no i właśnie
June 10th, 2010
Wciąż nie umiem wklejać tu nowych obrazków (ale może się to kiedyś zmieni), ale mam większy problem. Bo nie wiem jak dalej ten blog powinien wyglądać. Bo na pewno inaczej. Ten post (i może jeszcze kilka) nazwijmy epilogiem do Słowem wolumin 1. Na dalsze tak szczegółowe opisy, relacje i wymienianie z drobnymi uwagami wszystkiego co wchłonąłem po prostu nie mam czasu. Nie miałem w ostatnich miesiącach i tym bardziej nie będę miał w najbliższych. Że nie wspomnę już o tym, że nie dałbym rady nadrobić wszystkiego co weszło we mnie przez miesiące milczenia. Bo oczywiście było tego naprawdę kilka kontenerów.
Ale większym problemem jest przesunięcie w czasie. Moja rzeczywistość nie może być coraz częściej równa z rzeczywistością bloga. Sam wcześniej zauważałem to chociażby w internetowych dywagacjach Kevina Smitha. On również milknie na całe miesiące gdy nad czymś większym pracuje, ale potem dawkuje informacje w kontekście nadchodzących kolejnych filmów, czy innych przedsięwzięć. Pisze i kręci dużo wcześniej, ale do sieci wpuszcza wtedy gdy to ma największy sens PR-owy i co ważniejsze , gdy już nie spala tego, co robi.
Mój pierwszy leksykon (ten Bondowski) spowodował pierwszą dużą przerwę w blogu (pan redaktor prosił bym za dużo i za głośno o nim nie pisał przed wydaniem, a ponieważ pochłaniało mnie pisanie straszliwie, to i nie za bardzo miałem o czym innym pisać. Że nie wspomnę już o tym, że samo pisanie leksykonu w pełni zaspokojało moje potrzeby i możliwości stukania w klawiaturę). Potem zaczęła się czteromiesięczna przygoda z “Nową Fantastyką” (kiedyś o niej opowiem dokładniej), wykłady w Krakowie, włoskie wyjazdy z Polsatu (no właśnie - to wzorcowy przykład. 6 tygodni w Rzymie i praca nad programem o którym by było mnóstwo opowieści, anegdotek i smaczków (od najdłuższych wąsów świata - pozdrowienia dla Gangu, po Pudziana, który mi pękł krzesło), ale rzecz na antenę wchodzi dopiero po wakacjach, więc nawet nie powinienem się tym jeszcze za bardzo chwalić. A teraz takich telewizyjnych produkcji na różnym poziomie rozgrzebania mam kilka - czasem kończy się na rozgrzebaniach, a czasem są szybkim strzałem na kilka dni roboty, jak pisanie tekstów dla prowadzących podczas koncertu TOP na niedawnych Toptrendach w Sopocie), kolejny leksykon, a teraz powieść. O właśnie, muszę spytać panią wydawcę, czy i ile mogę się już chwalić. No bo nie wiem.
Muszę znaleźć jakiś nowy pomysł na tego bloga. I znajdę.
A tymczasem ostatnio wciągnałęm m.in. seriale “Fringe”, “Dollhouse” i do samiutkiego końca “West Wing”. Z rzeczy przedziwnych “Hard Revenge Milly” vol. 1-2 (japońską podróbkę “Kill Billa”), nowe powieści Childa (dobra) i Cobena (strasznie wtórna) “Peanatemę” Stephensona (wielka. W każdym tego słowa znaczeniu), dużo Simmonsa, mnóstwo komiksów, acz tylko polskich - mnogość zajęć nie przekłada się jeszcze niestety na luz monetarny i od wielu miesięcy ostro zaciskam pasa. I bardzo powolutku odzyskuje płynność utraconą półtora roku temu. I długa droga daleka przede mną.
Ale ja nie o tym. Ja o tym co w tej chwili - właśnie kończę czytać powieść Anne Rice o dzieciństwie Chrystusa i nadrabiać “Deadwood” na DVD. I czekam kto pierwszy zauważy publicznie, że w leksykonie wampirzym napisałem w haśle “Spike” James Marsden zamiast James Marsters, a pan redaktor nie zdając sobie sprawy z mojego błedu podbił to jeszcze dużą fotką Marsdena. I wyszło, że Cyklops był wampirem. Głupia sprawa…
Na koniec tylko dwa hasła o których niedługo więcej. Tak na zanętę:
Po pierwsze - Żeromski.
Po drugie - Hieny.
Jak sądzę (dość buńczucznie) o jednym i drugim głośno będzie po wakacjach. W sporej mierze za moją przyczyną.
pora się wskrzeszać
June 4th, 2010
Bo i okazja. Od dwóch dni w księgarniach powinien być już mój nowy leksykon o wampirach. Dostępny choćby tu. Coś więcej już niedługo, bo na razie powoli podnoszę się z martwych i jeszcze nawet nie opanowałem na nowo wkładania tu na stronę obrazków. Ale jak mówiła postać stworzona przez jednego z komiksowych mistrzów (z którym wywiad-rzeczkę przygotowuję w tym roku): “Jestem trochę wolny, ale ja się rozkręcę”.
moje seriale 09
February 2nd, 2010
I znowu sporo mnie nie było, a to niechybny znak, że wziąłem się za kolejną książkę. Pierwsze hasła do następnego leksykonu już powstają i jak nic nie wybuchnie po drodze, to jeszcze przed wakacjami będzie go można nabyć drogą kupna. Wydawca ponownie prosił mnie o niezdradzanie tematyki wprost, więc nie zdradzę, acz dobór moich lektur i filmów w najbliższych tygodniach może dać co nieco do zrozumienia.
A poza tym tradycyjna porcja kłopotów - wirusy (w sensie chorobowym), problemy z siecią (Neostrada mi się spsłuła tydzień temu), samochód znowu nie zapala. A z drugiej strony - lutowa “Nowa Fantastyka” już w kioskach, kilka dobrych (nie mylić z Piotrem) książek i filmów wchłonąłem (i niedługo o tym), nowe wyzwania rysują się coraz wyraziściej - ot np. niedługo czas brać się za “Światowe Rekordy Guinnessa 2010″ dla Polsatu.
A tymczasem luty a ja nie skończyłem podsumowań 2009. Zostały jeszcze dwa. To dziś przedostatnie. Serialowe. To, co mi się najlepiej w zeszłym roku oglądało. Bez komentarzy, ale z fragmentami i wariacjami z Youtube’a:
Battlestar Galactica
Dr House
Doctor Who
Ekipa
Prezydencki poker
Star Trek: Deep Space Nine
Star Trek: Enterprice
Studio 60
Teoria wielkiego podrywu
Trawka
I wystarczy.
p(ł)yty 2009
January 18th, 2010
Oj, zapuściłem się z muzyką w 2009, zapuściłem. A dokładniej z płytami. Właściwie przestałem ich słuchać w drugiej połowie roku. Jakoś to się zsynchronizowało (i pewnie po części stąd wynika) z moją roboty w radiu. Skoro gadam to i więcej słucham radia. Skoro słucham, to nie słucham czegoś innego. Dość powiedzieć, że właśnie sobie uświadomiłem, że od kilku miesięcy wożę w samochodzie ostatnią płytę Pearl Jam i jeszcze jej nie rozpakowałem z folijki. Pearl Jam!!! A właśnie, czyżbym wreszcie w tym roku miał poważny powód, by ruszyć odwłok i wybrać się na Open’era? Zobaczymy.
Tymczasem oto zawężona do pół roku lista i okładki tego, co mi się najlepiej słuchało w 2009 (znaczy, że pytowało):
Jet - Get Born
Jet -Shine On
Once OST
Pearl Jam - Ten (Legacy Edition)
Queen - Innuendo
Queen - Jazz
Damien Rice - 9
Damien Rice - O
Soundgarden - Superunknown
Voo Voo i Haydamaky


Jak widać głównie muzyczne archiwalia i to czasami z naprawdę zamierzchłej przeszłości (wytłumaczenie we właściwych notkach z 2009). Ciekawe, że się tak poukładało miejscami w pary. Ale widać to pewnie efekt tego brakującego półrocza…
alfabet reżyserów Bork-Boru
January 18th, 2010
Niedziela w pełni więc jeszcze bieżąca porcja reżyserów z mojej kolekcji. I chyba pierwszy raz trafiliśmy do alfabetycznego polskiego zakątka - na “Bor” Polaków ci dostatek. W zeszłym tygodniu skończyłem na Borcuchu, a tu jeszcze trzej kolejni też od nas. A oto i oni:
Mirosław Bork - ciekawa postać z przełomu systemów. Teraz to głównie pan od seriali (obyczajowych i nieudolnie komediowych) i gdyńskiego festiwalu, ale kiedyś zapowiadał się nieźle. Potrafił bowiem (z wielką pomocą Fronczeskiego) nakręcić film dla ludzi. Rzecz nazywała się “Konsul” i podoba mi się do dziś. A zobaczcie sobie:
Walerian Borowczyk - świętej pamięci świntuszek. Najpierw (w latach pięćdziesiątych) machał pyszne animacje, a potem odjechane erotyki. U nas tylko jednego, acz na podstawie klasyki - “Dzieje grzechu”. A we Francji mnóstwo - oto przykład i dowód, jak zupełnie inaczej przed laty budowano napięcie seksualne. Bo powiedzcie, że nie ma go w tej niewinnej (bo w końcu tylko z YouTube’a) scenie z “Opowieści niemoralnych”:
Jacek Borusiński - no i właśnie. Borusiński to przede wszystkim aktor. Dawnie głównie kojarzony z “Mumio”, teraz raczej już kolejne roczniki znają go z reklam telefonii komórkowej. Reżyserem był raz. Panowie Dzięciołowie zawierzyli w jego niepospolity humor i dali kasę na “Hi Way”. A ten wydał ją radośnie i równie anarchicznie jak na kabaretowej scenie. I okazało się, że na ekranie, aż tak się to nie sprawdza. Szkoda niewątpliwa, acz może kiedyś jeszcze, bardziej rozumiejąc prawidła dzieła filmowego i z lekka pokorniejszy Borusiński wróci i zastrzeli wszystkim swoim następnym filmem. Wierzę w to z racji jednej, jedynej sceny z “Hi Way”. Tej ostatniej - z bramą. Zakochałem się w niej bez pamięci i uznałem, że dla niej jednej warto było zmarnować czas na ten seans. A dla tych, którym nie chce się czekać tak długo oważ scena, acz wymagająca podprowadzenia. Sporo wcześniej (mogę coś pomieszać, bo dawno już to oglądałem) bohaterowie podjeżdżają pod taką wypasioną rezydencję i zachwycają się bramą wjazdową. Pada wręcz kwestia, że jest “wystrzelona…” czy może nawet “wyjebana w kosmos”. Potem mija pół filmu, albo i więcej. I dochodzimy do finału. Takiego:
Dla mnie cudo. Na razie.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)