moje seriale 09
February 2nd, 2010
I znowu sporo mnie nie było, a to niechybny znak, że wziąłem się za kolejną książkę. Pierwsze hasła do następnego leksykonu już powstają i jak nic nie wybuchnie po drodze, to jeszcze przed wakacjami będzie go można nabyć drogą kupna. Wydawca ponownie prosił mnie o niezdradzanie tematyki wprost, więc nie zdradzę, acz dobór moich lektur i filmów w najbliższych tygodniach może dać co nieco do zrozumienia.
A poza tym tradycyjna porcja kłopotów - wirusy (w sensie chorobowym), problemy z siecią (Neostrada mi się spsłuła tydzień temu), samochód znowu nie zapala. A z drugiej strony - lutowa “Nowa Fantastyka” już w kioskach, kilka dobrych (nie mylić z Piotrem) książek i filmów wchłonąłem (i niedługo o tym), nowe wyzwania rysują się coraz wyraziściej - ot np. niedługo czas brać się za “Światowe Rekordy Guinnessa 2010″ dla Polsatu.
A tymczasem luty a ja nie skończyłem podsumowań 2009. Zostały jeszcze dwa. To dziś przedostatnie. Serialowe. To, co mi się najlepiej w zeszłym roku oglądało. Bez komentarzy, ale z fragmentami i wariacjami z Youtube’a:
Battlestar Galactica
Dr House
Doctor Who
Ekipa
Prezydencki poker
Star Trek: Deep Space Nine
Star Trek: Enterprice
Studio 60
Teoria wielkiego podrywu
Trawka
I wystarczy.
p(ł)yty 2009
January 18th, 2010
Oj, zapuściłem się z muzyką w 2009, zapuściłem. A dokładniej z płytami. Właściwie przestałem ich słuchać w drugiej połowie roku. Jakoś to się zsynchronizowało (i pewnie po części stąd wynika) z moją roboty w radiu. Skoro gadam to i więcej słucham radia. Skoro słucham, to nie słucham czegoś innego. Dość powiedzieć, że właśnie sobie uświadomiłem, że od kilku miesięcy wożę w samochodzie ostatnią płytę Pearl Jam i jeszcze jej nie rozpakowałem z folijki. Pearl Jam!!! A właśnie, czyżbym wreszcie w tym roku miał poważny powód, by ruszyć odwłok i wybrać się na Open’era? Zobaczymy.
Tymczasem oto zawężona do pół roku lista i okładki tego, co mi się najlepiej słuchało w 2009 (znaczy, że pytowało):
Jet - Get Born
Jet -Shine On
Once OST
Pearl Jam - Ten (Legacy Edition)
Queen - Innuendo
Queen - Jazz
Damien Rice - 9
Damien Rice - O
Soundgarden - Superunknown
Voo Voo i Haydamaky


