Kamil M. Śmiałkowski

tygodniowe zaległości na raz

January 18th, 2010

I znowu tydzień przeleciał między palcami. Acz tylko w sensie wpisów na blogu, bo poza tym w redakcji zamykaliśmy lutową Nową Fantastykę, a ja rozmawiałem, kombinowałem, przeglądałem umowy i wymyślałem pomysły do chyba z pięciu nowych rzeczy nad którymi będę pracował w najbliższych miesiącach ku chwale moich kredytów, długów i zobowiązań wobec Urzędu Skarbowego. A rozpiętość tych pomysłów mieści się na skali od nowych książek (kilku) poprzez wykłady na uczelniach po produkcję programów telewizorowych. Jak podpiszę jakąkolwiek umowę to oczywiście pochwalę się tu szczegółówiej (chyba, że umowa będzie tego zabraniać).
Cóż poza tym? Jeszcze w kwestii istniejącej już książki: “Bond. Leksykon” został zrecenzowany na stronie www.tvp.info przez mojego dawnego przełożonego i zapalonego Bondologa (więc tym bardziej cieszy dobre słowo) i zauważyłem też o nim drobną, pozytywną, acz lekko kuriozalną w treści notkę w styczniowym numerze “Kina”. Czemu kuriozalną? Bo ciężko mi zrozumieć, jak pisząc stosunkowo niewiele o książce poświęconej Bondom ktoś skupia uwagę na takich detalach jak małe fotki autorów gościnnych umieszczone na końcu każdego z trzystronicowych eseików rozrzuconych po książce? Ale może ja się nie znam na tym, co interesuje czytelników tego prestiżowego miesięcznika…
A zmieniając temat oto cytat tygodnia z mojego uroczego pomiotu: “Tato, czy ja już mogę w przedszkolu przestać udawać, że jestem grzeczny? To takie męczące…” Nie wiem co z niego wyrośnie, ale z pewnością coś intrygującego.

A w ramach udokumentowania jakież to geny ukształtowały to stworzenie bieżąca porcja wideopogaduch na Onecie (znaczy, żeby była jasność - myślę o moich genach, a nie Myka): “Harry Brown“, “Księżniczka i żaba” (to coś mi nie wchodzi, ale może poprawią i link będzie działał), “Sherlock Holmes” i “Wszystko, co kocham“.

To co? Przechodzimy do wchłaniania, bo nazbierało się sporo, a do podsumowań zeszłego roku wrócimy w przyszłym tygodniu:

Kino:
Planeta 51
Planeta 51 - i znowu weekendowy seans z dziećmi. Kolejna amerykańska animacja niby dla dzieci a tak naprawdę dla dzieci większych, acz nie do końca. Tym razem sf - oto planeta pełna ufoludków (w klimacie amerykańskich lat 50. - stroje, budynki itp.) na której ląduje ziemski astronauta. I jest potraktowany tak jak pewnie nasi by potraktowali kosmitę. Dużo zamieszania, trochę nawet śmiesznych żartów (że np. pieski na tej planecie to Alieny i obsikują wszystko kwasem), trochę żartów przekombinowanych, teksty też raczej przekombinowane (Wierzbięta poszedł miejscami (jak na film dziecięcy) w wulgaryzmy), ale w sumie dzieci bawiły się nieźle, ja bawiłem się nieźle, więc nie odradzam.

DVD:
Imperium wilków
Imperium wilków - kolejna (po “Purpurowych rzekach”) francuska ekranizacja powieści lokalnego mistrza od nadzwyczaj skomplikowanych fabuł sensacyjnych Jeana-Christophe Grange’a. Tym razem chodzi o tajne francuskie służby, które z tureckimi tajnymi organizacjami przestępczymi rozpoczynają uroczy chocholi taniec, w którego centrum znajdują się jeden młody policjant i jedna superturczynka. Do tego obowiązkowo Jean Reno i dużo wybuchów. Miało być iście hollywoodzko, wyszło tylko iście. Jak to zwykle we francuskim kinie.

Ostatnia misja
Ostatnia misja - i jeszcze też z zaległości sensacyjnych - niespecjalnie udany film Wójcika sprzed ponad dekady. Jeśli dobrze pamiętam kolejność wydarzeń: najpierw pan reżyser WW kręcił przez lata niespecjalnie chętnie oglądane kryminały i sensacje kinowe, potem trafił mu się złoty strzał w postaci serialu “Ekstradycja”, a potem stwierdził, że skoro wreszcie go widownia doceniła i zrozumiała to wraca do kina. I oto efekt. Drewniana, nudna, sztampowa sensacja pełna nieudolnych dialogów, słabych plastikowych kreacji i w ogóle nudna. Nawet Gajos jest tu słaby, choć i tak w swej słabości jest tu najlepszy. Cała reszta jak to u Wójcika. Za kilka tygodni do kin wchodzi jego nowy film i to ponoć komedia romantyczna. Już mi się coś śmieje w środku…

Jak złamać 10 przykazań
Jak złamać 10 przykazań - komedia. Amerykańska niezależna. Pełna rozpoznawalnych twarzy i nazwisk (Rudd, Platt, Alba, Brody, Janssen, Ryder, Schreiber) i jakoś taka niespecjalnie poskładana. Jest nawet kilka zabawnych kawałków, ale nikną niestety w ogólnym chaosie. Podstawowe założenie jest takie, że narrator Paul Rudd wprowadza nas w 10 fabułek o łamaniu 10 przykazań (coś Wam to przypomina?). Rzecz jednak miejscami jest tak wymęczona, że włosy bolą. Żenuje nawet to, że dla utrzymania dość lichej linii fabularnej całości, przykazania są w niewłaściwej kolejności. Kiedyś już znalazłem kawałek tego filmu w sieci i się zachwyciłem, a w komentarzach RS rozwiał mój hurraoptymizm. Co tylko dobrze świadczy o interaktywności na tym blogu.
I jeszcze anegdotka o tym tytule. W zeszły weekend DVD z tego filmu leżało sobie u mnie w dużym pokoju na stole. I akurat tak się złożyło, że przyszedł z wizytą ksiądz. Żony nie było. Otwieram. Młody, kulturalny, pyta, czy przyjmuje. Że w sensie jego. Ja na to, że ja to nie, żona pewnie by i przyjęła, ale jej nie ma. Ale jest córka, niespełna rok temu okomuniowana to może ma ochotę (w końcu u mnie w domu jest tolerancja religijna). Majka powiedziała, że może przyjąć. Wszedł. Zostawiłem ich w dużym pokoju i wyszedłem. Chyba nie zauważył okładki DVD, bo usiedli przy stoliku, ale kto go tam wie? Wychodząc coś tam notował w zeszyciku…

Jestem na tak
Jestem na Tak - najnowszy Jim Carrey. OK, acz ciut wtórny w stosunku do “Kłamca, Kłamca”. Ot, niespecjalnie udzielający się społecznie Carl przekonuje się, by brać życie na tak. I odpowiadać twierdząco na każdą propozycję. Co daje rozmaite reperkusje. Kaniec filma. Bywało lepiej, bywało gorzej. Ale chyba wolę Carrey’a bardziej szarżującego i w bardziej głupkowatych fabułach.

