim (czyli po 1971 r.) jechał już bardziej siłą rozpędu. Zdarzały mu się rzeczy niezłe (”Papierowy księżyc”, “Maska”), zdarzały dziwne (”Ktoś tu kręci”, “Texasville” - nakręcona 20 później kontynuacja “Seansu”). W ostatniej dekadzie Bogdanovich jest głównie rozpoznawalny dzięki zaangażowaniu w serial “Rodzina Soprano” - pojawił się w 15 odcinkach, a jeden nawet wyreżyserował. Z mojej perspektywy najciekawsze są jednak jego początki - to wychowanek Cormana i to właśnie jego nazwiskiem podpisany jest film “Wyprawa na planetę prehistorycznych kobiet” z 1968 r. - amerykańska wersja (dubbing + głupawe dokrętki) świetnego filmu sf Pawła Kłuszancewa “Planeta burz” z ZSRR (to właśnie ten Kłuszancew i ta “Planeta burz”, którą zajmowałem się w wakacje na festiwalu w Kazimierzu).
No to gotowi na prehistoryczne kobiety? To proszę:
Uwe Boll - najgorszy reżyser współczesnego kina popularnego. Żamojda może mu buty czyścić. Boll kręci film za filmem (najczęściej na podstawie gier komputerowych), wychodzi klapa za klapą, a on z jakimś niesamowitym niemieckim supertalentem zdobywa pieniądze na kolejne. Fascynujące. Najcudniejsze w tym gościu jest to, że gdy jakiś krytyk mu za bardzo dołoży, to Boll wyzywa go na bokserski pojedynek. I wygrywa. Oto więc bez dłuższych komentarzy trailer do słynnego dzieła Uwe Bolla “House of the Dead”, wg rankingu IMDB filmu nr 53 ze wszystkich jakie kiedykolwiek nakręcono. Licząc od samego dołu listy:
I tyle na dziś reżyserów. Ale jeszcze nie zamykam okienka. Wszak nawet w tytule notki jest coś więcej. A dokładniej jest tekst, który zobaczyłem przejeżdżając 1 stycznia przez Nową Hutę - taka reklama była. “Spawanie wszystkiego” i numer telefonu. Brzmi zachęcająco, prawda?
Cóż poza tym z sylwestrowego wyjazdu? Dzieci sobie pozjeżdżały na sankach, myśmy pojeździli po okolicy, ja podjechałem i poprowadziłem audycję z Krakowa (gość - Michał Rusinek). W tamtą stronę przejechało się świetnie (ciut ponad 4 godziny; nie wiedziałem, że do Radomia jest już dwupasmówka całą drogę), z powrotem znacznie gorzej (ponad 6 godzin, śnieg i w ogóle). Ale już jestem z powrotem przy swoim stole i przystępuję ze wzmożonym wysiłkiem do dalszej walki o lepsze jutro.
A i jeszcze co nieco wchłonąłem (w ramach noworocznego przesilenia):
DVD:

E=mc2 - bieda. Tak jakoś mi wypadło na półce, by to obejrzeć i było równie niesmaczne, jak przed laty za pierwszym razem. Lubaszenko przekombinował intelektualnie (że sobie tak zażartuję) i powstał film mdły i nijaki (bo ani śmiesznowulgarny jak poprzednie, ani śmiesznyinaczej, a już na pewno nie śmiesznointeligentny jak się pewnie twórcom wydawało). Pazura tym razem ssie, Lubaszenko ssie, Włodarczyk ssie (choć pod kołdrą). Jedno co zabawne - można zobaczyć jak, zanim wybuchła mu popularność, grywał Szyc Borys (tu w epizodzie studenta zaliczającego). Ale nawet i z tym nie warto.

Gwiezdne wrota 9/9-11 - ot i już środek przedostatniego sezonu. W tej porcyjce pokazuje się pomiot Anubisa (acz na szczęście jednorazowo) i źli Ori atakują Ziemię. Na razie przy pomocy wirusa. I pomoc przychodzi (muszę przyznać) z nieoczekiwanej strony. Fajnie, że dziewięć lat na karku a im wciąż się chce kombinować. I wciąż potrafią zaskoczyć.