Jak widać głównie muzyczne archiwalia i to czasami z naprawdę zamierzchłej przeszłości (wytłumaczenie we właściwych notkach z 2009). Ciekawe, że się tak poukładało miejscami w pary. Ale widać to pewnie efekt tego brakującego półrocza…
alfabet reżyserów Bork-Boru
January 18th, 2010
Niedziela w pełni więc jeszcze bieżąca porcja reżyserów z mojej kolekcji. I chyba pierwszy raz trafiliśmy do alfabetycznego polskiego zakątka - na “Bor” Polaków ci dostatek. W zeszłym tygodniu skończyłem na Borcuchu, a tu jeszcze trzej kolejni też od nas. A oto i oni:
Mirosław Bork - ciekawa postać z przełomu systemów. Teraz to głównie pan od seriali (obyczajowych i nieudolnie komediowych) i gdyńskiego festiwalu, ale kiedyś zapowiadał się nieźle. Potrafił bowiem (z wielką pomocą Fronczeskiego) nakręcić film dla ludzi. Rzecz nazywała się “Konsul” i podoba mi się do dziś. A zobaczcie sobie:
Walerian Borowczyk - świętej pamięci świntuszek. Najpierw (w latach pięćdziesiątych) machał pyszne animacje, a potem odjechane erotyki. U nas tylko jednego, acz na podstawie klasyki - “Dzieje grzechu”. A we Francji mnóstwo - oto przykład i dowód, jak zupełnie inaczej przed laty budowano napięcie seksualne. Bo powiedzcie, że nie ma go w tej niewinnej (bo w końcu tylko z YouTube’a) scenie z “Opowieści niemoralnych”:
Jacek Borusiński - no i właśnie. Borusiński to przede wszystkim aktor. Dawnie głównie kojarzony z “Mumio”, teraz raczej już kolejne roczniki znają go z reklam telefonii komórkowej. Reżyserem był raz. Panowie Dzięciołowie zawierzyli w jego niepospolity humor i dali kasę na “Hi Way”. A ten wydał ją radośnie i równie anarchicznie jak na kabaretowej scenie. I okazało się, że na ekranie, aż tak się to nie sprawdza. Szkoda niewątpliwa, acz może kiedyś jeszcze, bardziej rozumiejąc prawidła dzieła filmowego i z lekka pokorniejszy Borusiński wróci i zastrzeli wszystkim swoim następnym filmem. Wierzę w to z racji jednej, jedynej sceny z “Hi Way”. Tej ostatniej - z bramą. Zakochałem się w niej bez pamięci i uznałem, że dla niej jednej warto było zmarnować czas na ten seans. A dla tych, którym nie chce się czekać tak długo oważ scena, acz wymagająca podprowadzenia. Sporo wcześniej (mogę coś pomieszać, bo dawno już to oglądałem) bohaterowie podjeżdżają pod taką wypasioną rezydencję i zachwycają się bramą wjazdową. Pada wręcz kwestia, że jest “wystrzelona…” czy może nawet “wyjebana w kosmos”. Potem mija pół filmu, albo i więcej. I dochodzimy do finału. Takiego:
Dla mnie cudo. Na razie.
tygodniowe zaległości na raz
January 18th, 2010
I znowu tydzień przeleciał między palcami. Acz tylko w sensie wpisów na blogu, bo poza tym w redakcji zamykaliśmy lutową Nową Fantastykę, a ja rozmawiałem, kombinowałem, przeglądałem umowy i wymyślałem pomysły do chyba z pięciu nowych rzeczy nad którymi będę pracował w najbliższych miesiącach ku chwale moich kredytów, długów i zobowiązań wobec Urzędu Skarbowego. A rozpiętość tych pomysłów mieści się na skali od nowych książek (kilku) poprzez wykłady na uczelniach po produkcję programów telewizorowych. Jak podpiszę jakąkolwiek umowę to oczywiście pochwalę się tu szczegółówiej (chyba, że umowa będzie tego zabraniać).
Cóż poza tym? Jeszcze w kwestii istniejącej już książki: “Bond. Leksykon” został zrecenzowany na stronie www.tvp.info przez mojego dawnego przełożonego i zapalonego Bondologa (więc tym bardziej cieszy dobre słowo) i zauważyłem też o nim drobną, pozytywną, acz lekko kuriozalną w treści notkę w styczniowym numerze “Kina”. Czemu kuriozalną? Bo ciężko mi zrozumieć, jak pisząc stosunkowo niewiele o książce poświęconej Bondom ktoś skupia uwagę na takich detalach jak małe fotki autorów gościnnych umieszczone na końcu każdego z trzystronicowych eseików rozrzuconych po książce? Ale może ja się nie znam na tym, co interesuje czytelników tego prestiżowego miesięcznika…
A zmieniając temat oto cytat tygodnia z mojego uroczego pomiotu: “Tato, czy ja już mogę w przedszkolu przestać udawać, że jestem grzeczny? To takie męczące…” Nie wiem co z niego wyrośnie, ale z pewnością coś intrygującego.
A w ramach udokumentowania jakież to geny ukształtowały to stworzenie bieżąca porcja wideopogaduch na Onecie (znaczy, żeby była jasność - myślę o moich genach, a nie Myka): “Harry Brown“, “Księżniczka i żaba” (to coś mi nie wchodzi, ale może poprawią i link będzie działał), “Sherlock Holmes” i “Wszystko, co kocham“.
To co? Przechodzimy do wchłaniania, bo nazbierało się sporo, a do podsumowań zeszłego roku wrócimy w przyszłym tygodniu:
Kino:

Planeta 51 - i znowu weekendowy seans z dziećmi. Kolejna amerykańska animacja niby dla dzieci a tak naprawdę dla dzieci większych, acz nie do końca. Tym razem sf - oto planeta pełna ufoludków (w klimacie amerykańskich lat 50. - stroje, budynki itp.) na której ląduje ziemski astronauta. I jest potraktowany tak jak pewnie nasi by potraktowali kosmitę. Dużo zamieszania, trochę nawet śmiesznych żartów (że np. pieski na tej planecie to Alieny i obsikują wszystko kwasem), trochę żartów przekombinowanych, teksty też raczej przekombinowane (Wierzbięta poszedł miejscami (jak na film dziecięcy) w wulgaryzmy), ale w sumie dzieci bawiły się nieźle, ja bawiłem się nieźle, więc nie odradzam.
DVD:

Imperium wilków - kolejna (po “Purpurowych rzekach”) francuska ekranizacja powieści lokalnego mistrza od nadzwyczaj skomplikowanych fabuł sensacyjnych Jeana-Christophe Grange’a. Tym razem chodzi o tajne francuskie służby, które z tureckimi tajnymi organizacjami przestępczymi rozpoczynają uroczy chocholi taniec, w którego centrum znajdują się jeden młody policjant i jedna superturczynka. Do tego obowiązkowo Jean Reno i dużo wybuchów. Miało być iście hollywoodzko, wyszło tylko iście. Jak to zwykle we francuskim kinie.

Ostatnia misja - i jeszcze też z zaległości sensacyjnych - niespecjalnie udany film Wójcika sprzed ponad dekady. Jeśli dobrze pamiętam kolejność wydarzeń: najpierw pan reżyser WW kręcił przez lata niespecjalnie chętnie oglądane kryminały i sensacje kinowe, potem trafił mu się złoty strzał w postaci serialu “Ekstradycja”, a potem stwierdził, że skoro wreszcie go widownia doceniła i zrozumiała to wraca do kina. I oto efekt. Drewniana, nudna, sztampowa sensacja pełna nieudolnych dialogów, słabych plastikowych kreacji i w ogóle nudna. Nawet Gajos jest tu słaby, choć i tak w swej słabości jest tu najlepszy. Cała reszta jak to u Wójcika. Za kilka tygodni do kin wchodzi jego nowy film i to ponoć komedia romantyczna. Już mi się coś śmieje w środku…

Jak złamać 10 przykazań - komedia. Amerykańska niezależna. Pełna rozpoznawalnych twarzy i nazwisk (Rudd, Platt, Alba, Brody, Janssen, Ryder, Schreiber) i jakoś taka niespecjalnie poskładana. Jest nawet kilka zabawnych kawałków, ale nikną niestety w ogólnym chaosie. Podstawowe założenie jest takie, że narrator Paul Rudd wprowadza nas w 10 fabułek o łamaniu 10 przykazań (coś Wam to przypomina?). Rzecz jednak miejscami jest tak wymęczona, że włosy bolą. Żenuje nawet to, że dla utrzymania dość lichej linii fabularnej całości, przykazania są w niewłaściwej kolejności. Kiedyś już znalazłem kawałek tego filmu w sieci i się zachwyciłem, a w komentarzach RS rozwiał mój hurraoptymizm. Co tylko dobrze świadczy o interaktywności na tym blogu.
I jeszcze anegdotka o tym tytule. W zeszły weekend DVD z tego filmu leżało sobie u mnie w dużym pokoju na stole. I akurat tak się złożyło, że przyszedł z wizytą ksiądz. Żony nie było. Otwieram. Młody, kulturalny, pyta, czy przyjmuje. Że w sensie jego. Ja na to, że ja to nie, żona pewnie by i przyjęła, ale jej nie ma. Ale jest córka, niespełna rok temu okomuniowana to może ma ochotę (w końcu u mnie w domu jest tolerancja religijna). Majka powiedziała, że może przyjąć. Wszedł. Zostawiłem ich w dużym pokoju i wyszedłem. Chyba nie zauważył okładki DVD, bo usiedli przy stoliku, ale kto go tam wie? Wychodząc coś tam notował w zeszyciku…

Jestem na Tak - najnowszy Jim Carrey. OK, acz ciut wtórny w stosunku do “Kłamca, Kłamca”. Ot, niespecjalnie udzielający się społecznie Carl przekonuje się, by brać życie na tak. I odpowiadać twierdząco na każdą propozycję. Co daje rozmaite reperkusje. Kaniec filma. Bywało lepiej, bywało gorzej. Ale chyba wolę Carrey’a bardziej szarżującego i w bardziej głupkowatych fabułach.

Terminator Ocalenie: Seria Machinima - a to dopiero zawód. 6-odcinkowa seria animowana będąca czysto pretekstowym prequelem do ostatniego kinowego Terminatora. Ot, wzięto z niego najładniejszą panią (Moon Bloodgood), przerobiono ją na animację (po co? w oryginale jest ładniejsza!) i dopisano słabiutką fabułę o samodzielnym bojowniku “Duchu”. Całość wygląda jak zapis jakiegoś etapu w grze komputerowej i to nienajciekawszego. Różne rodzaje robotów padają jak kawki, a my patrzymy na biegające nieprzekonująco animowane ludziki na zmianę z wysłuchiwaniem patetycznych monologów o przetrwaniu. Szkoda czasu.

Grudge 3 Powrót klątwy - nigdy nie przepadałem za tym cyklem, ale co tam, była w nim Buffy, to oglądałem. A teraz już jej nie ma. Część trzecia, wprost na wideo, biedniejsza, smutniejsza i ciut słabsza (choć tamte też nie były jakieś mocarne). Co zabawne dopiero tej opowieści o mordującej klątwie przyznano wyższą kategorię wiekową (poprzednie były dla młodszych). Absolutnie nie wiem dlaczego - nawet porządnej nagości nie było.

Boogeyman 3 - Ostatni rozdział - oby ostatni. Znowu trzecia część serii robiona już prosto na wideo pełna panienek z akademika w nocnych koszulkach, albo i bez, cystern krwi z komputera i nieprzekonującej fabuły. Wszystko to było już w dużych ilościach gdzie indziej (choć oczywiście niektóre panienki zupełnie nowe), ale fabularnie to popłuczyny po Kruegerze i to co najwyżej trzeciej/czwartej wody (czy raczej krwi). Pod koniec na chwilę robi się ciekawiej (przez chwilę rzecz sprawia wrażenie sensownej i interesującej dramaturgicznie), ale nie wytrzymali do końca i musieli wrzucić kilka kolejnych puent, a co jedna to bardziej oczywista i przewidywalna. Słowem - i’m to old for this shit…

Efekt motyla 3 - obejrzałem te trzy filmy bo chciałem zrobić do Nowej Fantastyki łączną recenzję pod tytułem “Trzy po trzy”, ale stwierdziłem, że szkoda na te tytuły miejsca. Bo tu też cieniutko. Jak jedynka była jeszcze o czymś i nieźle się to oglądało, dwójkę mam na półce, ale jeszcze do niej nie dotarłem (a KRL mi odradzał więc się nie śpieszę), to trójka ssie straszliwie. Scenarzystom niesłusznie wydawało się, że wiedzą o co w tyc podróżach w czasie chodzi, wymieszali to z fabułą kryminalną i wyszło coś na poziomie sensu, jakości i atrakcyjności “Strażnika czasu” i to bez Van Damme’a. Czyli nienajlepiej.

