Kamil M. Śmiałkowski

tygodniowe zaległości na raz

January 18th, 2010

I znowu tydzień przeleciał między palcami. Acz tylko w sensie wpisów na blogu, bo poza tym w redakcji zamykaliśmy lutową Nową Fantastykę, a ja rozmawiałem, kombinowałem, przeglądałem umowy i wymyślałem pomysły do chyba z pięciu nowych rzeczy nad którymi będę pracował w najbliższych miesiącach ku chwale moich kredytów, długów i zobowiązań wobec Urzędu Skarbowego. A rozpiętość tych pomysłów mieści się na skali od nowych książek (kilku) poprzez wykłady na uczelniach po produkcję programów telewizorowych. Jak podpiszę jakąkolwiek umowę to oczywiście pochwalę się tu szczegółówiej (chyba, że umowa będzie tego zabraniać).
Cóż poza tym? Jeszcze w kwestii istniejącej już książki: “Bond. Leksykon” został zrecenzowany na stronie www.tvp.info przez mojego dawnego przełożonego i zapalonego Bondologa (więc tym bardziej cieszy dobre słowo) i zauważyłem też o nim drobną, pozytywną, acz lekko kuriozalną w treści notkę w styczniowym numerze “Kina”. Czemu kuriozalną? Bo ciężko mi zrozumieć, jak pisząc stosunkowo niewiele o książce poświęconej Bondom ktoś skupia uwagę na takich detalach jak małe fotki autorów gościnnych umieszczone na końcu każdego z trzystronicowych eseików rozrzuconych po książce? Ale może ja się nie znam na tym, co interesuje czytelników tego prestiżowego miesięcznika…
A zmieniając temat oto cytat tygodnia z mojego uroczego pomiotu: “Tato, czy ja już mogę w przedszkolu przestać udawać, że jestem grzeczny? To takie męczące…” Nie wiem co z niego wyrośnie, ale z pewnością coś intrygującego.

A w ramach udokumentowania jakież to geny ukształtowały to stworzenie bieżąca porcja wideopogaduch na Onecie (znaczy, żeby była jasność - myślę o moich genach, a nie Myka): “Harry Brown“, “Księżniczka i żaba” (to coś mi nie wchodzi, ale może poprawią i link będzie działał), “Sherlock Holmes” i “Wszystko, co kocham“.

To co? Przechodzimy do wchłaniania, bo nazbierało się sporo, a do podsumowań zeszłego roku wrócimy w przyszłym tygodniu:

Kino:
Planeta 51
Planeta 51 - i znowu weekendowy seans z dziećmi. Kolejna amerykańska animacja niby dla dzieci a tak naprawdę dla dzieci większych, acz nie do końca. Tym razem sf - oto planeta pełna ufoludków (w klimacie amerykańskich lat 50. - stroje, budynki itp.) na której ląduje ziemski astronauta. I jest potraktowany tak jak pewnie nasi by potraktowali kosmitę. Dużo zamieszania, trochę nawet śmiesznych żartów (że np. pieski na tej planecie to Alieny i obsikują wszystko kwasem), trochę żartów przekombinowanych, teksty też raczej przekombinowane (Wierzbięta poszedł miejscami (jak na film dziecięcy) w wulgaryzmy), ale w sumie dzieci bawiły się nieźle, ja bawiłem się nieźle, więc nie odradzam.

DVD:
Imperium wilków
Imperium wilków - kolejna (po “Purpurowych rzekach”) francuska ekranizacja powieści lokalnego mistrza od nadzwyczaj skomplikowanych fabuł sensacyjnych Jeana-Christophe Grange’a. Tym razem chodzi o tajne francuskie służby, które z tureckimi tajnymi organizacjami przestępczymi rozpoczynają uroczy chocholi taniec, w którego centrum znajdują się jeden młody policjant i jedna superturczynka. Do tego obowiązkowo Jean Reno i dużo wybuchów. Miało być iście hollywoodzko, wyszło tylko iście. Jak to zwykle we francuskim kinie.

Ostatnia misja
Ostatnia misja - i jeszcze też z zaległości sensacyjnych - niespecjalnie udany film Wójcika sprzed ponad dekady. Jeśli dobrze pamiętam kolejność wydarzeń: najpierw pan reżyser WW kręcił przez lata niespecjalnie chętnie oglądane kryminały i sensacje kinowe, potem trafił mu się złoty strzał w postaci serialu “Ekstradycja”, a potem stwierdził, że skoro wreszcie go widownia doceniła i zrozumiała to wraca do kina. I oto efekt. Drewniana, nudna, sztampowa sensacja pełna nieudolnych dialogów, słabych plastikowych kreacji i w ogóle nudna. Nawet Gajos jest tu słaby, choć i tak w swej słabości jest tu najlepszy. Cała reszta jak to u Wójcika. Za kilka tygodni do kin wchodzi jego nowy film i to ponoć komedia romantyczna. Już mi się coś śmieje w środku…

Jak złamać 10 przykazań
Jak złamać 10 przykazań - komedia. Amerykańska niezależna. Pełna rozpoznawalnych twarzy i nazwisk (Rudd, Platt, Alba, Brody, Janssen, Ryder, Schreiber) i jakoś taka niespecjalnie poskładana. Jest nawet kilka zabawnych kawałków, ale nikną niestety w ogólnym chaosie. Podstawowe założenie jest takie, że narrator Paul Rudd wprowadza nas w 10 fabułek o łamaniu 10 przykazań (coś Wam to przypomina?). Rzecz jednak miejscami jest tak wymęczona, że włosy bolą. Żenuje nawet to, że dla utrzymania dość lichej linii fabularnej całości, przykazania są w niewłaściwej kolejności. Kiedyś już znalazłem kawałek tego filmu w sieci i się zachwyciłem, a w komentarzach RS rozwiał mój hurraoptymizm. Co tylko dobrze świadczy o interaktywności na tym blogu.
I jeszcze anegdotka o tym tytule. W zeszły weekend DVD z tego filmu leżało sobie u mnie w dużym pokoju na stole. I akurat tak się złożyło, że przyszedł z wizytą ksiądz. Żony nie było. Otwieram. Młody, kulturalny, pyta, czy przyjmuje. Że w sensie jego. Ja na to, że ja to nie, żona pewnie by i przyjęła, ale jej nie ma. Ale jest córka, niespełna rok temu okomuniowana to może ma ochotę (w końcu u mnie w domu jest tolerancja religijna). Majka powiedziała, że może przyjąć. Wszedł. Zostawiłem ich w dużym pokoju i wyszedłem. Chyba nie zauważył okładki DVD, bo usiedli przy stoliku, ale kto go tam wie? Wychodząc coś tam notował w zeszyciku…

Jestem na tak
Jestem na Tak - najnowszy Jim Carrey. OK, acz ciut wtórny w stosunku do “Kłamca, Kłamca”. Ot, niespecjalnie udzielający się społecznie Carl przekonuje się, by brać życie na tak. I odpowiadać twierdząco na każdą propozycję. Co daje rozmaite reperkusje. Kaniec filma. Bywało lepiej, bywało gorzej. Ale chyba wolę Carrey’a bardziej szarżującego i w bardziej głupkowatych fabułach.

Terminator: Machinima
Terminator Ocalenie: Seria Machinima - a to dopiero zawód. 6-odcinkowa seria animowana będąca czysto pretekstowym prequelem do ostatniego kinowego Terminatora. Ot, wzięto z niego najładniejszą panią (Moon Bloodgood), przerobiono ją na animację (po co? w oryginale jest ładniejsza!) i dopisano słabiutką fabułę o samodzielnym bojowniku “Duchu”. Całość wygląda jak zapis jakiegoś etapu w grze komputerowej i to nienajciekawszego. Różne rodzaje robotów padają jak kawki, a my patrzymy na biegające nieprzekonująco animowane ludziki na zmianę z wysłuchiwaniem patetycznych monologów o przetrwaniu. Szkoda czasu.

Grudge 3
Grudge 3 Powrót klątwy - nigdy nie przepadałem za tym cyklem, ale co tam, była w nim Buffy, to oglądałem. A teraz już jej nie ma. Część trzecia, wprost na wideo, biedniejsza, smutniejsza i ciut słabsza (choć tamte też nie były jakieś mocarne). Co zabawne dopiero tej opowieści o mordującej klątwie przyznano wyższą kategorię wiekową (poprzednie były dla młodszych). Absolutnie nie wiem dlaczego - nawet porządnej nagości nie było.