Prezydencki poker 4/17-20 - wciąż świetnie. Choć momentami jak słyszę te lewicowe hasła i Demokratyczne slogany to jakoś nie zawsze się z nimi zgadzam (ot, np. by zwiększać podatki lepiej zarabiającym). Ale wciąż jestem pełen podziwu dla wiarygodnego patosu i naprawdę przekonującej uczciwości tych filmowych postaci. Bo to ludzie, którym kłamstwo (nawet w słusznej sprawie) nie przejdzie przez usta. Misja i służenie Ojczyźnie - oni tak na serio. I jakoś potrafię tu w to Sorkinowi uwierzyć. A przy okazji trzeba odbić żołnierzy porwanych w Afryce, przyjąć córkę prezydenta do Córek Amerykańskiej Rewolucji, wylądować Air Force One, któremu nie działa jedno światełko czy pograć w pokera. Gościnnie Matthew “Chandler” Perry - ten sam, który przecież w kolejnym serialu Sorkina zagra główną rolę.

Dave Chapelle Show 1/1-6 - a przed snem zacząłem sobie oglądać takiego śmiesznego czarniawego gościa. Też mi go od kilku lat polecano i wreszcie zacząłem. I warto. Chapelle pięknie odświeża ideę standupu i ostrych skeczy telewizyjnych. Bo jest to ostre, momentami wręcz wulgarne, momentami dziwne, ale przede wszystkim naprawdę śmieszne. Chapelle ma genialną łatwość kontaktu z żywą publicznością i pięknie potrafi sobie kpić z popkultury (zwłaszcza z telewizji). Widziałem już (w tych 6 odcinkach) piękne skecze parodiujące specjalną edycję DVD “Korzeni”, telezakupy, wiadomości czy zamieszanie wokół Oscarów. Już rozumiem jak ten facet w ciągu jednego sezonu wskoczył do pierwszej ligi rządzących humorem w USA. Zobaczcie zresztą sami małe promo:
Komiks:

March on Ultimatum HC - sympatyczny tomik z przeglądem marvelowskiego świata Ultimate. X-Men tłuką się z FF (w teraźniejszości i przyszłości), Cap America i origin Black Panthera, Spider-man vs Mysterio (a MJ chce posunąć się dalej) i wreszcie Hulk i Zarda (co to się zaplątała do tego uniwersum) tłuką się a potem zgodnie z zasadą “Kto się czubi, ten się seksi” idą do łóżka. A za wszystkim stoją Bendis, Loeb i Coleite & Pokaski (duet znany z telewizyjnych seriali “Crossing Jordan” i “Heroes”). Przyzwoite, acz przeciętne.

Gotham Central: Jokers and Madmen HC - cudo. Brubaker i Rucka w świetnej formie w opowieści o gothamskich policjantach. Tych, którzy muszą sprzątać po Batmanie. Bo przecież ten przyleci, kopnie kogo trzeba i poleci. A posprzątać trzeba. To inna świetna próba uprawdopodobnienia świata superbohaterów, przybliżenia go do rzeczywistości. Bo przecież w takim świecie też trzeba wykonywać codzienne policyjne obowiązki. To tacy “Nowojorscy gliniarze” tylko w Gotham. Tacy, którzy muszą próbować zmierzyć się z Jokerem, z mafiozami, z Mad Hatterem. A równocześnie mają dzieci, psy, romanse, kompleksy. A napisane jest to świetnie. I przekonująco narysowane - Michael Lark się kłania (ten sam, który potem z Brubakerem tak pięknie pociągnął “Daredevila”). “Gotham Central” to seria, która skończyła się już ładnych parę lat temu, ale była jednym z najciekawszych tytułów tej dekady. Serio, serio.

Marvel Your Universe #2-3 - a tu bardzo sympatyczny półhurt. W cenie dwóch zeszytów dostajesz pięć. Czyli czytania pod dostatkiem i przy okazji niezłe popróbowanie kilku dotąd niesmakowanych serii. Z proponowanego zestawu znałem wcześniej tylko “Iron Fist” i muszę przyznać, że (jak rzadko) w zeszytach wchodzi mi to lepiej niż w tomie. A oprócz tego zupełnie niezła “Ms. Marvel” Reeda, dobry “Nova” Abnetta i Lanninga, przyzwoity “X-Men: Legacy” Carey’a i najsłabszy w zestawie “Ghost Rider” Way’a. Ot, coś w sam raz na dłuższy przejazd autobusem.
grubsze rozpisane
December 6th, 2009
No to przy sobocie, jednym okiem spoglądając na finał “Mam talent”, drugim sprawdzając, co piszę (bo tak zupełnie bez sprawdzania jeszcze nie umię) i zerkając czasem na puste mieszkanie (bo mnie jakoś rodzina chwilowo osłomianowała). Pora na wpisa. To najpierw kwestie formalne:
- napisałem poprzednio, że w KZ to pierwsza i jedyna recenzja mojego książkowego wywiadu z Polchem. No to mnie mailowo sprostowano. No to się kajam i przyznaję, że jedna recenzja była już wcześniej.
- a z kolei o “Bond. Leksykonie” z taką lekką nieśmiałością, ale i niekłamaną satysfakcją rozpisał się wreszcie jego eseista, a przy tym szef Esensji Konrad Wągrowski i to na jej łamach. A potem jeszcze wrzucono tę pozycję na listę 100 najbardziej polecanych przez E. książek pod choinkę. Trochę tak właśnie była wymyślona…
- coś słyszałem, że dziś bondleksykon rozdawali w “Dzień Dobry TVN”, ale nic o tym nie wiem.
- a w Onecie kolejne nasze pogaduchy filmowe: “Dom Zły“, “Prawo zemsty“, “Zdobyć Woodstock“, “Mikołajek” i “Zombieland“.
A teraz już w ramach prezentu Mikołajkowego biorę się za wchłanianie i postaram się obok świeżynki opisać jak najwięcej z komiksowych zaległości:
Kino:
Zombieland” - no, uśmiałem się. Ot, sympatyczny hollywoodzki produkcyjniak wynikający z wielkiej popularności zombie, w sporej części z atrakcyjnej (lekko tu skresowanej) formuły książki pana Brooksa, no i z ogólnie dobrze rozumianego wyluzowania. Ot, ze świata w którym rozgrywa się również (acz zupełnie na serio) komiks “Żywe trupy” dostajemy inną historię - opowiedzianą z potężnym dystansem i obrzydliwie wręcz miejscami śmieszną. Czwóreczka postaci pomyka przez USA tłukąc zombiaki, lubiąc się, podpuszczając i zdradzając, a przede wszystkim spotykając Billa Murray’a (cudny epizodzik). No, śmieszne.
A “Mam talent” wygrał właśnie pan z akordeonem. To prawie jak zombie…
DVD:
Zły Mikołaj - nadrobiłem to wreszcie w ramach przygotowań do tekstu, jaki mam napisać do świątecznej “Gazety Telewizyjnej”. No i właśnie… Może jak bym to obejrzał kilka lat temu, zaraz po premierze, to zachwyciłbym się tak jak wielu kolegów. A dziś widziałem już tyle innych filmów w tej samej konwencji, że jakoś historia podłego gnoja, który zmienia się pod wpływem dziecka, a jako gnój jest zaprzeczeniem archetypu sympatycznego Mikołaja jakoś mnie nie podrajcowała. Chociaż to Thornton, chociaż to niby takie śmieszne i w kontrze do dobrych obyczajów. Dupa Jasiu. Oczywistość goni oczywistość, klimat wtórny i wszystko polukrowane taką poprawną niepoprawnością. Wszelkie szarże są kontrolowane i zatrzymują się w bezpiecznym miejscu, a w finale i tak wiadomo, że będzie jak zawsze. Nuda. Jakoś po zasłyszanych zachwytach oczekiwałem więcej niż kolejnej standardowego pitolenia o nawróconym grzeszniku. Ostatnie 2-3 lata takie filmy odesłało do lamusa.
Gwiezdne wrota 8/6-8 - sezon się rozkręca, acz jakoś większość czasu spędzamy tym razem na Ziemi. Najpierw Teal’c bierze się za grę - wirtualną symulację walki w kwaterze SG i program go nie chcę wypuścić; potem tenże Teal’c zamieszkuje poza bazą i robi się dziwnie (gościnnie Erica Durance tuż przed objęciem roli Lois Lane w “Smallville”) a w końcu pewien biznesman chce ujawnić istnienie kosmitów i w ogóle całego serialu. W sumie bez rewelacji, ale weszło mi nieźle.
Dr House 4/12-16 - ostatnia porcja z tego sezonu w której nowa ekipa się dociera na kilku kolejnych przypadkach (świeżo nawrócona chasydka, zbyt uprzejmy pacjent, aktor z ulubionej soap opery House’a) i wyrazisty finał rozpoczynający się od fajnej katastrofy a kończący naprawdę dramatycznie. I znowu, cholera, trzeba czekać miesiącami aż wydadzą w Polsce następny sezon…
Telewizja:
FlashForward 4 - i poprzedni odcinek kończył się zapowiadając coś wreszcie oryginalnego (Somalia). Ale oczywiście nie poszli tym tropem, tylko zajęli się permutacjami innych wątków. Oj, szkoda. Niech się tu coś zacznie, bo mi się znudzi i na resztę poczekam na DVD.
Literatura:
Elliot Tiber, Tom Monte - Zdobyć Woodstock - wspomnienia tego pierwszego z panów, które stały się podstawą dobrego filmu Anga Lee, który wciąż można zobaczyć w naszych kinach. I jak film mi się podobał, to książka jest jeszcze lepsza. Mocniejsza, bardziej wyrazista, opowiadająca również o młodości Elliota o której nie powinni czytać niepełnoletni. Ta lektura (świetna sama w sobie) jest też idealną pomocą dla aspirujących do zabawy w pisanie scenariuszy - to jak przetrasponowano ją w film jest rewelacyjną robotą: wybrano to co najlepsze, idealnie przekazano charaktery i zamieniono opisy w wydarzenia, miejscami przeniesiono akcenty, żeby coś jeszcze mocniej wypunktować. Zawodowstwo. A równocześnie nie przeszkadzające w samodzielnym istnieniu dwóch dzieł kultury. Oto zatem wspomnienia młodego Żyda z Nowego Jorku, który (stłamszony przez rodzinę i własne żądze) wpada w niezły kanał. I wyzwala się z niego organizując najsłynniejszy festiwal świata. Dobre. I jeszcze do tego prawdziwe.
Komiks (no to jedziemy z tymi zaległościami):
Monte Cassino się narobili. I to w szczytnym celu. Szkoda tylko, że nie potrafią. Niestety to komiks na poziomie tych pierwszych najsłabszych moherowych albumów. Może, jak i kolega Jasiński, ci państwo też się z czasem nauczą, wyrobią i będą robić fajne komiksy, ale strasznie mi szkoda takiego tematu i kupy zmarnowanej roboty. Z jednej z najlepszych polskich wojennych historii wyszło mdła opowiastka bez napięcia i nastroju. Zamiast wydawać takie komiksy naprawdę lepiej wznowić Wańkowicza. Czytałem jego opowieść o Monte Cassino jeszcze w szkole i do dziś mam dreszcze na samo wspomnienie.
Spider-man: Pechowy szczęściarz - Nie wiem o co chodzi. Egmont najpierw wydawał tomiki ze Spider-manem w wersji dla dzieci tak jak w oryginale w małym formacie. Było tak sobie (trudno się czytało). To teraz wydaje je w formacie ogromnym. Łatwiej się to czyta teraz synkowi, ale jakoś nie podoba mi się tak wielka pierdółka. Tamte łatwiej wchodziły na półkę. A samych fabułek już nie pamiętam. Co też jakoś o nich świadczy.
Starman Omnibus HC 2 - drugi tom ekskluzywnego wydania jednego z oryginalniejszych komiksów superbohaterskich lat 90. James Robinson robił sobie, tę mocno inspirowany Złotą Erą, serię na boku głównego uniwersum DC i świetnie na tym wyszedł i on, i komiks i samo DC. Dość powiedzieć, że Robinson i Harris (tak, tak, praktycznie całą tą serię rysował ten pan, co teraz macha “Ex Machina”) za kilka zeszytów, które są w tym właśnie tomie dostali w 1997 r. nagrodę Eisnera. Bo to jeden z najlepszych komiksów o upływie czasu w świecie superbohaterów. A to przecież temat zwykle uparcie pomijany.
Avengers: First to Last HC - to tomiszcze dzieli się na dwie części. Po pierwsze zawiera dwanaście krótkich historyjek, które były dodatkiem do reprintów klasycznych pierwszych numerów “Avengers”, gdy wznawiano je kilka lat temu. Ot, takie pierdółeczki wciskające się fabularnie pomiędzy tamte opowieści z lat 60. rysowane m.in. przez Oeminga i Aragonesa. Niektóre nawet fajne i zabawne. A po drugie dwuczęściowa “The Last Avengers Story” mojego ulubionego Petera Davida (rysuje Ariel Olivetti). Jak przystało na historię pod takim tytułem (oczywiście elseworld) jatka jest totalna i naprawdę wciągająca. Jak to u Davida.
All Star Superman HC vol 2 - druga i ostatnia porcja najbardziej utytułowanej serii komiksowej ostatnich lat (w amerykańskim mainstreemie oczywiście). Morrison i Quitely w swej autorskiej, totalnie zakręconej wersji Supermana. Naprawdę dobre. I dziwne. Bo Grant poszedł w przeciwną stronę niż stado. Od kilku lat wszyscy starają się uprawdopodobnić, urzeczywistnić, uczłowieczyć superbohaterów. Pokazać jak by naprawdę funkcjonowali w realnym świecie. A Morrison wręcz przeciwnie - skoncentrował się na tym co w idei Supermana nieludzkie, obce, nie z tej ziemi i to właśnie wyciągnął na wierzch. Jak ten gościu byłby wyalienowany, niezrozumiany, pokopany. I wyszło mu naprawdę zacnie. Takiego Morrisona lubię najbardziej. Nie wtłoczonego w ramy głównego uniwersum, nie chasającego samopas gdzieś w innych wymiarach, ale właśnie gdzieś pomiędzy. Tu pasuje najlepiej.
Wolverine: Rahne of Terra - ten albumik jest już pełnoletni (wydanie z sierpnia 1991 r.), ale wciąż się broni. W Marvelu nie było jeszcze wtedy tak rozwiniętej idei elserworldów więc ta historia o Wolviem i New Mutants w świecie fantasy doprawiono ramą z przenosinami do innego magicznego wymiaru. Peter David i Andy Kubert machnęli więc samodzielną fabułkę z dwoma światami, księżniczką Rahne, szałem Wolverine’a, który wskakuje do ucha wielkiego Mag(neto)a i w ogóle. Nic ważnego, ale w ramach uzupełniania komiksografii Davida nadaje się na półeczkę jak nic.
Enemy Ace - War in Heaven 1-2 Ennis już od dawna bawi się w komiksy wojenne. I oto niezły przykład sprzed ośmiu lat. Historia niemieckiego asa myśliwskiego z I Wojny Światowej, który wraca do latania podczas II. Z wyraźnym niesmakiem do nazizmu. Ale jak ojczyzna w potrzebie to polata i pozestrzeliwuje tych różnych Ruskich i innych takich. Ale sam jest uczciwy, zasadniczy i pięknie wygląda w niemieckim mundurze. Rozkoszna jest ta naiwna wiara Ennisa w prawych Niemców. Garth się mocno nagimnastykował, by choć odrobinę to uprawdopodobnić - jego Von Hammer lata trzydzieste spędził w swej posiadłości w ogóle nie wiedząc co się dzieje w państwie i jak Hitlerowcy się panoszą, a jak go (już w ‘45) zestrzelili nad Dachau i wylądował w obozie to naprawdę się zdziwił. I zasmucił. No, prawie się wzruszyłem.
The Master of Rampling Gate - prościutka adaptacja opowiadania Anne Rice. Okładka Boltona, rysunki Doran i tyle. Naiwniutka historyjka o wampirze. A właściwie o pani, co się w wampirze zakochuje. Cholera, coś takiego ostatnio gdzieś widziałem…
Supergirl - Wings - elseworld z DC w którym skrzyżowano Supergirl z aniołami. Wyszło nawet nieźle. Tak metafizycznie.
Rising Stars Compendium vol. 1 HC Cała saga Straczynskiego w jednym tomie. Seria zasadnicza (24 zeszyty + 3) i trzy boczne miniserie. Razem ponad 1000 stron naprawdę mięsistego, wciągającego i świetnie napisanego komiksu. Wszystko (no prawie wszystko) miałem już wcześniej, ale ja tam wolę w jednym tomie. I tak polecam najbardziej. Tylko o co chodzi z tym “volumin 1″? Czyżby były szanse na następne 1000 stron z tymi postaciami? Nie miałbym nic przeciwko - potencjału w tej opowieści o 113 superherosach, którzy pojawili się w pewnym miasteczku a potem zawładnęli Ziemią jest jeszcze mnóstwo.
Alias vol. 1 - ten komiks Bendisa i Gaydosa przegapiłem przed kilku laty jak wychodził w zeszytach, potem przegapiłem, gdy wyszedł w wielkim Omnibusie, ale wreszcie doczekałem się kolejnego wznowienia. W dwóch tomach. Oto pierwszy. Wreszcie przeczytałem więc sobie historię pani Jessiki Jones, niespecjalnie udanej superbohaterki, która od lat istnieje w światku nowojorskich marvelowskich superbohaterów, ale jakoś miała pecha. I to trochę o tym opowieść. Wyborna. To zdecydowanie jeden z najlepszych marvelowskich tytułów XXI wieku.
Buffy the Vampire Slayer Omnibus vol 6 - standard. Czyli tak jak lubię.
Midnighter - Assassin8 TPB - główna historia z tego tomu, która próbuje uczłowieczyć i unormalnić jednego z najfajniej nieludzkich superbohaterów Wildstrormu jakoś mnie nie przekonuje, ale świetnie to rekompensują dwie krótkie samodzielne historie, które tom uzupełniają - “Ordinary People” z rysunkami Johna Paula Leona, w którym M. zamiast walczyć z superprzestępcami chce po prostu ratować kotka, a kończy się jak zwykle i “The Hercules Virus” z rysunkami Briana Stelfreeze o rządowych niecnotach, którzy próbują być cwańsi, a kończy się jak zwykle.
Myspace Dark Horse Presents vol. 2 TPB - jakoś lubię tę antologię. Przedruk rzeczy rysowanych do internetu jest ideą dość wtórną, ale tu mi się podoba. Bo też i dzięki tym albumom mam niezły wgląd w to, co Dark Horse obecnie wydaje i promuje. Ot “Captain Hammera” (tak, tak, to ten z “Dr. Horrible’s Sing-Along Blog” Whedona), przez “The Umbrella Academy”, “Rex Mundi”, “Criminal Macabre”, “B.P.R.D.” po Solomona Kane’a i Conana. Taką antologię to ja rozumiem.
Justice League of America - Sanctuary HC - kolejny tom serii o wspólnych przygodach najsłynniejszych superbohaterów DC, którego treścią jest podprowadzanie pod dwa eventy - jeden z wysłaniem wszystkich przestępców na odległą planetę i drugi - ten nieszczęsny “Final Crisis” Morrisona. Ale mimo czysto użytkowej funkcji i tak się to nieźle czyta. A jak rysuje Van Sciver to i ogląda się z największą przyjemnością.
The Ultimates 3 - Who Killed The Scarlet Witch? HC - ale kosmos. Po dwóch genialnych seriach Ultimates tą trzecią napisał Loeb. I wyszło przerażająco. Ale to jest tak złe, że aż zabawne. Loeb popsuł uniwersum Ultimate w sposób niewyobrażalny. Choć i tak to dopiero wstęp do tego co zrobił potem w “Ultimatum”. Jeśli lubicie komiksowe doznania na poziomie Tromy, to naprawdę warto! Nie wiem co Loeb brał, gdy tworzył ten komiks, ale brał tego naprawdę dużo. A Maudureira namalował to z takim rozmachem, że w ogóle to przestało pasować do całej wcześniejszej koncepcji tego komiksowego uniwersum. Fascynujące, że oni tak czasem w tym Marvelu lubią sobie zarżnąć jakąś złotą kurę.
Wieczna wojna - wznowienie zacnego komiksu sprzed lat. Kawał porządnej space opery i to z przesłaniem. Niegdyś w trzech niewymiarowych numerach “Komiksu-Fantastyki” a dziś w jednym ładnym grubym tomiku. Takie czasy.
Życie w obrazkach - Eisner autobiograficznie. Obowiązkowo.
Henri Desire Landru - autorska i dość oryginalna wersja biografii słynnego francuskiego seryjnego mordercy. Nie, żeby złe, ale to trochę takie “From Hell” dla ubogich. Jak ktoś lubi…
Lucyfer - Boska komedia - a to lubię. W czwartym tomie Carey coraz swobodniej snuje swoją opowieść o exdiable. I mi się podoba.
Thor vol. 2 HC - tu z kolei Straczynski kombinuje jak umie. A umie. Jak zwykle u niego najciekawsze są sceny z konfrontacjami światów Bogów i ludzi oraz zabawy ze skokami w czasie. I trochę tego jest. Więc i efekt końcowy naprawdę sympatyczny.
I już. Komiksy rozpisane. Przynajmniej te grubsze Została jeszcze tylko stertka amerykańskich zeszytów, ale te machnę półhurtem następnym razem. Bo to już niedziela na zegarze. Więc idę się mikołajkować w samotności.
Rozśpiewani muszkieterzy
December 3rd, 2009
Pracy w pracy co niemiara, ale co tam, jest wieczór, jestem w domu, to zajmijmy się czymś innym.
Ot, np. w sieci jest już mój tekst z “Gazety Telewizyjnej” co to go w ostatni piątek zapomnieli podpisać. Tym razem jest podpisany. I wciąż mi się podoba. Ale ja tam jestem stronniczy.
Za to w KaZecie trafiłem na recenzję mojego wywiadu-rzeki z Polchem. Nie ja ją napisałem, więc nie jest aż tak stronnicza. Ale za to jak na razie jedyna.
Poza tym krążą o mnie zabawne telewizorowe plotki. Na razie wszystkie niepotwierdzone, a niektóre wręcz nieprawdopodobne. Poczekam do weekendu, bo a nóż coś w tym jest, a później wszystko opowiem.
Tymczasem szybko do wchłaniania, bo znowu stertka narasta:
DVD:
Prezydencki poker 3/9-12 - kolejne cztery odcinki i kolejne porcje zachwytów i ekstazy z mojej strony. Od sprzedawania broni krajom z nienajlepszą reputacją przez zeznawanie przed senacką komisją, po leczenie raka. A na deser gościnne występy Mary-Louise Parker (uwielbiam).
Stawka większa niż życie 17-18 - i skończyłem. I było warto. W finale urocza Brylska jako młodziutka i zapalczywa Niemka i cudny “Poszukiwany gruppenfurrer Wolf” (ach ten Kęstowicz, ten Zapasiewicz, Gliński, Pietruski, Pluciński - ci sugestywni Amerykanie). Cudo.
Gwiezdne wrota 8/5 - tylko jeden odcineczek, ale niczego sobie. Ot, planeta odpowiadająca naszym latom 50. - czasom zimnej wojny. Aż tu nagle trzecia strona (ot taki Lenin i jego rewolucja, tyle, że tu chodzi o religię, a nie komunizm. Zresztą, niewielka różnica) i zaczyna się jatka. Nasi spływają przez kółko, ale zostaje Daniel. I zaczyna kontrrewolucję.
Dr House 4/3-11 - sezon, którego pierwszą połowę zajmuje casting na nową ekipę. Fajny. Ale właśnie się skończył. House ma już pomocników i zobaczymy co dalej. Nie będę dużo streszczał, bo pewnie jeszcze nie wszyscy wciągnęli. Ale pomysł z CIA świetny. I z panią od numerków z osłem. Nie tylko te zresztą. A odcinek z Mirą Sorvino rządzi.
Birds of Prey 4-8 - a tu jakoś tam leci. Czasem ogląda się to fajnie (odcinek z błyskawicznie starzejącym się mordercą, czy ten z Black Canary (Lori Loughlin)), ale z kolei “Lady Shiva”, w którym tytułowa czarna charakterka i (we flashbackach) Batgirl biegają w kostiumach, wygląda tak lamersko jak rasowa produkcja Tromy. Choć nie ma, niestety, tego czaru.
Telewizja
FlashForward 3 - wciąż świetnie realizacyjnie i strasznie przewidywalnie fabularnie. Prawie do samego końca. Bo w finale tego odcinka wreszcie coś ciekawego. I oby nie zmarnowali tego pomysłu z Somalią.
Literatura
Ben Elton - Ślepa wiara - antyutopia. Niezła. Początkowo dość schematyczna, ale dobrze się rozkręca. Do lektury zachęciło mnie nazwisko autora - Elton to gość, który pisał scenariusze do “Czarnej Żmiji” i wyreżyserował jedną z moich ulubionych komedii romantycznych “Maybe Babe” z Hugh Lauriem i Joely Richardson. Tu oczywiście złośliwie i z premedytacją wykreował świat nie nadający się do ekranizacji (za seksualny i nachalny wizualnie). Oto przyszłość, gdzie woda zalała większość Ziemi, a w Londynie panuje teokracja oparta na nachalnej propagandzie, permanentnej wzajemnej inwigilacji i nakazie wyuzdanej seksualności. Ot, taka swoista ewolucja katolicyzmu. Mocne. I dobrze napisane. Zakochałem się w scenie, w której radośnie uchwalono, że od tej chwili wszyscy z racji ustawy są sławni. Już. I mają się z tego powodu cieszyć. To, zupełnie jak niektóre ustawy w naszym Sejmie. W sensie sensowności.
Komiksy (dziś tylko te najświeższe, walkę z zaległościami zostawiam sobie na raz następny):
Betelgeza - bardzo fajna druga seria Leo. “Aldebaran: mi się podobał, teraz jest chyba nawet jeszcze lepiej. I jeszcze erotyczniej. Taka przygodowa fantastyka to coś na co lubię od (lekko licząc) ćwierć wieku. I dalej chętnie czytam. Zwłaszcza jeśli jest co poczytać. A tu jest prawie 250 stron.
All Star Batman i Robin Cudowny Chłopiec - pisałem już dużo o tym komiksie, gdy go czytałem w oryginale. Muszę przyznać, że za pierwszym razem podobał mi się bardziej. Dziś jakoś nie do końca pasuje mi Batman przekraczający granicę wyznaczoną od dekad. I te odjechane pomysły na Supermana, Wonder Woman, Green Lanterna, czy Black Canary po polsku już nie są takie świeże. Ale i tak warto. Jak nie dla chorej wyobraźni Millera to dla rysunków Jima Lee (ach ta Vicky Vale w bieliźnie).
D’Artagnan. Dziennika Kadeta - uwielbiam takie rzeczy. Oto historia znana z “Trzech Muszkieterów” opowiedziana z trochę innej perspektywy. Opowiada ją bowiem sam D’Artagnian i - powtarzając wydarzenia z Dumasa - pokazuje znacznie bardziej realistycznie motywy, zachowania i klimat tamtych czasów. Jest bardziej prostacko, seksualnie, wiarygodnie. Ot taka “historia prawdziwa”. Reinterpretacja mitu. Bo przecież trylogia Dumasa to jeden z mitów kultury popularnej. A ja jestem junkie na takie rzeczy. Dlatego z radością wchłaniam i zbieram pod siebie te wszystkie wersje książkowe, komiksowe, ekranizacje itp. wszelkich dużych toposów. Od mitów greckich przez Tarzany, Sherlocki Holmesy, Bondy, najróżniejszych superbohaterów po wszelkie Robocopy, Terminatory czy Ashe. Tak mam. I dlatego tak mnie ucieszył ten D’Artagnian. Nie dość, że fajny, oryginalny i inny to jeszcze pan Juncker zupełnie nieźle i klimatycznie to narysował.
A pamiętacie telewizyjnych “Trzech muszkieterów” z dzieciństwa? Myślę oczywiście o moim dzieciństwie. Zanim przyszły te świeże wygładzone wersje z Hollywood w których Konstacja przeżywa, a Richelieu dostaje w pysk. Choć te sprzed lat też normalne nie były. Pamiętacie?
Ech, umiałem ten kawałek zagrać na gitarze.
Ale to było jeszcze lepsze (radziecki serialowy musical):
Były czasy! A może ja przez to właśnie taki pokręcony jestem?

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)