Funny People - no i wreszcie coś pochwalę. Z pełnym przekonaniem. Czekałem na ten film od dawna, ale ominął on łukiem nasze kina i wprost na płytki. Trzeci, najnowszy Judd Apatow, czyli opowieść o zmęczonym życiem komiku (Adam Sandler), który ma szeroko pojęty kryzys. Nie dość, że jest w stanie terminalnym(trochę tu przychodzi na myśl “Człowiek z księżyca”), to jeszcze nudzi się strasznie i przygarnia sobie padawana (Seth Rogen), który nie ma lekko. Do tego jeszcze wątek o odzyskiwaniu utraconej miłości z młodości (Leslie Mann) i mamy w miarę pełny obraz tego zabawnego (acz nieprzesadnie), uroczego obyczajowego eposiku o showbiznesie współczesnej Ameryki. Mi weszło z wielką przyjemnością, czego i Wam życzę.

Gwiezdne wrota 9/12-20 - i druga połowa przedostatniego sezonu pękła. Wszystko w “Stargate” już było i teraz to tylko mniej lub bardziej udane permutacje poprzednich pomysłów, ale da się oglądać (zwłaszcza jednym okiem robiąc coś jeszcze). A już za chwilę sezon dziesiąty i ostatni.

Prezydencki poker 4/21-5/8 - a oto i mój ulubiony obecnie serial. Przełom sezonu to jak zwykle porządny cliffhanger - tym razem porwanie córki prezydenta i zrzeczenie się przez niego władzy na rzecz ichniejszego marszałka sejmu i to z konkurencyjnej partii (świetny John Goodman), bo akurat był wakat na funkcji wiceprezydenta. Świetne. A późniejsze konsekwencje jeszcze fajniejsze, bo marszałek (po zaprzysiężeniu na chwilowego prezydenta) nie mógł wrócić na stary stołek. Nowy zaś szedł na zwarcie i doszło do zawetowania budżetu, co tam jest jednoznaczne z zamknięciem całej budżetówki. Tak z godziny na godzinę. Nie do końca rozumiem te ekonomiczne kwestie amerykańskie, ale ogląda się to znakomicie. Uroczy subplot to błąd jednego z głównych bohaterów, który przegina i traci poparcie jednego z ważnych senatorów (Tom Skerritt), a w efekcie traci też praktycznie robotę i znaczenie w kancelarii. Też z godziny na godzinę. Piękne. I jakże wyidealizowane z naszej perspektywy.

Doctor Who: Dalek Invasion of Earth -ha! I mam następnego uroczego, starusieńskiego doctora who w mojej kolekcji (lubię takie prezenty). To jego słynne drugie spotkanie z Dalekami (AD 1964), gdy ich inwazja niszczy Ziemię w przyszłości. Cudne sekwencję latających spodków na sznurku przesuwanych przed czarnobiałym zdjęciem Londynu, mocne, wyraziste zwroty akcji (jak to u Brytoli) i po prostu kawał fabularnego mięcha. Uwielbiam i bardzo powolutku sobie kompletuję!

Dave Chapelle Show 1/7-10 - a przed snem sobie dawkuję uroczego Dave’a Ch. A ten nie oszczędza nikogo. Pokazuje swoje autorskie wersje hollywoodzkich hitów, nabija się z murzyńskich piosenkarzy, gier wideo, telewizyjnych kanałów historycznych a nawet z szału wokół fundacji typu “Make a Wish!”. Może coś zademonstruję jako przykładzik - oto chapellowska (i jak się chwilę zastanowić to przecież dość oczywista) wersja “Pretty Woman”:
Literatura:

George R.R. Martin - Retrospektywa 1: Światło odległych gwiazd - niektóre książki czyta się latami. Ja tak miałem z tym tomem zbierającym wczesne opowiadania jednego z najlepszych fantastycznych opowiadaczy. Tak wyszło. Dopiero niedawno zdobyłem nowy egz. i doczytałem ostatnich kilka tekstów. I bardzo polecam. Raz, że Martin jak mało kto potrafi snuć świetne, wyraziste i przemyślane opowieści, a dwa i przede wszystkim dla wstępów - co kilka opowiadań jest bowiem spory rozdzialik wspomnień Martina który pięknie, merytorycznie i ze sporą porcją autoironii opowiada jak mu się życie snuło i skąd poszczególne pomysły i fabułki. Pięknie stąd można się dowiedzieć np. jak z perspektywy amerykańskiego nastolatka wyglądały początki wielkiej fali komiksów Marvela w latach 60. czy rynek magazynów z opowiadaniami sf w USA dekadę później. Bardzo polecam.
Komiks:

Largo Winch tom 2 - czyli kolejne cztery oryginalne albumy serii o skrzyżowaniu Bonda z Bruce’m Wayne’m i podręcznikiem ekonomii. Z tej perspektywy muszę stwierdzić, że to chyba najlepsza z długich cykli Van Hamme’a. Szybkie, gęste, płynnie opowiadane. Ja wiem, że wcześniej były powieści (może w tym sekret sukcesu), ale wciąga się to naprawdę sympatycznie. I nic dziwnego, że to jedna z najlepiej dziś sprzedających się serii komiksowych we Francji.

Streets of Glory - kolejna westernowa opowieść Ennisa wydana w Avatarze. Ot, taki starzejący się Eastwood i lokalne dzikozachodnie zamieszanie. Ultrabrutalnie i nostalgicznie. Niezłe, acz nieobowiązkowe.

Daredevil Brubaker Omnibus 1 - kolejna kopiasta porcja Daredevila. Dwadzieścia kilka zeszytów duetu Brubaker/Lark (tegoż, który chwaliłem niedawno w “Gotham Central”), który sprowadza na głowę biednego Murdocka wszystkie plagi świata. Bendis na koniec swego runu wsadził go do więzienia. Brubaker najpierw zanim go wypuścił, porządnie sponiewierał, potem przegonił po Europie i wreszcie spsuł mu małżeństwo w sposób przerażający i tak solidny, że wcześniejsze uśmiercanie ukochanych MM to przy tym pikuś. Słowem, to fabularnie kawał porządnej roboty z przewagą roboty i wyśmienity komiks. Choć oczywiście nie z perspektywy tytułowego bohatera.

X-Factor: Time and a Half HC - Peter David dalej rządzi i pokazuje kolegom scenarzystom jak można pisać scenariusze komiksów superbohaterskich żeby było interesująco, mądrze i zabawnie zarazem. Jego “X-Factor” od lat jest klasą samą dla siebie. Tym razem też. W tym tomie m.in. wstrząsające rozwiązanie ciąży Theresy, Jamie skacze w przyszłość i wreszcie może z Laylą, a poza tym flirty, trupy, geje. Dobry komiks.

Ultimatum HC - komiks w którym pan Loeb rozpiernicza uniwersum “Ultimate”. Trup ściele się gęściej niż w większości elseworldów (choć tradycyjnie Wolvie, czy Thor pewnie jakoś wrócą), Magneto wreszcie decyduje się na hardcore, a miliony szlag trafia. Na plus z pewnością trzeba zauważyć, że Loeb (jak rzadko który scenarzysta Marvela) zauważa, iż ogólnoświatowy kryzys powinien mieć również miejsce poza Nowym Jorkiem. Zaś mordowanie znanych postaci sprawia mu wyraźną przyjemność. W sumie całość jako zwarty tomik nawet tak źle się nie prezentuje, ale jak sobie pomyślę ile z tej fabuły wyciągnąłby ktoś naprawdę utalentowany, to trochę żal.

Star Wars Komiks 1/2010 - bieżący numer polskiego miesięcznika komiksowego SW. Jakiś taki sympatyczny nawet. Duża historia w całej swej straszliwej wręcz schematyczności wchodzi naprawdę fajnie (Obi-Wan wraca z ważnej misji i wspomina poległych Jedi), a króciaki to fajna prosta historia poszerzająca biografię Boba Fetta i żarcik rysunkowy z robotami. W sumie znacznie lepiej niż poprzednio - dobra wróżba na nowy starwarsowy rok.

Wednesday Comics 2-12 - i zmęczyłem. Wielki, już zeszłoroczny projekt DC wielkoformatowego gazetowego komiksu cotygodniowego. Co (wielka) strona to inny komiks w odcinkach. I tak przez trzy miesiące. Pierwszy numer już kiedyś tu opisywałem, pora podsumować resztę (a zamiast 11 okładek taka promocyjna grafi(cz)ka). Więc może po kolei:
- Batman (Azzarello, Risso) - klimat jest, fabuła pretekstowa, całość niezła.
- Kamandi (Gibbons, Sook) - fajne, gęste, dobrze napisane i w klimacie klasycznego Kirby’ego.
- Superman (Arcudi, Bermejo) - głównie mocne obrazkami, ale w sumie nie tylko. Jeden z mocniejszych punktów całości. Chyba optymalne wykorzystanie formuły płachty.
- Deadman (Bullock, Heuck) - ciut przekombinowane, ale taki i bohater. W sumie na plus.
- Green Lantern (Busiek, Quinones) - świetne, idealnie spasowana fabuła i kreska, dobre cotygodniowe cliffhangery. Kawał porządnego rzemiosła.
- Metamorpho (Gaiman, Allred) - dwaj komiksowi gracze konwencjami zagrali się tu miejscami na śmierć, ale w kilku innych miejscach pokazali klasę. Nierówne, ale godne uwagi.
- Teen Titans (Berganza, Galloway) - tego nie kupiłem. Niby coś, a jakoś nic. Rysunek niczego sobie, ale nie ratuje sytuacji.
-Strange Andventures (Pope) - a tu też pan odjechany, acz konsekwentnie i ciekawie. Dziwne, dziwne, ale tak, że aż chce się czekać na kolejny tydzień i kolejną planszę. A oto tu w końcu chodzi!
- Supergirl (Palmiotti, Conner) - proste, zabawne, sympatyczne. Druga liga, ale takich rzeczy też trzeba, by wypełnić gazetę.
- Metal Men (Didio, Lopez, Nowlan) - przefajnowane, Didio chciał pokazać, że szef też umie i trochę za bardzo się napiął. I miejscami popuścił. Ale i tak nieźle się czyta.
- Wonder Woman (Caldwell) - a ten to straszliwie przegiął. Uparł się zmieścić na każdej z tych plansz tyle fabuły, ile inni rozciągają na kilkanaście plansz. I miejscami jest tak gęsto, że aż można stracić wątek. A szkoda, bo historyjka nawet fajna.
- Sgr. Rock (Kubert, Kubert) - w sensie, że Adam wymyśla, a tata rysuje. I żaden się nie przemęcza, bo fabuła szczątkowa a kadry wielkie. Poprzedzający ich Caldwell całą tą opowieść zmieściłby w jednym swoim odcinku. A Kuberci się nie śpieszą. I moim zdaniem, trochę marnują tu miejsce.
- Flash (Kerschl, Fletcher) - jedna z najbardziej skomplikowanych fabuł w zestawie. Ale świetna. Mądrze podzielona, pokombinowana, fajnie i adekwatnie narysowana. Dobre, dobre.
- Demon, Catwoman (Simonson, Stelfreeze) - lubię tego rysownika, jeszcze bardziej lubię te postacie, ale nie wykorzystano tu ich potencjału nawet w ułamku. Wyjściowy pomysł Waltera może i był niezły, ale poprowadził go tak sztampowo i bez przekonania, że aż żal rzyć ściska.
- Hawkman (Baker) - dobre. Po prostu. Hawkman jako postać nie daje wielkiego pola do popisu, ale Kyle potrafił z tego wybrnąć dopisując do fabuły samoloty, dinozaury, gościnnych superbohaterów a całość rysująć w sposób naprawdę przykuwający uwagę. Dobre.

The Incredible Hercules #132-135 - Panowie Pak i Van Lente uznali, że wariacje na mitologię grecką to już za mało i poszli na boki. A to wzięli się na mit. nordycką, a to za sf z lat 50. - radości dalej w tym co nie mia ra. I dalej świetnie się człowiek bawi czytając o przygodach Herculesa, młodego Zeusa, Amadeusa, Ateny i reszty.

The Brave and the Bold #27 - Panie i Panowie: J. Michael Straczynski wylądował. W DC. I tym pięknym zeszycikiem pokazał jak można się bawić postaciami z dalszych planów, z dawnych lat, z minionych pomysłów fabularnych. On to umie nieomal jak nikt. Tu sięgnął po stare dobre “Dial H for Hero” i udowodnił, że w tych ramotkach jest wciąż mnóstwo poweru jeśli ma się talent do snucia opowieści. Polecam.

Wildcats #14-15 - tymczasem w Wildstorm. Po zniszczeniu świata i wylizaniu ran Dzikie Koty zaczynają kombinować. A potem łączą swe siły z Team 7 i doprowadzają do jednej z najciekawszych konfrontacji w historii uniwersum: Max Faraday vs Tao. Bóg vs UberJoker. Podoba mi się.
alfabet reżyserów Bon-Bor i coś tam jeszcze
January 11th, 2010
I znowu niedziela. Jak ten 2010 szybko schodzi. No to szybciutko kolejna trójka reżyserów z mojej półeczki:
Joon-ho Bong - mistrz z Korei Poł. Absolutnie kupił mnie filmem “Host”. To możliwa tylko w dalekowschodnim kinie opowieść o potworze, która jest równocześnie pastiszem i parodią, hołdem dla Godzilli i świetnym kinem obyczajowym, dramatem i komedią. Misz-masz gatunków jaki nie przyszedłby do głowy nikomu po tej stronie Mongolii. Bong nakręcił coś wcześniej, coś później i na pewno to sobie obejrzę, ale już się tak nie śpieszę. Bo tam nie ma potworów. Ale obejrzę. Bo po “Hoście” obejrzę z pewnością wszystko tego reżysera. A jeśli jakoś przegapiliście H. oto trailerek:
John Boorman - świetny brytyjski wymiatacz. Reżyser m.in. “Piekła na Pacyfiku”, “Zardoza”, “Uwolnienia”, “Excalibura”, “Egzorcysty II”, “Generała” czy “Krawca z Panamy”. Płodny skurkowaniec. Zresztą nie tylko w tym - dzieci też ma siódemkę. Z jego dorobku (tego kinowego) najbardziej doceniam oczywiście zmierzenie się z legendami arturiańskimi w “Excaliburze” - zdecydowanie jednym z najlepszych filmów fantasy w historii. Oto np. boormanowska ociekająca krwią i błotem wersja jednej ze słynniejszych scen z mieczem na E.:
Jacek Borcuch - i zdążyłem dojść do Borcucha przed premierą kinową “Wszystko co kocham” (już w najbliższy piątek). Bo tym filmem - co powtarzałem już wielokrotnie i tu i w innych miejscach - kupił mnie absolutnie. Jako aktora lubię go tak sobie, jako reżyser do niedawna również. Mnie jakoś nie urzekły “Tulipany”, nie powaliła “Magda M.”, ale w końcu mnie zachwycił. W tym roku. W tym filmie. Odkąd wyjechałem z Gdyni powtarzałem, że nie “Rewers”, nie “Dom Zły”, tylko “Wszystko co kocham” było zdecydowanie i absolutnie najlepsze. I jakoś mnie potem nie zdziwiło, że to właśnie ten film stał się pierwszym polskim tytułem w historii zaproszonym do konkursu w Sundance. Trailer pokazywałem kilka dni temu, to może dziś teledysk z filmu. Proszę:
I tyle na dziś reżyserów. Z zaległości jeszcze może nasz onetowe zaległe pogaduchy. Sporo się tego nazbierało: “Avatar“, “Templariusze. Miłość i krew“, “Parnassus“, “Głód“, “Daybreakers - Świt“, “Ciacho“. I jeszcze nasze podsumowanie 2009 r. i parę zdań o świetach w telewizji.
A o wchłanianiu (a wciągnąłem ostatnio m.in. klasycznego Doctora Who, omnibusa Daredevila i najnowszy film z Jimem Carrey’em) już w przyszłym tygodniu.

![Validate my RSS feed [Valid RSS]](rss.png)