Boogeyman 3
Boogeyman 3 - Ostatni rozdział - oby ostatni. Znowu trzecia część serii robiona już prosto na wideo pełna panienek z akademika w nocnych koszulkach, albo i bez, cystern krwi z komputera i nieprzekonującej fabuły. Wszystko to było już w dużych ilościach gdzie indziej (choć oczywiście niektóre panienki zupełnie nowe), ale fabularnie to popłuczyny po Kruegerze i to co najwyżej trzeciej/czwartej wody (czy raczej krwi). Pod koniec na chwilę robi się ciekawiej (przez chwilę rzecz sprawia wrażenie sensownej i interesującej dramaturgicznie), ale nie wytrzymali do końca i musieli wrzucić kilka kolejnych puent, a co jedna to bardziej oczywista i przewidywalna. Słowem - i’m to old for this shit…

Efekt motyla 3
Efekt motyla 3 - obejrzałem te trzy filmy bo chciałem zrobić do Nowej Fantastyki łączną recenzję pod tytułem “Trzy po trzy”, ale stwierdziłem, że szkoda na te tytuły miejsca. Bo tu też cieniutko. Jak jedynka była jeszcze o czymś i nieźle się to oglądało, dwójkę mam na półce, ale jeszcze do niej nie dotarłem (a KRL mi odradzał więc się nie śpieszę), to trójka ssie straszliwie. Scenarzystom niesłusznie wydawało się, że wiedzą o co w tyc podróżach w czasie chodzi, wymieszali to z fabułą kryminalną i wyszło coś na poziomie sensu, jakości i atrakcyjności “Strażnika czasu” i to bez Van Damme’a. Czyli nienajlepiej.

Funny People
Funny People - no i wreszcie coś pochwalę. Z pełnym przekonaniem. Czekałem na ten film od dawna, ale ominął on łukiem nasze kina i wprost na płytki. Trzeci, najnowszy Judd Apatow, czyli opowieść o zmęczonym życiem komiku (Adam Sandler), który ma szeroko pojęty kryzys. Nie dość, że jest w stanie terminalnym(trochę tu przychodzi na myśl “Człowiek z księżyca”), to jeszcze nudzi się strasznie i przygarnia sobie padawana (Seth Rogen), który nie ma lekko. Do tego jeszcze wątek o odzyskiwaniu utraconej miłości z młodości (Leslie Mann) i mamy w miarę pełny obraz tego zabawnego (acz nieprzesadnie), uroczego obyczajowego eposiku o showbiznesie współczesnej Ameryki. Mi weszło z wielką przyjemnością, czego i Wam życzę.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 9/12-20 - i druga połowa przedostatniego sezonu pękła. Wszystko w “Stargate” już było i teraz to tylko mniej lub bardziej udane permutacje poprzednich pomysłów, ale da się oglądać (zwłaszcza jednym okiem robiąc coś jeszcze). A już za chwilę sezon dziesiąty i ostatni.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/21-5/8 - a oto i mój ulubiony obecnie serial. Przełom sezonu to jak zwykle porządny cliffhanger - tym razem porwanie córki prezydenta i zrzeczenie się przez niego władzy na rzecz ichniejszego marszałka sejmu i to z konkurencyjnej partii (świetny John Goodman), bo akurat był wakat na funkcji wiceprezydenta. Świetne. A późniejsze konsekwencje jeszcze fajniejsze, bo marszałek (po zaprzysiężeniu na chwilowego prezydenta) nie mógł wrócić na stary stołek. Nowy zaś szedł na zwarcie i doszło do zawetowania budżetu, co tam jest jednoznaczne z zamknięciem całej budżetówki. Tak z godziny na godzinę. Nie do końca rozumiem te ekonomiczne kwestie amerykańskie, ale ogląda się to znakomicie. Uroczy subplot to błąd jednego z głównych bohaterów, który przegina i traci poparcie jednego z ważnych senatorów (Tom Skerritt), a w efekcie traci też praktycznie robotę i znaczenie w kancelarii. Też z godziny na godzinę. Piękne. I jakże wyidealizowane z naszej perspektywy.

Doctor Who: Dalek Invasion
Doctor Who: Dalek Invasion of Earth -ha! I mam następnego uroczego, starusieńskiego doctora who w mojej kolekcji (lubię takie prezenty). To jego słynne drugie spotkanie z Dalekami (AD 1964), gdy ich inwazja niszczy Ziemię w przyszłości. Cudne sekwencję latających spodków na sznurku przesuwanych przed czarnobiałym zdjęciem Londynu, mocne, wyraziste zwroty akcji (jak to u Brytoli) i po prostu kawał fabularnego mięcha. Uwielbiam i bardzo powolutku sobie kompletuję!

Dave Chapelle Show 1
Dave Chapelle Show 1/7-10 - a przed snem sobie dawkuję uroczego Dave’a Ch. A ten nie oszczędza nikogo. Pokazuje swoje autorskie wersje hollywoodzkich hitów, nabija się z murzyńskich piosenkarzy, gier wideo, telewizyjnych kanałów historycznych a nawet z szału wokół fundacji typu “Make a Wish!”. Może coś zademonstruję jako przykładzik - oto chapellowska (i jak się chwilę zastanowić to przecież dość oczywista) wersja “Pretty Woman”:

Literatura:
martin - Retrospektywa 1
George R.R. Martin - Retrospektywa 1: Światło odległych gwiazd - niektóre książki czyta się latami. Ja tak miałem z tym tomem zbierającym wczesne opowiadania jednego z najlepszych fantastycznych opowiadaczy. Tak wyszło. Dopiero niedawno zdobyłem nowy egz. i doczytałem ostatnich kilka tekstów. I bardzo polecam. Raz, że Martin jak mało kto potrafi snuć świetne, wyraziste i przemyślane opowieści, a dwa i przede wszystkim dla wstępów - co kilka opowiadań jest bowiem spory rozdzialik wspomnień Martina który pięknie, merytorycznie i ze sporą porcją autoironii opowiada jak mu się życie snuło i skąd poszczególne pomysły i fabułki. Pięknie stąd można się dowiedzieć np. jak z perspektywy amerykańskiego nastolatka wyglądały początki wielkiej fali komiksów Marvela w latach 60. czy rynek magazynów z opowiadaniami sf w USA dekadę później. Bardzo polecam.

Komiks:
Largo Winch 2
Largo Winch tom 2 - czyli kolejne cztery oryginalne albumy serii o skrzyżowaniu Bonda z Bruce’m Wayne’m i podręcznikiem ekonomii. Z tej perspektywy muszę stwierdzić, że to chyba najlepsza z długich cykli Van Hamme’a. Szybkie, gęste, płynnie opowiadane. Ja wiem, że wcześniej były powieści (może w tym sekret sukcesu), ale wciąga się to naprawdę sympatycznie. I nic dziwnego, że to jedna z najlepiej dziś sprzedających się serii komiksowych we Francji.

Streets of Glory
Streets of Glory - kolejna westernowa opowieść Ennisa wydana w Avatarze. Ot, taki starzejący się Eastwood i lokalne dzikozachodnie zamieszanie. Ultrabrutalnie i nostalgicznie. Niezłe, acz nieobowiązkowe.

Daredevil Bru Omnibus 1
Daredevil Brubaker Omnibus 1 - kolejna kopiasta porcja Daredevila. Dwadzieścia kilka zeszytów duetu Brubaker/Lark (tegoż, który chwaliłem niedawno w “Gotham Central”), który sprowadza na głowę biednego Murdocka wszystkie plagi świata. Bendis na koniec swego runu wsadził go do więzienia. Brubaker najpierw zanim go wypuścił, porządnie sponiewierał, potem przegonił po Europie i wreszcie spsuł mu małżeństwo w sposób przerażający i tak solidny, że wcześniejsze uśmiercanie ukochanych MM to przy tym pikuś. Słowem, to fabularnie kawał porządnej roboty z przewagą roboty i wyśmienity komiks. Choć oczywiście nie z perspektywy tytułowego bohatera.

X-Factor: Time and a Half
X-Factor: Time and a Half HC - Peter David dalej rządzi i pokazuje kolegom scenarzystom jak można pisać scenariusze komiksów superbohaterskich żeby było interesująco, mądrze i zabawnie zarazem. Jego “X-Factor” od lat jest klasą samą dla siebie. Tym razem też. W tym tomie m.in. wstrząsające rozwiązanie ciąży Theresy, Jamie skacze w przyszłość i wreszcie może z Laylą, a poza tym flirty, trupy, geje. Dobry komiks.

Ultimatum HC
Ultimatum HC - komiks w którym pan Loeb rozpiernicza uniwersum “Ultimate”. Trup ściele się gęściej niż w większości elseworldów (choć tradycyjnie Wolvie, czy Thor pewnie jakoś wrócą), Magneto wreszcie decyduje się na hardcore, a miliony szlag trafia. Na plus z pewnością trzeba zauważyć, że Loeb (jak rzadko który scenarzysta Marvela) zauważa, iż ogólnoświatowy kryzys powinien mieć również miejsce poza Nowym Jorkiem. Zaś mordowanie znanych postaci sprawia mu wyraźną przyjemność. W sumie całość jako zwarty tomik nawet tak źle się nie prezentuje, ale jak sobie pomyślę ile z tej fabuły wyciągnąłby ktoś naprawdę utalentowany, to trochę żal.