Terminator: Machinima
Terminator Ocalenie: Seria Machinima - a to dopiero zawód. 6-odcinkowa seria animowana będąca czysto pretekstowym prequelem do ostatniego kinowego Terminatora. Ot, wzięto z niego najładniejszą panią (Moon Bloodgood), przerobiono ją na animację (po co? w oryginale jest ładniejsza!) i dopisano słabiutką fabułę o samodzielnym bojowniku “Duchu”. Całość wygląda jak zapis jakiegoś etapu w grze komputerowej i to nienajciekawszego. Różne rodzaje robotów padają jak kawki, a my patrzymy na biegające nieprzekonująco animowane ludziki na zmianę z wysłuchiwaniem patetycznych monologów o przetrwaniu. Szkoda czasu.

Grudge 3
Grudge 3 Powrót klątwy - nigdy nie przepadałem za tym cyklem, ale co tam, była w nim Buffy, to oglądałem. A teraz już jej nie ma. Część trzecia, wprost na wideo, biedniejsza, smutniejsza i ciut słabsza (choć tamte też nie były jakieś mocarne). Co zabawne dopiero tej opowieści o mordującej klątwie przyznano wyższą kategorię wiekową (poprzednie były dla młodszych). Absolutnie nie wiem dlaczego - nawet porządnej nagości nie było.

Boogeyman 3
Boogeyman 3 - Ostatni rozdział - oby ostatni. Znowu trzecia część serii robiona już prosto na wideo pełna panienek z akademika w nocnych koszulkach, albo i bez, cystern krwi z komputera i nieprzekonującej fabuły. Wszystko to było już w dużych ilościach gdzie indziej (choć oczywiście niektóre panienki zupełnie nowe), ale fabularnie to popłuczyny po Kruegerze i to co najwyżej trzeciej/czwartej wody (czy raczej krwi). Pod koniec na chwilę robi się ciekawiej (przez chwilę rzecz sprawia wrażenie sensownej i interesującej dramaturgicznie), ale nie wytrzymali do końca i musieli wrzucić kilka kolejnych puent, a co jedna to bardziej oczywista i przewidywalna. Słowem - i’m to old for this shit…

Efekt motyla 3
Efekt motyla 3 - obejrzałem te trzy filmy bo chciałem zrobić do Nowej Fantastyki łączną recenzję pod tytułem “Trzy po trzy”, ale stwierdziłem, że szkoda na te tytuły miejsca. Bo tu też cieniutko. Jak jedynka była jeszcze o czymś i nieźle się to oglądało, dwójkę mam na półce, ale jeszcze do niej nie dotarłem (a KRL mi odradzał więc się nie śpieszę), to trójka ssie straszliwie. Scenarzystom niesłusznie wydawało się, że wiedzą o co w tyc podróżach w czasie chodzi, wymieszali to z fabułą kryminalną i wyszło coś na poziomie sensu, jakości i atrakcyjności “Strażnika czasu” i to bez Van Damme’a. Czyli nienajlepiej.

Funny People
Funny People - no i wreszcie coś pochwalę. Z pełnym przekonaniem. Czekałem na ten film od dawna, ale ominął on łukiem nasze kina i wprost na płytki. Trzeci, najnowszy Judd Apatow, czyli opowieść o zmęczonym życiem komiku (Adam Sandler), który ma szeroko pojęty kryzys. Nie dość, że jest w stanie terminalnym(trochę tu przychodzi na myśl “Człowiek z księżyca”), to jeszcze nudzi się strasznie i przygarnia sobie padawana (Seth Rogen), który nie ma lekko. Do tego jeszcze wątek o odzyskiwaniu utraconej miłości z młodości (Leslie Mann) i mamy w miarę pełny obraz tego zabawnego (acz nieprzesadnie), uroczego obyczajowego eposiku o showbiznesie współczesnej Ameryki. Mi weszło z wielką przyjemnością, czego i Wam życzę.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 9/12-20 - i druga połowa przedostatniego sezonu pękła. Wszystko w “Stargate” już było i teraz to tylko mniej lub bardziej udane permutacje poprzednich pomysłów, ale da się oglądać (zwłaszcza jednym okiem robiąc coś jeszcze). A już za chwilę sezon dziesiąty i ostatni.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/21-5/8 - a oto i mój ulubiony obecnie serial. Przełom sezonu to jak zwykle porządny cliffhanger - tym razem porwanie córki prezydenta i zrzeczenie się przez niego władzy na rzecz ichniejszego marszałka sejmu i to z konkurencyjnej partii (świetny John Goodman), bo akurat był wakat na funkcji wiceprezydenta. Świetne. A późniejsze konsekwencje jeszcze fajniejsze, bo marszałek (po zaprzysiężeniu na chwilowego prezydenta) nie mógł wrócić na stary stołek. Nowy zaś szedł na zwarcie i doszło do zawetowania budżetu, co tam jest jednoznaczne z zamknięciem całej budżetówki. Tak z godziny na godzinę. Nie do końca rozumiem te ekonomiczne kwestie amerykańskie, ale ogląda się to znakomicie. Uroczy subplot to błąd jednego z głównych bohaterów, który przegina i traci poparcie jednego z ważnych senatorów (Tom Skerritt), a w efekcie traci też praktycznie robotę i znaczenie w kancelarii. Też z godziny na godzinę. Piękne. I jakże wyidealizowane z naszej perspektywy.

Doctor Who: Dalek Invasion
Doctor Who: Dalek Invasion of Earth -ha! I mam następnego uroczego, starusieńskiego doctora who w mojej kolekcji (lubię takie prezenty). To jego słynne drugie spotkanie z Dalekami (AD 1964), gdy ich inwazja niszczy Ziemię w przyszłości. Cudne sekwencję latających spodków na sznurku przesuwanych przed czarnobiałym zdjęciem Londynu, mocne, wyraziste zwroty akcji (jak to u Brytoli) i po prostu kawał fabularnego mięcha. Uwielbiam i bardzo powolutku sobie kompletuję!

Dave Chapelle Show 1
Dave Chapelle Show 1/7-10 - a przed snem sobie dawkuję uroczego Dave’a Ch. A ten nie oszczędza nikogo. Pokazuje swoje autorskie wersje hollywoodzkich hitów, nabija się z murzyńskich piosenkarzy, gier wideo, telewizyjnych kanałów historycznych a nawet z szału wokół fundacji typu “Make a Wish!”. Może coś zademonstruję jako przykładzik - oto chapellowska (i jak się chwilę zastanowić to przecież dość oczywista) wersja “Pretty Woman”:

Literatura:
martin - Retrospektywa 1
George R.R. Martin - Retrospektywa 1: Światło odległych gwiazd - niektóre książki czyta się latami. Ja tak miałem z tym tomem zbierającym wczesne opowiadania jednego z najlepszych fantastycznych opowiadaczy. Tak wyszło. Dopiero niedawno zdobyłem nowy egz. i doczytałem ostatnich kilka tekstów. I bardzo polecam. Raz, że Martin jak mało kto potrafi snuć świetne, wyraziste i przemyślane opowieści, a dwa i przede wszystkim dla wstępów - co kilka opowiadań jest bowiem spory rozdzialik wspomnień Martina który pięknie, merytorycznie i ze sporą porcją autoironii opowiada jak mu się życie snuło i skąd poszczególne pomysły i fabułki. Pięknie stąd można się dowiedzieć np. jak z perspektywy amerykańskiego nastolatka wyglądały początki wielkiej fali komiksów Marvela w latach 60. czy rynek magazynów z opowiadaniami sf w USA dekadę później. Bardzo polecam.

Komiks:
Largo Winch 2
Largo Winch tom 2 - czyli kolejne cztery oryginalne albumy serii o skrzyżowaniu Bonda z Bruce’m Wayne’m i podręcznikiem ekonomii. Z tej perspektywy muszę stwierdzić, że to chyba najlepsza z długich cykli Van Hamme’a. Szybkie, gęste, płynnie opowiadane. Ja wiem, że wcześniej były powieści (może w tym sekret sukcesu), ale wciąga się to naprawdę sympatycznie. I nic dziwnego, że to jedna z najlepiej dziś sprzedających się serii komiksowych we Francji.

Streets of Glory
Streets of Glory - kolejna westernowa opowieść Ennisa wydana w Avatarze. Ot, taki starzejący się Eastwood i lokalne dzikozachodnie zamieszanie. Ultrabrutalnie i nostalgicznie. Niezłe, acz nieobowiązkowe.

Daredevil Bru Omnibus 1
Daredevil Brubaker Omnibus 1 - kolejna kopiasta porcja Daredevila. Dwadzieścia kilka zeszytów duetu Brubaker/Lark (tegoż, który chwaliłem niedawno w “Gotham Central”), który sprowadza na głowę biednego Murdocka wszystkie plagi świata. Bendis na koniec swego runu wsadził go do więzienia. Brubaker najpierw zanim go wypuścił, porządnie sponiewierał, potem przegonił po Europie i wreszcie spsuł mu małżeństwo w sposób przerażający i tak solidny, że wcześniejsze uśmiercanie ukochanych MM to przy tym pikuś. Słowem, to fabularnie kawał porządnej roboty z przewagą roboty i wyśmienity komiks. Choć oczywiście nie z perspektywy tytułowego bohatera.

X-Factor: Time and a Half
X-Factor: Time and a Half HC - Peter David dalej rządzi i pokazuje kolegom scenarzystom jak można pisać scenariusze komiksów superbohaterskich żeby było interesująco, mądrze i zabawnie zarazem. Jego “X-Factor” od lat jest klasą samą dla siebie. Tym razem też. W tym tomie m.in. wstrząsające rozwiązanie ciąży Theresy, Jamie skacze w przyszłość i wreszcie może z Laylą, a poza tym flirty, trupy, geje. Dobry komiks.

Ultimatum HC
Ultimatum HC - komiks w którym pan Loeb rozpiernicza uniwersum “Ultimate”. Trup ściele się gęściej niż w większości elseworldów (choć tradycyjnie Wolvie, czy Thor pewnie jakoś wrócą), Magneto wreszcie decyduje się na hardcore, a miliony szlag trafia. Na plus z pewnością trzeba zauważyć, że Loeb (jak rzadko który scenarzysta Marvela) zauważa, iż ogólnoświatowy kryzys powinien mieć również miejsce poza Nowym Jorkiem. Zaś mordowanie znanych postaci sprawia mu wyraźną przyjemność. W sumie całość jako zwarty tomik nawet tak źle się nie prezentuje, ale jak sobie pomyślę ile z tej fabuły wyciągnąłby ktoś naprawdę utalentowany, to trochę żal.

STar Wars Komiks 1/2010
Star Wars Komiks 1/2010 - bieżący numer polskiego miesięcznika komiksowego SW. Jakiś taki sympatyczny nawet. Duża historia w całej swej straszliwej wręcz schematyczności wchodzi naprawdę fajnie (Obi-Wan wraca z ważnej misji i wspomina poległych Jedi), a króciaki to fajna prosta historia poszerzająca biografię Boba Fetta i żarcik rysunkowy z robotami. W sumie znacznie lepiej niż poprzednio - dobra wróżba na nowy starwarsowy rok.

Wednesday Comics
Wednesday Comics 2-12 - i zmęczyłem. Wielki, już zeszłoroczny projekt DC wielkoformatowego gazetowego komiksu cotygodniowego. Co (wielka) strona to inny komiks w odcinkach. I tak przez trzy miesiące. Pierwszy numer już kiedyś tu opisywałem, pora podsumować resztę (a zamiast 11 okładek taka promocyjna grafi(cz)ka). Więc może po kolei:
- Batman (Azzarello, Risso) - klimat jest, fabuła pretekstowa, całość niezła.
- Kamandi (Gibbons, Sook) - fajne, gęste, dobrze napisane i w klimacie klasycznego Kirby’ego.
- Superman (Arcudi, Bermejo) - głównie mocne obrazkami, ale w sumie nie tylko. Jeden z mocniejszych punktów całości. Chyba optymalne wykorzystanie formuły płachty.
- Deadman (Bullock, Heuck) - ciut przekombinowane, ale taki i bohater. W sumie na plus.
- Green Lantern (Busiek, Quinones) - świetne, idealnie spasowana fabuła i kreska, dobre cotygodniowe cliffhangery. Kawał porządnego rzemiosła.
- Metamorpho (Gaiman, Allred) - dwaj komiksowi gracze konwencjami zagrali się tu miejscami na śmierć, ale w kilku innych miejscach pokazali klasę. Nierówne, ale godne uwagi.
- Teen Titans (Berganza, Galloway) - tego nie kupiłem. Niby coś, a jakoś nic. Rysunek niczego sobie, ale nie ratuje sytuacji.
-Strange Andventures (Pope) - a tu też pan odjechany, acz konsekwentnie i ciekawie. Dziwne, dziwne, ale tak, że aż chce się czekać na kolejny tydzień i kolejną planszę. A oto tu w końcu chodzi!
- Supergirl (Palmiotti, Conner) - proste, zabawne, sympatyczne. Druga liga, ale takich rzeczy też trzeba, by wypełnić gazetę.
- Metal Men (Didio, Lopez, Nowlan) - przefajnowane, Didio chciał pokazać, że szef też umie i trochę za bardzo się napiął. I miejscami popuścił. Ale i tak nieźle się czyta.
- Wonder Woman (Caldwell) - a ten to straszliwie przegiął. Uparł się zmieścić na każdej z tych plansz tyle fabuły, ile inni rozciągają na kilkanaście plansz. I miejscami jest tak gęsto, że aż można stracić wątek. A szkoda, bo historyjka nawet fajna.
- Sgr. Rock (Kubert, Kubert) - w sensie, że Adam wymyśla, a tata rysuje. I żaden się nie przemęcza, bo fabuła szczątkowa a kadry wielkie. Poprzedzający ich Caldwell całą tą opowieść zmieściłby w jednym swoim odcinku. A Kuberci się nie śpieszą. I moim zdaniem, trochę marnują tu miejsce.
- Flash (Kerschl, Fletcher) - jedna z najbardziej skomplikowanych fabuł w zestawie. Ale świetna. Mądrze podzielona, pokombinowana, fajnie i adekwatnie narysowana. Dobre, dobre.
- Demon, Catwoman (Simonson, Stelfreeze) - lubię tego rysownika, jeszcze bardziej lubię te postacie, ale nie wykorzystano tu ich potencjału nawet w ułamku. Wyjściowy pomysł Waltera może i był niezły, ale poprowadził go tak sztampowo i bez przekonania, że aż żal rzyć ściska.
- Hawkman (Baker) - dobre. Po prostu. Hawkman jako postać nie daje wielkiego pola do popisu, ale Kyle potrafił z tego wybrnąć dopisując do fabuły samoloty, dinozaury, gościnnych superbohaterów a całość rysująć w sposób naprawdę przykuwający uwagę. Dobre.

Hercules #132 Hercules #133 Hercules #134 Hercules #135
The Incredible Hercules #132-135 - Panowie Pak i Van Lente uznali, że wariacje na mitologię grecką to już za mało i poszli na boki. A to wzięli się na mit. nordycką, a to za sf z lat 50. - radości dalej w tym co nie mia ra. I dalej świetnie się człowiek bawi czytając o przygodach Herculesa, młodego Zeusa, Amadeusa, Ateny i reszty.

Brave and the Bold #27
The Brave and the Bold #27 - Panie i Panowie: J. Michael Straczynski wylądował. W DC. I tym pięknym zeszycikiem pokazał jak można się bawić postaciami z dalszych planów, z dawnych lat, z minionych pomysłów fabularnych. On to umie nieomal jak nikt. Tu sięgnął po stare dobre “Dial H for Hero” i udowodnił, że w tych ramotkach jest wciąż mnóstwo poweru jeśli ma się talent do snucia opowieści. Polecam.

Wildcats #14 Wildcats #15
Wildcats #14-15 - tymczasem w Wildstorm. Po zniszczeniu świata i wylizaniu ran Dzikie Koty zaczynają kombinować. A potem łączą swe siły z Team 7 i doprowadzają do jednej z najciekawszych konfrontacji w historii uniwersum: Max Faraday vs Tao. Bóg vs UberJoker. Podoba mi się.

Kocham komiks AD2009

January 7th, 2010

No dobra, obiecywałem i jest - mój prywatny ranking najlepszych przeczytanych w ubiegłym roku komiksów. Przeczytanych, czyli niekoniecznie wydanych w roku owym. Niekoniecznie też wydanych w Polsce. Poprzednie takie zestawienia są tu: 2007 i 2008. A oto i bieżące. Jedno zrobiłem już wcześniej - na prośbę Kuby Demiańczuka z “Dziennika” wybrałem dziesięć najciekawszych moim zdaniem komiksów wydanych w 2009 r. w Polsce. Efekty tego zestawienia są tu. Do poniższego załapała się tylko pierwsza trójka z tamtej “dziennikowej” listy. Wszak nie żyję samymi polskimi komiksami. I samymi tegorocznymi. A zresztą nie przedłużając i nie wdając się w dłuższe komentarze (je można znaleźć przy pierwotnych opisach wymienionych pozycji):

DC: New Frontier
DC: The New Frontier - genialny powrót do korzeni komiksu superbohaterskiego. Powojenna Ameryka i powolne, acz nieuchronne nadejście ery superbohaterów. Tych największych (Supermana, Batmana, Green Lanterna) i tych mniej znanych, czy już trochę dziś zapomnianych, a pięknie wpisujących się w tamte realia i tamtą opowieść (od słynnej DCowskiej wyspy pełnej dinozaurów (na dekady przed Spielbergiem) do pięknego originu Martian Manhuntera). Lektura obowiązkowa dla wszystkich superbohaterskich geeków!

Fun Home
Fun Home - kolejny z niedługiej listy komiksów łamiących granice, stereotypy i podziały. Idealne wykorzystanie komiksowej formy do opowiedzenia czegoś istotnego, od siebie i dla jak najszerszej grupy odbiorców. Wydarzenie roku!

Ibikus
Ibikus - cudnej urody komiksowa adaptacja literatury. Niebanalna objętość, mięsista fabuła, kawał brutalnej XX-wiecznej historii i idealnie dobrany pomysł graficzny do narracji i treści. Jedna z tak uwielbianych przeze mnie mądrych i pięknie wchodzących komiksowych cegłówek.

It's a Bird?
It’s a Bird? - vertigowska próba skrzyżowania tematyki superbohaterskiej z autobiograficznymi komiksami o trudnym dzieciństwie i bolesnych traumach. Jak dla mnie naprawdę udana próba. Bardzo udana.

Opowieści z Essex
Opowieści z Hrabstwa Essex - i następna cegłówka godna uwagi. Pięknie i dyskretnie przeplatające się obyczajowe sagi rodzinne. Subtelne komiksowe mistrzostwo świata! Uwielbiam!

Rising Stars Compendium
Rising Stars Compendium vol. 1 HC - pierwsze wielkie (pod każdym względem) komiksowe dzieło Straczynskiego w jednym tomie. Lektura obowiązkowa!

Sleeper Season 1 Sleeper Season 2
Sleeper Season One & Two - wyobraźcie sobie Jamesa Bonda w świecie superbohaterów. Albo Jasona Bourne’a. Albo Jacka Bauera. Bohater tej serii nie ma co prawda inicjałów JB, ale tym właśnie jest. Brubaker i Phillips w genialnej formie. A cała seria (24 zeszyty) zawiera się w tych dwóch sprytnych tomach.

Superman - Red Son TPB
Superman: Red Son TPB - przepiękna wariacja na Supermana. Niebanalna i nieprzewidywalna opowieść o Kal-Elu, który ląduje po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Bardzo dobre.

Why are you doing this
Why Are You Doing This? - niezwykle powoli przekonuję się do pana Jasona. Nic z jego rzeczy dotąd wydanych w Polsce mnie nie zachwyciło. Ale to już tak! I przyznaję, że faktycznie gość ma talent. I będę sięgał po kolejne jego albumy. I mam nadzieję, że więcej z nich mnie zachwyci. Tu wychodzimy trochę z pozycji Hitchcocka, ale potem jest współcześniej i smutniej. I bardziej fascynująco. Naprawdę.

Zostawiając
Zostawiając powidok wibrującej czerni - zaległość. Znaczy album, który w Polsce ukazał się przed 2009, ale dopiero w ramach owego roku go przeczytałem. Jedna z kilku zaległości (bo w zasadzie powinienem jeszcze do dziesiątki dopisać np. “Berlin” albo “Incala”), ale wybrałem tą w ramach akcji “Teraz Polska!” i wielkiego niespodziewanego wrażenia, jakie zrobił na mnie ten niepozorny zeszycik. Dziwnie, pięknie, mądrze i przede wszystkim nieoczekiwanie i precyzyjnie konsekwentnie wymyślona całość. I bardzo czekam na kolejne prace kolegi komiksiarza a zacięciu filozoficznym - oj, groźne połączenie dla otoczenia.

I dla równowagi szybko trzy albumy najgorsze (w sensie najbardziej rozczarowujące):

Final Crisis
Final Crisis HC - Morrison przesadził. DC tak nadmuchało balonik przed tym crossoverem, że ciężko było sprostać zapowiedziom. A Grant chyba nawet nie próbował. Przekombinował, odjechał w sobie tylko znane regiony psychodelii i nie wrócił. Przy tym dziele Jodorowsky jest mistrzem przyziemnych pomysłów fabularnych. Nie tego oczekiwałem. Zresztą (patrząc na recenzje) nie tylko ja. Bieda.

Niebo nad Brukselą
Niebo nad Brukselą - żenująca próba skrzyżowania zaangażowania ideologicznego i porno. Pacyfibełkot i podpinanie się pod bieżące problemy świata by pokazać i sprzedać trochę wyuzdanych obrazków. Żenada.

Rocznica urodzin
Rocznica Urodzin Asteriksa i Obeliksa - Złota Księga - i jeszcze większa żenada. A w zasadzie wiocha. A dokładniej nekrofilia. Próba zarobienia na dziele życia Goscinnego jeszcze kilku euro. Przerażająco złe i niezabawne. A tego ostatniego Asteriksowi nie można wybaczyć.

I na dziś to tyle.

Ta pierwsza niedziela… 2010 roku. Zanim więc przejdziemy do podsumowywania zeszłorocznego przemiału komiksowego pora na kolejną trójkę reżyserów z mojej półeczki. Oto więc:

Jurek Bogajewicz - piszę Jurek, bo on tak się podpisuje. A zresztą kiedyś się poznaliśmy i od razu w pierwszej (i jedynej) rozmowie przeszliśmy po amerykańsku na ty. Bo to w dużej mierze reżyser amerykański. Choć polski. Bo urodził się tu. Ale kręcił tam. A teraz kręci tu. W Stanach już jego debiut “Anna” zaliczył nominację do Oscara za główną rolę żeńską (Sally Kirkland). Potem nakręcił jeszcze uroczy filmik o trójkącie “Trzy serca” (on kocha się w niej, ona w tym drugim, a ten drugi w tym pierwszym) i thriller “Osaczony”, gdzie można zauważyć jego przyszły komediowy potencjał, bo przecież nie można na poważnie obsadzić Mickey Rourke’a jako psychoterapeutę. Z nowym tysiącleciem Jurek wrócił do macierzy i najpierw próbował zrobić coś serio (”Boże skrawki”) a potem okazało się, że potrafi telewizyjnie rozśmieszać. Za pierwszym razem wyszło genialnie (”Kasia i Tomek”) za drugim znacznie, znacznie gorzej (”Camera Cafe”), a za trzecim zupełnie nieźle, by nie powiedzieć, że jak na polskie standardy to naprawdę dobrze (”Niania”). I jestem ciekawy co dalej? W ramach seans(ik)u poglądowego trailer najmniej znanego w Polsce filmu Bogajewicza - tego z Rurką:

Peter Bogdanovich - a ten to nie Polak. Amerykanin (z serbskimi korzeniami). Znany ogólnie z jednego kultowego tytułu “Ostatni seans filmowy”. Po nim (czyli po 1971 r.) jechał już bardziej siłą rozpędu. Zdarzały mu się rzeczy niezłe (”Papierowy księżyc”, “Maska”), zdarzały dziwne (”Ktoś tu kręci”, “Texasville” - nakręcona 20 później kontynuacja “Seansu”). W ostatniej dekadzie Bogdanovich jest głównie rozpoznawalny dzięki zaangażowaniu w serial “Rodzina Soprano” - pojawił się w 15 odcinkach, a jeden nawet wyreżyserował. Z mojej perspektywy najciekawsze są jednak jego początki - to wychowanek Cormana i to właśnie jego nazwiskiem podpisany jest film “Wyprawa na planetę prehistorycznych kobiet” z 1968 r. - amerykańska wersja (dubbing + głupawe dokrętki) świetnego filmu sf Pawła Kłuszancewa “Planeta burz” z ZSRR (to właśnie ten Kłuszancew i ta “Planeta burz”, którą zajmowałem się w wakacje na festiwalu w Kazimierzu).
No to gotowi na prehistoryczne kobiety? To proszę:

Uwe Boll - najgorszy reżyser współczesnego kina popularnego. Żamojda może mu buty czyścić. Boll kręci film za filmem (najczęściej na podstawie gier komputerowych), wychodzi klapa za klapą, a on z jakimś niesamowitym niemieckim supertalentem zdobywa pieniądze na kolejne. Fascynujące. Najcudniejsze w tym gościu jest to, że gdy jakiś krytyk mu za bardzo dołoży, to Boll wyzywa go na bokserski pojedynek. I wygrywa. Oto więc bez dłuższych komentarzy trailer do słynnego dzieła Uwe Bolla “House of the Dead”, wg rankingu IMDB filmu nr 53 ze wszystkich jakie kiedykolwiek nakręcono. Licząc od samego dołu listy:

I tyle na dziś reżyserów. Ale jeszcze nie zamykam okienka. Wszak nawet w tytule notki jest coś więcej. A dokładniej jest tekst, który zobaczyłem przejeżdżając 1 stycznia przez Nową Hutę - taka reklama była. “Spawanie wszystkiego” i numer telefonu. Brzmi zachęcająco, prawda?
Cóż poza tym z sylwestrowego wyjazdu? Dzieci sobie pozjeżdżały na sankach, myśmy pojeździli po okolicy, ja podjechałem i poprowadziłem audycję z Krakowa (gość - Michał Rusinek). W tamtą stronę przejechało się świetnie (ciut ponad 4 godziny; nie wiedziałem, że do Radomia jest już dwupasmówka całą drogę), z powrotem znacznie gorzej (ponad 6 godzin, śnieg i w ogóle). Ale już jestem z powrotem przy swoim stole i przystępuję ze wzmożonym wysiłkiem do dalszej walki o lepsze jutro.
A i jeszcze co nieco wchłonąłem (w ramach noworocznego przesilenia):

DVD:
E=mc2
E=mc2 - bieda. Tak jakoś mi wypadło na półce, by to obejrzeć i było równie niesmaczne, jak przed laty za pierwszym razem. Lubaszenko przekombinował intelektualnie (że sobie tak zażartuję) i powstał film mdły i nijaki (bo ani śmiesznowulgarny jak poprzednie, ani śmiesznyinaczej, a już na pewno nie śmiesznointeligentny jak się pewnie twórcom wydawało). Pazura tym razem ssie, Lubaszenko ssie, Włodarczyk ssie (choć pod kołdrą). Jedno co zabawne - można zobaczyć jak, zanim wybuchła mu popularność, grywał Szyc Borys (tu w epizodzie studenta zaliczającego). Ale nawet i z tym nie warto.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 9/9-11 - ot i już środek przedostatniego sezonu. W tej porcyjce pokazuje się pomiot Anubisa (acz na szczęście jednorazowo) i źli Ori atakują Ziemię. Na razie przy pomocy wirusa. I pomoc przychodzi (muszę przyznać) z nieoczekiwanej strony. Fajnie, że dziewięć lat na karku a im wciąż się chce kombinować. I wciąż potrafią zaskoczyć.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/17-20 - wciąż świetnie. Choć momentami jak słyszę te lewicowe hasła i Demokratyczne slogany to jakoś nie zawsze się z nimi zgadzam (ot, np. by zwiększać podatki lepiej zarabiającym). Ale wciąż jestem pełen podziwu dla wiarygodnego patosu i naprawdę przekonującej uczciwości tych filmowych postaci. Bo to ludzie, którym kłamstwo (nawet w słusznej sprawie) nie przejdzie przez usta. Misja i służenie Ojczyźnie - oni tak na serio. I jakoś potrafię tu w to Sorkinowi uwierzyć. A przy okazji trzeba odbić żołnierzy porwanych w Afryce, przyjąć córkę prezydenta do Córek Amerykańskiej Rewolucji, wylądować Air Force One, któremu nie działa jedno światełko czy pograć w pokera. Gościnnie Matthew “Chandler” Perry - ten sam, który przecież w kolejnym serialu Sorkina zagra główną rolę.

Dave Chapelle Show 1
Dave Chapelle Show 1/1-6 - a przed snem zacząłem sobie oglądać takiego śmiesznego czarniawego gościa. Też mi go od kilku lat polecano i wreszcie zacząłem. I warto. Chapelle pięknie odświeża ideę standupu i ostrych skeczy telewizyjnych. Bo jest to ostre, momentami wręcz wulgarne, momentami dziwne, ale przede wszystkim naprawdę śmieszne. Chapelle ma genialną łatwość kontaktu z żywą publicznością i pięknie potrafi sobie kpić z popkultury (zwłaszcza z telewizji). Widziałem już (w tych 6 odcinkach) piękne skecze parodiujące specjalną edycję DVD “Korzeni”, telezakupy, wiadomości czy zamieszanie wokół Oscarów. Już rozumiem jak ten facet w ciągu jednego sezonu wskoczył do pierwszej ligi rządzących humorem w USA. Zobaczcie zresztą sami małe promo:

Komiks:
March on Ultimatum HC
March on Ultimatum HC - sympatyczny tomik z przeglądem marvelowskiego świata Ultimate. X-Men tłuką się z FF (w teraźniejszości i przyszłości), Cap America i origin Black Panthera, Spider-man vs Mysterio (a MJ chce posunąć się dalej) i wreszcie Hulk i Zarda (co to się zaplątała do tego uniwersum) tłuką się a potem zgodnie z zasadą “Kto się czubi, ten się seksi” idą do łóżka. A za wszystkim stoją Bendis, Loeb i Coleite & Pokaski (duet znany z telewizyjnych seriali “Crossing Jordan” i “Heroes”). Przyzwoite, acz przeciętne.

Gotham Central HC 2
Gotham Central: Jokers and Madmen HC - cudo. Brubaker i Rucka w świetnej formie w opowieści o gothamskich policjantach. Tych, którzy muszą sprzątać po Batmanie. Bo przecież ten przyleci, kopnie kogo trzeba i poleci. A posprzątać trzeba. To inna świetna próba uprawdopodobnienia świata superbohaterów, przybliżenia go do rzeczywistości. Bo przecież w takim świecie też trzeba wykonywać codzienne policyjne obowiązki. To tacy “Nowojorscy gliniarze” tylko w Gotham. Tacy, którzy muszą próbować zmierzyć się z Jokerem, z mafiozami, z Mad Hatterem. A równocześnie mają dzieci, psy, romanse, kompleksy. A napisane jest to świetnie. I przekonująco narysowane - Michael Lark się kłania (ten sam, który potem z Brubakerem tak pięknie pociągnął “Daredevila”). “Gotham Central” to seria, która skończyła się już ładnych parę lat temu, ale była jednym z najciekawszych tytułów tej dekady. Serio, serio.

Marvel Your Universe #2 Marvel Your Universe #3
Marvel Your Universe #2-3 - a tu bardzo sympatyczny półhurt. W cenie dwóch zeszytów dostajesz pięć. Czyli czytania pod dostatkiem i przy okazji niezłe popróbowanie kilku dotąd niesmakowanych serii. Z proponowanego zestawu znałem wcześniej tylko “Iron Fist” i muszę przyznać, że (jak rzadko) w zeszytach wchodzi mi to lepiej niż w tomie. A oprócz tego zupełnie niezła “Ms. Marvel” Reeda, dobry “Nova” Abnetta i Lanninga, przyzwoity “X-Men: Legacy” Carey’a i najsłabszy w zestawie “Ghost Rider” Way’a. Ot, coś w sam raz na dłuższy przejazd autobusem.

38 lat i 400000 na stronie

December 30th, 2009

Tak się jakoś złożyło. Od ostatniego wpisu strzeliło mi czterysta tysięcy wejść na stronę i równocześnie skończyłem 38 lat. Z tej okazji żadnych hucznych obchodów nie przewiduję, zauważam tylko, że większość powinszowań przeniosła się z smsów i maili na Facebook. Takie czasy.
Wczoraj w intencji obchodów troszkę update’owałem stronę. Wpisałem bieżące dane do strony z publicystyką i uzupełniłem dział z wydawnictwami z moim udziałem o tytuły z 2009 r. Zajrzałem też na Forum. Wy lepiej tego nie róbcie. Gdy zakładałem stronę, myślałem, że może to być jej fajne uzupełnienie (i może nawet kiedyś to faktycznie nastąpi), ale na razie zagnieździły się tam jakieś reklamy erotyczne - jest ich ponad 2500 tematów. Wezmę niedługo jakąś porządną miotłę i tam pozamiatam. Ale już nie dziś.

A tymczasem wracamy do starego dobrego wchłaniania z obrazkami:

DVD:
Star Trek
Star Trek - prezent podchoinkowy do użytku natychmiastowego. Obejrzałem sobie z przyjemnością i z córką tłumacząc jej zawiłości fabuły, teorii podróży w czasie, dziesiątki aluzji do klasycznego serialu i podobieństw do Star Wars. Chyba załapała. Mnie za drugim razem film Abramsa oglądało się równie dobrze i zdecydowanie twierdzę, że to ścisła czołówka tegorocznej rozrywki pełnometrażowej.
I znalazłem R2D2!

Birds of Prey
Birds of Prey 0 - serial już cały obejrzałem, a w ramach dodatków na ostatniej płycie była jeszcze wczesna wersja pilota. A w nim trochę dłuższa fabuła i spora podmianka obsadowa - w roli Harley Quinn zamiast Mia Sary obsadzono pierwotnie Sherilyn Fenn. Ja tam bym chyba nawet wolał. Ale panowie producenci uznali inaczej. Wszystko jedno - serial i tak wysmażyli słabiutki i szybko wylądował na śmietniku popkultury.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/14-16 - no i czas na drugą kadencję. A dokładniej jej inaugurację. Jak to w porządnym serialu krzyżuje się ona z kilkoma kryzysami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Jest więc o czym pogadać (a oni w tym serialu gadać umieją). No i oficjalnie dokonuje się (również w fabule) zmiana sztafetowa: Joshua Malina w miejsce Roba Love.
A, i nie pisałem o jeszcze jednym atucie WW - pojawia się w nim co jakiś czas jako siostra i pomocniczka Bailey’a (Maliny) niejaka Danica McKellar. To popularna w USA matematyczka i aktorka, której śliczność ledwie mieści się na skali, a jak ją sobie wyguglacie to na fotkach będzie się wydawać dziwnie znajoma. I bardzo słusznie. Bo to właśnie ona była przed laty obiektem westchnień sympatycznego Kevina Arnolda. A może ja już jestem emerytem i posługuję się nieaktualnym kluczem kulturowym? Kto pamięta kim był Kevin Arnold? Anybody?

Kochanek Lady Chatterley
Kochanek Lady Chatterley - czteroodcinkowy serial brytyjski w reżyserii Kena Russella. To chyba jeden z ostatnich wyrazistych, ostrych, rozpoznawalnych reżyserów, którzy jeszcze nie doczekali się w Polsce żadnego boxa DVD. A przecież “Diabły”, “Tommy”, “Lisztomania”, “Odmienne stany świadomości”, “Gotyk”! Na początku i końcu kariery Russell mocno siedział w telewizorze. I to właśnie już ten schyłek. Ale przecież to brytyjska telewizja więc może być ostro. I jest. Jak w literackim oryginale - erotycznie i rozwiąźle. Joely Richardson i Sean Bean rozbierają się i obściskowują przy każdej okazji. I zupełnie sympatycznie się to ogląda. A jakby z tych 210 minut wykroić 90 to byłby z tego naprawdę fajny film.

Komiks:
Angel #24 Angel #25
Angel #24-25 - a tu ciekawostka. Dwuzeszytowa historia wymyślona przez samą Juliet Landau, czyli serialową Drusillę. W końcu kto, jak nie ona zna najlepiej swoją bohaterkę? Oto więc Drusilla i jej przygody, w czasie gdy kończył się serial telewizyjny i zaczynał szósty komiksowy sezon “Angela”. Jest krwawo. Dodatek - w każdym z zeszytów kilka niezłych dużych fotek wampirzej córeczki Martina Landau’a.

Daredevil #500 Dark Reign List Daredevil
Daredevil #500 i Dark Reign - The List: Daredevil - tu zaszła zmiana. A dokładniej te dwa zeszyty to moment przejęcia postaci DD przez nowego scenarzystę. W #500 serię opuścił Brubaker, który zakończył swój run jeszcze ostrzej niż zaczął. Doprowadził bowiem w logiczny sposób do sytuacji i decyzji jakiej byśmy się po Murdocku nie spodziewali. Uzupełnieniem zeszytu są preview, dodatkowy komiks Nocenti i Aji, pin-upy (m.in. Darrow, Mack, Quesada, Bendis, Maleev), reprint klasycznego #191 Franka Millera i galeria wszystkich 500 okładek.
No a potem pierwszy zeszyt nowego scenarzysty Andy Diggle’a. I jest nieźle. Mrocznie i brutalnie jak trzeba z DD. Krwawo, rozdzierająco i bez łatwych wyjść z sytuacji. To uparcie jeden z moich ulubionych amerykańskich (super)bohaterów ever.

Dark Reign Elektra #5
Dark Reign: Elektra #5 (z 5) - a tu jeszcze mroczniej i smutniej. I lepiej. Oryginalna Elektra powróciła i nie ma lekko. I świat z nią też nie ma lekko. Zeb Wells - następny pan, który dobrze pisze. Trzeba mu się przyglądać.

Incredible Hercules 127
The Incredible Hercules #127 - i jeszcze jeden z tytułów pod marką “Dark Reign”. Hercules, Atena i Amadeus Cho vs wcale nie mityczne imperium Hery. Pak i Van Lente wpletli sobie całą grecką mitologię do uniwersum Marvela i okazało się, że pasuje jak ulał. A jeśli ktoś się spodziewał, że Hera i Osborn się jakoś racjonalnie dogadają i podzielą władzą nad światem to się może zdziwić.

I tyle w ten uroczy samotny urodzinowy wieczór.

NIEzdrowe święta

December 27th, 2009

Sobota. Rodzinna epidemia rozszerza się. W zasadzie mniej lub bardziej, tak czy owak, każdy z nas jest już chory. A to gorączka, a to wymioty, a to ból brzucha, a to “ból czoła”, a to zapalenie gardła. Fajnie jest. To znaczy tak sobie. Ogólnie więc narzekamy, siedzimy, niedomagamy, w telewizorze na okrągło leci Disney Channel i trochę mdło jest.
W ramach poczucia obowiązku byłem dziś w radiu. Trzygodzinna audycja zleciała dość szybko, tym bardziej, że w ramach “raz się żyje” wziąłem z samochodu moją paczkę płyt podróżnych i raczyłem słuchaczy Roxy Weird Alem Yankovicem, Bukartykiem, Sealem czy Aerosmith. A co! W końcu zgodnie z nazwą audycji powinni być “gotowi na wszystko”.
Zgodnie z powyższym niewiele mam do powiedzenia na temat wchłaniania. No bo nie było jak i kiedy. To znaczy było trochę, acz z kłopotami:

Kino:
Avatar - niemalże obejrzałem. To znaczy na chwilę przed finałem wydzwnoniła mnie żona żebym wracał, bo do młodego trzeba wzywać lekarza. Więc zdjąłem okulary 3D i wyszedłem z sali. Acz na pewno jeszcze raz pójdę i obejrzę do końca. Bo pięknie jest. Wzorcowe przygodowe kino sf na miarę naszych czasów, potrzeb i możliwości. Siermiężne próby Zemeckisa można już odłożyć do lamusa a to właśnie cameronowy “Avatar” jest przełomową animacją 3D udającą rzeczywistość. Scenka opada. I się nie podnosi. Ani przez chwilę. Mówię o warstwie wizualnej. Bo fabularnie to po prostu sprawna rzemieślnicza fabułka jakich wiele chociażby (na ciut mniejszą skalę, acz równie wtórnych) w pełnometrażowych filmach telewizyjnych. Trochę “Pocahontas”, trochę “Tańczącego z wilkami”, trochę ekobełkotu, trochę aluzji do kapitalistycznego imperializmu itp. Wszystko już było, wszystko już widzieliśmy/czytaliśmy/słyszeliśmy (trochę jak w “Matrixie, acz nie tak dobrze wymieszane - widać grudki i przez to czerpanie jest bardziej widoczne), ale i tak ogląda się pysznie. A przy tym Cameron wie ile można poszaleć, a ile trzeba jak w “Star Treku” pójść w antropomorficzność kosmitów i obcych światów, by całość była maksymalnie wchłanialna dla wszystkich (w tym kobiet i dzieci). Piękny film. I na pewno finał też piękny, ale o tym się dopiero przekonam. A i bez finału jednak pierwsza dycha tegorocznych filmów bez najmniejszego problemu.

DVD:
Birds of Prey 13 - i koniec. Ostatni odcinek był trochę lepszy od niespecjalnie wysokiej średniej całego serialu, ale jak rozumiem próbowano skończyć w nim wszystkie wątki i skomasowano w 40 minutach pomysły na kilkanaście kolejnych. I wyszło poczciwie (nawet z tym jakże oczywistym rozpaczliwym clifhangerem w ostatniej scenie). Od serialu o Barbarze Gordon, Huntress i Harley Quinn należy jednak wymagać znacznie więcej. Sorry.

Prezydencki poker 4/13 - korzystając zaś z tego, że wszyscy posnęli udało mi się dziś wciągnąć jeden odcinek “West Winga”. Bardzo specyficzny. Bo tym razem nie w Białym Domu, a na prowincji, gdzie C.J. (rzecznik prasowa prezydenta) wraca na dwudziestolecie matury. I patrzy za siebie jak ten czas leci. I znika w niepamięci, bo jej ojciec ma pogłębiającego się Altzeimera. Nie jest lekko. Choć jak zwykle w takich opowieściach ja zazdroszczę, że jest w ogóle. Moje dwudziestolecie matury już za kilka miesięcy, a idea bycia dorosłym i posiadania żyjących rodziców zawsze mnie zadziwia i brzmi bajkowo. Cóż zrobić… Jeszcze jedno było ciekawe w tym odcinku - pięknie zakorespodnował z tym co rano było w telewizorze. Bo leciał tam (i siedząc w radiu jednym okiem zerkałem i nawet komentowałem na antenie - mówiłem np. o tym, że będąc nastolatkiem też podrywałem dziewczyny śpiewając, ale jednak za moich czasów przygrywało się na gitarze, a nie używało półplaybacków) “High School Musical”. Ten odcinek WW można też traktować jako swoisty epilog do HSM (mimo, że oczywiście powstał kilka lat wcześniej). Oto na 20-lecie całej fabuły główna para bohaterów spotyka się znowu na chwilę i z nostalgii idzie nawet do łóżka. Ona - mądra kujonka została w tym czasie jedną z najważniejszych osób w państwie, on - szkolny przystojniak, sportowiec i w ogóle (w wersji old gra go Matthew Modine) - miał własną rockową kapelę, siedział w więzieniu a teraz jest zegarmistrzem mieszkającym w Paryżu. Ot, życie…

Komiks:
DC: The New Frontier Absolute Edition - świąteczne chorowanie ma też swoje dobre strony. Np. miałem okazję dokończyć wielkiego komiksowego grubaska. Przepiękny komiks Darwyna Cooke’a o początkach współpracy superbohaterów z DC. Cudo. Wiem, różni bardziej doświadczeni koledzy mówili mi już od kilku lat bym to przeczytał, ale dopiero teraz się za wziąłem. I było zacnie, mądrze i fantastycznie. Cooke pięknie wkomponował debiuty znanych i zapomnianych dziś herosów w rzeczywistość USA lat 50. i 60. Dużo, gęsto i smacznie. Lekko podrasowane charaktery, dużo (bardzo dużo) aluzji i nawiązań, prosta i funkcjonalna kreska. Zdecydowanie jedna z najlepszych mainstreemowych komiksowych robót ostatniej dekady. A i wydanie godne swej ceny. Potężny format, dodatki, nawet klasyczna wstążka do zakładkowania. No, wypas!

1985 TP Fajna, nietypowa miniseria Marvela. Millar i Edwards w opowieści o naszym świecie (tym, w którym superbohaterowie występują jedynie w komiksach) do którego nagle zaczynają przenikać superzłoczyńcy z Marvela. Ale jak to? To właśnie tłumaczy ten komiks. Tłumaczy nieźle i inaczej niż wszyscy bawiący się ideą “jak komiksowe postacie zachowywałyby się w realnym świecie?”. W największym skrócie - oj, byłaby jatka. Lubię Millara w tych jego miniseryjnych autorskich pomysłach. I znowu jakoś łatwo mi się identyfikować z bohaterem - trzynastoletni Toby ma raptem rok mniej ode mnie. Ja w ‘85 miałem przecież lat 14. Niestety nie mogłem tak jak on zaczytywać się w superbohaterskich komiksach, bo ich u nas wówczas nie było. Ale komiksowego fioła już miałem. I w tamtym roku jeszcze bodajże harcerskiego. Ale to już zupełnie inna opowieść.

I jeszcze porcyjka zaległych zeszytów:
Halo: Helljumper #1-2 (z 5) - Peter David wg popularnej gry komputerowej. Może to kwestia nieznajomości kontekstu i samej gry, ale “Żołnierze kosmosu” to to nie są. I szkoda.

Angel: Blood & Trenches #1-2 (z 3) - początek i środek serii, o której zakończeniu pisałem już w czerwcu. To autorska historyjka Johna Byrne’a o przeszłości Angela. I Wojna Światowa i sporo wampirów w okolicach frontu. I formalnie najprościej jak się da - ot, kreska ołówkiem i krew na czerwono. Efekt zupełnie zadowalający.

Star Trek: Crew #1 - i zupełnie analogicznie. Początek serii, której resztę już znam. I znowu John Byrne, który widać zadomowił się w IDW. I trzeba przyznać, że do pokrywania takich białych plamek w ST, pan JB nadaje się świetnie. Tu bawi się w taki sympatyczny prequelek do TOSa.

Star Trek: Mission’s End #1-2 - do trzech razy sztuka. To z kolei otwarcie serii będącej po prostu kolejną przygodą Kirka i jego drużyny. Standard, acz wchłanialny.

Star Trek: Alien Spotlight - Klingons - z cyklu one-shotów o różnych rasach tym razem wychodząc od znanego z TOSa i DS9 Kanga, piękna i świetnie utrzymana w klimacie Klingonów opowieść o honorze wojownika. I do tego bardzo przekonująco namalowana przez J.K. Woodwarda.

Star Trek: Alien Spotlight - Tribbles - i drugi zeszyt z tej serii, a w nim jak łatwo się domyśleć inna zabawna konfrontacja Klingonów z miluśkimi Tribblami. Cute.

Angel #19 - i na koniec jeszcze powrót do Angela. Pierwotnie wymyślona przez Whedona i Lyncha fabuła na szósty komiksowy sezon serialu już się skończyła. Ale serii komiksowej tak łatwo się nie kończy. Oto więc kontynuacja trochę jakaś dziwna, nie w klimacie i “o co tu, kurwa, chodzi?”. A może ja się nie znam?

I w zasadzie dogoniłem zaległości w komiksach. Czyli zgodnie z obietnicą pora znowu zacząć pokazywać okładki omawianych tytułów. No, dobra, spróbujemy. Znaczy ja spróbuję, a Wy sobie popatrzycie. Od następnego razu.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl