p(ł)yty 2009
January 18th, 2010
Oj, zapuściłem się z muzyką w 2009, zapuściłem. A dokładniej z płytami. Właściwie przestałem ich słuchać w drugiej połowie roku. Jakoś to się zsynchronizowało (i pewnie po części stąd wynika) z moją roboty w radiu. Skoro gadam to i więcej słucham radia. Skoro słucham, to nie słucham czegoś innego. Dość powiedzieć, że właśnie sobie uświadomiłem, że od kilku miesięcy wożę w samochodzie ostatnią płytę Pearl Jam i jeszcze jej nie rozpakowałem z folijki. Pearl Jam!!! A właśnie, czyżbym wreszcie w tym roku miał poważny powód, by ruszyć odwłok i wybrać się na Open’era? Zobaczymy.
Tymczasem oto zawężona do pół roku lista i okładki tego, co mi się najlepiej słuchało w 2009 (znaczy, że pytowało):
Jet - Get Born
Jet -Shine On
Once OST
Pearl Jam - Ten (Legacy Edition)
Queen - Innuendo
Queen - Jazz
Damien Rice - 9
Damien Rice - O
Soundgarden - Superunknown
Voo Voo i Haydamaky


Jak widać głównie muzyczne archiwalia i to czasami z naprawdę zamierzchłej przeszłości (wytłumaczenie we właściwych notkach z 2009). Ciekawe, że się tak poukładało miejscami w pary. Ale widać to pewnie efekt tego brakującego półrocza…
urodziny u Mikołaj(k)a
November 5th, 2009
Zaprosili to poszedłem. W sumie, jeszcze nie byłem dotąd w Ambasadzie Francuskiej, a ja jestem ciekawy nowych miejsc. Więc poszedłem. I tylko utwierdziłem się w mojej opinii o Francuzach i ich kulturze. (twórczość Goscinnego traktuje jako fascynujący wyjątek). Oto już na wstępie pan konsul kulturalny przez 10 minut mówił po francusku (mogłem sobie li tylko liczyć ile razy wymieni nazwisko “Goscinny”). Potem jedna pani longiem przetłumaczyła całe przemówienie z którego można się było m.in. dowiedzieć, że we Francji Miłołajek obchodził w tym roku 50 urodziny, a w Polsce jest znany odkąd w 2005 r. nakładem Znaku po raz pierwszy ukazały się jego przygody (prezes Znaku w swojej przemowie nie uważał za stosowne sprostować tej informacji). A potem jeszcze usłyszeliśmy, że tegoroczna ekranizacja “Mikołajków” jest czymś wyjątkowym, bo rzadko się kręci dziś filmy na podstawie książek dla dzieci… A może to był rezydent francuskiego wywiadu, a funkcja konsula kulturalnego jest tylko jego przykrywką?
Dalej było analogicznie w zdrowej tradycji wybiórczego podejścia do rzeczywistości. W imprezowym sklepiku można było dostać tylko “słuszne” wydawnictwa z Mikołajkiem (to znaczy te publikowane przez Znak), a te pięć tomów na których my się wychowaliśmy beztrosko zniknięto ze spotkania, rozmowy, sprzedaży i w ogóle istnienia. Oficjalna rozmowa z Anne Goscinnny (siostrą Mikołajka) i polską tłumaczką prowadzona była nadzwyczaj nieporadnie i naiwnie przez jakąś panią, której nazwiska już nie pamiętam, a potem jeszcze odstałem 3 kwadranse w kolejce po autograf Anne (ja nie miałem zamiaru brać - w końcu to nie ona napisała, ale Majka prosiła. A choremu dziecku trudno odmówić), a ta wpisywała całe epistoły i to po francusku więc i tak nie zrozumiałem. Autograf wziąłem w najnowszym (nabytym na imprezie drogą kupna) tomie “Nieznane przygody Mikołajka”. Niestety “tom” jest to wyłącznie od strony formalnej (twarda oprawa, te rzeczy). Bo merytorycznie zawiera on tylko 10 opowiastek i trochę waty (obrazkowej i pierdułkowej - biogramy, niedokładne bibliografie). Całość więc przeczytałem w trakcie imprezy - serio. Przy wstępie Anne G. trochę mnie zemdliło (straszna żałość, choć i tak jeszcze większą jest jej wstęp w jubileuszowym “Asteriksie”), ale potem już było fajnie, jak to u Rene. Zresztą detale, gdy dojdę do opisywania zaległości w przeczytanych książkach. I komiksach.
Dziś zaś miało być o muzyce. To już za chwilę, bo najpierw to, co obejrzałem od ostatniego wpisu:
DVD:
Gangi Nowego Jorku - kiedyś w kinie podobało mi się tak sobie. Potem przez lata jakoś jakość tego filmu Scorsese poprawiała się w moich oczach. Że Day-Lewis, że Cameron, że ładna panorama dawnego Nowego Jorku, że świetna ekipa na drugim planie itd. No a teraz sobie to znowu obejrzałem. I znowu było tak sobie. Niestety Scorsese nie potrafił tego wszystkiego poskładać w interesującą całość. Sam nie wiem czemu. Ale nie potrafił. I tyle.
Gwiezdne wrota 7/9-13 - kolejna porcyjka płk. O’Neila i jego kamandy. Twórcy “Stargate” odpuścili już jakiekolwiek skrupuły i rżną co się da z innych kultowych dzieł (acz trzeba przyznać, że rżną nawet twórczo). Były więc już wariacje na Jedi, Gwiazdę Śmierci a teraz przyszedł czas na Terminatora, Vadera, armię Klonów itp. A przy tym gościnny występ T’Pol, wirus, który psuje cały system wrót i myśląca chmura niczym w TOSie. Ciekawe, co będzie dalej?
Smalville 6/15 - a u młodego Kenta okazuje się, że Chloe też jest freakiem i nieomal ginie. A do ślubu Lexa i Lany coraz bliżej. Fajnie.
Stawka większa niż życie 11-12 - J-23 wciąż nadaje. Najpierw kultowy odcinek “Hasło” (Najlepsze kasztany są na Placu Pigalle), a potem “Zdrada” z Tyszkiewicz jako złą faszystowską suką (oczywiście przez nieporozumienie). A Mikulski i jego fryzurka z falą rządzi.
Prezydencki poker 2/14-19 -uwielbiam ten serial. On jest tak uroczym przeciwieństwem naszej prawdziwej polityki (amerykańskiej pewnie też). Mnóstwo tu idealistów, przekonanych do sprawy, z poczuciem misji i patriotyzmem wylewającym się wiaderkami, ale jakoś fascynująco wiarygodnym patriotyzmem. Dopchanym genialnym humorem, sarkazmem i samodystansem postaci. W tej porcji m.in. córka naprawia kręgosłup moralny prezydenta, pewne stowarzyszenie chce zmiany zasad tworzenia map na świecie, a informacja o chorobie prezydenta zaczyna się rozprzestrzeniać (cudny początek odcinka z Plattem, który używa młotka).
No i wreszcie płyty. Coś strasznie niedużo słuchałem ich przez te miesiące. Ot, nie jeździłem w dłuższe trasy, a na miejscu zacząłem znowu słuchać więcej radia (na zmianę patriotycznie Roxy i merytorycznie Trójki). Nowych płyt spora stertka siedzi w kieszonce auta (mam tam nawet nowe Pearl Jam i jakoś się nie mogę zebrać. Dziwy!), a ja wysłuchałem raptem trzy rzeczy:
Ultimate Bond & Spy Themes Collection - piękne wydanie (w metalowym pudełku) acz niestety fake. Najróżniejsi wykonawcy brzmią nieomal jak w oryginale, ale to jednak tylko covery (jedna pani nazywa się Sarah May i podrabia Madonny “Die Another Day”, ale to pewnie nie ta). Na pierwszej płytce piosenki i tematy z Bonda, na drugiej z innych szpiegowskich filmów (z dużą nadreprezentacją obrazów o Jacku Ryanie). Moi faworyci: “True Lies”, “Total Recall” (że sobie tak pojadę Schwarzenegerem) i “La Femme Nikita”.
Mateo Pospieszalski Projekt - EMPE3 - nie chciało (nie wiem czemu) pójść w samochodzie i musiałem wnieść na górę i wrzucić do DVD pod telewizorem. Jak ktoś zna Mateo to wie, czego się spodziewać po jego autorskich projektach. Dużo, rytmicznie, melodyjnie i niesie. Ja bardzo lubię.
Agnieszka Chrzanowska - Bez udziału gwiazd - znajoma krakowska artystka, którą spotkałem na festiwalu w Kazimierzu. Tam też dostałem od niej jej najnowszą płytę, która należała mi się jak psu zupa, bo na drugim koncertowym krążku (DVD) artystka śpiewana wykonuje mój tekst (”Ulicę Rajską”). No to, żeby nie było wysłuchałem całości (resztę tekstów na obu krążkach było autorstwa Michała Zabłockiego i samej Agnieszki - dwa). No i jak muzycznie pani Chrzanowska ma swój niepowtarzalny styl, charakterystyczny i dla wielu kontrowersyjny (mi w niewielkich ilościach nawet wchodzi), to co do tekstów… Oj, popsuł się Zabłocki strasznie. Mógłbym sporo pocytować, ale sobię podaruję (coś mnie gorączka bierze), ale jest źle i nieładnie. Szkoda, bo z poziomu niezłego rzemieślnika sturlał się do poziomu lekkiej żenady słownej. Jak ktoś będzie chciał to mogę pocytować. Ale uprzedzam - boli.
I w zasadzie tyle. Next time books (tak, komiksy będą na końcu, ale za to będzie ich najwięcej), a teraz sprawdziłem i mam 38,8 to idę się nad sobą poużalać.
W Ameryce umierają ikony
June 27th, 2009
No bo najpierw Farrah Fawcett - niezapomniany dla mojej generacji “Aniołek Charliego”. Gdy ten serial pojawił sie w polskich telewizorach miałem kilka lat i właściwie dopiero powoli zaczynałem rozumieć o co chodzi z tą całą atrakcyjnością seksualną. I z trzech Aniołków ona była absolutnie najatrakcyjniejsza. Błyskawicznie jej blondloki stały się ikoną urody lat 70. I jakiż był mój żal, gdy odeszła z serialu już po pierwszym sezonie. Niedługo potem do polskich kin trafił “Saturn 3″ z nią w roli głównej (co tam Kirk Douglas i Harvey Keitel) i starsi koledzy mówili, że ona tam pokazuje, co ma. O, jak ja wtedy marzyłem, by mnie wpuścili (a w PRL-u mocno pilnowano kategorii wiekowych i z takiej “Gorączki sobotniej nocy”, czy Ucieszki na Atenę” zawrócono mnie spod sali). Wszedłem. I zobaczyłem ją topless. Wow.
A teraz umarła. A nie dość, że umarła, to jeszcze miała pecha, bo nim skończyły się wszystkie programy wspomnieniowe o niej, a już je przerwano, bo umarł ktoś ważniejszy. Kto wie, czy nie najważniejszy spośród żyjących w USA. Może śmierć bieżącego prezydenta wywołałaby większe zamieszanie, ale to byłaby bardziej śmierć funkcji niż człowieka. A tu umarł człowiek. Legenda. Ikona. Dla nich w Ameryce niekwestionowany król, mistrz i (mimo całego bagażu za kołnierzem) wzór. O relację, z tego co się działo tu przez ostatnią dobę poprosił mnie Onet (jest tu), a co mogę od siebie? Jackson był muzycznym geniuszem, ale raczej nie z mojej bajki. Zawsze od króla wolałem księcia. To, co zrobił, czego dokonał, co wymyślił, wyśpiewał, wytańczył Jacko było wielkie, wiekopomne i oszałamiające i to na dziesiątkach poziomów, ale w żadnym z jego dzieł nie zakochałem się, tak jak chociażby w muzyce Prince’a.
To skoro już tu dziś jestem to może jeszcze troszkę wchłaniania komiksów:

Komiksy: Black Panther: Four the Hard Way TPB - a, nabyłem i przeczytałem w ramach uzupełnienia wszelkich pojawień się Marvel Zombies. Wcześniej powstrzymywała mnie renoma scenarzysty Reginalda Hudlina (panowie z marvelcomics.pl tak na nim psy wieszają, że miałem jakiś lekki opór), ale w końcu sięgnałem. I nawet nie bolało. Rzecz o tym, jak T’challa z żoną zgadzają się zastąpić małżeństwo Richardsów w ich fantasticfourowych obowiązkach i jak się z tego wywiązują. Kołem zamachowym tomu jest pewien robal, który wydostaje się z Negative Zone do BB, a potem razem z bohaterami przenosi dzięki magicznym żabom do uniwersum zombie, gdy ci właśnie zbliżają się do planety Skrulli. Nadążacie? A potem już następuje klasyczna zombiekonsumpcja, kolejne śmierci, jatki i cudowne uratowania podstawowych bohaterów serii. Kilka niezłych dowcipów (z uroczą parafrazą: “It’s Slobberin’ Time!” na czele), kilka ładnych okładek (Suydam wciąż w zombie-formie), w sumie rzecz na średnim poziomie całej drugiej fali marvel zombie tytułów.

Aliens/Predator Free Comic Book Day - i przechodząc do zeszytów jeden (z trzech kolejnych) przykładów zalet posiadania rodziny w Nowym Jorku. Oto na początku maja któregoś dnia słyszę, że moja żona rozmawia ze swoją mamą. I nagle sobie przypominam, że właśnie dziś jest w USA Free Comic Book Day, czyli dzień, gdy w sklepach komiksowych rozdają specjalne komiksy za darmo. Żeby podreklamować medium i zdobyć nowych odbiorców. Ze mnie tam żaden nowy odbiorca, ale chętnie przeczytam jeszcze kilka zeszytów. Wziąłem więc słuchawkę i poprosiłem, by przeszła kilkaset metrów do najbliższej komiksiarni i wzięła mi ze sklepu jakieś darmowe zeszyty. No i mam trzy. To pierwszy z nich - robota Dark Horse’a, który właśnie podsumował w Omnibusach (o czym pisałem na bieżąco) swoje dotychczasowe przygody z Obcymi i Predatorami. I teraz ma zamiar wystartować z nowymi seriami. A oto próbka na zachętę. W pierwszej połowie zeszytu “Aliens”, a w drugiej “Predator”. Ten pierwszy opowiada o naukowcu podsumowującym dotychczasową wiedzę o rasie kosmicznych bestii, a drugi o drapieżcach, którzy mieszają się w walki uliczne podczas jakiejś współczesnej zawieruchy wojennej na naszej planecie. Standard, ale przecież w tych tematach trudno wymyślić coś, czego by jeszcze w komiksach nie było.

Savage Dragon #148 FCBD - trochę się stęskniłem zatym tytułem. Larson to mistrz pastiszu superbohaterskiego, a jego autorska seria o zielonym herosie to kreacja nieomal doskonała. Podczytywałem ją od przypadku do przypadku, aż wreszcie zaczęli wydawać ją w grubaśnych porządnych czarno/białych tomach “Archives”. Się ucieszyłem. Niestety rzecz jakoś wyhamowała i po świetnym początku długo czekam na dalszą lekturę. No to mam zeszycik. Pomyślany jako świeży start dla nowych czytelników w ramach FCBD, z szybkim przelotem przez dotychczasowe wydarzenia i nową akcją i nowym bohaterem. Znaczy nie do końca nowym. Larsen wygrzebał dla zabawy starego Daredevila (postać komiksową z 1940 r. która nie jest już ograniczona żadnymi prawami autorskimi) i się nim pobawił. I wyszło - jak zwykle - świetnie.

Wolverine FCBD - i trzeci zeszyt z Free Comic Book Day. Pod filmową premierę. Prościutka, “All Ages” opowieść o poprzedniej misji Logana (poprzednie w stosunku do jego premierowego pojawienia się na łamach “Incredible Hulka”). Nic specjalnego, ale Fred Van Lente coraz ładniej rozkręca się jako scenarzysta-rzemieślnik i będzie jeszcze z niego pociecha.

Wildcats #7 - a tu już po prostu kolejny zeszyt wildstormowej nawalanki. Ta seria kiedyś była czymś świeżym, momentami była czymś rewelacyjnym (run Alana Moore’a, 3.0), teraz jest po prostu jedną z wielu opowieści o łomocących się supergrupach. Ale nie porzucam nadziei.
I tyle na dziś.
przynajmniej pięciometrowy
June 10th, 2009
Terminatoromania w mediach nie chce się uspokoić. W poniedziałek byłem jeszcze wywiadowany w tym temacie na potrzeby “Aktualności filmowych” Canal +. I jadąc tam zauważyłem coś totalnego. Coś, co jest ostatecznym dowodem, na kłamstwo sloganu “Rozmiar nie ma znaczenia”. Bo oto na rogu ulic Sobieskiego i Sikorskiego moim oczom ukazał się obrazek, który znałem już od wielu dni, ale jakże inaczej. Znacie z pewnością tą niedawną reklamę psiego żarcia - na żółtym tle zdjęcie brązowego jamnika wyżerającego z miski z wyraźną przyjemnością. I ta wyraźna przyjemność jest na tyle spora i wyraźnie widoczna, że nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że suczka to to nie jest. No i dobrze. Wyphotoshopowanie psu fiutka byłoby przecież lekką przesadą. Co komu wadzi mały psi fiutek. No właśnie, mały. Ale jakiego zupełnie innego wymiaru nabiera on wraz ze wzrostem wymiaru plakatu. Bo oto na tymże rogu, na bocznej ścianie budowanego budynku jest ten sam plakat. Zajebiście wielki. Wysoki na jakieś 4-5 pięter. I znacznie, znacznie dłuższy (w końcu to jamnik). I tenże wspomniany jamniczy fiutek nabrał na nim rozmiarów wręcz kosmicznych. No, przynajmniej z pięć metrów ma. Bez wzwodu. Takich rozmiarów byłby pewnie fiut Clifforda. Tyle, że byłby czerwony. I narysowany… Myślę, że ten wielki afisz to idealne podsumowanie reklamy XXI wieku. Ona sprawia, że człowiek staje się kilka razy mniejszy od psiego penisa.
A w Onecie gadaliśmy przed kamerą jeszcze o filmach “Afonia i pszczoły” i “Ja Cię kocham, a Ty z nim“.
A w radiu z kolei najbliższą niedzielę właściwie już załatwiliśmy. Bo dziś Myku wyjechał w ciepłe kraje (a i ja niedługo wybywam) więc nagraliśmy wcześniej. Czyli już wiem, że Ci, którzy posłuchają w niedzielę usłyszą sporo o kolekcjonowaniu, rozmowę z felietonistą Igorem Zalewskim, nasze zdanie o “Gotowych na wszystko”, przegląd nowości (m.in. DVD Żuławskiego, “Komisarz Borewicz” i “Hellblazer”). Zapraszam - “Gotowi na wszystko” w Roxy.FM, niedziela 10-13.
Acha, ponoć można słuchać online, choć ja jeszcze nie znalazłem gdzie klikać, a z czasem na stronie radia znajdą się audycje archiwalne. Obiecali.
Wchłanianie:

DVD: Battlestar Galactica The Final Season 5-10 - i po serialu. A skończyło się pięknie. Wszystkie klocki znalazły się na właściwym miejscu i okazało się (w co niełatwo było wcześniej uwierzyć), że pasują. Że da się wszystko wytłumaczyć i technologicznie i na poziomie realizacji mistycznych przepowiedni. Super. A do tego kilkufazowy finał, w którym jest i powolne wygaszanie pod kotłami i wielka bitwa z zaskakującą końcówką (niby tak jest wszędzie, ale tu naprawdę zaskakuje) i potem jeszcze dobitka kojarząca mi się nieodparcie z “Władcą pierścieni” i to zarówno na poziomie pomysłu fabularnego (ponoć Tolkien też tak chciał skończyć) i na poziomie kilkunastu kolejnych pożegnań, które trwają i trwają bez końca. Ale mi to nie przeszkadza. Zawsze trudno mi się rozstawać z bohaterami seriali, więc wolę tak, niż gwałtowne urywanie. Najpiękniejsze serialowe pożegnanie to oczywiście końcówka “Sześciu stóp pod ziemią”, ale i tu jest zacnie. Zdecydowanie jak na razie najlepszy serial sf XXI wieku.
I jeszcze jedno - poprzednio pisałem o komiksowej miniserii z originem Baltara. I prawie się udało. Prawie. Bo oto w ostatnim odcinku jest sporo flashbacków i jeden z nich wywala ten komiks potężnym kopniakiem poza kanon. Ot, serialowy tatuś Baltara w ogóle nie zgadza się z tym wymyślonym w komiksie. Ciutkę szkoda.

Star Trek: Voyager 7/18-20 - i znowu trzy świetne odcinki równocześnie zabawne i na temat. 7z9 zaczyna przejawiać coraz więcej cech ludzkich bawiąc się w holodecku w normalne życie, co jak się okazuje przeszkadza jej w obowiązkach; wraca (nie wiem już który raz) Q, który oddaje Janeway na wy(prze)chowanie jej chrześniaka. Czyli swego syna. Też Q. I jak zwykle jest uroczo, wesoło i anarchistycznie; Doktor pisze (nie do końca rozumiejąc co robi) paszkwila na załogę, a w efekcie dochodzi do procesu decydującym o jego upodmiotowieniu. Kawał porządnego fantastycznego rzemiosła.

Muzyka: Voo Voo i Haydamaky - wreszcie. Bo jakoś ostatnie płyty Waglewskiego i company nie zachwycały mnie tak całkiem (ani solowe, ani ta z Trebuniami). Ale moja wielka blisko ćwierćwieczna miłość do tego zespołu uparcie podtrzymywała wiarę, że zaraz się znowu zachwycę. I proszę. Zachwyciłem się. A potrzeba do tego było kolejnego muzycznego crossoveru. Tym razem panowie skrzyżowali się artystycznie z równie ostro zakręconą ukraińską folkrockową kapelą Haydamaky. I jak to pięknie niesie. Od kilku dni zaraz po wsiąściu do samochodu odpalam tę płytę, rozkręcam głośność na full i pędzę tak przez miasto. Jest na zmianę lirycznie i z wykopem, ludowo i rockowo, polsko i ukraińsko, zbiorowo i indywidualnie. Miejscami na pierwszy plan wyskakuje charakterystyczna gitara Wagla, czy saksofon Mateo, ale równie mocno i rozpoznawalnie dają ukraińska mandolina czy trąbką. A jak się dęciaki zgrają, to jadą lepiej niż kapela Bregovica. Bo momentami czuć tu ogólnosłowiańską nutę, ale zestawienie tej płyty z produkcjami orkiestry Gorana to jak porównanie precyzyjnej akcji oddziału muzycznych komandosów/snajperów do ataku pospolitego ruszenia. Nie wymieniam tytułów pieśni, bo wszystko pięknie niesie i daje pozytywnego kopa na wiele godzin. Spróbujcie sobie.

Komiks: Saga o potworze z bagien - Miłość i śmierć - że się powtórzę - wreszcie. Choć teraz w trochę innym kontekście - tu po prostu czekałem długo na polską edycję. Bo te zeszyty “Swamp Thinga” Alana Moore’a mają dokładnie ćwierć wieku i wciąż są jednymi z najlepszych komiksów wszechczasów. Nie tylko dla mnie. To one nagle i ku ogólnemu zaskoczeniu wydoroślały amerykański komiks mainstreemowy. Na lata przed Gaimanem, czy Ennisem pokazały ile można wydobyć z zeszytowej serii, jak standardowe ploty mogą stać się czymś wstrząsającym, inteligentnie przezabawnym, przewrotnym, sensualnym, aluzyjnym, przerażającym, wyśmienitym i wytrącającym z równowagi. Moore na gruncie, by nie rzec na nawozie z dotychczasowych opowieści o Swamp Thingu (i z całej reszty uniwersum DC) wykreował piękne historie, których tematykę idealnie (choć w złej kolejności) oddaje tytuł albumu. Tu naprawdę chodzi o śmierć i o miłość. Mądrze i oryginalnie. I z wyczuciem, jakie nawet dziś (ćwierć wieku później) mało kto potrafi osiągnąć. I to nie tylko w komiksie - w dowolnej formie fabularnej. A jako zabawny bonusik wpleciona w całość opowiastka “Pog” - acz do jej pełnego docenienia wypada znać choć odrobinę komiks prasowy “Pogo”, który w USA ma status nieomal równy “Peanuts”, a u nas nikt się jeszcze za niego nie wziął (w sensie wydawniczym).

Reduktor prędkości - Blain po polsku po raz drugi po “Piracie Izaaku” i podoba mi się równie mocno. Znowu marynistycznie, acz tym razem już XX-wiecznie. Oto historia marynarzy na wielkim wojennym okręcie. Nawigatorów, których wciąż męczy choroba morska i którzy (w poszukiwaniu spokojniejszego miejsca) schodzą w głąb. I tu zaczyna się magia. Metaforycznie, bo ciągnące się kilometrami ciemne korytarze stają się coraz bardziej odrealnione, a perypetie bohaterów też przestają mieć wiele wspólnego z realizmem. Ale świetnie oddają klimat zagubienia i bezsensu wielkiego okrętu z perspektywy pojedyńczego marynarza. Aż do naprawdę wyrazistej puenty. Dobry komiks.

Skaar Son of Hulk #6 - i wracam do wiaderka amerykańskich zeszytów. Tu Greg Pak wreszcie po pół roku wymyśla coś nowego w opowieściach o synu Hulka na odległej planecie. Zamiast wyłącznie kolejnej łomotaniny mamy kąpiel i brodzenie w ognistej lawie (”Chodźcie. Nie jest tak głęboko.”), trochę planetarnego backgroundu, więcej gadania niż rozróby i puentę z popularnym kosmicznym gościem. Tak, że to zdecydowanie najlepszy jak dotychczas zeszyt z serii, którą dotąd kupowałem li tylko z powodu słowa “Hulk” w tytule.

Wildcats #6 - kolejna seria, którą zbieram raczej z rozpędu i z sympatii dla wcześniejszych runów pod tym samym tytułem. Bo pan Gage jakoś chyba wciąż zbiera się do opowiedzenia jakiejś opowieści. I zbiera. I zbiera. Tu najpierw poznajemy kolejne skomplikowane interpersonalne układy pomiędzy członkami (obojga płci) teamu, a potem zaczyna się (jak za dawnych dobrych czasu) rozróba z przeważającymi siłami Deamonitów. Nihil Novi. I wciąż czekam na jakąś fajną opowieść.

Sir Apropos of Nothing #1-2 (z 4) - pierwsza połowa najnowszej miniserii Petera Davida. A dokładniej miniserii będącej komiksowym uzupełnieniem jego autorskiej serii książkowej. Powieści kiedyś mam zamiar przeczytać (a wcześniej nabyć), ale skoro pojawiły się komiksy, to je pochłaniam od razu. I oto wrażenia: seria pod tak oryginalnym tytułem to sympatyczna metazabawa z wyrazistym bohaterem, korzystająca na równi ze starych legend, baśni i anegdot, co pełna aluzji i żartów ze współczesnej popkultury (czyli to w czym David jest naprawdę dobry). Od “Mrocznej Wieży” po najróżniejsze mity. A w jednej z sekwencji pojawiają się m.in. Kubuś Puchatek, Bart Simpson, Fistaszki, USS Enterprice, Beatlesi, Popeye, Fallen Angel, Don Kichot, TARDIS, Sherlock Holmes, Hulk, Asterix i Obelix. Taki komiks!

Iron Man/The Incredible Hulk/Nick Fury - marvelowski zeszycik mający zdyskontować jeszcze odrobinkę popularności zeszłorocznych kinowych filmów. Stąd taki właśnie dobór bohaterów. A w środku trzy prościusieńkie opowieści w których widać jak: Tony Stark przyjaźni się z Rhodey’em, Nick Fury nie ustępuje Hulkowi, a potem w Budapeszcie robi porządek z niejakim Escobarem.

Army of Darkness: Ash’s Christmas Horror - po takich tytułach najlepiej widać jakie mam opóźnienia w amerykańskich zeszytach. Ale ważne, że dotarł. A w nim opowieść o dwóch kolejnych sklepowych gwiazdkach Asha. W jednym roku (zgodnie z tradycjami serii) musi stanąć do boju z nawiedzonym przez demona Świętym Mikołajem, a w drugim po zabawnym nocnym koszmarze sam w końcu wkłada czerwony kostium. Nie jest to najlepszy komiks AoD, ale kilka żartów (chociażby ten z koszmarowymi Fistaszkami) zupełnie nieźle wyszły.

Incredible Hercules #124 - cd zabawy we wplatanie w marvelowskie uniwersum mitów greckich na większą skalę. To znaczy sam Hercules jest tu od dawna, ale tym razem dochodzi np. Atlas (to stąd te wielkie palce na okładce), który dostaje pięknego ciosa między nogi od Namory. A potem jest już żeńskiej i żeńskiej. Fajne.

X-Men vs Hulk - i następny one-shot. Widać Claremontowi strasznie się ckniło za starymi dobrymi czasami, aż Quesada się zlitował i pozwolił mu coś tam machnąć. Znaczy fabułkę dziejącą się przed laty, w której Hulk tłucze się z nieopierzonymi jeszcze X-Menami. Tymi z drugiego poboru (Colossus, Kitty), czyli z czasów, gdy serię prowadził Claremont. Ot, niezobowiązujący zeszycik, który uzupełniono do pełna klasycznym “X-Men” #66 (Thomas/Buscema) - jedynym przez lata gościnnym występem Hulka na mutanckich łamach i równocześnie ostatnim komiksem “X-Men” z pierwszego miotu - potem aż do “Giant-Size” wydawano tylko powtórki.
C.D. zeszytów N.
radio, wybory i alfabet
June 8th, 2009
To w tej samej kolejności:
1) Radio.
Byliśmy, zadebiutowaliśmy. Myślę, że zupełnie sympatycznie. Jedyne trzy głosy/opinie jakie do tej pory znam to chichot realizatora, który najwyraźniej dobrze się przy nas bawił, wizyta pana z piętra wyżej, który zajrzał powiedzieć, że słucha i że mu się podoba i maile od pani, która nawiązywała z nami kontakt i też nas pozdrawiała. Bo radio Roxy.fm dopiero powoli nas wdraża, więc nie znamy jeszcze numeru do studia, ani nie mamy swoich służbowych maili, więc podałem jeden z moich prywatnych i jedna pani napisała. W trakcie audycji. Trzy razy. Jeszcze z raz i zacząłbym się obawiać, że już mamy nie tylko pierwszą fankę, ale nawet psychofankę, ale na trzech się skończyło. Pogadaliśmy o nowym “Terminatorze” (a tu wersja wideo pogaduch o T4 nakręcona kilka dni wcześniej dla Onetu), o różnych zabawach “dużych chłopców” z naciskiem na kolekcjonerstwo, przegadaliśmy nowości kinowe, książkowe, komiksowe i DVDowe. 3 godziny zeszły jak z płatka. I teraz już tak co tydzień.
2) Wybory
Wziąłem dzieci i poszedłem (żona niedomaga). Po drodze pięciolatkowi tłumaczyłem samą ideę wyborów i dziewięciolatce zasady podziału mandatów. Nie było łatwo. Potem weszliśmy do komisji i pracowaliśmy w teamie: ja wybrałem, Majka postawiła krzyżyk a Hubert wrzucił kartę. I do domu. Pamiętam jak kiedyś dziadek zabrał mnie - kilkulatka i też wrzucałem kartę (skąd miałem wiedzieć, że wtedy oszukiwali przy liczeniu). Na słynne wybory sprzed 20 lat się nie załapałem - zabrakło mi pół roku (jestem z grudnia ‘71). Następne, czyli moje pierwsze to były jakieś samorządowe. Pamiętam, że strasznie to miałem gdzieś (byłem wtedy nastawiony absolutnie anty), ale ojciec wziął mnie za wszarz i zaprowadził. Fukałem, ale poszedłem. Przekreśliłem wszystkich. I po wyjściu powiedziałem o tym ojcu (ze złośliwą satysfakcją). A on na to, że on też wszystkich skreślił. Bo nikt go tu nie przekonuje. Ale zaprowadzenie mnie na moje pierwsze dorosłe wybory uważał za swój obowiązek. Taki był.
3) Alfabet reżyserów Ame - And:
A skoro niedziela, to następna trójca reżyserska do zaprezentowania:
Alejandro Amenabar: chilijskiego pochodzenia pan z Hiszpanii co to reżyseruje, scenariuszuje, komponuje i ma jeszcze kilka niewątpliwych talentów. Zamieszanie wokół niego zaczęło się na dużą skalę od nieźle pomieszanego filmu “Otwórz oczy”. Film ten zafascynował rozpadające się właśnie małżeństwo Cruise/Kidman i Cruise nakręcił jego amerykańską wersję “Vanilla Sky” zabierając sobie grającą główną rolę Penelopę Cruz, a Kidman z kolei wzięła sobie samego AA i nakręciła z nim horror “Inni” - zupełnie klimatyczny, acz wtórny do bólu (w połowie rżnący z “Szóstego zmysłu” a w drugiej z “Czystej formalności”). W przeciwieństwie do niewtórnego kolejnego jego filmu - “W stronę morza” z 2004 r. nie tylko było odważnym dramatem o eutanazji (i nie tylko), nie tylko dostało Oscara za najlepszy zagraniczny film roku, ale jeszcze po raz pierwszy pokazało porządnie światu Javiera Bardema. Od tego czasu minęło 5 lat i w grudniu tego roku ma na ekrany wejść nowy film AA - “Agora”, pokazany już w Cannes historyczny fresk z IV w. z Rachel Weisz o niełatwych wyborach pomiedzy miłością a religią. Chętnie zobaczę. Oto trailer:
Paul Thomas Anderson: reżyserów Andersonów jest kilku, a przynajmniej trzech godnych uwagi. Z czego dwóch to Paule, nic więc dziwnego, że dla odróżnienia panowie używają jeszcze drugich imion. Pierwszy z nich - Paul Thomas to artysta (5 nominacji do Oscara). Mnie rozwaliło jego “Boogie Nights” - historia o kulisach dawnego pornobiznesu. Potem była mocno pokręcona, Altmanowska “Magnolia”, jeszcze mocniej pogięta psychodeliczna komedia romantyczna “Lewy sercowy” (Sandler jakiego nigdy nie widzieliście) i wreszcie oscarowa “Aż poleje się krew” - jak dla mnie trochę za długa i przekombinowana, ale doceniam wysiłek i mistrzostwo Day-Lewisa. W sumie PTA to reżyser absolutnie wart śledzenia z uwagą. A oto coś na posmakowanie - ładny zestaw dotychczasowych patentów (z wrotkarą, żabami i całą resztą):
Paul W.S. Anderson : drugi Paul Anderson to zupełnie inna bajka. Dość wymienić takie tytuły jak “Mortal Kombat”, “Resident Evil” czy “Alien kontra Predator”. To właśnie on. Reżyser specjalista od ekranizacji gier komputerowych (ten lepszy, bo jest jeszcze drugi. Uwe B.) Lepszy to nie znaczy jednak, że dobry. Zdecydowanie największymi osiągnięciami Paula WS są prywatny związek z Millą Jovovich i horror sf “Ukryty wymiar”. Ponieważ jednak od jego premiery upłynęło już 12 (pracowitych dla PWSA) lat, widać, że osiągnięty w tym filmie poziom był po prostu wypadkiem przy pracy. Ale jeśli ktoś lubi jak wybucha i dużo biegają a nawet jeżdzą, to czemu nie? O trzecim Andersonie już następnym razem, a na puentę dla tych, co przegapili - trailer “Ukrytego wymiaru”:
Wchłanianie:

Kino: Terminator: Ocalenie - to jeszcze też tu kilka zdań po seansie. W zasadzie nic nieoczekiwanego, ale też nic bardzo rozczarowującego. Ot, przyzwoity wakacyjny blockbuster. Filmem wakacji nadal pozostaje niezagrożony “Star Trek”, a tu jest ciut lepiej niż w “Wolverinie”. Idea przerzucenia fabuły całkowicie w przyszłość - jak najbardziej słuszna. Obsadzenie Bale’a - już nie tak bardzo. Bo jak już biorą takiego aktora to daliby mu coś zagrać, tymczasem McG jakby tylko momentami przypominał sobie, że to Bale gra główną rolę, a potem znowu zapominał i koncentrował się na drugiej postaci. Marcus jest zresztą znacznie ciekawszym bohaterem od Johna Connora i ma też więcej do pogrania. Poza tym - wszystko wszędzie już było, więc co chwila pojawiają się drobne deja vu (chodzi mi o te niezamierzone, a nie o nawiązania do poprzednich części), a to nagle czuje się jak w “Transformersach”, a to jak w “Mad Maxie”. Poza tym dziur logicznych więcej niż ustawa przewiduje (gdyby urządzić opartą na nich drinking game to ten film upoiłby każdego). Ale za to jest pani Moon Bloodgood. Zapamiętajcie sobie. Nietrudne, a warto.

DVD: Battlestar Galactica The Final Season 1-4 - no i jak tu się nie zachwycać Amazonem. Premiera boxu w GB miała miejsce w Dzień Dziecka, a już 3 VI przesyłka była w mojej skrzynce. No i oglądam. Machnąłem już pierwszą płytę (czyli 40%) ostatniego sezonu najbardziej depresyjnego serialu sf ever i jest równie genialnie jak wcześniej. Najpierw wszyscy mają doła, po tym co zobaczyli w finale poprzedniego sezonu (i to doła do tego stopnia, że najładniejsza pani z całego serialu se w łeb strzela), a potem niektórym coraz mniej się podoba, że Adama współpracuje z Cylonami i przejmują Galacticę. Normalnie, ordynarny bunt i rewolucja. Ten serial (chyba już o tym pisałem) dobrze mi wchodzi z jeszcze jednego powodu. Olmos w roli starego Adamy straszliwie przypomina mi mojego ojca (było, nie było - również oficera dowodzącego sporą jednostką). Podobny charakter, zasadniczość, autorytet, podobne zmarszczki i przekonanie o nieomylności. Właśnie w tych dniach minęła 17 rocznica jego śmierci. Umarł drugiego dnia emerytury nie potrafiąc przestawić się na bycie cywilem…

Smallville 5/19 - odcinek a’la “Piła”. Ktoś łapie starego Luthora i Marthę i zmusza ich do wysiłków umysłowych pod groźbą śmierci. Ani tak ostre (w końcu to tylko serial młodzieżowy), ani tak “wiarygodne” jak w “Saw”, więc efekt dość mdły.

Saturday Night Live 1/3 - odcinek trzeci. Hostuje Rob Reiner (nabrał mnie w otwarciu, bo początkowo myślałem, że może on faktycznie w ‘75 miał taką falę na głowie i gadał jak podróba Toma Jonesa w Las Vegas, a to był skecz. Gdy zaczął po lasvegasowsku śpiewać “Odpowie Ci wiatr” Dylana załapałem), do tego Kaufman w kolejnym numerze z gramofonem, wreszcie śmieszny filmik Brooksa (o tym jak spełniał marzenie swego życia i wstawiał komuś zastawki sercowe) i genialny John Belushi udający Joe Cockera. Napisałbym, że jego “With a Little Help from My Friends”, było lepsze niż oryginał, ale przecież oryginał to nie Cocker, a Beatlesi. A zresztą - wykonanie Belushiego było najlepsze ze wszystkich jakie słyszałem! I przy tym zajebiście śmieszne.

Muzyka: Jet -Shine On - dwa wpisy temu zachwycałem się płytą grupy “Jet”, to idąc za ciosem jeszcze jedna ich płyta. Późniejsza. I dalej i mocniej chłopaki idą tropami Beatlesów. I świetnie się tego słucha. Momentami łomoczą, momentami pięknie harmonizują. W zasadzie przy każdym numerze od razu podchwytywałem refreny: “Bring It on Back”, “Shine On”, “Stand Up”, “Skin and Bones”, “Eleanor” i finałowe, chóralne “All You Have to Do” (spętlone zresztą z intro płyty). Zdecydowanie - następna dobra płyta na długie samochodowe trasy.

Literatura: Marcin Wolski - Kaprys historii - dokończenie “trylogii optymistycznej” (po “Nieprawym łożu” i “Nobliście”). Pierwszy tom był ostrym rozliczeniem z gnojami, którzy rozkręcali w okupowanej Polsce tzw “ruch robotniczy”. Dużo faktów, trochę fantastyki i rzadka w polskiej literaturze zaangażowanej lekka forma. Drugi był wojującym rozrywkowym ramieniem IPN-u (opisywałem tu, jak byłem na promocji tej książki. I był tam też prezydent). A teraz tom trzeci. Czasy inne, władze inne, więc i inaczej rozłożone akcenty. Więcej tu fantastyki (choć bliskozasięgowej), więcej obyczajowości (widać to już chociażby po doborze narratora), a poprzednie wątki dyskretnie poupychano po kątach rozdziałów. Wolski jak zwykle snuje opowieść sprawnie i bez większych potknięć. Ot, wakacyjne czytadełko na przyzwoitym poziomie i z polskobrzmiącymi nazwiskami bohaterów. Więc nie odradzam.

Komiks: Hellblazer - Chora miłość - trzeci John Constantine po polsku to wciąż duet Ennis/Dillon czyli zeszyty z początku lat 90. Nie, żeby złe, bynajmniej, ale trochę ramotki. Dodatkowo ten tom to tak naprawdę zbiór drobiazgów: ot Hellblazer niechcący wchodzi w zwarcie z Królem Wampirów, wspomina starego kumpla, jego ex - Kit wraca do Belfastu i do starych przyjaciół (czysty obyczaj i zdecydowanie najlepszy zeszyt w tomie), John przechodzi odnowę psycho/moralno/fizyczną dzięki kościotrupowi z II Wojny Światowej i wreszcie spotyka po latach pana co to kiedyś mu mało nie obciął. W sumie mimo braku jakiejś głównej fabuły czyta się to świetnie a Ennis spokojnie i metodycznie udowadnia, że potrafi równie dobrze bawić, wzruszać i wstrząsać. Znaczy, że dobry jest.

Battlestar Galactica: Origins - Baltar TPB - a dalej już po angielsku, bo oto po wielu miesiącach odczopował się mój diler i zaczynają spływać do mnie zaległe amerykańskie komiksy. Ta porcja to głównie dopiero rzeczy z końcówki zeszłego roku, ale co za różnica - i tak nie czytałem. Więc wchłaniam szybko i z niecierpliwością. I takoż się tu dziele. A skoro zasysam ostatni sezon BSG, to na górę kupki położyłem tomik z tegoż uniwersum. I jak zwykle się nie zawiodłem. Trzeba przyznać, że wyd. DE jakoś dobrze wpisało się w klimat serialu i wszystkie dotychczasowe komiksy z BSG weszły mi z przyjemnością. “Baltar” to oczywiście opowieść o dzieciństwie, młodości, kompleksach i wyborach późniejszego Wielkiego Zdrajcy. Na drugim planie widać jak Cyloni powoli acz nieodwracalnie domykają pułapkę w której zginie większość ludzkości. Baltar jest jej immanentnym elementem, a chłopina myśli, że po prostu ma farta w życiu. Jako uzupełnienie do seansu - naprawdę dobre.

Daredevil #114 - i jeszcze wiaderko zeszytów. Najpierw dawno nie widziany DD, który tym razem wpada w pułapkę. Nie tyle taką, że się biją, co w prawniczą. A potem wraca do domu.A tam już czeka następna pułapka. Taka, że biją. Nie ma letko (jak zawsze mówiliśmy na pierwszej lekcji w liceum, gdy Paweł Letko się spóźniał).

Terminator: Revolution #1 - zeszyt ma nad tytułem napis “Continuing the T2 Saga” i już wszystko jasne. To znaczy, że tak samo, jak przy serialu telewizyjnym wykupiono prawa tylko do drugiego filmu i rzecz nie ma wiele wspólnego z T3, a już zupełnie nic z opisanym powyżej najnowszym “Salvation”. Widać to zresztą od razu. W tej fabule w 2015 r. Kate Bewster nie żyje, a John Connor ma nową żonę, Tarę i adoptowanego syna… Kyle’a Reese’a. A naprzeciw nich T-Infinity - przysłany z jeszcze odleglejszej przyszłości wypasiony energetyczny metabysior. A co! A w puencie zeszytu wracamy do 1996 r. gdzie na Sarah Connor i małego Johna czatuje spore wiaderko nowych terminatorów. A Sarah nie ma pod koszulką stanika. A co!

Star Trek: The Next Generation - The Last Generation #2 - muszę przyznać, że za komiksami ST przez te miesiące bardzo tęskniłem (aż zacząłem na Allegro skupować książki z tej serii. I obiecywać sobie, że kiedyś je przeczytam). Ta seria rozgrywająca się w ramach “Myriad Universes” to historia alternatywna, w której wydarzenia z kinowej szóstki źle poszły i Klingoni władają Ziemią. I jest źle. A szefujący ruchowi oporu Picard coś traci autorytet wśród podwładnych. Dobre.

Batman: Cacophony #2 - środkowa część najnowszej miniserii pisanej przez Kevina Smitha. Jak sam Batman w jego wydaniu jest dość standardowy, to trzeba przyznać, że Smith ma rękę do prowadzenia postaci Jokera - jego pomysły, zachowania, reakcje, teksty (”The Twins didn’t like That…” - po kopniaku w jądra od Batmana) są bardzo smakowite. Dobrze i wiarygodnie też poprowadzony jest wątek powrotu Maxie Zeusa do “boskiej” formy i (autorska kreacja KS) Onomatopeia - nowy superłotr, tak sprytnie wymyślony, że sens ma jedynie w komiksie.
A druga połowa wiaderka następnym razem.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)