STar Wars Komiks 1/2010
Star Wars Komiks 1/2010 - bieżący numer polskiego miesięcznika komiksowego SW. Jakiś taki sympatyczny nawet. Duża historia w całej swej straszliwej wręcz schematyczności wchodzi naprawdę fajnie (Obi-Wan wraca z ważnej misji i wspomina poległych Jedi), a króciaki to fajna prosta historia poszerzająca biografię Boba Fetta i żarcik rysunkowy z robotami. W sumie znacznie lepiej niż poprzednio - dobra wróżba na nowy starwarsowy rok.

Wednesday Comics
Wednesday Comics 2-12 - i zmęczyłem. Wielki, już zeszłoroczny projekt DC wielkoformatowego gazetowego komiksu cotygodniowego. Co (wielka) strona to inny komiks w odcinkach. I tak przez trzy miesiące. Pierwszy numer już kiedyś tu opisywałem, pora podsumować resztę (a zamiast 11 okładek taka promocyjna grafi(cz)ka). Więc może po kolei:
- Batman (Azzarello, Risso) - klimat jest, fabuła pretekstowa, całość niezła.
- Kamandi (Gibbons, Sook) - fajne, gęste, dobrze napisane i w klimacie klasycznego Kirby’ego.
- Superman (Arcudi, Bermejo) - głównie mocne obrazkami, ale w sumie nie tylko. Jeden z mocniejszych punktów całości. Chyba optymalne wykorzystanie formuły płachty.
- Deadman (Bullock, Heuck) - ciut przekombinowane, ale taki i bohater. W sumie na plus.
- Green Lantern (Busiek, Quinones) - świetne, idealnie spasowana fabuła i kreska, dobre cotygodniowe cliffhangery. Kawał porządnego rzemiosła.
- Metamorpho (Gaiman, Allred) - dwaj komiksowi gracze konwencjami zagrali się tu miejscami na śmierć, ale w kilku innych miejscach pokazali klasę. Nierówne, ale godne uwagi.
- Teen Titans (Berganza, Galloway) - tego nie kupiłem. Niby coś, a jakoś nic. Rysunek niczego sobie, ale nie ratuje sytuacji.
-Strange Andventures (Pope) - a tu też pan odjechany, acz konsekwentnie i ciekawie. Dziwne, dziwne, ale tak, że aż chce się czekać na kolejny tydzień i kolejną planszę. A oto tu w końcu chodzi!
- Supergirl (Palmiotti, Conner) - proste, zabawne, sympatyczne. Druga liga, ale takich rzeczy też trzeba, by wypełnić gazetę.
- Metal Men (Didio, Lopez, Nowlan) - przefajnowane, Didio chciał pokazać, że szef też umie i trochę za bardzo się napiął. I miejscami popuścił. Ale i tak nieźle się czyta.
- Wonder Woman (Caldwell) - a ten to straszliwie przegiął. Uparł się zmieścić na każdej z tych plansz tyle fabuły, ile inni rozciągają na kilkanaście plansz. I miejscami jest tak gęsto, że aż można stracić wątek. A szkoda, bo historyjka nawet fajna.
- Sgr. Rock (Kubert, Kubert) - w sensie, że Adam wymyśla, a tata rysuje. I żaden się nie przemęcza, bo fabuła szczątkowa a kadry wielkie. Poprzedzający ich Caldwell całą tą opowieść zmieściłby w jednym swoim odcinku. A Kuberci się nie śpieszą. I moim zdaniem, trochę marnują tu miejsce.
- Flash (Kerschl, Fletcher) - jedna z najbardziej skomplikowanych fabuł w zestawie. Ale świetna. Mądrze podzielona, pokombinowana, fajnie i adekwatnie narysowana. Dobre, dobre.
- Demon, Catwoman (Simonson, Stelfreeze) - lubię tego rysownika, jeszcze bardziej lubię te postacie, ale nie wykorzystano tu ich potencjału nawet w ułamku. Wyjściowy pomysł Waltera może i był niezły, ale poprowadził go tak sztampowo i bez przekonania, że aż żal rzyć ściska.
- Hawkman (Baker) - dobre. Po prostu. Hawkman jako postać nie daje wielkiego pola do popisu, ale Kyle potrafił z tego wybrnąć dopisując do fabuły samoloty, dinozaury, gościnnych superbohaterów a całość rysująć w sposób naprawdę przykuwający uwagę. Dobre.

Hercules #132 Hercules #133 Hercules #134 Hercules #135
The Incredible Hercules #132-135 - Panowie Pak i Van Lente uznali, że wariacje na mitologię grecką to już za mało i poszli na boki. A to wzięli się na mit. nordycką, a to za sf z lat 50. - radości dalej w tym co nie mia ra. I dalej świetnie się człowiek bawi czytając o przygodach Herculesa, młodego Zeusa, Amadeusa, Ateny i reszty.

Brave and the Bold #27
The Brave and the Bold #27 - Panie i Panowie: J. Michael Straczynski wylądował. W DC. I tym pięknym zeszycikiem pokazał jak można się bawić postaciami z dalszych planów, z dawnych lat, z minionych pomysłów fabularnych. On to umie nieomal jak nikt. Tu sięgnął po stare dobre “Dial H for Hero” i udowodnił, że w tych ramotkach jest wciąż mnóstwo poweru jeśli ma się talent do snucia opowieści. Polecam.

Wildcats #14 Wildcats #15
Wildcats #14-15 - tymczasem w Wildstorm. Po zniszczeniu świata i wylizaniu ran Dzikie Koty zaczynają kombinować. A potem łączą swe siły z Team 7 i doprowadzają do jednej z najciekawszych konfrontacji w historii uniwersum: Max Faraday vs Tao. Bóg vs UberJoker. Podoba mi się.

książki ‘09

January 10th, 2010

No i kolejne podsumowanie. Tym razem książki. Po raz trzeci. Poprzednie lata 2007 i 2008 chyba nieźle wyjaśniały, jakie lektury kręcą mnie zwłaszcza i pewnie wiele się w tym roku nie zmieniło. Niektóre nazwiska się powtórzą z uporem godnym lepszej sprawy. Inne zadebiutują w zestawieniu. Ot, kolejny literacki rok z głowy. Czas więc na moją ulubioną dziesiątkę książek przeczytanych w ubiegłym roku:

Nic do stracenia Oko czasu Casino Royale Cycero Miasto niepokoju
Modlitwy o deszcz Barański Nazywam się Moore Trzynastka Zdobyć Woodstock

Lee Child - Nic do stracenia - Jack Reacher po raz kolejny. Child wzorcowo potrafi przykuwać moją uwagę i misternie snuć sensowną opowieść o współczesnym przybyszu znikąd, który robi porządek i jedzie dalej. I wciąż mi się to nie nudzi.
Arthur C. Clarke, Stephen Baxter - Oko czasu - pierwszy tom trylogii o dziwnym najeździe z kosmosu. Coć w zasadzie najazd to będzie w następnych tomach a tu jest o Ziemi, którą ktoś pozszywał z kawałków z różnych czasów. Ot, tu Aleksander i jego wojska, tam współcześni kosmonauci, gdzieś brytyjskie wojsko sprzed wieku i plączący się przy nim młody Kipling, a jeszcze gdzie indziej ludzie pierwotni. Fajny zestaw? I teraz za fabułę o takich założeniach wzięło się dwóch panów od hard sf. Z naciskiem na “science”. Efekt wyśmienity. Pozostałe tomy cyklu polecam również.
Ian Fleming - Casino Royale - a tak naprawdę to padam na kolana przed całym cyklem z Bondem, jaki wyszedł spod pióra Fleminga. Bo w tym roku (z dość oczywistego powodu) powtórzyłem sobie całość i wciąż jestem zachwycony lekturą.
Robert Harris - Cycero - genialnie wykreowana powieść historyczna. Harris udowadnia, że zna się nie tylko na II Wojnie Światowej (choć w zasadzie udowodnił to już przy “Pompejach”). Początek cesarstwa rzymskiego pokazany wiarygodnie i fascynująco. Początek trylogii.
Dennis Lehane - Miasto niepokoju - epicka saga obyczajowa o USA tuż po I Wojnie Światowej. A dokładniej o jednym mieście. Lehane wciąż pisze o Bostonie, ale tym razem miasto to zamiast scenografią stało się głównym bohaterem powieści. Efekt olśniewający.
Dennis Lehane - Modlitwy o deszcz - i żeby być uczciwym muszę powtórzyć nazwisko Lehane. Acz w innym literackim kontekście (choć też bostońskim). To piąty, ostatni tom cyklu czarnych kryminałów o parze Kenzie/Gerrano. Mroczne, smutne, przejmujące i w najlepszej tradycji Chandlera. Jak zwykle mnie urzekło. Jeśli nie kojarzycie cyklu Lehane’a z książek to może z ekranu - jego czwartą część, “Gdzie jesteś Amando?” niedawno zekranizował Ben Affleck.
Piotr Marecki - Barański [wywiad-rzeka] - niegłupia rozmowa z mądrym człowiekiem. Barański jest magiem polskiego kina, a Marecki sprytnie wypytuje go o związki z literaturą. I jak ją przekładać na ekran. Warto przeczytać.
Roger Moore - Nazywam się Moore. Roger Moore. Autobiografia - autobiografia Świętego/Bonda napisana z cudnie brytyjskim dystansem i autoironią. Samo się czyta!
Richard Morgan - Trzynastka - Morgan dla mnie to to, co w dzisiejszej literaturze popularnej najlepsze. Na równi fantastycznie, sensacyjnie i naukowo, mądrze i z biglem. Zarówno akcją, jak i sensowną merytoryczną podbudową “Trzynastki” można by obdzielić po kilkanaście innych tytułów. I jeszcze by zostało. Jeśli miałbym z tej dziesiątki wybrać jedną książkę roku, to pewnie byłaby ta.
Elliot Tiber, Tom Monte - Zdobyć Woodstock - jakoś urzekła mnie ta historia. Ot wspomnienia gościa, bez którego nie byłoby najsłynniejszego festiwalu rockowego świata. Gościa, który od dziecka miał pod górkę. Dobrze napisanie, przejmujące i z efektami naprawdę istotnymi dla historii kultury XX wieku.

Tyle pochwał i zachwytów. To może jeszcze trzy największe rozczarowania:

Dr House Całkowicie bez Czwórka Komisarz Borewicz

Dr House. Całkowicie bez autoryzacji - żenująca próba żerowania na popularności dobrego serialu. Zbiór esejów, który jakością większości nie odbiega od przemyśleń na blogach co mniej błyskotliwych gimnazjalistów. Niektóre teksty miały być żartobliwe (np. pierwszy), inne intelektualne, psychologiczne czy z tłem socjologicznym. Nie udało się prawie żadnemu. Poza trzema wszystkie są żenujące.
Waldemar Łysiak - Czwórka - Łysiak mnie rozczarowuje od ładnych paru lat, ale uparcie go kupuje. A on uparcie mnie rozczarowuje. Tym razem było jeszcze gorzej, bo z zapowiedzi czy strzeszczeń zapowiadało się nawet atrakcyjnie a wyszło jak zwykle. Powieść sensacyjna składająca się z nudnawych przeerudycjonowanych monologów i wiaderek wielowersowych literackich cytatów, którymi wymieniają się bohaterowie, to z pewnością rzadkość, ale to jeszcze nie powód, by się zachywać. Uparcie pamiętając książki Łysiaka sprzed dekad liczyłem na coś lepiej wchłanialnego. Już nawet wybaczyłbym mu te przegięcia ideologiczne gdyby to się dobrze czytało. A się nie czyta.
Krzysztof Szmagier - Komisarz Borewicz - i na puentę małe literackie kuriozum. Współczesna kontynuacja przygód 07, co się zgłaszał, napisana przez głównego twórcę kultowego serialu. Jakież to uroczo żałosne. Na szczęście niedługie.

Były najlepsze, były najgorsze, to na koniec jeszcze najważniejsza (dla mnie) książka 2009 roku:

Bond.Leksykon

Nieustannie polecam. Nie tylko ja zresztą, np. w tym tygodniu (lepiej późno niż wcale) polecali ją w “Przekroju”…

I już znowu niedziela. Jak te dzieci rosną. No to zaczynamy tradycyjnie od kolejnej trójki reżyserów. A dziś wypadli panowie dość niestereotypowi:

Enki Bilal - kultowy francuski (naturalizowany Jugosłowianin) komiksiarz, który ma filmowe aspiracje. I raz na dekadkę machnie se film. Jego komiksy to każdorazowo spore wydarzenia. Niektórzy czasem sarkają, ale wchłaniają wszyscy, co komiksami się ciut interesują. Filmy już takiej marki nie mają. Pierwszy “Bunkier Palace Hotel” kojarzą tylko ultrafani, ten z lat 90. - “Tykho Moon” był fantastyczną (w sensie gatunku) fantasmagorią w niezłej obsadzie, acz ja tam go traktuje bardziej jako twórczy kaprys niż dzieło. Ostatni “Immortal - Kobieta pułapka” to po prostu ekranizacja jednego z komiksów Bilala, acz tak poupraszczana i skrócona, że współczuję tym, co ją wchłaniają nie znając pierwowzoru. Bo komiks jest OK. A film niekoniecznie. I to zarówno w warstwie fabularnej, jak i ostatecznie w wizualnej. Kombinował, kombinował i przekombinował. A że nowa dekada już niedługo, więc pewnie i znowu coś nakręci. A oto kawałek tego, co wykombinował w 2004 r. - momentami sprawiało to już wtedy wrażenie jakiejś dziwnej, topornej alternatywnej metody animacji ekranowej. Nienajszczęśliwszej. Choć oczywiście tych kawałków w trailerze nie zobaczycie:

Brad Bird - bardzo sympatyczny pan reżyser z Pixara. Wiem, bo rozmawiałem. W Paryżu z okazji “Ratatuja”. Jedyny z pixarowej ekipy reżyserów, który dobił do niej po sporych wcześniejszych doświadczeniach gdzie indziej - on nawet fabułę kręcił. A potem “Simpsonów”, a potem “Stalowego giganta” a potem już w Pixarze “Iniemamocnych” i “Ratatuja”. Czyż to nie piękny zestaw? No piękny, że sobie odpowiem na pytanie retoryczne. Tu, w Polsce rzadko docenia się oryginalny casting głosów w animacjach. Mnie Bird, jeszcze zanim go wchłonął Pixar, urzekł pomysłem na zatrudnienie Vina Diesela jako Stalowego giganta. I oto filmik na ten temat:

Bill Bixby - Dr Banner we własnej osobie. Ten facet to legenda amerykańskiej telewizji. Ludzkie oblicze niesamowitego Hulka. W serialu z lat 70. i późniejszych filmach to Bixby właśnie grał Bannera, który w chwili stresu stawał się zielonym Hulkiem (wtedy rolę przejmował Lou Ferrigno). Jako aktor Bixby pojawiał się w dziesiątkach filmów i seriali (chociażby w niedawno wydanej u nas klasycznej “Pogodzie dla bogaczy”), jako reżyser też większość czasu spędził w telewizji. To zresztą on właśnie rządził pełnometrażowymi filmami z Hulkiem - “Powrotem”, “Procesem”, Śmiercią” - miało ich być więcej, ale Bixby zmarł w 93 r. A bez niego dalsze “Hulki” sensu nie miały. Nie żeby to jakiś ważny reżyser w historii kina, ale z sympatii do Sałaty wpisałem go na listę. A jak ktoś chciałby zobaczyć jak Bixby gra, produkuje i reżyseruje zarazem oto początek “Procesu niesamowitego Hulka”. A skoro proces to oczywiście gościnnie Daredevil (Rex Smith), a skoro Daredevil to oczywiście Kingpin (John Rhys-Davies. Naprawdę!). Popatrzcie:

Acz przecież nie samymi reżyserami człowiek żyje. Święta coraz bliżej - rodzinne przygotowania w toku. Juniorowi wyrwało się ostatnio, że bardzo tęskni za jedną panią z “Mam talent”. Tą, która tańczyła pośladkami - strasznie mu się podobała (chłopina ma 5 lat, ale się prawidłowo rozwija).
A z opowieści o tych, co niekoniecznie się rozwijają prawidłowo, zajrzałem na Naszą Klasę. To znaczy najpierw zajrzał Myku i mi pokazał wpis u niego. Sprawdziłem - u mnie był również ten sam (z jedną małą różnicą - zamiast “z tym grubasem” u mnie było “z tym drugim cwelem”). Zresztą przeczytajcie sami (albo omińcie jeśli jesteście co wrażliwsi na wulgaryzmy) - oto jak fani Michaela Jacksona reagują na jakąkolwiek krytykę. To efekt naszych wideopogaduch na Onecie o filmie “This is it”, jaki ktoś podpisujący się “anty pisowiec” zamieścił na naszych profilach w Naszej Klasie:
Ty pedale skąd ty się urwałeś twoja recenzja filmu “Michael Jackson’s This Is It” na onet.pl jest żałosna to co tam pierdolisz z tym drugim cwelem jest szczytem wszystkiego…kurwa “Michael Jackson’s nakręcił film” dojebałeś tym tekstem wszystkich… Naraziłeś się wiec patrz teraz na miescie za plecy!!!
No to patrzę.
A tymczasem junior zadaje przez Skype’a zagadki babci w Nowym Jorku. Właśnie usłyszałem: “Co to jest? Tato to ogląda i tam jest takie przejście?” Babcia się poddała. A junior na to “Gwiezdne wrota”.
A w Krakowie było fajnie. Wyłożyłem o komiksach. Trzy godziny zleciały jak strzelił. Ale wciąż jeszcze nie mogę przyzwyczaić się do tego uczucia. To znaczy ja mówię, a setka ludzi słucha - OK. Ja mówię o komiksach - OK. Ale ja mówię np. “W latach sześćdziesiątych rozpoczął się boom Marvela, którego głównym sprawcą był Stan Lee”, a setka osób robi sobie z tego notatki. Dziwne… Z tą szkołą w ogóle może się niedługo coś dla mnie rozkręcić, ale (że znowu użyje tego stwierdzenia) nie uprzedzajmy faktów. Za to w sobotę w radiu było po krakowsku. To znaczy ja gadałem z Krakowa a Myku z Warszawy. I było OK. Zaprosiłem jako gościa Roberta Kasprzyckiego. Przyszedł. Wcześniej pan z Krakowa otworzył mi studio i poszedł, więc byliśmy sami z Robertem. I zorientowaliśmy się, że są tylko jedne słuchawki. Więc jak Adam chciał z Warszawy zapytać o coś Roberta to musiałem mu pożyczać. No a wtedy ja nie słyszałem co się działo w stolicy. Albo ja słyszałem, a Robert nie. I mógł rozmawiać tylko ze mną, a poza tym patrzeć jak ja przycinam sobie z Mykiem i z moich ripost domyślać się co tam się dzieje po drugiej stronie. No po prostu nie było w studiu drugich słuchawek! Jakże poczułem się w Krakowie.
Jeszcze z innej bajki. W czwartkowym “Dużym Formacie” Wojtek Orliński poświęcił swoją rubrykę mojej książce. To się cieszę. I chwalę.

To jeszcze ciut o bieżącym wchłanianiu:

DVD:
U Pana Boga za miedzą - no i mamy XXI-wieczną polską kinową trylogię. Co prawda mocno prowincjonalną (w najróżniejszych tego słowa znaczeniach) i Jacka Bromskiego, ale zawsze. Trzecia odsłona życia w Królowym Moście poraża trochę fabułą - to taka wymęczona próba przebicia “Rancza”. Bromski wrzucił wszystkie grzyby jakie mu przyszły do głowy w ten barszcz i lekko (nieprzesadnie) zamieszał. Efekt nie jest zły, ale nie ma w tym ani świeżości, ani lekkości, ani humoru. To znaczy humoru ciut jest, ale w tych 110 minutach mniej, niż w jednym przeciętnym odcinku wspomnianego wyżej “Rancza”. A to nienajlepiej świadczy o panu prezesie.

Literatura:
Andrzej Ziemiański - Toy Wars - w ramach uzupełniania fantastycznych zaległości wziąłem sobie tę cegłóweczkę do pociągu. I przeleciałem ją z przyjemnością. Te dwie krótsze nowele znałem już oczywiście wcześniej z gazety, ale finałowa (znacznie dłuższa niż tamte razem wzięte) trzyma poziom. Rzecz o sympatycznej prywatnej detektyw/zwiadowczyni grupy najemników/exprostytutce w niedalekiej acz technologicznie podrasowanej przyszłości. Dziś prawie każdy (co stwierdzam po przeczytaniu kilkunastu opowiadań szykowanych do druku w “Nowej Fantastyce”) stara się być taka “cwana gapa” - żartować sobie w co drugim akapicie, rzucać bonmocikami w każdym dialogu. A to wcale nie takie łatwe. Mało kto umie to naprawdę fajnie, lekko, nienatarczywie i nieprzesadnie. Ziemiański umie. Momentami troszkę go ponosi (podobnie zresztą było pod koniec “Achai”), ale to potrafiłby przystrzyć dobry redaktor. Widać go zabrakło. Ale i tak książka to świetna rozrywkowa sf w najlepszym poskim wydaniu. Więcej takich.

Komiks:
Star Wars Komiks 12/2009 - tak sobie. Duża historia o Yodzie (niby niegłupia, acz analogicznych w EU były już dziesiątki. I rysunek mi się nie podoba) i mała niby dowcipna, acz straszliwie przewidywalna o Hanie Solo. W sumie raczej nuda.

Star Wars Komiks: Wydanie Specjalne 3/2009 - Jango Fett. Łowy - tu lepiej. Origin Jango Fetta (czyli “tatusia” klonów i Boby). Nieźle wymyślone, nieźle wkomponowane w historię Lucasa, narysowane tak sobie, ale do przyjęcia. No i prawie 100 stron za prawie 10 zł. Jest OK.

Secret Invasion TPB - zeszłoroczny największy event Marvela w jednym tomie. Oto Ziemię najeżdżają Skrulle, zmiennokształtni z kosmosu, którzy infiltrowali nas od lat, a teraz wreszcie się ujawniają i nadlatują armadą. Bendis nieźle to przygotował (kombinując niektóre wątki od wielu miesięcy) i zaczął z pięknym rozmachem. A potem niestety ugrzązł w syndromie Mastertona. Czyli tak ostro namieszał, że nie potrafił wymyśleć zakończenia na miarę wypracowanego zagrożenia. Zbyt łatwo sobie potem w finale nasi radzą, zbyt szybko jest po robocie. Podobnie jak przy wcześniejszym “World War Hulk” okazuje się, że inwazja na skalę światową rozgrywa się finalnie li tylko w Nowym Jorku. I wystarczy tu im spuścić łomot, by było pozamiatane. Bendis świetnie wymyśla i zaczyna takie rzeczy, ale do zakończeń przydałby mu się ktoś do pomocy. Taki np. Rucka. Albo Johns.

w kinie za rok

December 18th, 2009

W ostatnich dniach byłem na dwóch filmach, które do kin wejdą już w 2010 r. Ale pokazy były teraz. No to i opiszę je teraz. I przypomniałem sobie, że przecież w trakcie nieblogowania widziałem jeszcze takie dwa - pokazy prasowe miały z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i do kin wejdą wiosną, czy tam kiedy.

No to po kolei:

Kino:
Artur i zemsta Maltazara - wtórne, oczywiste i bez końca (w sensie, że kończy się w połowie historii i każe czekać na część następną). I oczywiście jak przewidywałem w poprzednim wpisie obecność Luca Bessona na premierze z perspektywy oglądania filmu z juniorem przełożyła się tylko na męczące pytania - “A kiedy się wreszcie zacznie film?”

Wrota do piekieł - nowy Raimi, który po kręceniu wielkobudżetowych “Spider-manów” stęsknił się za tanimi horrorami. I nakręcił wzorcowy. Jest śmiesznie, strasznie, obrzydliwie, zaskakująco i przewidywalnie zarazem. Takie kino uwielbiam. Ot, sympatyczna pani, która zostaje przeklęta i za trzy dni trafi żywcem do piekła. I próbuje coś z tym zrobić. A nie ma lekko. Uwielbiam horrory, w których potrafisz na całe sekwencje zapomnieć, że to straszne i oglądać sympatyczny obyczaj. I jest miło, poczciwie, zabawnie, normalnie i nagle szybkim strzałem (brzęczeniem muchy) przypominasz sobie, że przecież to horror. Zaraz coś pierdyknie. I trochę Ci żal tych ludzi, tej sytuacji, tej normalności. I wtedy pierdyka. No lubię tak. A Raimi to umie. A przy tym potrafi jak prawie nikt straszyć każdą metodą - klimatem, mrokiem, obrzydliwością, zaskoczeniem - wszystkim. I za to jest w mojej ulubionej piątce reżyserów.

Jakby nie było - najnowszy Woody Allen. Fajny. W starym dobrym nowojorskim stylu, pełen mniej lub bardziej zabawnych żartów i z Larrym Davidem w roli głównej (tej, którą zwykle grywał sam WA. I trzeba przyznać, że dużymi fragmentami lepszy z niego Allen niż z Allena). Podobało mi się. Łącznie z myślą przewodnią, że po przyjeździe do NY każdy sztywniak się wyluzowuje i otwiera na nowe doświadczenia używkowe, seksualne i każde inne.

Para na życie - nowy film Sama Mendesa. Malutki, cieplutki, przewidywalnie, acz misternie skonstruowany, pełen świetnych epizodów i w ogóle taki fajny. Najbardziej kameralny z jego filmów opowiada o parze, która objeżdża Stany szukając sobie dobrego miejsca na założenie rodzinnego gniazda. Nie zaskakuje, ale fajnie grzeje.

I tyle rzeczy kinowych.
Zanim przejdę do reszty wchłaniania chciałem tylko napisać co słychać.
Wczoraj byłem w przedszkolu na imprezie świątecznej. Najpierw wystąpiły starszaki (w tym Hubert), potem w mniej skomplikowanym zestawie średniaki, potem analogicznie maluchy, a potem… Olga Bończyk. Abstrakcja sytuacji - 10.
Jutro zaś pędzę do Krakowa - wykładam w Szkole Scenariuszowej. O komiksach.
W międzyczasie w Onecie pojawiły się dwa moje nowe teksty - jeden o alkoholizowaniu się w kinie, a drugi o telewizorowych świętach.
I jeszcze wstępniak. Ostatecznie poszło co innego, ale nie zmienia to niczego w moich przemyśleniach i napisanych zdaniach. Rzecz wisi już na facebooku i forum Fantastyki, no ale przecież to tu jest moje podstawowe miejsce w sieci. Oto więc pierwsza wersja pierwszego wstępniaka jaki napisałem do styczniowego (pierwszego pod moim sterem) numeru “Nowej Fantastyki”:

Bracia i Siostry w fantastyce:

Nowy Rok (jak pewnie rzuciło Wam się w oczy po symbolicznym nawet przekartkowaniu tego numeru) to czas zmian. Lekkiemu tuningowi poddaliśmy formę pisma, powoli podobnym zabiegom będziemy poddawać formułę. Jak sądzę, w wielu umysłach rozległo się w tym momencie bezgłośne (a gdzieniegdzie pewnie nawet głośne): “Czemuż?” A no temuż, że odnieśliśmy tu w redakcji i okolicach wrażenie, że świat nas troszkę przegonił. Że dziś trzeba ciut inaczej, wyraźniej, wyraziściej. Że kilku rzeczy w “Nowej Fantastyce” brakuje by mogła w pełni i uczciwie nosić tę nazwę. Bo słowo “fantastyka” zobowiązuje. A słowo “nowa” zobowiązuje równie mocno. Że dziś trzeba chyba odmiennie rozkładać akcenty. Że funkcję literacką i opiniotwórczą należy poszerzyć o elementy edukacyjne i informacyjne. Że po takim miesięczniku czytelnik powinien się prościej, łatwiej poruszać (i że wcale nie znaczy to, że ma być prostacko i głupio). Że powinniśmy szybciej reagować na rzeczywistość, bo czasem zanim coś trafiało na łamy to z fantastycznej nowości stawało się przebrzmiałą ramotką. Mógłbym takimi “że” zapełnić kilka stron i jeszcze nie wyczerpałbym tematu. Tu w redakcji ścieramy się w swoich wizjach “Nowej Fantastyki” wielokrotnie każdego dnia i pewnie upłynie kilka miesięcy zanim osiągniemy jakiś kompromis. A jak nie osiągniemy to sobie założymy własną komisję śledczą w sprawie kompromisu i będziemy się spierać dalej. Tyle, że naszych obrad nie będą transmitować w telewizorze…
Fantastyka w najróżniejszych przejawach otacza nas dziś ze wszystkich stron. Wylewa się z ekranów kin i telewizorów, bije w oczy z komiksowych plansz, przygniata samą swą ilością na księgarskich półkach. Nie można opisywania jej skanalizować do analitycznych recenzji kilku wybranych co najmądrzejszych książek. To nie tylko zafałszowuje obraz, ale i go zubaża. Nie znaczy to, że takich analiz na naszych famach zabraknie. Nie zabraknie. Ale obok nich znajdzie się mnóstwo nowych i odświeżonych pomysłów. W końcu w ponad ćwierćwiecznej historii tego tytułu przez jego łamy przewinęło się mnóstwo świetnych nazwisk, idei, rubryk. I do tego będziemy wracać i nawiązywać (nawet już żeśmy trochę zaczęli - p. bieżąca okładka).
Nowy Rok to czas zobowiązań. My więc zobowiązujemy się wytrwale pracować ku lepszemu jutru, a Wy nie ustawajcie w czytaniu. I dzielcie się z nami swoimi opiniami. Obiecuję, że przeczytamy wszystkie a zastosujemy się do tych, które będą nam pasować.

A teraz już o reszcie rzeczy wchłoniętych:

DVD:
Skarb mumii - horror tak zły, że mógłby być polski. Ani sensu, ani grozy, ani klimatu. Omijać szerokim łukiem. Można ew. splunąć w przelocie.

Kac Vegas - drugi koniec skali. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów tego roku. Szybka, perfekcyjnie skonstruowana komedia o kacu. Choć przyznaję, za drugim razem już bawi ciut mniej. Ale i tak znacznie, znacznie bardziej niż przerażająca część rzeczy nazywanych komediami. Trzy filary amerykańskiej cywilizacji (kac, Las Vegas i wieczór kawalerski) w jednej cudnej fabule. Nadrabiajcie, nadrabiajcie.
A żeby nie było gołosłownie oto pewien teledysk. Z filmem wspólnego ma tyle, że piosenka Kanye Westa się tam i owszem pojawia, a jedną z głównych ról na ekranie gra Zach Galifianakis (i genialny jest), który tu udaje, że to jego numer. Ale jak udaje! Mogę to oglądać w nieskończoność:

Gwiezdne wrota 9/1-4 - nowy sezon, nowi aktorzy (Beau B. i parka z “Farscape’a”), nowe postacie, nowi wrogowie, zobaczymy co z tego wyniknie. Na razie na pewno brakuje O’Neilla (choć obaj nowi bohaterowie próbują wejść w buty po nim) a mistyczność nowych wrogów jest lekko mdława. Ale się ogląda.

Prezydencki poker 4/5-12 - połowa czwartego sezonu i wreszcie ktoś z obsady się wykrusza. Rob Lowe wymiękł jako pierwszy, a jego postać została wysłana z Białego Domu do Kalifornii. A poza tym dalej szybko, ostro, zabawnie i dramatycznie zarazem. I z plejadą fajnych gości. Jeden przykład: Christian Slater. Najbardziej mięsisty serial (niefantastyczny) jaki w życiu oglądałem. Uwielbiam go. I jestem idealnie w połowie boxu.

Literatura:
Paul Challen - Dr House. Biografia Hugh Lauriego i przewodnik po serialu - popkulturowa druga liga. Zarówno pierwsza jak i druga część książki to takie wyliczanki bez polotu i stylu. Ot, trzeba było zjeść trochę popularności serialu. Więc zjadają. O Laurie’m w zasadzie to wszystko już i tak wiedziałem, a przewodnik obejmuje tylko trzy sezony (streszczenia, ciekawostki itp.) Można było lepiej, ciekawiej, mniej drewnianie.

Dr House. Całkowicie bez autoryzacji - i druga pozycja o serialu. Na okładce jest jako nazwisko autora Leah Wilson, ale to jakieś nieporozumienie, bo ta książka to po prostu zbiorek esejów. A właściwie słowem “esejów” niepotrzebnie ten wolumin nobilituje. Tym razem schodzimy już do trzeciej ligi - ot, ktoś zebrał do kupy kilkanaście wydumanych tekstów o serialu i jego bohaterach i wydrukował nie przejmując się, że większość brzmi jak wyciągi z jakichś amatoskich, fanowskich pretensjonalnych blogów. A niektóre jak nieudane bądź nieświeże żarty. Przez mało co przebrnąłem do końca z zainteresowaniem a polecić mogę raptem trzy teksty. Jeden porównywał House’a do Holmesa - oczywiste, ale nieźle udokumentowane. Drugi pokazywał analogie pomiędzy H. a Sokolim Okiem z “M.A.S.H”. I to wyszło fajnie, świeżo i inteligentnie. I wreszcie znana fanom sf (a zwłaszcza Star Wars) Karen Traviss napisała zupełnie ciekawy i ładnie płynący tekst pod wiele mówiącym tytułem “Natura prawdziwego skurwiela”. Całą resztę tej książki odrzuciłbym przed drukiem.

Charlie Higson - SilverFin - młody Bond w akcji. Czwarta i ostatnia na dzień dzisiejszy z wydanych w Polsce powieści z Bondem, które zostały napisane po śmierci Fleminga i nie są beletryzacjami filmów. Tym razem to fabuła chronologicznie najwcześniejsza - 13-letni Bond zostaje przyjęty do Eton. I się uczy. I nie tylko. A potem jedzie na ferię do ciotki. I tam trafia na trop sporej afery. Świetne. Klasyczny schemat powieści z 007 w wersji młodzieżowej. Żadnych przegięć (James to odważna chłopina, ale w końcu tylko trzynastolatek), prawdopodobieństwo spore, suspens gdzie trzeba, urocze i dyskretne mrugnięcia do klasycznych fabuł. Po prostu dobra powieść.

Komiks:
Star Wars: Dziedzictwo - Ukryta świątynia - i tu też jest dobrze. Z tomu na tom ta seria podoba mi się coraz bardziej. Rodzina Skywalkera okazuje się obfitsza niż dotąd można się było spodziewać. Jedi też nie wyginęli tak do końca jak to się mogło w pierwszym tomie wydawać - zresztą już tytuł to mocno sugeruje. “Dziedzictwo”, które początkowo było dla mnie li tylko innym ułożeniem tych samych klocków zaczyna nabierać charakteru i własnego klimatu. Tak trzymać.

grubsze rozpisane

December 6th, 2009

No to przy sobocie, jednym okiem spoglądając na finał “Mam talent”, drugim sprawdzając, co piszę (bo tak zupełnie bez sprawdzania jeszcze nie umię) i zerkając czasem na puste mieszkanie (bo mnie jakoś rodzina chwilowo osłomianowała). Pora na wpisa. To najpierw kwestie formalne:
- napisałem poprzednio, że w KZ to pierwsza i jedyna recenzja mojego książkowego wywiadu z Polchem. No to mnie mailowo sprostowano. No to się kajam i przyznaję, że jedna recenzja była już wcześniej.
- a z kolei o “Bond. Leksykonie” z taką lekką nieśmiałością, ale i niekłamaną satysfakcją rozpisał się wreszcie jego eseista, a przy tym szef Esensji Konrad Wągrowski i to na jej łamach. A potem jeszcze wrzucono tę pozycję na listę 100 najbardziej polecanych przez E. książek pod choinkę. Trochę tak właśnie była wymyślona…
- coś słyszałem, że dziś bondleksykon rozdawali w “Dzień Dobry TVN”, ale nic o tym nie wiem.
- a w Onecie kolejne nasze pogaduchy filmowe: “Dom Zły“, “Prawo zemsty“, “Zdobyć Woodstock“, “Mikołajek” i “Zombieland“.
A teraz już w ramach prezentu Mikołajkowego biorę się za wchłanianie i postaram się obok świeżynki opisać jak najwięcej z komiksowych zaległości:

Kino:
Zombieland” - no, uśmiałem się. Ot, sympatyczny hollywoodzki produkcyjniak wynikający z wielkiej popularności zombie, w sporej części z atrakcyjnej (lekko tu skresowanej) formuły książki pana Brooksa, no i z ogólnie dobrze rozumianego wyluzowania. Ot, ze świata w którym rozgrywa się również (acz zupełnie na serio) komiks “Żywe trupy” dostajemy inną historię - opowiedzianą z potężnym dystansem i obrzydliwie wręcz miejscami śmieszną. Czwóreczka postaci pomyka przez USA tłukąc zombiaki, lubiąc się, podpuszczając i zdradzając, a przede wszystkim spotykając Billa Murray’a (cudny epizodzik). No, śmieszne.
A “Mam talent” wygrał właśnie pan z akordeonem. To prawie jak zombie…

DVD:
Zły Mikołaj - nadrobiłem to wreszcie w ramach przygotowań do tekstu, jaki mam napisać do świątecznej “Gazety Telewizyjnej”. No i właśnie… Może jak bym to obejrzał kilka lat temu, zaraz po premierze, to zachwyciłbym się tak jak wielu kolegów. A dziś widziałem już tyle innych filmów w tej samej konwencji, że jakoś historia podłego gnoja, który zmienia się pod wpływem dziecka, a jako gnój jest zaprzeczeniem archetypu sympatycznego Mikołaja jakoś mnie nie podrajcowała. Chociaż to Thornton, chociaż to niby takie śmieszne i w kontrze do dobrych obyczajów. Dupa Jasiu. Oczywistość goni oczywistość, klimat wtórny i wszystko polukrowane taką poprawną niepoprawnością. Wszelkie szarże są kontrolowane i zatrzymują się w bezpiecznym miejscu, a w finale i tak wiadomo, że będzie jak zawsze. Nuda. Jakoś po zasłyszanych zachwytach oczekiwałem więcej niż kolejnej standardowego pitolenia o nawróconym grzeszniku. Ostatnie 2-3 lata takie filmy odesłało do lamusa.

Gwiezdne wrota 8/6-8 - sezon się rozkręca, acz jakoś większość czasu spędzamy tym razem na Ziemi. Najpierw Teal’c bierze się za grę - wirtualną symulację walki w kwaterze SG i program go nie chcę wypuścić; potem tenże Teal’c zamieszkuje poza bazą i robi się dziwnie (gościnnie Erica Durance tuż przed objęciem roli Lois Lane w “Smallville”) a w końcu pewien biznesman chce ujawnić istnienie kosmitów i w ogóle całego serialu. W sumie bez rewelacji, ale weszło mi nieźle.

Dr House 4/12-16 - ostatnia porcja z tego sezonu w której nowa ekipa się dociera na kilku kolejnych przypadkach (świeżo nawrócona chasydka, zbyt uprzejmy pacjent, aktor z ulubionej soap opery House’a) i wyrazisty finał rozpoczynający się od fajnej katastrofy a kończący naprawdę dramatycznie. I znowu, cholera, trzeba czekać miesiącami aż wydadzą w Polsce następny sezon…

Telewizja:
FlashForward 4 - i poprzedni odcinek kończył się zapowiadając coś wreszcie oryginalnego (Somalia). Ale oczywiście nie poszli tym tropem, tylko zajęli się permutacjami innych wątków. Oj, szkoda. Niech się tu coś zacznie, bo mi się znudzi i na resztę poczekam na DVD.

Literatura:
Elliot Tiber, Tom Monte - Zdobyć Woodstock - wspomnienia tego pierwszego z panów, które stały się podstawą dobrego filmu Anga Lee, który wciąż można zobaczyć w naszych kinach. I jak film mi się podobał, to książka jest jeszcze lepsza. Mocniejsza, bardziej wyrazista, opowiadająca również o młodości Elliota o której nie powinni czytać niepełnoletni. Ta lektura (świetna sama w sobie) jest też idealną pomocą dla aspirujących do zabawy w pisanie scenariuszy - to jak przetrasponowano ją w film jest rewelacyjną robotą: wybrano to co najlepsze, idealnie przekazano charaktery i zamieniono opisy w wydarzenia, miejscami przeniesiono akcenty, żeby coś jeszcze mocniej wypunktować. Zawodowstwo. A równocześnie nie przeszkadzające w samodzielnym istnieniu dwóch dzieł kultury. Oto zatem wspomnienia młodego Żyda z Nowego Jorku, który (stłamszony przez rodzinę i własne żądze) wpada w niezły kanał. I wyzwala się z niego organizując najsłynniejszy festiwal świata. Dobre. I jeszcze do tego prawdziwe.

Komiks (no to jedziemy z tymi zaległościami):
Monte Cassino się narobili. I to w szczytnym celu. Szkoda tylko, że nie potrafią. Niestety to komiks na poziomie tych pierwszych najsłabszych moherowych albumów. Może, jak i kolega Jasiński, ci państwo też się z czasem nauczą, wyrobią i będą robić fajne komiksy, ale strasznie mi szkoda takiego tematu i kupy zmarnowanej roboty. Z jednej z najlepszych polskich wojennych historii wyszło mdła opowiastka bez napięcia i nastroju. Zamiast wydawać takie komiksy naprawdę lepiej wznowić Wańkowicza. Czytałem jego opowieść o Monte Cassino jeszcze w szkole i do dziś mam dreszcze na samo wspomnienie.

Spider-man: Pechowy szczęściarz - Nie wiem o co chodzi. Egmont najpierw wydawał tomiki ze Spider-manem w wersji dla dzieci tak jak w oryginale w małym formacie. Było tak sobie (trudno się czytało). To teraz wydaje je w formacie ogromnym. Łatwiej się to czyta teraz synkowi, ale jakoś nie podoba mi się tak wielka pierdółka. Tamte łatwiej wchodziły na półkę. A samych fabułek już nie pamiętam. Co też jakoś o nich świadczy.

Starman Omnibus HC 2 - drugi tom ekskluzywnego wydania jednego z oryginalniejszych komiksów superbohaterskich lat 90. James Robinson robił sobie, tę mocno inspirowany Złotą Erą, serię na boku głównego uniwersum DC i świetnie na tym wyszedł i on, i komiks i samo DC. Dość powiedzieć, że Robinson i Harris (tak, tak, praktycznie całą tą serię rysował ten pan, co teraz macha “Ex Machina”) za kilka zeszytów, które są w tym właśnie tomie dostali w 1997 r. nagrodę Eisnera. Bo to jeden z najlepszych komiksów o upływie czasu w świecie superbohaterów. A to przecież temat zwykle uparcie pomijany.

Avengers: First to Last HC - to tomiszcze dzieli się na dwie części. Po pierwsze zawiera dwanaście krótkich historyjek, które były dodatkiem do reprintów klasycznych pierwszych numerów “Avengers”, gdy wznawiano je kilka lat temu. Ot, takie pierdółeczki wciskające się fabularnie pomiędzy tamte opowieści z lat 60. rysowane m.in. przez Oeminga i Aragonesa. Niektóre nawet fajne i zabawne. A po drugie dwuczęściowa “The Last Avengers Story” mojego ulubionego Petera Davida (rysuje Ariel Olivetti). Jak przystało na historię pod takim tytułem (oczywiście elseworld) jatka jest totalna i naprawdę wciągająca. Jak to u Davida.

All Star Superman HC vol 2 - druga i ostatnia porcja najbardziej utytułowanej serii komiksowej ostatnich lat (w amerykańskim mainstreemie oczywiście). Morrison i Quitely w swej autorskiej, totalnie zakręconej wersji Supermana. Naprawdę dobre. I dziwne. Bo Grant poszedł w przeciwną stronę niż stado. Od kilku lat wszyscy starają się uprawdopodobnić, urzeczywistnić, uczłowieczyć superbohaterów. Pokazać jak by naprawdę funkcjonowali w realnym świecie. A Morrison wręcz przeciwnie - skoncentrował się na tym co w idei Supermana nieludzkie, obce, nie z tej ziemi i to właśnie wyciągnął na wierzch. Jak ten gościu byłby wyalienowany, niezrozumiany, pokopany. I wyszło mu naprawdę zacnie. Takiego Morrisona lubię najbardziej. Nie wtłoczonego w ramy głównego uniwersum, nie chasającego samopas gdzieś w innych wymiarach, ale właśnie gdzieś pomiędzy. Tu pasuje najlepiej.

Wolverine: Rahne of Terra - ten albumik jest już pełnoletni (wydanie z sierpnia 1991 r.), ale wciąż się broni. W Marvelu nie było jeszcze wtedy tak rozwiniętej idei elserworldów więc ta historia o Wolviem i New Mutants w świecie fantasy doprawiono ramą z przenosinami do innego magicznego wymiaru. Peter David i Andy Kubert machnęli więc samodzielną fabułkę z dwoma światami, księżniczką Rahne, szałem Wolverine’a, który wskakuje do ucha wielkiego Mag(neto)a i w ogóle. Nic ważnego, ale w ramach uzupełniania komiksografii Davida nadaje się na półeczkę jak nic.

Enemy Ace - War in Heaven 1-2 Ennis już od dawna bawi się w komiksy wojenne. I oto niezły przykład sprzed ośmiu lat. Historia niemieckiego asa myśliwskiego z I Wojny Światowej, który wraca do latania podczas II. Z wyraźnym niesmakiem do nazizmu. Ale jak ojczyzna w potrzebie to polata i pozestrzeliwuje tych różnych Ruskich i innych takich. Ale sam jest uczciwy, zasadniczy i pięknie wygląda w niemieckim mundurze. Rozkoszna jest ta naiwna wiara Ennisa w prawych Niemców. Garth się mocno nagimnastykował, by choć odrobinę to uprawdopodobnić - jego Von Hammer lata trzydzieste spędził w swej posiadłości w ogóle nie wiedząc co się dzieje w państwie i jak Hitlerowcy się panoszą, a jak go (już w ‘45) zestrzelili nad Dachau i wylądował w obozie to naprawdę się zdziwił. I zasmucił. No, prawie się wzruszyłem.

The Master of Rampling Gate - prościutka adaptacja opowiadania Anne Rice. Okładka Boltona, rysunki Doran i tyle. Naiwniutka historyjka o wampirze. A właściwie o pani, co się w wampirze zakochuje. Cholera, coś takiego ostatnio gdzieś widziałem…

Supergirl - Wings - elseworld z DC w którym skrzyżowano Supergirl z aniołami. Wyszło nawet nieźle. Tak metafizycznie.

Rising Stars Compendium vol. 1 HC Cała saga Straczynskiego w jednym tomie. Seria zasadnicza (24 zeszyty + 3) i trzy boczne miniserie. Razem ponad 1000 stron naprawdę mięsistego, wciągającego i świetnie napisanego komiksu. Wszystko (no prawie wszystko) miałem już wcześniej, ale ja tam wolę w jednym tomie. I tak polecam najbardziej. Tylko o co chodzi z tym “volumin 1″? Czyżby były szanse na następne 1000 stron z tymi postaciami? Nie miałbym nic przeciwko - potencjału w tej opowieści o 113 superherosach, którzy pojawili się w pewnym miasteczku a potem zawładnęli Ziemią jest jeszcze mnóstwo.

Alias vol. 1 - ten komiks Bendisa i Gaydosa przegapiłem przed kilku laty jak wychodził w zeszytach, potem przegapiłem, gdy wyszedł w wielkim Omnibusie, ale wreszcie doczekałem się kolejnego wznowienia. W dwóch tomach. Oto pierwszy. Wreszcie przeczytałem więc sobie historię pani Jessiki Jones, niespecjalnie udanej superbohaterki, która od lat istnieje w światku nowojorskich marvelowskich superbohaterów, ale jakoś miała pecha. I to trochę o tym opowieść. Wyborna. To zdecydowanie jeden z najlepszych marvelowskich tytułów XXI wieku.

Buffy the Vampire Slayer Omnibus vol 6 - standard. Czyli tak jak lubię.

Midnighter - Assassin8 TPB - główna historia z tego tomu, która próbuje uczłowieczyć i unormalnić jednego z najfajniej nieludzkich superbohaterów Wildstrormu jakoś mnie nie przekonuje, ale świetnie to rekompensują dwie krótkie samodzielne historie, które tom uzupełniają - “Ordinary People” z rysunkami Johna Paula Leona, w którym M. zamiast walczyć z superprzestępcami chce po prostu ratować kotka, a kończy się jak zwykle i “The Hercules Virus” z rysunkami Briana Stelfreeze o rządowych niecnotach, którzy próbują być cwańsi, a kończy się jak zwykle.

Myspace Dark Horse Presents vol. 2 TPB - jakoś lubię tę antologię. Przedruk rzeczy rysowanych do internetu jest ideą dość wtórną, ale tu mi się podoba. Bo też i dzięki tym albumom mam niezły wgląd w to, co Dark Horse obecnie wydaje i promuje. Ot “Captain Hammera” (tak, tak, to ten z “Dr. Horrible’s Sing-Along Blog” Whedona), przez “The Umbrella Academy”, “Rex Mundi”, “Criminal Macabre”, “B.P.R.D.” po Solomona Kane’a i Conana. Taką antologię to ja rozumiem.

Justice League of America - Sanctuary HC - kolejny tom serii o wspólnych przygodach najsłynniejszych superbohaterów DC, którego treścią jest podprowadzanie pod dwa eventy - jeden z wysłaniem wszystkich przestępców na odległą planetę i drugi - ten nieszczęsny “Final Crisis” Morrisona. Ale mimo czysto użytkowej funkcji i tak się to nieźle czyta. A jak rysuje Van Sciver to i ogląda się z największą przyjemnością.

The Ultimates 3 - Who Killed The Scarlet Witch? HC - ale kosmos. Po dwóch genialnych seriach Ultimates tą trzecią napisał Loeb. I wyszło przerażająco. Ale to jest tak złe, że aż zabawne. Loeb popsuł uniwersum Ultimate w sposób niewyobrażalny. Choć i tak to dopiero wstęp do tego co zrobił potem w “Ultimatum”. Jeśli lubicie komiksowe doznania na poziomie Tromy, to naprawdę warto! Nie wiem co Loeb brał, gdy tworzył ten komiks, ale brał tego naprawdę dużo. A Maudureira namalował to z takim rozmachem, że w ogóle to przestało pasować do całej wcześniejszej koncepcji tego komiksowego uniwersum. Fascynujące, że oni tak czasem w tym Marvelu lubią sobie zarżnąć jakąś złotą kurę.

Wieczna wojna - wznowienie zacnego komiksu sprzed lat. Kawał porządnej space opery i to z przesłaniem. Niegdyś w trzech niewymiarowych numerach “Komiksu-Fantastyki” a dziś w jednym ładnym grubym tomiku. Takie czasy.

Życie w obrazkach - Eisner autobiograficznie. Obowiązkowo.

Henri Desire Landru - autorska i dość oryginalna wersja biografii słynnego francuskiego seryjnego mordercy. Nie, żeby złe, ale to trochę takie “From Hell” dla ubogich. Jak ktoś lubi…

Lucyfer - Boska komedia - a to lubię. W czwartym tomie Carey coraz swobodniej snuje swoją opowieść o exdiable. I mi się podoba.

Thor vol. 2 HC - tu z kolei Straczynski kombinuje jak umie. A umie. Jak zwykle u niego najciekawsze są sceny z konfrontacjami światów Bogów i ludzi oraz zabawy ze skokami w czasie. I trochę tego jest. Więc i efekt końcowy naprawdę sympatyczny.

I już. Komiksy rozpisane. Przynajmniej te grubsze Została jeszcze tylko stertka amerykańskich zeszytów, ale te machnę półhurtem następnym razem. Bo to już niedziela na zegarze. Więc idę się mikołajkować w samotności.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl