Kamil M. Śmiałkowski

alfabet reżyserów Bork-Boru

January 18th, 2010

Niedziela w pełni więc jeszcze bieżąca porcja reżyserów z mojej kolekcji. I chyba pierwszy raz trafiliśmy do alfabetycznego polskiego zakątka - na “Bor” Polaków ci dostatek. W zeszłym tygodniu skończyłem na Borcuchu, a tu jeszcze trzej kolejni też od nas. A oto i oni:

Mirosław Bork - ciekawa postać z przełomu systemów. Teraz to głównie pan od seriali (obyczajowych i nieudolnie komediowych) i gdyńskiego festiwalu, ale kiedyś zapowiadał się nieźle. Potrafił bowiem (z wielką pomocą Fronczeskiego) nakręcić film dla ludzi. Rzecz nazywała się “Konsul” i podoba mi się do dziś. A zobaczcie sobie:

Walerian Borowczyk - świętej pamięci świntuszek. Najpierw (w latach pięćdziesiątych) machał pyszne animacje, a potem odjechane erotyki. U nas tylko jednego, acz na podstawie klasyki - “Dzieje grzechu”. A we Francji mnóstwo - oto przykład i dowód, jak zupełnie inaczej przed laty budowano napięcie seksualne. Bo powiedzcie, że nie ma go w tej niewinnej (bo w końcu tylko z YouTube’a) scenie z “Opowieści niemoralnych”:

Jacek Borusiński - no i właśnie. Borusiński to przede wszystkim aktor. Dawnie głównie kojarzony z “Mumio”, teraz raczej już kolejne roczniki znają go z reklam telefonii komórkowej. Reżyserem był raz. Panowie Dzięciołowie zawierzyli w jego niepospolity humor i dali kasę na “Hi Way”. A ten wydał ją radośnie i równie anarchicznie jak na kabaretowej scenie. I okazało się, że na ekranie, aż tak się to nie sprawdza. Szkoda niewątpliwa, acz może kiedyś jeszcze, bardziej rozumiejąc prawidła dzieła filmowego i z lekka pokorniejszy Borusiński wróci i zastrzeli wszystkim swoim następnym filmem. Wierzę w to z racji jednej, jedynej sceny z “Hi Way”. Tej ostatniej - z bramą. Zakochałem się w niej bez pamięci i uznałem, że dla niej jednej warto było zmarnować czas na ten seans. A dla tych, którym nie chce się czekać tak długo oważ scena, acz wymagająca podprowadzenia. Sporo wcześniej (mogę coś pomieszać, bo dawno już to oglądałem) bohaterowie podjeżdżają pod taką wypasioną rezydencję i zachwycają się bramą wjazdową. Pada wręcz kwestia, że jest “wystrzelona…” czy może nawet “wyjebana w kosmos”. Potem mija pół filmu, albo i więcej. I dochodzimy do finału. Takiego:

Dla mnie cudo. Na razie.

tygodniowe zaległości na raz

January 18th, 2010

I znowu tydzień przeleciał między palcami. Acz tylko w sensie wpisów na blogu, bo poza tym w redakcji zamykaliśmy lutową Nową Fantastykę, a ja rozmawiałem, kombinowałem, przeglądałem umowy i wymyślałem pomysły do chyba z pięciu nowych rzeczy nad którymi będę pracował w najbliższych miesiącach ku chwale moich kredytów, długów i zobowiązań wobec Urzędu Skarbowego. A rozpiętość tych pomysłów mieści się na skali od nowych książek (kilku) poprzez wykłady na uczelniach po produkcję programów telewizorowych. Jak podpiszę jakąkolwiek umowę to oczywiście pochwalę się tu szczegółówiej (chyba, że umowa będzie tego zabraniać).
Cóż poza tym? Jeszcze w kwestii istniejącej już książki: “Bond. Leksykon” został zrecenzowany na stronie www.tvp.info przez mojego dawnego przełożonego i zapalonego Bondologa (więc tym bardziej cieszy dobre słowo) i zauważyłem też o nim drobną, pozytywną, acz lekko kuriozalną w treści notkę w styczniowym numerze “Kina”. Czemu kuriozalną? Bo ciężko mi zrozumieć, jak pisząc stosunkowo niewiele o książce poświęconej Bondom ktoś skupia uwagę na takich detalach jak małe fotki autorów gościnnych umieszczone na końcu każdego z trzystronicowych eseików rozrzuconych po książce? Ale może ja się nie znam na tym, co interesuje czytelników tego prestiżowego miesięcznika…
A zmieniając temat oto cytat tygodnia z mojego uroczego pomiotu: “Tato, czy ja już mogę w przedszkolu przestać udawać, że jestem grzeczny? To takie męczące…” Nie wiem co z niego wyrośnie, ale z pewnością coś intrygującego.

A w ramach udokumentowania jakież to geny ukształtowały to stworzenie bieżąca porcja wideopogaduch na Onecie (znaczy, żeby była jasność - myślę o moich genach, a nie Myka): “Harry Brown“, “Księżniczka i żaba” (to coś mi nie wchodzi, ale może poprawią i link będzie działał), “Sherlock Holmes” i “Wszystko, co kocham“.

To co? Przechodzimy do wchłaniania, bo nazbierało się sporo, a do podsumowań zeszłego roku wrócimy w przyszłym tygodniu:

Kino:
Planeta 51
Planeta 51 - i znowu weekendowy seans z dziećmi. Kolejna amerykańska animacja niby dla dzieci a tak naprawdę dla dzieci większych, acz nie do końca. Tym razem sf - oto planeta pełna ufoludków (w klimacie amerykańskich lat 50. - stroje, budynki itp.) na której ląduje ziemski astronauta. I jest potraktowany tak jak pewnie nasi by potraktowali kosmitę. Dużo zamieszania, trochę nawet śmiesznych żartów (że np. pieski na tej planecie to Alieny i obsikują wszystko kwasem), trochę żartów przekombinowanych, teksty też raczej przekombinowane (Wierzbięta poszedł miejscami (jak na film dziecięcy) w wulgaryzmy), ale w sumie dzieci bawiły się nieźle, ja bawiłem się nieźle, więc nie odradzam.

DVD:
Imperium wilków
Imperium wilków - kolejna (po “Purpurowych rzekach”) francuska ekranizacja powieści lokalnego mistrza od nadzwyczaj skomplikowanych fabuł sensacyjnych Jeana-Christophe Grange’a. Tym razem chodzi o tajne francuskie służby, które z tureckimi tajnymi organizacjami przestępczymi rozpoczynają uroczy chocholi taniec, w którego centrum znajdują się jeden młody policjant i jedna superturczynka. Do tego obowiązkowo Jean Reno i dużo wybuchów. Miało być iście hollywoodzko, wyszło tylko iście. Jak to zwykle we francuskim kinie.

Ostatnia misja
Ostatnia misja - i jeszcze też z zaległości sensacyjnych - niespecjalnie udany film Wójcika sprzed ponad dekady. Jeśli dobrze pamiętam kolejność wydarzeń: najpierw pan reżyser WW kręcił przez lata niespecjalnie chętnie oglądane kryminały i sensacje kinowe, potem trafił mu się złoty strzał w postaci serialu “Ekstradycja”, a potem stwierdził, że skoro wreszcie go widownia doceniła i zrozumiała to wraca do kina. I oto efekt. Drewniana, nudna, sztampowa sensacja pełna nieudolnych dialogów, słabych plastikowych kreacji i w ogóle nudna. Nawet Gajos jest tu słaby, choć i tak w swej słabości jest tu najlepszy. Cała reszta jak to u Wójcika. Za kilka tygodni do kin wchodzi jego nowy film i to ponoć komedia romantyczna. Już mi się coś śmieje w środku…

Jak złamać 10 przykazań
Jak złamać 10 przykazań - komedia. Amerykańska niezależna. Pełna rozpoznawalnych twarzy i nazwisk (Rudd, Platt, Alba, Brody, Janssen, Ryder, Schreiber) i jakoś taka niespecjalnie poskładana. Jest nawet kilka zabawnych kawałków, ale nikną niestety w ogólnym chaosie. Podstawowe założenie jest takie, że narrator Paul Rudd wprowadza nas w 10 fabułek o łamaniu 10 przykazań (coś Wam to przypomina?). Rzecz jednak miejscami jest tak wymęczona, że włosy bolą. Żenuje nawet to, że dla utrzymania dość lichej linii fabularnej całości, przykazania są w niewłaściwej kolejności. Kiedyś już znalazłem kawałek tego filmu w sieci i się zachwyciłem, a w komentarzach RS rozwiał mój hurraoptymizm. Co tylko dobrze świadczy o interaktywności na tym blogu.
I jeszcze anegdotka o tym tytule. W zeszły weekend DVD z tego filmu leżało sobie u mnie w dużym pokoju na stole. I akurat tak się złożyło, że przyszedł z wizytą ksiądz. Żony nie było. Otwieram. Młody, kulturalny, pyta, czy przyjmuje. Że w sensie jego. Ja na to, że ja to nie, żona pewnie by i przyjęła, ale jej nie ma. Ale jest córka, niespełna rok temu okomuniowana to może ma ochotę (w końcu u mnie w domu jest tolerancja religijna). Majka powiedziała, że może przyjąć. Wszedł. Zostawiłem ich w dużym pokoju i wyszedłem. Chyba nie zauważył okładki DVD, bo usiedli przy stoliku, ale kto go tam wie? Wychodząc coś tam notował w zeszyciku…

Jestem na tak
Jestem na Tak - najnowszy Jim Carrey. OK, acz ciut wtórny w stosunku do “Kłamca, Kłamca”. Ot, niespecjalnie udzielający się społecznie Carl przekonuje się, by brać życie na tak. I odpowiadać twierdząco na każdą propozycję. Co daje rozmaite reperkusje. Kaniec filma. Bywało lepiej, bywało gorzej. Ale chyba wolę Carrey’a bardziej szarżującego i w bardziej głupkowatych fabułach.

Terminator: Machinima
Terminator Ocalenie: Seria Machinima - a to dopiero zawód. 6-odcinkowa seria animowana będąca czysto pretekstowym prequelem do ostatniego kinowego Terminatora. Ot, wzięto z niego najładniejszą panią (Moon Bloodgood), przerobiono ją na animację (po co? w oryginale jest ładniejsza!) i dopisano słabiutką fabułę o samodzielnym bojowniku “Duchu”. Całość wygląda jak zapis jakiegoś etapu w grze komputerowej i to nienajciekawszego. Różne rodzaje robotów padają jak kawki, a my patrzymy na biegające nieprzekonująco animowane ludziki na zmianę z wysłuchiwaniem patetycznych monologów o przetrwaniu. Szkoda czasu.

Grudge 3
Grudge 3 Powrót klątwy - nigdy nie przepadałem za tym cyklem, ale co tam, była w nim Buffy, to oglądałem. A teraz już jej nie ma. Część trzecia, wprost na wideo, biedniejsza, smutniejsza i ciut słabsza (choć tamte też nie były jakieś mocarne). Co zabawne dopiero tej opowieści o mordującej klątwie przyznano wyższą kategorię wiekową (poprzednie były dla młodszych). Absolutnie nie wiem dlaczego - nawet porządnej nagości nie było.

Boogeyman 3
Boogeyman 3 - Ostatni rozdział - oby ostatni. Znowu trzecia część serii robiona już prosto na wideo pełna panienek z akademika w nocnych koszulkach, albo i bez, cystern krwi z komputera i nieprzekonującej fabuły. Wszystko to było już w dużych ilościach gdzie indziej (choć oczywiście niektóre panienki zupełnie nowe), ale fabularnie to popłuczyny po Kruegerze i to co najwyżej trzeciej/czwartej wody (czy raczej krwi). Pod koniec na chwilę robi się ciekawiej (przez chwilę rzecz sprawia wrażenie sensownej i interesującej dramaturgicznie), ale nie wytrzymali do końca i musieli wrzucić kilka kolejnych puent, a co jedna to bardziej oczywista i przewidywalna. Słowem - i’m to old for this shit…

Efekt motyla 3
Efekt motyla 3 - obejrzałem te trzy filmy bo chciałem zrobić do Nowej Fantastyki łączną recenzję pod tytułem “Trzy po trzy”, ale stwierdziłem, że szkoda na te tytuły miejsca. Bo tu też cieniutko. Jak jedynka była jeszcze o czymś i nieźle się to oglądało, dwójkę mam na półce, ale jeszcze do niej nie dotarłem (a KRL mi odradzał więc się nie śpieszę), to trójka ssie straszliwie. Scenarzystom niesłusznie wydawało się, że wiedzą o co w tyc podróżach w czasie chodzi, wymieszali to z fabułą kryminalną i wyszło coś na poziomie sensu, jakości i atrakcyjności “Strażnika czasu” i to bez Van Damme’a. Czyli nienajlepiej.

Funny People
Funny People - no i wreszcie coś pochwalę. Z pełnym przekonaniem. Czekałem na ten film od dawna, ale ominął on łukiem nasze kina i wprost na płytki. Trzeci, najnowszy Judd Apatow, czyli opowieść o zmęczonym życiem komiku (Adam Sandler), który ma szeroko pojęty kryzys. Nie dość, że jest w stanie terminalnym(trochę tu przychodzi na myśl “Człowiek z księżyca”), to jeszcze nudzi się strasznie i przygarnia sobie padawana (Seth Rogen), który nie ma lekko. Do tego jeszcze wątek o odzyskiwaniu utraconej miłości z młodości (Leslie Mann) i mamy w miarę pełny obraz tego zabawnego (acz nieprzesadnie), uroczego obyczajowego eposiku o showbiznesie współczesnej Ameryki. Mi weszło z wielką przyjemnością, czego i Wam życzę.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 9/12-20 - i druga połowa przedostatniego sezonu pękła. Wszystko w “Stargate” już było i teraz to tylko mniej lub bardziej udane permutacje poprzednich pomysłów, ale da się oglądać (zwłaszcza jednym okiem robiąc coś jeszcze). A już za chwilę sezon dziesiąty i ostatni.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/21-5/8 - a oto i mój ulubiony obecnie serial. Przełom sezonu to jak zwykle porządny cliffhanger - tym razem porwanie córki prezydenta i zrzeczenie się przez niego władzy na rzecz ichniejszego marszałka sejmu i to z konkurencyjnej partii (świetny John Goodman), bo akurat był wakat na funkcji wiceprezydenta. Świetne. A późniejsze konsekwencje jeszcze fajniejsze, bo marszałek (po zaprzysiężeniu na chwilowego prezydenta) nie mógł wrócić na stary stołek. Nowy zaś szedł na zwarcie i doszło do zawetowania budżetu, co tam jest jednoznaczne z zamknięciem całej budżetówki. Tak z godziny na godzinę. Nie do końca rozumiem te ekonomiczne kwestie amerykańskie, ale ogląda się to znakomicie. Uroczy subplot to błąd jednego z głównych bohaterów, który przegina i traci poparcie jednego z ważnych senatorów (Tom Skerritt), a w efekcie traci też praktycznie robotę i znaczenie w kancelarii. Też z godziny na godzinę. Piękne. I jakże wyidealizowane z naszej perspektywy.

Doctor Who: Dalek Invasion
Doctor Who: Dalek Invasion of Earth -ha! I mam następnego uroczego, starusieńskiego doctora who w mojej kolekcji (lubię takie prezenty). To jego słynne drugie spotkanie z Dalekami (AD 1964), gdy ich inwazja niszczy Ziemię w przyszłości. Cudne sekwencję latających spodków na sznurku przesuwanych przed czarnobiałym zdjęciem Londynu, mocne, wyraziste zwroty akcji (jak to u Brytoli) i po prostu kawał fabularnego mięcha. Uwielbiam i bardzo powolutku sobie kompletuję!

Dave Chapelle Show 1
Dave Chapelle Show 1/7-10 - a przed snem sobie dawkuję uroczego Dave’a Ch. A ten nie oszczędza nikogo. Pokazuje swoje autorskie wersje hollywoodzkich hitów, nabija się z murzyńskich piosenkarzy, gier wideo, telewizyjnych kanałów historycznych a nawet z szału wokół fundacji typu “Make a Wish!”. Może coś zademonstruję jako przykładzik - oto chapellowska (i jak się chwilę zastanowić to przecież dość oczywista) wersja “Pretty Woman”:

Literatura:
martin - Retrospektywa 1
George R.R. Martin - Retrospektywa 1: Światło odległych gwiazd - niektóre książki czyta się latami. Ja tak miałem z tym tomem zbierającym wczesne opowiadania jednego z najlepszych fantastycznych opowiadaczy. Tak wyszło. Dopiero niedawno zdobyłem nowy egz. i doczytałem ostatnich kilka tekstów. I bardzo polecam. Raz, że Martin jak mało kto potrafi snuć świetne, wyraziste i przemyślane opowieści, a dwa i przede wszystkim dla wstępów - co kilka opowiadań jest bowiem spory rozdzialik wspomnień Martina który pięknie, merytorycznie i ze sporą porcją autoironii opowiada jak mu się życie snuło i skąd poszczególne pomysły i fabułki. Pięknie stąd można się dowiedzieć np. jak z perspektywy amerykańskiego nastolatka wyglądały początki wielkiej fali komiksów Marvela w latach 60. czy rynek magazynów z opowiadaniami sf w USA dekadę później. Bardzo polecam.

Komiks:
Largo Winch 2
Largo Winch tom 2 - czyli kolejne cztery oryginalne albumy serii o skrzyżowaniu Bonda z Bruce’m Wayne’m i podręcznikiem ekonomii. Z tej perspektywy muszę stwierdzić, że to chyba najlepsza z długich cykli Van Hamme’a. Szybkie, gęste, płynnie opowiadane. Ja wiem, że wcześniej były powieści (może w tym sekret sukcesu), ale wciąga się to naprawdę sympatycznie. I nic dziwnego, że to jedna z najlepiej dziś sprzedających się serii komiksowych we Francji.

Streets of Glory
Streets of Glory - kolejna westernowa opowieść Ennisa wydana w Avatarze. Ot, taki starzejący się Eastwood i lokalne dzikozachodnie zamieszanie. Ultrabrutalnie i nostalgicznie. Niezłe, acz nieobowiązkowe.

Daredevil Bru Omnibus 1
Daredevil Brubaker Omnibus 1 - kolejna kopiasta porcja Daredevila. Dwadzieścia kilka zeszytów duetu Brubaker/Lark (tegoż, który chwaliłem niedawno w “Gotham Central”), który sprowadza na głowę biednego Murdocka wszystkie plagi świata. Bendis na koniec swego runu wsadził go do więzienia. Brubaker najpierw zanim go wypuścił, porządnie sponiewierał, potem przegonił po Europie i wreszcie spsuł mu małżeństwo w sposób przerażający i tak solidny, że wcześniejsze uśmiercanie ukochanych MM to przy tym pikuś. Słowem, to fabularnie kawał porządnej roboty z przewagą roboty i wyśmienity komiks. Choć oczywiście nie z perspektywy tytułowego bohatera.

X-Factor: Time and a Half
X-Factor: Time and a Half HC - Peter David dalej rządzi i pokazuje kolegom scenarzystom jak można pisać scenariusze komiksów superbohaterskich żeby było interesująco, mądrze i zabawnie zarazem. Jego “X-Factor” od lat jest klasą samą dla siebie. Tym razem też. W tym tomie m.in. wstrząsające rozwiązanie ciąży Theresy, Jamie skacze w przyszłość i wreszcie może z Laylą, a poza tym flirty, trupy, geje. Dobry komiks.

Ultimatum HC
Ultimatum HC - komiks w którym pan Loeb rozpiernicza uniwersum “Ultimate”. Trup ściele się gęściej niż w większości elseworldów (choć tradycyjnie Wolvie, czy Thor pewnie jakoś wrócą), Magneto wreszcie decyduje się na hardcore, a miliony szlag trafia. Na plus z pewnością trzeba zauważyć, że Loeb (jak rzadko który scenarzysta Marvela) zauważa, iż ogólnoświatowy kryzys powinien mieć również miejsce poza Nowym Jorkiem. Zaś mordowanie znanych postaci sprawia mu wyraźną przyjemność. W sumie całość jako zwarty tomik nawet tak źle się nie prezentuje, ale jak sobie pomyślę ile z tej fabuły wyciągnąłby ktoś naprawdę utalentowany, to trochę żal.

STar Wars Komiks 1/2010
Star Wars Komiks 1/2010 - bieżący numer polskiego miesięcznika komiksowego SW. Jakiś taki sympatyczny nawet. Duża historia w całej swej straszliwej wręcz schematyczności wchodzi naprawdę fajnie (Obi-Wan wraca z ważnej misji i wspomina poległych Jedi), a króciaki to fajna prosta historia poszerzająca biografię Boba Fetta i żarcik rysunkowy z robotami. W sumie znacznie lepiej niż poprzednio - dobra wróżba na nowy starwarsowy rok.

Wednesday Comics
Wednesday Comics 2-12 - i zmęczyłem. Wielki, już zeszłoroczny projekt DC wielkoformatowego gazetowego komiksu cotygodniowego. Co (wielka) strona to inny komiks w odcinkach. I tak przez trzy miesiące. Pierwszy numer już kiedyś tu opisywałem, pora podsumować resztę (a zamiast 11 okładek taka promocyjna grafi(cz)ka). Więc może po kolei:
- Batman (Azzarello, Risso) - klimat jest, fabuła pretekstowa, całość niezła.
- Kamandi (Gibbons, Sook) - fajne, gęste, dobrze napisane i w klimacie klasycznego Kirby’ego.
- Superman (Arcudi, Bermejo) - głównie mocne obrazkami, ale w sumie nie tylko. Jeden z mocniejszych punktów całości. Chyba optymalne wykorzystanie formuły płachty.
- Deadman (Bullock, Heuck) - ciut przekombinowane, ale taki i bohater. W sumie na plus.
- Green Lantern (Busiek, Quinones) - świetne, idealnie spasowana fabuła i kreska, dobre cotygodniowe cliffhangery. Kawał porządnego rzemiosła.
- Metamorpho (Gaiman, Allred) - dwaj komiksowi gracze konwencjami zagrali się tu miejscami na śmierć, ale w kilku innych miejscach pokazali klasę. Nierówne, ale godne uwagi.
- Teen Titans (Berganza, Galloway) - tego nie kupiłem. Niby coś, a jakoś nic. Rysunek niczego sobie, ale nie ratuje sytuacji.
-Strange Andventures (Pope) - a tu też pan odjechany, acz konsekwentnie i ciekawie. Dziwne, dziwne, ale tak, że aż chce się czekać na kolejny tydzień i kolejną planszę. A oto tu w końcu chodzi!
- Supergirl (Palmiotti, Conner) - proste, zabawne, sympatyczne. Druga liga, ale takich rzeczy też trzeba, by wypełnić gazetę.
- Metal Men (Didio, Lopez, Nowlan) - przefajnowane, Didio chciał pokazać, że szef też umie i trochę za bardzo się napiął. I miejscami popuścił. Ale i tak nieźle się czyta.
- Wonder Woman (Caldwell) - a ten to straszliwie przegiął. Uparł się zmieścić na każdej z tych plansz tyle fabuły, ile inni rozciągają na kilkanaście plansz. I miejscami jest tak gęsto, że aż można stracić wątek. A szkoda, bo historyjka nawet fajna.
- Sgr. Rock (Kubert, Kubert) - w sensie, że Adam wymyśla, a tata rysuje. I żaden się nie przemęcza, bo fabuła szczątkowa a kadry wielkie. Poprzedzający ich Caldwell całą tą opowieść zmieściłby w jednym swoim odcinku. A Kuberci się nie śpieszą. I moim zdaniem, trochę marnują tu miejsce.
- Flash (Kerschl, Fletcher) - jedna z najbardziej skomplikowanych fabuł w zestawie. Ale świetna. Mądrze podzielona, pokombinowana, fajnie i adekwatnie narysowana. Dobre, dobre.
- Demon, Catwoman (Simonson, Stelfreeze) - lubię tego rysownika, jeszcze bardziej lubię te postacie, ale nie wykorzystano tu ich potencjału nawet w ułamku. Wyjściowy pomysł Waltera może i był niezły, ale poprowadził go tak sztampowo i bez przekonania, że aż żal rzyć ściska.
- Hawkman (Baker) - dobre. Po prostu. Hawkman jako postać nie daje wielkiego pola do popisu, ale Kyle potrafił z tego wybrnąć dopisując do fabuły samoloty, dinozaury, gościnnych superbohaterów a całość rysująć w sposób naprawdę przykuwający uwagę. Dobre.

Hercules #132 Hercules #133 Hercules #134 Hercules #135
The Incredible Hercules #132-135 - Panowie Pak i Van Lente uznali, że wariacje na mitologię grecką to już za mało i poszli na boki. A to wzięli się na mit. nordycką, a to za sf z lat 50. - radości dalej w tym co nie mia ra. I dalej świetnie się człowiek bawi czytając o przygodach Herculesa, młodego Zeusa, Amadeusa, Ateny i reszty.

Brave and the Bold #27
The Brave and the Bold #27 - Panie i Panowie: J. Michael Straczynski wylądował. W DC. I tym pięknym zeszycikiem pokazał jak można się bawić postaciami z dalszych planów, z dawnych lat, z minionych pomysłów fabularnych. On to umie nieomal jak nikt. Tu sięgnął po stare dobre “Dial H for Hero” i udowodnił, że w tych ramotkach jest wciąż mnóstwo poweru jeśli ma się talent do snucia opowieści. Polecam.

Wildcats #14 Wildcats #15
Wildcats #14-15 - tymczasem w Wildstorm. Po zniszczeniu świata i wylizaniu ran Dzikie Koty zaczynają kombinować. A potem łączą swe siły z Team 7 i doprowadzają do jednej z najciekawszych konfrontacji w historii uniwersum: Max Faraday vs Tao. Bóg vs UberJoker. Podoba mi się.

I znowu niedziela. Jak ten 2010 szybko schodzi. No to szybciutko kolejna trójka reżyserów z mojej półeczki:

Joon-ho Bong - mistrz z Korei Poł. Absolutnie kupił mnie filmem “Host”. To możliwa tylko w dalekowschodnim kinie opowieść o potworze, która jest równocześnie pastiszem i parodią, hołdem dla Godzilli i świetnym kinem obyczajowym, dramatem i komedią. Misz-masz gatunków jaki nie przyszedłby do głowy nikomu po tej stronie Mongolii. Bong nakręcił coś wcześniej, coś później i na pewno to sobie obejrzę, ale już się tak nie śpieszę. Bo tam nie ma potworów. Ale obejrzę. Bo po “Hoście” obejrzę z pewnością wszystko tego reżysera. A jeśli jakoś przegapiliście H. oto trailerek:

John Boorman - świetny brytyjski wymiatacz. Reżyser m.in. “Piekła na Pacyfiku”, “Zardoza”, “Uwolnienia”, “Excalibura”, “Egzorcysty II”, “Generała” czy “Krawca z Panamy”. Płodny skurkowaniec. Zresztą nie tylko w tym - dzieci też ma siódemkę. Z jego dorobku (tego kinowego) najbardziej doceniam oczywiście zmierzenie się z legendami arturiańskimi w “Excaliburze” - zdecydowanie jednym z najlepszych filmów fantasy w historii. Oto np. boormanowska ociekająca krwią i błotem wersja jednej ze słynniejszych scen z mieczem na E.:

Jacek Borcuch - i zdążyłem dojść do Borcucha przed premierą kinową “Wszystko co kocham” (już w najbliższy piątek). Bo tym filmem - co powtarzałem już wielokrotnie i tu i w innych miejscach - kupił mnie absolutnie. Jako aktora lubię go tak sobie, jako reżyser do niedawna również. Mnie jakoś nie urzekły “Tulipany”, nie powaliła “Magda M.”, ale w końcu mnie zachwycił. W tym roku. W tym filmie. Odkąd wyjechałem z Gdyni powtarzałem, że nie “Rewers”, nie “Dom Zły”, tylko “Wszystko co kocham” było zdecydowanie i absolutnie najlepsze. I jakoś mnie potem nie zdziwiło, że to właśnie ten film stał się pierwszym polskim tytułem w historii zaproszonym do konkursu w Sundance. Trailer pokazywałem kilka dni temu, to może dziś teledysk z filmu. Proszę:

I tyle na dziś reżyserów. Z zaległości jeszcze może nasz onetowe zaległe pogaduchy. Sporo się tego nazbierało: “Avatar“, “Templariusze. Miłość i krew“, “Parnassus“, “Głód“, “Daybreakers - Świt“, “Ciacho“. I jeszcze nasze podsumowanie 2009 r. i parę zdań o świetach w telewizji.

A o wchłanianiu (a wciągnąłem ostatnio m.in. klasycznego Doctora Who, omnibusa Daredevila i najnowszy film z Jimem Carrey’em) już w przyszłym tygodniu.

młot pełnomatyczny

January 10th, 2010

Ten tytuł to z pewnej książki. Pierwszej wypożyczonej z biblioteki przez juniora. Do szkoły idzie chłopina dopiero we wrześniu, ale już korzysta z wizyt w wypożyczalni starszej siostry. Początkowo sama idea pożyczania książek go odrzucała (no bo trzeba kiedyś oddać), ale jak już weszliśmy to poszedł biegać między półkami. I wybrał sobie taką prostą książkę do samodzielnego czytania dla maluchów. O budowie. I faktycznie zaczął składać sylabki. Powoli acz uparcie. Oszukując gdzie się da i co się da wypatrzeć na obrazkach. No i tak właśnie pojawił się w naszym domu “młot pełnomatyczny”…
A dziś wziąłem dzieciaki do radia. Nie było z kim ich zostawić, to pomyślałem sobie - wezmę je na audycję. Niech robią tło dzwiękowe w Roxy. I robiły. Przez pół godziny. Chwilami szły w Agorę (w weekend budynek jest wyludniony), chwilami łaziły pod fotelami w studio, aż Myku sobie przypomniał, że dziś w południe jest pokaz prasowy “Księżniczki i żaby”. No to go zostawiłem w radiu (ostatnie dwie audycje ciągnąłem sam bez niego, to niech ma chłopina trochę czasu dla siebie i swoich kulturalnych teorii i poglądów) i pojechaliśmy, czy raczej (biorąc pod uwagę bieżącą sytuację pogodową) poślizgaliśmy do Galerii Mokotów. I nawet zdążyliśmy.

A skoro już jesteśmy przy wchłanianiu:

Kino:
Daybreakers
Daybreakers - Świt - ups. Ten polski tytuł to niby taki dyskurs ze “Zmierzchem”. Ale koncept równie słaby i naiwny co cały ten film. Jakiś pomysł był, ale realizacja słabiutka. Od introdukcji tej wampirzej historii wszystko jest zrobione szkolnie, łopatologicznie i z zerowym klimatem (tzw. czujem). Najzabawniej robi się pod koniec, gdy panowie-bracia reżyserowie i scenarzyści poczuli się pewniej próbowali sięgnąć po patos. I wyszło dość campowo. Tak więc z perspektywy wielkiej wampirzej ofensywy (pop)kulturalnej ostatnich czasów to dzieło dość mizerne. Zmarnowana szansa na opowiedzenie czegoś bardziej serio. Szkoda. I szkoda obsady (Hawke, Dafoe, Neill), która wbrew pozorom nie ma nic oryginalnego do pogrania. Szkoda.

Księżniczka i żaba
Księżniczka i żaba - no i właśnie dzisiejszy seans z dziećmi. Zupełnie przyzwoity starozakonny Disney pełen fajnej muzyki, dobrych piosenek (”Lecimy przez bagno i świecimy tyłkami” - cytuję z pamięci), oldschoolowych obrazków i klasycznych pomysłów na postacie. Nic ponadczasowego, ale OK. Gdyby nie to, że bohaterki sobie poprawiają biusty w wydekoltowanych wieczornych sukniach można by spokojnie uznać to za film sprzed dwóch-trzech dekad.

DVD:
Życie jest cudem
Życie jest cudem - Kusturica. W zasadzie nic dodać i nic ująć. Ten gość kręci to samo i tak samo. Za każdym razem niby jest inna fabuła, ale klimat, gęstość i posmak są te same. I jakoś po seansie za każdym razem mam przesyt i nie chce mi się już do jego filmów wracać. Tak samo jest z tą opowieścią o Luce i jego wojennej zakładniczce. Sorry.

Moon
Moon - a to faktycznie cudeńko. Debiut reżyserski pana Jonesa (co to ma tatę o innym nazwisku) wymiata wręcz wzorcowo. Sam Rockwell to jeden z najlepszych aktorów na rynku a tu wykorzystuje się jego możliwości po wielokroć. Świetna opowieść, prosta, acz wyrazista struktura, rewelacyjne i dyskretne nawiązania do klasyki. Takich filmów nie wolno przegapiać! W Polsce “Moon” wciąż nie trafił do szerokiej dystrybucji, ale wyszedł już na DVD za kanałem La Manche i Wojtek przywiózł. I pożyczył. I dobrze.

A kolejne rzeczy już “za dzień, za dwa, za noc, za trzy” - jak kultowo śpiewał pewien aktor w pewnym filmie.

Ta pierwsza niedziela… 2010 roku. Zanim więc przejdziemy do podsumowywania zeszłorocznego przemiału komiksowego pora na kolejną trójkę reżyserów z mojej półeczki. Oto więc:

Jurek Bogajewicz - piszę Jurek, bo on tak się podpisuje. A zresztą kiedyś się poznaliśmy i od razu w pierwszej (i jedynej) rozmowie przeszliśmy po amerykańsku na ty. Bo to w dużej mierze reżyser amerykański. Choć polski. Bo urodził się tu. Ale kręcił tam. A teraz kręci tu. W Stanach już jego debiut “Anna” zaliczył nominację do Oscara za główną rolę żeńską (Sally Kirkland). Potem nakręcił jeszcze uroczy filmik o trójkącie “Trzy serca” (on kocha się w niej, ona w tym drugim, a ten drugi w tym pierwszym) i thriller “Osaczony”, gdzie można zauważyć jego przyszły komediowy potencjał, bo przecież nie można na poważnie obsadzić Mickey Rourke’a jako psychoterapeutę. Z nowym tysiącleciem Jurek wrócił do macierzy i najpierw próbował zrobić coś serio (”Boże skrawki”) a potem okazało się, że potrafi telewizyjnie rozśmieszać. Za pierwszym razem wyszło genialnie (”Kasia i Tomek”) za drugim znacznie, znacznie gorzej (”Camera Cafe”), a za trzecim zupełnie nieźle, by nie powiedzieć, że jak na polskie standardy to naprawdę dobrze (”Niania”). I jestem ciekawy co dalej? W ramach seans(ik)u poglądowego trailer najmniej znanego w Polsce filmu Bogajewicza - tego z Rurką:

Peter Bogdanovich - a ten to nie Polak. Amerykanin (z serbskimi korzeniami). Znany ogólnie z jednego kultowego tytułu “Ostatni seans filmowy”. Po nim (czyli po 1971 r.) jechał już bardziej siłą rozpędu. Zdarzały mu się rzeczy niezłe (”Papierowy księżyc”, “Maska”), zdarzały dziwne (”Ktoś tu kręci”, “Texasville” - nakręcona 20 później kontynuacja “Seansu”). W ostatniej dekadzie Bogdanovich jest głównie rozpoznawalny dzięki zaangażowaniu w serial “Rodzina Soprano” - pojawił się w 15 odcinkach, a jeden nawet wyreżyserował. Z mojej perspektywy najciekawsze są jednak jego początki - to wychowanek Cormana i to właśnie jego nazwiskiem podpisany jest film “Wyprawa na planetę prehistorycznych kobiet” z 1968 r. - amerykańska wersja (dubbing + głupawe dokrętki) świetnego filmu sf Pawła Kłuszancewa “Planeta burz” z ZSRR (to właśnie ten Kłuszancew i ta “Planeta burz”, którą zajmowałem się w wakacje na festiwalu w Kazimierzu).
No to gotowi na prehistoryczne kobiety? To proszę:

Uwe Boll - najgorszy reżyser współczesnego kina popularnego. Żamojda może mu buty czyścić. Boll kręci film za filmem (najczęściej na podstawie gier komputerowych), wychodzi klapa za klapą, a on z jakimś niesamowitym niemieckim supertalentem zdobywa pieniądze na kolejne. Fascynujące. Najcudniejsze w tym gościu jest to, że gdy jakiś krytyk mu za bardzo dołoży, to Boll wyzywa go na bokserski pojedynek. I wygrywa. Oto więc bez dłuższych komentarzy trailer do słynnego dzieła Uwe Bolla “House of the Dead”, wg rankingu IMDB filmu nr 53 ze wszystkich jakie kiedykolwiek nakręcono. Licząc od samego dołu listy:

I tyle na dziś reżyserów. Ale jeszcze nie zamykam okienka. Wszak nawet w tytule notki jest coś więcej. A dokładniej jest tekst, który zobaczyłem przejeżdżając 1 stycznia przez Nową Hutę - taka reklama była. “Spawanie wszystkiego” i numer telefonu. Brzmi zachęcająco, prawda?
Cóż poza tym z sylwestrowego wyjazdu? Dzieci sobie pozjeżdżały na sankach, myśmy pojeździli po okolicy, ja podjechałem i poprowadziłem audycję z Krakowa (gość - Michał Rusinek). W tamtą stronę przejechało się świetnie (ciut ponad 4 godziny; nie wiedziałem, że do Radomia jest już dwupasmówka całą drogę), z powrotem znacznie gorzej (ponad 6 godzin, śnieg i w ogóle). Ale już jestem z powrotem przy swoim stole i przystępuję ze wzmożonym wysiłkiem do dalszej walki o lepsze jutro.
A i jeszcze co nieco wchłonąłem (w ramach noworocznego przesilenia):

DVD:
E=mc2
E=mc2 - bieda. Tak jakoś mi wypadło na półce, by to obejrzeć i było równie niesmaczne, jak przed laty za pierwszym razem. Lubaszenko przekombinował intelektualnie (że sobie tak zażartuję) i powstał film mdły i nijaki (bo ani śmiesznowulgarny jak poprzednie, ani śmiesznyinaczej, a już na pewno nie śmiesznointeligentny jak się pewnie twórcom wydawało). Pazura tym razem ssie, Lubaszenko ssie, Włodarczyk ssie (choć pod kołdrą). Jedno co zabawne - można zobaczyć jak, zanim wybuchła mu popularność, grywał Szyc Borys (tu w epizodzie studenta zaliczającego). Ale nawet i z tym nie warto.

Stargare Box
Gwiezdne wrota 9/9-11 - ot i już środek przedostatniego sezonu. W tej porcyjce pokazuje się pomiot Anubisa (acz na szczęście jednorazowo) i źli Ori atakują Ziemię. Na razie przy pomocy wirusa. I pomoc przychodzi (muszę przyznać) z nieoczekiwanej strony. Fajnie, że dziewięć lat na karku a im wciąż się chce kombinować. I wciąż potrafią zaskoczyć.

West Wing Box
Prezydencki poker 4/17-20 - wciąż świetnie. Choć momentami jak słyszę te lewicowe hasła i Demokratyczne slogany to jakoś nie zawsze się z nimi zgadzam (ot, np. by zwiększać podatki lepiej zarabiającym). Ale wciąż jestem pełen podziwu dla wiarygodnego patosu i naprawdę przekonującej uczciwości tych filmowych postaci. Bo to ludzie, którym kłamstwo (nawet w słusznej sprawie) nie przejdzie przez usta. Misja i służenie Ojczyźnie - oni tak na serio. I jakoś potrafię tu w to Sorkinowi uwierzyć. A przy okazji trzeba odbić żołnierzy porwanych w Afryce, przyjąć córkę prezydenta do Córek Amerykańskiej Rewolucji, wylądować Air Force One, któremu nie działa jedno światełko czy pograć w pokera. Gościnnie Matthew “Chandler” Perry - ten sam, który przecież w kolejnym serialu Sorkina zagra główną rolę.

Dave Chapelle Show 1
Dave Chapelle Show 1/1-6 - a przed snem zacząłem sobie oglądać takiego śmiesznego czarniawego gościa. Też mi go od kilku lat polecano i wreszcie zacząłem. I warto. Chapelle pięknie odświeża ideę standupu i ostrych skeczy telewizyjnych. Bo jest to ostre, momentami wręcz wulgarne, momentami dziwne, ale przede wszystkim naprawdę śmieszne. Chapelle ma genialną łatwość kontaktu z żywą publicznością i pięknie potrafi sobie kpić z popkultury (zwłaszcza z telewizji). Widziałem już (w tych 6 odcinkach) piękne skecze parodiujące specjalną edycję DVD “Korzeni”, telezakupy, wiadomości czy zamieszanie wokół Oscarów. Już rozumiem jak ten facet w ciągu jednego sezonu wskoczył do pierwszej ligi rządzących humorem w USA. Zobaczcie zresztą sami małe promo:

Komiks:
March on Ultimatum HC
March on Ultimatum HC - sympatyczny tomik z przeglądem marvelowskiego świata Ultimate. X-Men tłuką się z FF (w teraźniejszości i przyszłości), Cap America i origin Black Panthera, Spider-man vs Mysterio (a MJ chce posunąć się dalej) i wreszcie Hulk i Zarda (co to się zaplątała do tego uniwersum) tłuką się a potem zgodnie z zasadą “Kto się czubi, ten się seksi” idą do łóżka. A za wszystkim stoją Bendis, Loeb i Coleite & Pokaski (duet znany z telewizyjnych seriali “Crossing Jordan” i “Heroes”). Przyzwoite, acz przeciętne.

Gotham Central HC 2
Gotham Central: Jokers and Madmen HC - cudo. Brubaker i Rucka w świetnej formie w opowieści o gothamskich policjantach. Tych, którzy muszą sprzątać po Batmanie. Bo przecież ten przyleci, kopnie kogo trzeba i poleci. A posprzątać trzeba. To inna świetna próba uprawdopodobnienia świata superbohaterów, przybliżenia go do rzeczywistości. Bo przecież w takim świecie też trzeba wykonywać codzienne policyjne obowiązki. To tacy “Nowojorscy gliniarze” tylko w Gotham. Tacy, którzy muszą próbować zmierzyć się z Jokerem, z mafiozami, z Mad Hatterem. A równocześnie mają dzieci, psy, romanse, kompleksy. A napisane jest to świetnie. I przekonująco narysowane - Michael Lark się kłania (ten sam, który potem z Brubakerem tak pięknie pociągnął “Daredevila”). “Gotham Central” to seria, która skończyła się już ładnych parę lat temu, ale była jednym z najciekawszych tytułów tej dekady. Serio, serio.

Marvel Your Universe #2 Marvel Your Universe #3
Marvel Your Universe #2-3 - a tu bardzo sympatyczny półhurt. W cenie dwóch zeszytów dostajesz pięć. Czyli czytania pod dostatkiem i przy okazji niezłe popróbowanie kilku dotąd niesmakowanych serii. Z proponowanego zestawu znałem wcześniej tylko “Iron Fist” i muszę przyznać, że (jak rzadko) w zeszytach wchodzi mi to lepiej niż w tomie. A oprócz tego zupełnie niezła “Ms. Marvel” Reeda, dobry “Nova” Abnetta i Lanninga, przyzwoity “X-Men: Legacy” Carey’a i najsłabszy w zestawie “Ghost Rider” Way’a. Ot, coś w sam raz na dłuższy przejazd autobusem.

bezpośrednio: kamil@slowem.pl